Czuję się strasznie sponiewierana - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Czuję się strasznie sponiewierana

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 6 ]

Temat: Czuję się strasznie sponiewierana

Czuję się strasznie sponiewierana... wykorzystali mnie w mojej poprzedniej pracy, szef już zaczął mną poniewierać, starałam się z całych sił, wszystko było podporządkowane w moim życiu pracy by mieć na nią siłę by była wykonana dobrze i na czas. Wstawałam o 7 rano przygotowywałam się (prasowanie, gotowanie, rozczesywanie, suszenie włosów, ubieranie itp.) musiałam później dojść maksymalnie szybkim krokiem w 15-20 minut na dworzec autobusowy. W sumie to wychodziłam o 9 rano z domu by zacząć pracę o 10. A to jest tylko dzielnica mojego miasta. Pracowałam pod ciągła presją czasu. Koleżanka w pracy to typ psychopatki naprawdę. Wywyższała się nade mną, cieszyła się z mojego nieszczęścia, próbowała zrobić ze mnie kozła ofiarnego... choć akurat nią to się nie przejmowałam, ale nie miałam też wsparcia gdybym go potrzebowała. Miałam wrażenie, że gdybym tam umierała (byłyśmy same w biurze) to ona by mnie chętnie dobiła, zamiast mi pomóc. Byłam w domu o 19. Robiłam sobie kolację, oglądałam jakieś niepropagandowe wiadomości i byłam tak styrana, że szłam się już myć i spać... Muszę spać co najmniej 9h by się wyspać, ale po takiej harówie, potrzebuję go więcej. Więc chodziłam już spać koło 20-21. Tak dzień w dzień. Zarabiałam tam najniższą krajową czyli w 2017 roku 1459zł... ale to nie pieniądze były największym problemem. Od 5 miesiąca pracy już musiała mama mi robić zakupy, bo nie miałam na to sił. Wiedziałam, że mnie ta praca wykończy. Mam 151cm wzrostu, ważę teraz 42kg nie jedząc mięsa (bo nie chcę, mam dobre wyniki krwi) i białego cukru, bo mam też drożdżaki od właśnie tego, że jadłam go kiedyś bardzo dużo. Przed samą pracą ważyłam jednak 35 kilo, bo mama naprawdę żałowała mi jedzenia, mimo, że dbałam o dom. Mam bardzo zaawansowany trądzik różowaty, który zaczął się 6 lat temu. Jak się słyszy tę nazwę to wydaje się, że to jest jakaś odmiana trądziku. Ale to w ogóle zupełnie coś innego. To nie są żadne krosty ani pryszcze, po prostu takie zmiany na skórze, czerwone plamki, mam to już niemal na całej twarzy (policzkach). Nie używam pudru, ani nic bo to się wtedy tylko pogarsza. To jest nieuleczalne. Leki od dermatologów to jeszcze tylko wysuszały skórę więc pogarszały, a przy tej chorobie skóra właśnie musi być nawilżona. To jest choroba autoimmunologiczna. Prasowanie bardzo mi to pogarsza, ale na szczęście moja mama zgodziła się jak pracowałam czasami wyprasować. To mi się zaczęło od momentu kiedy straciłam poczucie bezpieczeństwa we własnym domu i w ogóle. Ale to osobny bardzo długi temat w zasadzie zamknięty, choć nie rozwiązany, ale nie było innego wyjścia lepszego niż po prostu się na to zamknąć. Musiałam dawać na połowę czynszu i rachunku 500zł, bo moja mama na to nie miała. Jeszcze od lipca wzięła bardzo duży kredyt na 4 lata... tak, że zostało jej 250zł na życie po opłaceniu przeze mnie połowy czynszu i rachunków... Ech... Ja wydawałam wcześniej coś koło 600-700zł na wyżywienie ze środkami czystości. Moja mama jak zaczęła mi robić zakupy to wydawała co miesiąc dokładnie 900zł, a nie kupowała w zasadzie nic więcej. Nie mogłam sobie pozwolić na maliny czy truskawki bo to były dla mnie rarytasy. Oprócz tego 90zł kosztował mnie bilet miesięczny... W czerwcu już to był 4 taki miesiąc, w którym poświęcając cały swój czas, energię na pracę i nie byłam w stanie nic kupić, gdyby nie pieniądze dodatkowe na urodziny od mojego Taty i mojej Babci. Poryczałam się... miałam tego dość... mój brat akurat był w domu i stwierdził, że tak oczywiście nikt się Tobą przejmował nie będzie. Wtedy napisał do mnie dziwnego sms'a do mnie pewien chłopak, który myślałam, że wreszcie dał mi spokój... bo pogrywał ze mną bardzo. Ja chyba wcześniej głupia łudziłam się, że jemu zacznie zależeć na mnie a nie seksie... Nic nie odpisałam. Z resztą napisał w sms tylko moje imię zdrobniale, nie