Filmów zaległych i książek nie mam, pracować tyle co dawniej mi się nie chce, więc nawet fajnie się pisze tę historię, jak pamiętnik.
Jedziemy dalej...
W poprzednim odcinku... Jej włosy tam z tyłu głowy, kucyk, gumka... Serce zabiło ... bardziej widziałem niż prowadziłem swoją dłoń, która szybko złapała jej wszystkie włosy, całego kucyka, z gumką, tuż przy jej głowie...
Piszę "kucyk", ale to nie taki kucyk, że spięty mocno przy głowie, odstaje do tyłu i jak poruszyła głową, to wiszące włosy się kiwają w powietrzu. Baśki czarne włosy spływały z głowy swobodnie w dół, ale na wysokości szyi przechodziły przez gumkę, która to gumka zbierała włosy razem w jedną zwartą stróżkę. Gumka zawsze była z takiego materiału aksamitnego. Obraz jej włosów mam w głowie z sytuacji gdy wchodziłem za nią przez drzwi do klasy po przerwie (czyli zanim się całowaliśmy to wiedziałem, że jej czubek głowy sięga do mojego nosa), oraz jak była wywoływana do tablicy. Siedziała z Anką z tyłu, więc jak tylko słyszałem że Baśkę wołają, to czekałem aż będzie obok mnie przechodzić. Najpierw mijała moją ławkę i widziałem jak jej włosy kołyszą się na plecach. Później musiała odpowiadać przy tablicy, i fajnie było ją oglądać w takiej niekomfortowej sytuacji, bo choć w miarę dobrze się uczyła, to chyba często improwizowała. Później wracała do tylnej ławki, przytrzymując włosy ręką przy skroni, i patrząc pod nogi, aby nie potknąć się na plecakach przy ławkach.
Zawsze się zastanawiałem jak ona to robi, że ta luźna gumka nie spada, a jak spada, to czy ona o tym wie, bo przecież tego nie czuć. W późniejszym okresie ze sobą chodziliśmy to poznałem rozwiązanie zagadki, było bardzo proste -- Baśka po prostu notorycznie gubiła wszystkie gumki, i potem nie pamiętała czy wyszła z domu ze spiętymi włosami, czy rozpuszczonymi. Miała w domu całe ich pudełko. Anka jej mówiła "dlaczego nie zepniesz włosów na podwójnie", a Baśka odpowiadała "Tak, wiem, że gubię, ale tak jak robię jest mi dobrze.". Miała też trochę innych wg mnie dziwnych rzeczy -- nigdy nie nosiła skarpetek, nawet do skórzanych butów zimowych, a sznurówki miała zawsze na stałe zawiązane, więc nogi do butów na siłę wpychała kręcąc piętą. Niszczyła zapiętki, była strofowana przez mamę.
Wtedy na tym naszym dyskotekowym pierwszym całowaniu, gdy sięgnąłem do jej kucyka, to złapałem tak zachłannie, że aż ją musiało zaboleć, bo cicho stęknęła i mnie palcami mocno w boki uszczypnęła. Zasyczałem z bólu, powiedziałem "sorki" i poluzowałem uścisk dłoni. Myślałem, że powie "Ej co robisz!", "Ał boli!", "Oszalałeś?" -- jak to dziewczyny w klasie, gdy tylko ktoś je dotknie. Na szczęście cisza. A nawet lepiej: Baśka wcisnęła głowę pod moją brodę i mocniej się wtuliła.
Miałem jej włosy w ręce, uniosłem rękę w górę, kosmyki włosów uciekały jeden za drugim gilgocząc mnie w skórę dłoni i wpadały do kaptura z futerkiem. Gruby kucyk stawał się coraz cieńszy i cieńszy, aż całkiem znikał z mojej dłoni. Powtórzyłem sobie ten show. Trochę zawstydziłem, że dziwnie się zachowuję, ale pomyślałem, że jak ktoś głaszcze kotka i to nie jest dziwne, to tym bardziej jak pobawię się dziewczyną, to też nie jest dziwne. Głaskanie dziewczyny, czyli głaskanie człowieka jest normalne, daje emocje, a głaskanie zwierzęcia niekoniecznie. Dlatego bez skrępowania znowu i znowu brałem jej włosy w górę i przelewałem je do kaptura.
Gumka się ześlizgiwała coraz niżej, a gdy całkiem spadła, to schowałem ją do kieszeni. Wtedy nie wiedziałem, że ona te gumki gubi. Baśka była we mnie wtulona, więc tylko poczułem na klatce piersiowej, że się uśmiechnęła. Odsunęła głowę i zapytała:
-- Cooo? Anka mówiła, że je gubię ciągle?
