Cześć wszystkim, nie wiem czy to dobry podrozdział forum, ale może ktoś przeczyta moje wypociny, ktoś może coś skomentuje, poradzi dobrym słowem... wybrałem ten podrozdział, bo przeczytałem temat "Gruby prawiczek się zakochał" i stwierdziłem, że może i ja teraz znajdę zrozumienie. No ale nie zwlekając, do rzeczy.
Mam 24 lata i jestem na piątym roku studiów (tak, dokładnie jak bohater we wspomnianym wcześniej przeze mnie temacie) w dużym mieście. Nie cierpię na brak przyjaciół czy brak zajęć, raczej tego wszystkiego mam pod dostatkiem, prócz... no właśnie. Prócz kobiety. Nigdy nie miałem żadnej kobiety. Nigdy nie byłem z żadną kobietą. Jedyna najbardziej intymna rzecz, jaką zrobiłem z płcią przeciwną było całowanie się z językiem czekając na jej autobus (bo sam raczej nie miałbym odwagi wkładać rąk pod bluzkę czy śmielej błądzić po ciele kobiety, nawet w ubraniach, za bardzo je szanuję, albo za bardzo się paraliżuje, jedno z tych). Skąd taki porządek rzeczy? Myślę, że jest kilka powodów.
Pierwszym jest to, że po prostu przespałem swój czas. Gdy wszyscy w czasie gimnazjum i liceum się parowali, przeżywali szalone uczucia, potem się rozstawali, parowali na nowo, to ja... eh, cóż. Byłem prześladowany. Bo mniejszy, słabszy, rudy. Wszyscy przystojniejsi, a przede wszystkim - pewniejsi siebie, brali dziewczyny jakie chcieli. A na mnie żadna nie chciała spojrzeć, umówić się. Na imprezach też raczej nikt nie był mną zainteresowany, a więc lipa. Na studiach już zaczęło być lepiej, znalazłem swoje miejsce na Ziemi, znalazłem przyjaciół, którzy by dla mnie zrobili wszystko, rozwinąłem pasję, ale...
I tu punkt drugi. Osobista tragedia. Poznałem bowiem dziewczynę przez Internet, z drugiego końca Polski. Nie była to znajomość, która miała się przerodzić w przyjaźń, bo gdy trzeba było pomogliśmy sobie. Mogliśmy na siebie liczyć w trudnych momentach. Jedno "przeczołgiwało" przez ten trudny czas drugie. Pisaliśmy ze sobą non-stop, myśleliśmy wręcz i śmialiśmy z tego samego. To oczywiście spore uproszczenie tamtych dni, ale gdy tyle czasu się spędza z kimś, rozmawia przez telefon, wymienia zdjęciami i filmikami, to mimo odległości ktoś staje się dla Ciebie bliski... no i stwierdziłem, że chcę do niej pojechać, że chcę się z nią spotkać, że może uda się coś z tym nam razem wykombinować. Ale jej nie spotkałem. Nie wyszła mi naprzeciw rzucając się w ramiona. A wręcz przeciwnie -kazała mi spadać gdzie pieprz rośnie (nie będę używać nieparlamentarnych słów). Nigdy wcześniej nie byłem tak zakochany. Więc nigdy wcześniej mnie to aż tak mocno nie zabolało. Tak mocno, że... próbowałem popełnić samobójstwo. Uratował mnie właściwie zbieg okoliczności, ale wyrwa w umyśle była za dużo. Jeden psycholog, drugi. I mocne sparzenie, które chyba w podświadomości siedzi. Bo gdy spotykam się z jakąś fajna kobietą, to zawsze coś jest nie tak, zawsze albo ona jest nie taka, albo ja robię coś nie tak. I może to też brak obycia z kobietami. Albo klątwa. Albo też punkt trzeci, który opisze pokrótce - że to przez moich rodziców, którzy nie są idealnym małżeństwem. Wręcz beznadziejnym. Ojciec nie był dla mnie nigdy wzorem. A moje rodzeństwo - starsze dodajmy - też nie może znaleźć partnerów. Bo nie umieją w to. Nikt nie pokazał, nikt nie nauczył.
Żeby nie było, że pomyliłem wątki - doskwiera mi mój stan seksualny. A właściwie jego brak. Nie chcę iść na prostytutki, a chciałbym by było to wyjątkowe. Ale skoro nie mogę jakoś przekonać do stosunku potencjalnej partnerki (bo nie ukrywam, nie szukam na jedną noc, a potrzebuje związku, którego nigdy nie miałem - no a może w tym też jest błąd, może powinienem znaleźć kogoś na jedną noc?) to wprawia mnie to w smutek. Zwłaszcza, że wszyscy moi przyjaciele są w związkach i tego nie ukrywają (no bo po co się kryć ze szczęściem?), widzę całujące się pary na ulicach. Zostaje tylko własne zaspokajanie, co i tak nie daje mi radości. Co ja mam robić? I nie chcę słyszeć tekstów typu: "wszystko ma swój czas, musisz poczekać na tą odpowiednią", no bo jednak mam 24 lata, młodsi ode mnie mają dzieci, rodziny, bogate życie seksualne, a ja muszę kłamać, że kogokolwiek kiedykolwiek "zaliczyłem". Albo: "skup się na swoim życiu, samo się ułoży, nie wiesz nawet kiedy" bo już się skupiałem wystarczająco, by wyjść z dołu po tamtej mojej femme fatale, rozwinąłem pasję, buduję swoje cv, jestem na stażu w renomowanej firmie i planuje z tym moją przyszłość (jestem już z wykształcenia inżynierem). A teraz chcę miłości, chce trochę seksu.
Albo w ogóle zignorujcie ten temat, po prostu musiałem się wygadać. A jeśli ktoś nie zignoruje i będzie chciał pomóc, to zawsze może coś napisać. Może pomoże. A, i jeszcze uchraniając się przed niepotrzebną dyskusją: to, że nie chce słyszeć tych wyżej wymienionych tekstów, nie znaczy że one nie są prawdziwe, być może są. Ale już tyle razy je słyszałem, że mi zbrzydły i chcę jakieś świeże spojrzenie na sprawę. Pozdrawiam.
