Cześć, Netkobiety. Mam 27 lat, w kwietniu ubiegłego roku weszłam w związek z chłopakiem, który jest o wiele młodszy ode mnie, ma 20 lat. Poznaliśmy się u niego w okolicy, dzieli nas 600km. Staraliśmy widywać się często, tak często na ile pozwalały nam finanse.
Związek nie układał się jak w romansie, wiele przeszliśmy razem, mimo odległości. Często się kłóciliśmy. Wiele razy mnie okłamał. Starał się jednak z drugiej strony, widać było, że nie jestem mu obojętna, bynajmniej chodziło tylko o seks, bo dużo w ten związek, jak na "dzieciaka" inwestował.
Nasi rodzice nie pałali optymizmem co do tej więzi.
Chłopak wyprowadził się od ojca i zamieszkał sam. Nie dał rady i z powrotem na dniach przeprowadza się do niego. Ma problemy finansowe. Myśli samobójcze.
Widziałam, że nie może on przeżyć do tej pory śmierci swojej matki, która stracił 5 lat temu. Już po paru spotkaniach wiedziałam, że powinien on porozmawiać z jakimś specjalistą.
Ja sobie przysięgłam, że tym razem wyciągnę wnioski z innych związków, że zacznę rozumieć drugiego człowieka, że się dostosuję. Że pomogę i że będę i że koniec z dziecinadą, choć faktycznie, przy każdym problemie z nim miałam ochotę odejść, bo bałam się, że to ja za wiele chcę, za wiele oczekuję.
Trzy tygodnie temu byłam u niego ostatni raz. To był koszmar. Uderzył mnie w twarz podczas kłótni. Parę dni później był u lekarza. Dostał tabletki na depresję, chyba je przyjmuje, bo jego zachowanie zmieniło się o 180 stopni. Odnowił kontakt z koleżanką, mówi, że z niej nie zrezygnuje i że nic między nimi nie ma, jedynie moja zazdrość przysłania mi oczy, tak mi dziś powiedział i zakończył rozmowę.
Stał się obojętny, zdystansowany, roszczeniowy. Mówi, że w ogóle powinnam odejść i że nie jest odpowiedni dla mnie, bo nic nie może mi dać na ten moment. Później mówi, że jednak powinnam zostać, bo mnie potrzebuje, chociaż prawie ze sobą nie rozmawiamy, nie tak, jak kiedyś. Mówi, że powinnam się umieć nim dzielić z innymi, że ma swoje społeczne role do spełnienia. Wiem o tym, przecież doskonale wiem ale to nie ma nic do rzeczy, że nie rozmawiamy już ze sobą. Nie tak, jak kiedyś. Czarna dziura się z tego zrobiła. Stał się obcy. Powiedział, że to on cały czas się starał, pisał, włąził mi w dupę. Che, bym ja też odzywała się. I robię to, ale z mizernym skutkiem.
Nie wiem, na ile jest to wina depresji, na ile ma mnie gdzieś.
Przyznam się, że taka sytuacja miała u mnie miejsce dobrych parę lat temu, kiedy miałam 21 lat. Byłam zaręczona, wszystko układało się dobrze, aż pewnego dnia też został on zdiagnozowany z depresją. Ten sam schemat, zero odzewu, koleżanka, z którą pisze. Wtedy chyba też nie potrafiłam tego zrozumieć, prosiłam, błagałam, chciałam, żeby ze mną rozmawiał. Ponad miesiąc czekałam, płakałam, schudłam strasznie. Dobrze, że moja mama byłą przy mnie. Pewnego dnia, już ostatkiem sił zdecydowałam, że dam spokój. Minęło parę dni i odezwał się, na święta (znów to samo) i zapytał, czy zechciałabym porozmawiać, czy spędzimy czas razem. Związek ten zakończył się tak czy inaczej, półtora roku po tej przerwie. To ja odeszłam.
Pomóżcie mi proszę. Nikt nie wie o tej sytuacji, może poza jedną znajomą. Nie chciałam się innym zwierzać, czułam, że i tak jest zbyt wiele wątków w tej historii. Obiecałam sobie po rozmowie z nim, że już nigdy więcej nie odezwę się i zakończę to. Nie jem, źle śpię i żyję nadzieją. Nie wiem, ile jeszcze tak pociągnę. Najprościej byłoby, gdyby to on zerwał kontakt. Tego jednak nie chce zrobić, choć prosiłam, że jeśli nie chce dalej tego kontynuować, to powinien zacząć z czystą kartą i nie trzymać ludzi w niepewności co do tego, czego chce. Życzyłam sobie, by w takim przypadku zablokował wszelkie możliwe drogi kontaktu. Nic takiego się nie dzieje. Czuję się strasznie.
Wiem, że wyżej opisane sytuacje są nie do zaakceptowania, jednak daję temu szanse, dawałam. Co mam robić, dać spokój, nie pisać parę dni, tygodni? Po dzisiejszej rozmowie czuję, że mnie to zniszczy, jeśli nie przestanę.