-- Gumki? Nic nie wiem. Schowałem bezpiecznie, nie zginie.
Włosy rozpuszczone, w nieładzie, część w kapturze, część poza. Podniosła głowę do góry, roztrzepała machając głową na boki. Poczułem jak włosy przemknęły po wierzchu mojej dłoni kilka razy, a potem ją zakryły. Dłoń przywierała do jej skóry, tam z tyłu głowy, pod włosami, na szyi okropnie zgrzanej, a jak mi jeszcze włosami zakryła rękę, to poczułem jakbym trzymał dłoń pod jakąś lampą ogrzewającą terrarium. Najpierw pomyślałem, że Baśka się poświęca cierpiąc z gorąca, ale zaraz się ucieszyłem, że "ją mam, trzymam za szyję, mocno i konkretnie, a ona w ogóle nie ucieka, więc jest okej".
W ciemności widziałem swoją rękę, która znika pod jej włosami, jej policzek prawie opierał się o moje przedramię, oczy miała zamknięte, trwała tak unieruchomiona, zablokowana.
-- Boskie usteczka, mięciutkie i wypięte dla mnie... -- pomyślałem
-- Zrobisz dziubka?
-- zapytałem
-- Nieee-e-eee... -- uśmiechnęła się zadziornie, ale bez śladu po mini-fochu, tym moim "faux pas", wcześniej
Nie zrobi dziubka, ale jej promienny uśmiech zinterpretowałem jakby słowa "ten numer już był, jest spalony, jestem ciekawa co dalej".
-- Zamknij oczy i powiedz do mnie >>Rób co chcesz<<... -- chyba nawet sam się zdziwiłem, że to wyszło z moich ust.
Nic nie powiedziała, ale natychmiast zamknęła oczy, "pełny uśmiech zabawowy" zamieniła na tajemniczy "półuśmiech Mona Lisy", skierowała głowę w górę, tak że nasze nosy się prawie dotykały.
Pocałowałem ją. Wreszcie.
Najpierw delikatnie, taki tylko buziaczek, całusek, w sam środek jej ust. Wyobrażałem sobie, że dziewczyny mają miękkie usta, ale jej były raczej twarde, więc może takie miała albo napięła jak ją dotknąłem, może powstrzymała uśmiech.
Krępowało mnie, że z powodu zimy moje wargi były spieczone i że dziewczyna może pomyśleć, że jestem jakimś szorstkim ogrem. Ale co tam -- nie ruszała się, była w moich rękach, usta przy ustach, więc ją całowałem. Kilka razy, miejsce w miejsce, całe jej usteczka.
Delikatnie zahaczyłem czubkiem języka jej wargę na środku, nie zareagowała. Nacisnąłem na usta, nie zareagowała. Pogładziłem językiem z lewej na prawą i z powrotem. Leniwie uchyliła oczy.
-- Takie są, bo zima... -- wyszeptała
-- Boszzzz... ja ją całuję, a ona rozmyśla, czy ma gładkie usta. Albo co gorsze może uznała, że sprawdzam czy ma gładkie. -- pomyślałem
Nic się nie odezwałem, patrząc w jej oczy przymrużone, minimalnie, ledwie, ledwie pokiwałem głową jakbym chciał jej szepnąć "Nie Basiu, nie teraz, teraz jest wszystko super, jesteś wspaniała...". Poczułem jak jej dłonie zaciskają się na moich bokach, jak jej noga wjechała na moje udo, oczy jej stały się takie duże i cudowne, wolne, bezmyślne, rozchyliła usteczka i zaczęliśmy się całować, namiętnie, języczki flirtowały niespiesznie, usta się pieściły, ocierały, zgniatały, muskały.
Powiedziałbym, że całowaliśmy się jak na filmach, jak Sylwester Stallone i Sharon Stone pod prysznicem w Specjalista, albo jak para aktorów (nie znam nazwisk) w wannie w filmie Angielski Pacjent. Ale tak nie było, nasz film byłby nudny, bo przecież nie da się nakręcić kamerą rzeczy, które czuć, które dzieją się w naszych głowach. Na filmie byłoby widać tylko, że po prostu staliśmy blisko siebie, bardzo blisko, w mocnym zwarciu i całowaliśmy się, długo i ciągle tak samo, prawie nic się nie działo.