wiedziałam nawet co bym mu miała na to odpisać. Pomyślałam może był pijany... W lipcu były jego urodziny. Nie odezwałam się już myślałam, że mam spokój, po tym jak minęło wtedy jakieś 3 tygodnie. Czułam dzięki temu ogromny wewnętrzny spokój a wtedy on do mnie napisał... nie umiałam w to uwierzyć. Już naprawdę myślałam, że mam go z głowy. Byłam wkurzona, odpisałam mu, ale bardzo niechętnie. Zaczęliśmy pisać na gg (nie mam facebooka) ja chciałam po koleżeńsku, a on zaczął mi już nawet wprost składać niemoralne propozycje... czułam się z tym okropnie, upokorzona. Napisałam mu, że nic z tego, bo mam twarde zasady, jeszcze chwile popisaliśmy i wtedy poszedł bez słowa. Zerwałam z nim kontakt, jeszcze podczas tej ostatniej rozmowy, w której postanowiłam zerwać z nim kontakt zachowywał się jeszcze gorzej, także utwierdziłam się, że robię właściwie. W trakcie tego jak pisaliśmy przez ten miesiąc na gg stało mi się coś z kolanem. Wystarczyło, że lekko zgięłam nogą lub skręciłam, by bolało mnie tak jakby mi ktoś wkładał noż w kolano. Oczy wręcz wychodziły na wierzch i zatykało mi oddech. Oprócz tego jak usiadłam to się blokowało tak, ze nie mogłam wyprostować nogi. Ogromnie mnie to przestraszyło. To było w sobotę. Dzwoniłam do mojego taty żeby mnie podwiózł na pogotowie, ale nie odbierał. Myślałam, że karetki po mnie nie wezwą... Wyprostowałam tę nogę, opierając ją o coś. Trzymałam tak trochę jakieś kilka godzin i przeszło. W poniedziałek w pracy przed wyjściem znowu się zablokowało akurat jak był szef. Byłam zbyt zmęczona żeby iść na pogotowie, pomyślałam, że nie będę nią zginać i pójdę na drugi dzień rano. Byłam tym ogromnie przestraszona, czytałam, że to może być łąkotka. Na pogotowiu czekałam 2h i jak usłyszał, że mi się to stało wcześniej to już w ogóle nie dał dojść do słowa. Wyszłam stamtąd roztrzęsiona, chciało mi się płakać. Poszłam następnego dnia do przychodni, tam lekarka stwierdziła, że może przepisać mi znieczulenie i mam iść do innego lekarza (który kiedyś nie chciał mi dać L4, bo twierdził, że chce wyłudzić...) Nie będę się rozpisywała co się później działo, ale musiałam sobie kupić leki na uspokojenie. Musiałam w końcu iść prywatnie (150zł za jedną wizytę) choć nie miałam pieniędzy (musiałam brać od Babci) i tam lekarz potwierdził uraz łąkotki. Po 10 miesiącach takiej harówy, jeszcze przed tym jak byłam u tego prywatnego lekarza, chciałam pracować w domu choć przez tydzień, bo ta pęknięta łąkotka to jak złamana kość szef zgodził się, ale skrócił mi umowę z roku do 3 miesięcy... Nie miałam wyjścia, musiałam się zgodzić. Nie umiałam wtedy z nerwów myśleć aż. Powiedział, że widzi, że się staram i zapytał czy ja w ogóle chce pracować. Ja odpowiedziałam, że chcę ale starcza mi tylko na styk na życie. Powiedział, no wiesz... życie jest trudne. Poczułam się upokorzona, jakby mną ktoś wytarł podłogę... po co się tak starałam... poszłam na L4 na niecały miesiąc. Postanowiłam w takim razie się nie starać... poczułam się faktycznie silniejsza wewnętrznie. Obiecał mi wtedy podwyżkę niewielką, ale sobie o niej później nie przypomniał i stwierdził, że w wakacje było mało zleceń i mi nie da teraz podwyżki... choć ja w październiku przychodziłam w usztywniaczu do pracy i dalej się starałam... poczułam się jak śmieć. Cały czas czuję się sponiewierana, wykorzystana... Zaczął później pod koniec stycznia na mnie tak naciskać, że miałam naraz kłucie w klatce piersiowej, kołatało mi serce, miałam ściśnięty brzuch, nie mogłam wziąć oddechu. Od piątku do niedzieli wzięłam wtedy 8 tabletek na uspokojenie. Po niecałym miesiącu stwierdziłam dość tego, odchodzę stamtąd, bo się wykończę i on mnie wykończy... Myślałam, że się uspokoję jak przestanę tam pracować. Niestety nie... bałam się, że znowu będę musiała iść gdzieś do pracy, mimo, że nie mam sił, że mnie to wykończy... znowu być gdzieś niewolnikiem. W ogóle jak rozmawialiśmy o pracy w domu to powiedział, że nie może mi zapłacić tyle ile na miejscu i oczywiście nie na umowę o pracę... czuje się przez to naprawdę jak nic... on w