Prawie... Bo czułem jej objęcie, mocne, zdecydowane, a jej paluszki wędrowały po mojej koszulce, wyżej i niżej, kręciły się w kółko tam i z powrotem. W prawej ręce trzymałem jej szyję, mogłem ją ściskać mocniej i słabiej, Baśce chyba było dobrze, bo raz się na mnie pchała mocno, potem lżej, potem znowu mocniej. Mogłem iść dłonią na kark, w górę pod włosy, czuć jak przesuwają się po mojej skórze.
Lewa moja ręka przestała przyciskać Baśkę do mnie, bo sama przecież napierała, więc powędrowałem dłonią w dół, przez plecy, przez talię, biodro, aż na jej udo, okrążyłem nogę, dłoń z oporem wjechała na jej pupę, ścisnąłem ją delikatnie, potem mocniej, i jeszcze mocniej, Baśka się napięła, poczułem jak się przesunęła w górę, jak jej piersi mnie bardziej nacisnęły, pewnie stanęła na palcach w tych białych tenisówkach. Przesunąłem dłoń, mocno, mocno w górę, na pas, potem dołki wenus, wyżej i wyżej aż pod podwiniętą wcześniej bluzeczkę. Na plecach poczułem totalnie mokrą skórę, masowałem ją całą dłonią, paluszkami czułem pasek od stanika, chciałem wyżej do karku, ale już ręka blokowała się na naciągniętej bluzce.
W trakcie całowania mieliśmy raczej zamknięte oczy, ale raz po raz każde podglądało drugie. Momentami jednak nasze spojrzenia się spotykały. Zapadałem w jej oczy, takie spokojne, zadowolone, w których nie było żadnego pytania, żadnej wątpliwości, żadnego wyrazu, tylko jakby goła dusza, bez żadnej tarczy ochronnej. Kręciło mi się w głowie od tych niemych spojrzeń, a Baśka w moich ramionach jakby miękła, potem zamykała oczy i znowu na mnie naciskała całym ciałem, czułem jak przestępując z nogi na nogę raz jedno udo mnie naciska, raz drugie, raz jej głowa była niżej, a raz wyżej gdy wspinała się na palcach.
Sekundy wlekły się powoli, tiiiiik, taaaak, tiiiiiiiiiiiik, taaaaaaaaaaaaaaaaak... Czas się dla nas zatrzymał, abyśmy byli razem, najbliżej jak to możliwe.
Baśka przerwała całowanie pierwsza. Dała dłoń na mój policzek, popatrzyła w oczy czule i cicho powiedziała "Chyba musimy już iść..". Przytaknąłem głową, bo nie wiedziałem czy to trwało kilka czy kilkadziesiąt minut. Przytuliłem ją mocno łapiąc pod pachami i za plecy, moje usta wylądowały na jej szyi, pogładziłem szyjkę ustami i nosem, chociaż może bardziej się o tę szyję ocierałem, bo jej skóra była zgrzana i wcale nie gładka od wyschniętego potu. Ona też się przytuliła, też mocno. Rozłączyliśmy się, stojąc znowu na wyciągnięcie ręki poprawiła włosy, pomachała kurtką na plecach aby się przewietrzyć, na pożegnanie dziubnęła mnie w usta ostatnim całusem mówiąc "Papa, do zobaczenia na dole" szybko odeszła i zniknęła za rogiem.
Ściana była twarda i może zimna, więc rozruszałem kręgosłup sprawdzając, czy nie dostanę postrzału od zmrożonych a spoconych pleców, a nawet jeśli, to było warto. Potem stałem zamyślony patrząc w okno, trochę oszołomiony jakby przypominając sobie co się przed momentem tutaj działo. Trzeźwość umysłu wracała w rytm dudnienia dyskoteki. Usłyszałem rozchodzący się w korytarzu trzask aluminiowych drzwi, czyli Baśka wyszła z klatki schodowej na korytarz dolny. Poradziła sobie z tymi drzwiami... to dobrze, bo w sumie powinienem był tam z nią iść i jej pomóc. Powoli pospacerowałem w tamtą stronę, aby zejść dyskretnymi schodami, a nie tymi, którymi Sławek prowadził dziewczynę przy holu gdzie ludzie się bawili.
Gdy tylko znalazłem się na dolnym jasnym korytarzu, to wpadłem na zaaferowaną Ankę z tą trzecią dziewczyną co była w klasie.
-- Gary... to Ty... a co robiłeś na górze? -- Anka pytała... w odwrotnej sytuacji wstyd by mi byłą ją tak wypytywać
-- Poszedłem tam do ubikacji, bo tutaj śmierdzi papierosami...
Nie byłem świadom, że mam w ręku gumkę z włosów Baśki i jeszcze nią wymachiwałem przed Anką pokazując gdzie śmierdzi.
-- A skąd masz gumkę Baśki? -- od razu zapytała Anka
-- Nie wiem czyja, leżała tu na schodach -- i pokazałem w stronę drzwi, które prowadziły na zewnątrz szkoły
-- Tak, to jej. Ona ciągle gubi. Daj mi to...
Anka wyrwała gumkę z mojej ręki.
-- Widziałeś ją? Nie wiesz gdzie poszła? Kurtki nie ma, a są jej buty w klasie. Przecież w tenisówkach po śniegu nie mogła iść?
-- Nie mam pojęcia. Tańczyliśmy, a potem poszła Cię szukać.
Po dyskotece zbliżyliśmy się z Baśką, ale to trwało długo, bo młodzieńcze błędy i zahamowania, a gdyby nie kilka prawie przypadkowych gestów, to pewnie nie bylibyśmy parą. Potajemne randki, coraz śmielsze, w końcu seks. Nie obnosiliśmy się z naszą relacją, nie całowaliśmy się gdy inni patrzyli, nie chodziliśmy za rękę jak papużki nierozłączki, rzadko staliśmy ze sobą na przerwie, nie siadała mi na kolanach w towarzystwie. Było dyskretnie, było jak dawniej, ona z Anką, a ja z kolegami. Może nawet wyglądaliśmy jak para, która gdzieś tam czasem się pojawia, nikt nie wie czy oni coś razem robią, czy są ze sobą, może to raczej kolega i koleżanka z podwórka, co się znają od piaskownicy i stąd takie oswojenie z dotykiem.
W rzeczywistości seksiliśmy się ciągle, zawsze gdy była okazja, wszędzie gdzie było bezpiecznie, to było szaleństwo. Czuliśmy się się jakbyśmy wchodzili do świata seksu jak Alicja na drugą stronę lustra, albo jak dzieci z Opowieści Narni do magicznej szafy. Byliśmy tam, a potem wracaliśmy do realu z wirującymi głowami, zmęczeni fizycznie.
Wchodziłem do klasy, witałem się z kolegami, ktoś się cieszył, że się całował, kto inny że poderwał laskę do kina, a ja miałem w głowie wczorajszą randkę. Wciąż czułem jej chłodne uda na moich policzkach, jeszcze miałem przed oczami jej wyraz twarzy jak leżała nieruchomo gdy lizałem jej cipkę, jeszcze czułem miękkie nogi po orgazmie jaki wczoraj z nią przeżyłem. Tam z tyłu klasy stała ona, Baśka, stała jak zawsze -- przy ławce i rozmawiała z Anką o czymś, wyciągała książki na pierwszą lekcję, wyglądała zwyczajnie, normalnie, spokojnie.
Wszystko mi się mieszało w głowie: szkoła, lekcje, WF, obiad, seks, polski, matma, wieczór, lekcje, rano, szkoła, seks, piłka, wieczór, szkoła, angielski, sobota, sprzątanie, obiad, spacer, seks, wieczór, zakupy, impreza, seks, rano, lekcje, obiad. Obecność w obu tych światach, które intuicyjnie separowaliśmy, przeskakiwanie pomiędzy nimi, przechodzenie do magicznej krainy przez lustro czy szafę, szybkie powroty, powodowały że czasem się zastanawiałem co jest prawdą, a co fikcją.
Baśka też tak czuła, razem przez to szliśmy.
Mówiła "Przyłapuję się na lekcji, że patrzę na Ciebie jak siedzisz w ławce z przodu, mam przed oczami obrazy z naszej randki, myślę że to wspomnienia, analizuję jak dawno temu to się wydarzyło, potem myślę, że to przecież wczoraj, że to ledwie kilkanaście godzin temu.".
Albo "Rozmawiam z Anką, nie mogę się skupić, słyszę jej słowa, ale nie wiem co mówi, bo patrzę na Ciebie. Ty jesteś na końcu korytarza z chłopakami, rozmawiacie, poszukuję twojego spojrzenia, albo chociaż jakiegoś znaku, który potwierdzi, że to się dzieje, ale Ty na mnie nie patrzysz, niepokoję się, czy to tylko moja wyobraźnia płata figle, tłumaczę sobie, że teraz jesteśmy w realu, w szkole i nie mogę tak się rozkojarzać, ani tym bardziej Anki tak traktować, bo przecież będziemy znowu razem blisko za dzień, dwa, trzy a może nawet dzisiaj."
Kiedyś stała przede mną, obejmowała mnie, ja ją, stała na palcach, jej piersi na mnie naciskały, oczy się patrzyły a jej usteczka mówiły "Teraz mamy złote lata, nasze najpiękniejsze, cudowne lata, chciałabym to wszystko na zawsze pamiętać. Ty też tak masz?".