ogóle chyba jeszcze gorzej traktuje swoją żonę, rozkazywał jej cały czas. Od mojej Babci dowiedziałam, się że ona ma problemy z psychiką. Od razu jak to usłyszałam, powiedziałam, że się nie dziwie wiedząc jak on ją traktuje... Przez ten moment jak miałam te wszystkie objawy poczułam się jak ona, zrozumiałam dlaczego nie umie się przed nim bronić, poczułam się w potrzasku i nie mogłam nic zrobić... to było straszne. Coś mu tam wtedy odpowiedziałam, miałam się tym nie przejmować i pracować w normalnym tempie, ale niestety przejmowałam się. Już nie pracuję tam od marca... znalazłam oferty na pracę w domu co mnie trochę uspokoiło... Cały czas jednak chciało mi się płakać... Czułam, że leżę na łopatkach, jestem bezsilna... nie mogę nic zrobić. Półtorej roku jak w obozie pracy, byłam jak chomik, który biega od rana do wieczora w kołowrotku. Nie mam w nikim prawdziwego wsparcia. Nie mam nikogo po za moją rodziną. Mieszkam z matką, która mnie wyzywa, a mój tata uważa, że to mój problem bo jestem już dorosła. Mój ojciec też jest bardzo władczy, ma drugą rodzinę i moim przyrodnim bratem też poniewiera, nie liczy sie z nim, choć ja zwracałam mu na to uwagę. W mojej rodzinie w ogóle przed ludźmi wyżej postawionymi się płaszczą a słabszymi, w złej sytuacji pomiatają. Kiedyś Babcia powiedziała mojej mamie, że ja z nią jesteśmy nieudacznikami losu, bo zwolnili mnie z pracy, z której ja z resztą sama miałam się zwolnić, bo było tak źle. Dopiero później od swoich sąsiadów dowiedziała się, że ich syn tam pracował i się zwolnił bo nie mógł tam wytrzymać... mnie to bolało, że musiała od nich to usłyszeć, a nie uwierzyła mnie. Tak sobie ostatnio pomyślałam, że właśnie nie mam już nikogo po za moją rodziną, w ten dzień odezwał się do mnie pewien chłopak z którym już półtorej roku nie miałam kontaktu. On zaproponował mi wspólny wyjazd ze znajomymi w góry, ale ze względu na moją nerwicę, stan zdrowia i brak pieniędzy nie pojechałam... z resztą i tak za dobrze go nie znam. Stwierdził, że jego znajomi są porządni ale on nie. Spotkaliśmy się. Sam stwierdził, że nie mam wsparcia i mi go udzieli. Odezwałam się po tym jego wyjeździe, sam proponował spotkanie, ale na piwo. Napisałam, że piwa nie piję (i on dobrze o tym wie) ale możemy się spotkać... do dziś jest cisza to już prawie miesiąc... już nie pierwszy raz mnie ktoś tak potraktował. Nie mam już naprawdę siły dalej ciągnąć mojego życia... Mam iść do psychologa za półtorej tygodnia, ale nic mi nie da jedna wizyta nawet nie wiem jak długa. Ja jestem w ciągłym napięciu bardzo wysokim od co najmniej czasu kiedy odeszłam stamtąd, momentami mam napady paniki... płaczę... już nie mam sił, chociaż zawsze starałam się być twarda, nie miałam w życiu łatwo. Czuję, że nikogo nie obchodzę, nikomu na mnie nie zależy. Co to za życie jeśli nikomu na mnie nie zależy, jeszcze w moim stanie zdrowia, mam już z nerwów od czasu tego kolana powypruwane żyły na stopach, dłoniach...  Jak mnie wszyscy tak traktowali, lekarze, szef, rodzina, faceci to mnie to załamywało. Traktowali mnie tak jakbym nic nie znaczyła i zaczęłam się tak czuć. Choć tak nie myślałam o sobie, to jednak dopadały mnie myśli, ze może ja faktycznie jestem nikim skoro mnie wszyscy tak traktują... Nie miałam się siły przeciwstawić nawet mojemu bratu, a zawsze umiałam, który sobie przyjeżdża ze wszystkiego korzysta, robi bałagan, nie sprząta nawet po sobie, nie szanuje mnie. Myśli że ma same przywileje żadnych obowiązków, bo tak go moja mama wychowała. Jak byłam jeszcze dzieckiem stwierdziła, że mój brat nie musi sprzątać, bo jest chłopcem... Z resztą jego życiowe motto naprawdę brzmi "nic nie muszę, wszystko mogę" Jak byłam styrana po pracy i poszłam wcześnie spać on przyjechał i rozmawiał z moją matką tak głośno ze nie byłam w stanie zasnąć, a musiałam bym wypocząć do pracy. Nie chciał mówić ciszej... W końcu ostatnio już dość wulgarnie bo straciłam cierpliwość kazałam mu się parę razy wynosić, to trochę zmiękł. Ale momentami nadal w środku czuję się strasznie słaba... bezsilna... na to wszystko.

"Nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na d.... i przytakuj."
Reklama
Zobacz podobne tematy :

2 Ostatnio edytowany przez tajemnicza75 (2018-07-10 21:00:05)

Odp: Czuję się strasznie sponiewierana

Jesteś straszna pesymistka prawda?
Może trzeba coś z tym zrobić, nie sądzisz?
Ja się odniosę do tego co mnie dotyczy zawodowo. Pracowałaś  kilkanaście godzin za najniższa krajową. Czyli jedno wykroczenie z kodeksu pracy. Skrócił umowę z rok na 3 m-ce, to drugie, bo nie wolno ot tak sobie skracać umowy.
Nieprawda, że nie masz wyjścia. Masz, możesz zgłosić to w inspekcji pracy, możesz nie pozwalać na wykorzystywanie i brak szacunku. Dopóki pokazujesz im, ze można Toba pomiatać- będą to robić!!!
Np. sama się poniżasz (brałaś szefa na litość), więc nic dziwnego, że tak Cie traktuje. Sama stawiałaś się w roli ofiary dlatego zołzowata współpracownica tak Cie traktowała.
Pamiętaj, że ludzie nas tak traktują jak im na to pozwalamy.

Jeśli się smucisz, to żyjesz przeszłością.
Jeśli się boisz, to żyjesz przyszłością.
Jeśli jesteś spokojny, żyjesz teraźniejszością. Lao Tzu