Nie powiedzieliśmy sobie, że ze sobą chodzimy. Nie mówiliśmy, że się kochamy. Nie planowaliśmy przyszłości. Może to było dziwne.
Baśka miała kompleksy. Za wzór zawsze stawiała Ankę, mówiła "Anka jest laską, a ja nie". Ponieważ Baśka nie uważała się za atrakcyjną, nie zwracała uwagę na mężczyzn, którzy się na nią patrzyli, miała na ten temat swoje teorie. Anka była jakby żołnierzem rzymskim lub gladiatorem, w pełnym uzbrojeniu, który był gotowy odeprzeć atak każdego chłopaka, który się zbliżył, a Baśka była żołnierzem, który twierdził, że nikt nie atakuje. Czasem wychodziły z tego mniej lub bardziej śmieszne zdarzenia.
Pewnego dnia siedzieliśmy z ludźmi z naszej szkoły i jakimiś obcymi w dużej klasie, ławki złączone, na środku papiery, nożyczki, pisaki, kleje, bo robiliśmy jakieś artykuły, czy gazetki, czy plakaty, nieważne. Baśka się nie przykłada do pracy i tylko rozmawiała z koleżanką. W trakcie tej rozmowy bawiła się co jej w rękę wpadło. A to długopisem, a to coś skrobała ołówkiem, a to grubym markerem żółtym maziała po kartce.
Widzę, że chłopaki się uśmiechają, patrzą na Baśkę i jej koleżankę. O co kaman myślę. I co widzę? Baśka założyła gumkę recepturkę na ten marker, i jeździ gumką z dołu do góry jak by robiła handjob, masaż penisa. Zajęta rozmową z koleżanką nawet nie widzi, że się na nią patrzą. Zabrałem jej marker.
Wychodzimy z sali, Baśka z tyłu podchodzi, łapie mnie pod ramię (zawsze mocno, tak się na mnie wiesza, że jak idę, to muszę się zatrzymać, ale to lubię, bo jak nie widzę, to i tak wiem, że to ona) i się śmieje:
-- Hihi... jesteś jak moja mama, bo też mi zawsze zabierała rzeczy jak się nimi bawiłam przy stole...
-- Yyy? Jak mama... żartujesz. Wziąłem Ci tylko ten marker...
-- A co w nim takiego szczególnego?
-- Hehehe... no tak... nie czaisz -- założyłaś na niego gumkę i robiłaś handjoba, a chlopcy mieli polew...
-- Eeee... wydawało Ci się, jak zwykle przesadzasz, bo jesteś erotomanem...
No cóż... nie dyskutowałem, bo ona czasem tak miała, że się ubierała wyzywająco, a mówiła, że tylko ładnie, albo leżała na ławce w parku z kolanami w górze i jej spódniczka opadała tak że majtki było widać, a twierdziła, że nikt na to nie zwraca uwagi, bo ma nogi jak każdy człowiek, a mi zarzucała, że mam tylko seks w głowie. Takie rozmowy były już wielokrotnie bez żadnego efektu.
Ale to tylko połowa historii... oto reszta...
Byliśmy w urzędzie, coś załatwiać. Staliśmy w kolejce. Ona przede mną, ja tuż za jej plecami. Jak miała tenisówki, albo buty bez obcasów, to często stała krzyżując nogi, chwiała się na boki i o mnie opierała. Miałem wrażenie że jak jej nie obejmę, to się przewróci. Głaskałem ją po szyi i ramionach, dotykałem włosów. Z bluzki zdjąłem jakieś włosy, które jej wypadły i wyrzuciłem.
-- Muszę iść do fryzjera i je skrócić aby się wzmocniły, bo mi jak widzisz wypadają.
-- Wg mnie są cały czas takie same...
-- Tzn jakie?
-- Takie same w dotyku jak się poznaliśmy, tyle samo ich w dłoni teraz co parę miesięcy temu...
-- Pewnie tak mówisz, abym się nie smuciła...
-- Tak uważam. Doskonale pamiętam jak Cię złapałem za kucyk gdy się całowaliśmy pierwszy raz.
-- No to ile ich było? Tak jakbyś miał pokazać... Pokaż...
Baśka w powietrzu demonstruje jak mogłem łapać jej kucyk i czy było włosów mniej czy więcej.
Parę metrów dalej siedzieli przy stoliku jacyś starsi goście, starsi od nas, jakby studenci 5gego roku, a na pewno przed 30tką. Jeden coś pisał, a drugi czekał i się rozglądał po sali. Ten drugi pochylił głowę coś szepnął temu co pisał, i za moment obaj z uśmiechami patrzyli się na Baśkę.
Baśka wymachuje ręką w powietrzu i mnie wypytuje, abym pokazał, sprawdził. Już miałem jej rękę złapać i ściągnąć w dół, ale przypomniało mi się z historii z markerem po którym jeździła gumką, że mnie porówna do swojej mamy, powie, że przesadzam, oraz że jestem erotomanem.
Chciałem aby Baśka sama się rozglądnęła i zobaczyła. Chwyciłem ją w talii, pochyliłem się do uszka i szepnąłem:
-- Basiu, Basiu, pliiiis, nie ruszaj się teraz.
Ona w takich sytuacjach nie dyskutowała, tylko robiła co mówię, więc zamarła w bezruchu.
-- Ok, dzięki. Nie ruszaj się dopóki Ci nie powiem, dobra?
-- OK. 
-- Widzisz swoją rękę w powietrzu?
-- Mhm...
-- To jest właśnie ten rozmiar, tyle włosów było. Ale jeszcze coś...
-- Mhmmmmmmm...
-- Nie ruszaj się... Tam pod ścianą, gdzie stolik... Widzisz tych gości, co się na Ciebie patrzą?
Baśka błyskawicznie opuściła rękę wbrew temu, że miała się nie ruszać. Dalej szepczę na ucho:
-- Wiesz... Zobacz... Ci dwaj goście, oraz ja, oraz każdy inny facet, który na nas patrzył, czego myśmy nie widzieli, to my wszyscy mężczyźni wiemy już, że rozmiar twojego kucyka wynosi dokładnie tyle, ile wynosi grubość penisa we wzwodzie.
Baśka zaczęła się śmiać, dostała głupawki, schowała twarz we włosach.
Nie dość, że takie zachowanie w poważnym urzędzie nie wypada, to ci goście pod ścianą zrobili się pochmurni. Musieli widzieć, że pochyliłem się do Baśki ucha, coś zacząłem mówić, ona się na nich popatrzyła, dalej mówiłem do ucha, i zaczęła się śmiać.
Musieli pomyśleć, że to z nich Baśka się śmieje, że coś ironicznego na ich temat powiedziałem Baśce. Nie wiedziałem, czy im wstyd, czy zaraz "dostanę w mordę". Sytuacja kwalifikowała się do ewakuacji. Wziąłem Baśkę za rękę, szybko wyszliśmy, nie protestowała, nie oczekiwała wyjaśnień.
Za to ją ceniłem, że jak były problemy, to ona robiła tak, że te problemy stawały się mniejsze. Jak przy stole zabrałem jej marker, to nie pytała od razu, tylko potem gdy byliśmy sami. Dziewczyny innych chłopaków czasem jakieś fochy publicznie odstawiały, ja wtedy myślałem, jak dobrze mam z Baśką, że z nią jest zawsze łatwo. Jak mówiłem Baśce, że znikamy, że ewakuacja, to nie pytała dlaczego, tylko zabierała kurtkę, torebkę i w moment nas nie było. Jak ona coś chciała, to ja nie pytałem, tylko robiłem czego oczekiwała.
Wypadliśmy z urzędu na chodnik, ona się śmiała i śmiała. Ładna pogoda, w jednym i drugim domu rodzice, więc w takiej sytuacji chodziliśmy do jakiegoś naszego kąta. Jednym z nich był pagórek na końcu parku, gdzie była szopa z narzędziami ogrodniczymi do obsługi parku, było tam drzewo do połowy powalone z wyrwanymi korzeniami, które tworzyły idealne miejsce do siedzenia, taka wręcz sofa wyprofilowana. Między dachem a ścianą szopy chowałem w reklamówce podfoliowany koc plażowy, który wziąłem niby "na piknik", bo mama i tak chciała się go pozbyć bo stary. Rozkładałem ten koc na korzeniu i mieliśmy sofę prawie jak na 3 osoby. Uwielbialiśmy to miejsce, super atmosfera, trawa, drzewa, ptaki, totalny brak ludzi, z pagórka widok na ścieżkę spacerową, dalej rzekę, domy, bloki, i daleko, daleko kolejną górę, gdzie były lasy, łąki i pola rolne. Na jednym z tych pól, gdy było porośnięte dość wysoko zbożem, mieliśmy nasz "pierwszy raz".