3 Ostatnio edytowany przez Karliczek (2018-07-11 12:47:51)

Odp: Czuję się strasznie sponiewierana

Nie jestem pesymistką raczej realistką. Ostatnio natknęłam się na stronę jakiegoś psychologa i wg klasyfikacji osobowości mam osobowość sumienną, z której może się przerodzić zaburzenie osobowości anankastyczne czyli przejawia się to pracoholizmem (nie tylko zawodowym), perfekcjonizmem itp. Mam to zaburzenie osobowości w 100%, zwłaszcza w ostatnich latach chyba się u mnie rozwinęło, a przynajmniej miałam, bo staram się już nad tym pracować. Jakiś miesiąc po tym jak odeszłam z tej pracy doszło do mnie, że nie muszę ciągle czegoś robić jak nakręcony robot, nie mogę robić czegokolwiek na siłę, bo się wykończę, że muszę pozwolić sobie także na relaks, a nie tylko obowiązki. W mojej rodzinie starsi wszyscy są pracoholikami i mają niestety jakąś taką niewolniczą mentalność, której mnie niestety nauczyli. Moja mama ma bardzo ciężką pracę fizyczną, prostą, ale co z tego to też jest potrzebne. Każdy kto pracuje powinien godnie zarobić, a nie tylko ledwo na przeżycie. Zarabia ciut ponad najniższą krajową a pracuje już tak 11 lat i boi się poprosić o podwyżkę. Ostatnio jej wyliczyli, że dostanie około 800zł emerytury netto. To co się dzieje w tym kraju jest straszne. Pracodawca żeby jego pracownik dostał najniższą krajową czyli 1530zł w tym roku, która ledwo starcza o ile w ogóle na przeżycie ma koszt 2530zł! Jak mojej ciotce doradcy zawodowemu to powiedziałam to nie mogła w to uwierzyć, stwierdziła, że mnie szef oszukuje... Tyle zabiera państwo w naszym kraju, powinni zmniejszyć koszty pracy i podwyższyć płacę minimalną, ale wtedy pewnie zabrakło by im na nagrody po kilkadziesiąt tysięcy. Mimo, że w sumie 1000zł zabierali mi z pensji, ja z pękniętą łąkotką w kolanie, które z takim urazem się gipsuje miałam chodzić do pracy, co je niszczy nieodwracalnie i zostałabym kaleką... Fakt nie umiem "bić się" o swoje, pozwoliłam się wykorzystać i dlatego tak mi z tym źle. Mój brat kurczę zawsze to potrafił, bo moi rodzice na niego "chuchali" tak, że ma o sobie mniemanie wybitne. Jest narcyzem. Dla mojej mamy on nie musiał nic robić i tak zawsze był najwspanialszy, a ja choćbym zrobiła 9 rzeczy to doczepiła się by do 1 której nie zrobiłam i nie doceniła tych 9... Mój ojciec też żałował nam pieniędzy... a ciągle go nie było w domu, bo pracował... Pamiętam, że w liceum często jadłam w dużej ilości najzwyklejszy chleb z keczupem tylko, bo nie było nic innego (to prowadzi właśnie do drożdżaków). Ale na papierosy mojej mamy czy mojego ojca zawsze było. Moja mama potrafiła mi czasem chuchnąć prosto w twarz tak jakbym była powietrzem... Może ciężko mi walczyć o siebie, ale wiesz, jak całe życie wszyscy tak traktują w rodzinie najbliższej, że moje potrzeby, uczucia itp są nieważne i inni teraz jeszcze to naprawdę nie łatwo jest być silnym, zaczyna się w to wierzyć, że nie zasługuję, nie należy mi się itd... to nie jest łatwe samemu być silnym kiedy z każdej strony jest atak i żadnego dodawania sił. Przez chyba 3 miesiące nie umiałam się podnieść, nie mogłam się uspokoić, jak słyszałam jak jeszcze innych traktują w tv np to tylko bardziej chciało mi się płakać z bezsilności.
To z  tą umową 3 miesięczną było tak, że lekarze z NFZ nie dali mi L4 i w ogóle olali kompletnie. Stwierdził jeden, że skoro się nie uderzyłam mam się zapisać do przychodni gdzie czeka się minimum 3 miesiące, to tak jakby ktoś złamał nogę nie z uderzenia tylko ze słabych kości i miał czekać 3 miesiące na gips. Ja już nie miałam wtedy sił, byłam bardzo osłabiona psychicznie... nie umiałam się niestety bić o swoje sad Bałam się bardzo o to kolano, bałam się, że nawet prywatnie mi nie da L4. Chciałam pracować minimum przez tydzień w domu a on postawił taki warunek, powiedział, że w razie czego zostawimy tą dłuższa umowę. Powiedziałam mu później że to jest bardzo niekorzystne dla mnie żebyśmy tego nie podpisywali, w razie czego będę na dłuższym L4 i on wtedy nie płaci... chciał bardzo żebym ją podpisała i tak zrobiłam, ale w końcu została ta roczna. Ale w międzyczasie, jak lekarz