Gdy odkryliśmy jakieś miejsce, to po kilku randkach dochodziliśmy do wprawy jak się zorganizować i wszystko działo się błyskawicznie bez słów. Lubiłem nasze rytuały, w kółko i kółko działo się tak samo. W tym miejscu w parku gdzie szopa i korzeń: Baśka się zatrzymywała przy korzeniu, patrzyła w dół na ścieżkę i rzekę, ja szedłem do szopy kilkanaście metrów dalej, wyszarpywałem z pomiędzy desek i dachu reklamówkę z kocem. Wracając do korzenia oglądałem Baśkę z daleka jak czeka z tajemniczym uśmiechem. Rzuciłem plecak na bok, koc z reklamówki wyjąłem, zaścieliłem go na brudnych korzeniach folią w dół i mogłem się na nich "rozłożyć jak król na tronie", czy "Seba na sofie w loży dyskotekowej".
Baśka nigdy mi nie pomagała w rozścielaniu, tylko czekała rozluźniona, aż skończę, aż na nią popatrzę, aż ona będzie mogła się przytulić, albo raczej wcisnąć na mnie, przy mnie, całą sobą jakby chciała mnie przesunąć. Układała się z mojej prawej strony, kładła głowę na moim ramieniu, włosy przerzucała przez ramię, leżąc bokiem kładła nogę na moją nogę, przez spódniczkę albo dżinsy czułem jej górkę łonową na swoim udzie, lewą rękę zawijała pod piersi, a prawą mnie obejmowała.
Tego dnia, po chwili tulenia w milczeniu, żartowaliśmy i rozmawialiśmy o incydencie z jej dwuznaczną gestykulacją w urzędzie, potem się całowaliśmy, głaskała mnie pod koszulką, i przez spodnie, skończyło się robieniem loda. Pieściła mnie tak jak zawsze, ale gdy tylko było mi twardo, szliśmy do orgazmu, to żartowała o grubości penisa i włosów w dłoni, chciała abym sprawdził, ale ignorowałem te prośby nawet nie otwierając oczu, bo nie chciałem żartów, tylko orgazm, traciłem erekcję rozkojarzony jej mówieniem, więc znowu robiła loda, gdy byłem blisko, to żartowała do siebie, śmiała się z tego, potem znowu loda, i w końcu doszedłem na szczyt.
To była nasza nietypowa przygoda, wśród wielu innych "zwykłych" seksów, lodów i minetek z tego okresu.
Pożytek z wydarzeń, które zaczęły się w urzędzie, był taki, że utarł się nam "w związku tajny sygnał", że jak byliśmy wśród ludzi, na imprezie szkolnej, prywatce, uroczystości rodzinnej, to jak Baśka się z daleka patrzyła na mnie porozumiewawczo i sprawdzała sobie z tyłu głowy grubość włosów, to ja od razu wiedziałem, że ona chce się wyrwać na seks. Wtedy znikaliśmy z imprezy, mijał jakiś czas, i znowu się pojawialiśmy, ale bardziej rumiani na policzkach i uszach.
Anka raz się Baśki dopytywała jaki mamy znak, bo nie rozmawialiśmy ze sobą na imprezie, a widziała, że Baśka i ja zniknęliśmy w jednym momencie. Mama Baśki też nas przejrzała i po pewnych perypetiach Baśka z mamą ustaliły, że możemy mieć seks w pokoju Baśki, a nie włóczyć się po tajemnych kątach, ale tylko wtedy gdy jej ojca nie było w domu.
Napisałem "nietypowa przygoda wśród zwykłych seksów", ponieważ w moich wspomnieniach nasze zabawy erotyczne zlały się jakby w jedno wspomnienie, jedną przygodę, jeden seks. Jak coś w seksie było dobre, to po prostu to powtarzaliśmy w kółko ciągle i ciągle podobnie. Zmieniało się tylko otoczenie, zmieniały sytuacje, obrazy. Baśka chyba bardziej zwracała uwagę na to, co wokół, a ja koncentrowałem się na niej. W młodości jak ją zaczynałem pieścić, leżała, prawie nic nie mówiliśmy, to nie wiedziałem, czy ona jest zamyślona, czy nic nie myśli, czy robię dobrze, czy może znudzona.
Kiedyś, parę lat później, szliśmy z wózkiem po parku. Czasu było dużo, dziecko spało, to poszliśmy dalej i dalej na ten pagórek, gdzie randkowaliśmy. Doprowadzili tam chodniki, szopy nie było, pochylonego drzewa nie było, miejsce trawy z kopcami kreta zastąpił zadbany trawniczek.
-- Ooo.. pamiętasz jak kochaliśmy się pod tą sosną? -- Baśka mówi do mnie
-- Hmm... pamiętam milion randek, które tu mieliśmy... pewnie pod tą sosną też.
Baśka swoim zwyczajem złapała mnie za ramię i obciążyła tak, że musiałem jedną ręką puścić prowadzony wózek i oczywiście się zatrzymać. Powinno mnie takie jej zachowanie wkurzać po latach, ale wiedziałem, że ona tego nie kontroluje. Jak ogarnęła ją jakaś spontaniczna radość, to po prostu mnie łapała, a sekundę później zza ramienia wyłaniała się jej uśmiechnięta buzia i nawet nie zdążałem się na nią wkurzyć. Tak zrobiła i mówi:
-- Nie pamiętasz jak koc był bokiem, że widziałam te pola w oddali tam na przeciwległej górze, i traktor jeździł tam i z powrotem. Jak mnie zaczynałeś pieścić, to traktor był na początku pola, a potem gdy się ocknęłam, to był już w jednej trzeciej pola? Pytałam Cię wtedy czy to długo czy krótko, a Ty nic nie mówiłeś.
-- Nie wiem Basiu czy długo czy krótko. Ja miałem inny widok. Jak spojrzałem w lewo, to twoja zgięta noga opierała się na kocu, trochę nią ruszałaś, kolano w powietrzu było bliżej lub dalej. Jak chciałem spojrzeć w prawo to mój policzek blokował się na wewnętrznej stronie twojego uda, bo mnie oplatałaś nogą wokół szyi i czasami cisnęłaś na plecy łydką, piętą... jak wąż boa.
-- Cisnęłam, bo jak się poznawaliśmy, to mówiłeś, wcale nie myślisz, że noga jest ciężka...
Zresztą wiesz, że lubię Cię tak przygwoździć ustami do cipki.
-- Ok. Słuchaj dalej... Jak spojrzałem w dół, to widziałem twoją mokrą cipkę, a jak przytuliłem się do twojego uda, to słońce wpadało między twoje nogi i wtedy cipka błyszczała w promieniach słońca jakby chciała być odnaleziona.
-- HIhihi... krępowałam się trochę jak przerywałeś i mnie oglądałeś. Dalej się krępuję... chyba... tak myślę...
-- Mogłem jeszcze spojrzeć w górę, ale tam twój goły brzuch, twoje i moje dłonie, splecione lub nie, wyżej twoja podwinięta bluzeczka ... Hmm.. co tam wtedy miałaś? Pamiętam taką elastyczną na guziczki w paski pomarańczowo białe, co Ci się w szkole rozpinała sama na biuście, różne tshirty, taką bawełnianą sztywną szeleszczącą.
-- No tak... wyrzuciłam tę łososiową, bo mnie za bardzo opinała.
-- Jak sięgnąłem wzrokiem w górę, najwyżej, to widziałem twoją buzię w brązowych włosach. Czyli cały mój obraz zajmowałaś Ty, nie było miejsca ani na sosnę, ani na traktor. Oczy miałaś raz radosne, raz zrelaksowane, a może czasem wydawało mi się, że znudzone, bo leżałaś, nic nie mówiłaś, patrzyłaś lewo, prawo, więc nie wiedziałem czy Ci się podoba.
-- Wiedziałeś, bo jak mi się nie podobało, to zawsze mówiłam. Wtedy pod sosną się stresowałam...
-- Czym stresowałaś? Przecież to nie był pierwszy nasz seks w tym miejscu...
-- Sosną się stresowałam. Leżałam i zobaczyłam w górze gałęzie i szyszki na tle nieba, wyobraziłam sobie kroplę żywicy, która spada i trafia prosto w moje włosy i że będę musiała je ściąć. Albo dwie krople żywicy i że stracę wszystkie włosy. Albo że na kocu są krople żywicy, a ja się do nich przyklejam.
-- Hihii... Ech... to miałaś rozmyślania...
-- Chyba przez tę żywicę zapamiętałam randkę. Ale znudzona nie byłam nigdy, może tak tylko wyglądałam. Jak szliśmy na miejsce randki, to nie mogłam się doczekać aż nastąpi ta chwila, ten moment, kiedy mogę się całkowicie wyłączyć, przestać myśleć, kiedy nie muszę nic robić, a Ty jesteś ze mną, a ja poddaję się temu co się dzieje. Siedząc w ławce szkolnej, gdy były te dwie ostatnie lekcje polskiego, myślałam "nie chcę tu być, chcę być już tam na pagórku, jak najszybciej". Obliczałam w głowie za ile minut już będę leżeć w bezruchu, albo przytulona do Ciebie. Nawet dzisiaj jak mi jest źle, to marzę, że przeżywam znowu taką beztroską chwilę.