stwierdził, że jednak operacja może być konieczna (za 3000zł) to chciał ją zostawić... masakra. Nie spodziewałam się naprawdę tego po nim. Łąkotka mi się zrosła jako tako na szczęście, bo robiłam co mogłam żeby tak było. Jeszcze mnie pobolewa czasami odrobinę ale nie blokuje się i nie jest to taki ostry ból. Co do podwyżki to w końcu się wkurzyłam i stanowczo z nim o niej porozmawiałam i dostałam tyle ile chciałam, ale myślał, chyba że już może ode mnie wymagać nie wiadomo czego i ja chyba niestety tu zrobiłam błąd bo czułam się zobowiązana. A tak naprawdę oczekiwałam tej podwyżki za normalny tryb pracy a nie na złamanie karku, bo pensja minimalna nie jest normalna i ja już wystarczająco długo tam pracowałam żeby ją dostać. Całą z resztą tą podwyżkę dałam mamie żeby się nie zadłużała i miałam zamiar tak robić cały czas jeszcze przez jakiś rok dopóki jej by nie skończyła się inna pożyczka. Teraz na szczęście udało jej się zmniejszyć trochę ratę. Pracowałam tam 8h ale z dojazdami i przygotowaniem rano zajmowało mi to 12h... nie starczało mi czasu ani energii dla siebie. Musiałam wracając do domu przygotowywać się na kolejny dzień... żeby mieć w ogóle jakąkolwiek siłę na tę pracę.
Nie uważam, że informowanie szefa, że starcza mi ta pensja jedynie na przeżycie to branie na litość. Pensja minimalna nie jest normalna i powiedziałam mu to wyraźnie przy egzekwowaniu tej podwyżki, że pensję minimalną to można maksymalnie 3 miesiące płacić jak się pracownik wdraża a nie cały czas! A jemu się chyba naprawdę wydawało, że ja cały czas u niego będę za te pieniądze pracowała i to jeszcze podporządkowując całe życie pracy, bo inaczej się nie dało. Nie żyjemy po to żeby pracować tylko pracujemy po to żeby godnie żyć! Dlatego jeżeli jakaś pensja nie starcza na życie to trzeba o tym wyraźnie mówić. Mnie naprawdę nie byłoby stać nawet na buty jeżeli bym je zniszczyła, a harowałam od rana do wieczora. Z resztą chciałam pracować w domu to powiedział, ze jedynie na umowie o dzieło i nie może mi zapłacić TYLE ile na miejscu... a nie miałbym NIC. ani emerytury, ani NFZ, urlopu itp. a praca wykonana by była ta sama. Po prostu jest nie powiem kim, sknerą dla którego właśnie liczą się pieniądze a nie człowiek...
Jeśli chodzi stawianie się, to nawet nie wiesz jaki on jest sprytny, tak zwinnie potrafi odpowiedzieć, wyrzucić oręż z ręki, że jest w stanie wmówić i przekonać, że dobrze robi, choć tak nie jest. Wiem jak robił z innymi klientami, którzy zgłaszali mu obiekcje. W ogóle robił wszystko byle by zrobić i zgarnąć kasę... tak jak i ona po łebkach, kiedyś w ogóle zegarki sobie o 8 minut do przodu poprzestawiała.
To nie tak że ja się nie stawiałam. On mi dał nierealne zadania do wykonania i mówiłam tej "koleżance" że gdybym czegoś tam akurat nie zaczęła w domu (wolałam w domu niż siedzieć w pracy po nocach, bo miałam kilka godzin do odrobienia) to bym nie zdążyła i robiłam to na spokojnie. Ale niestety czasami w wirze tej pracy po prostu słabłam i ulegałam. Fakt na pochyłe drzewo wszystkie kozy skaczą, kozy tak ale nie ludzie. Nie wolno nikomu wykorzystywać niczyjej złej sytuacji ani słabości. Ja ani nikt nie jest niezniszczalny, mam prawo mieć słabszy moment, mam prawo być w gorszej sytuacji i nikt nie ma absolutnie prawa tej słabości wykorzystywać.

"Nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na d.... i przytakuj."
Reklama

4

Odp: Czuję się strasznie sponiewierana
Karliczek napisał/a:

Zarabia ciut ponad najniższą krajową a pracuje już tak 11 lat i boi się poprosić o podwyżkę. Ostatnio jej wyliczyli, że dostanie około 800zł emerytury netto..

Też tak zarabiam od 6 lat. Nie mam ciężkiej fizycznej, ale ciężką psychiczną pracę (odpowiedzialność, presja czasu). Też mi wyliczono tak niską emeryturę, a rachunków mam do płacenia za 1600-1800 zł. Taka ironia losu wink . Właśnie zdecydowałam, że składam wypowiedzenie, choć nie mam nowej pracy niestety.


Karliczek napisał/a:

Pamiętam, że w liceum często jadłam w dużej ilości najzwyklejszy chleb z keczupem tylko, bo nie było nic innego (to prowadzi właśnie do drożdżaków).

Mam drożdżyce i wiem, że to nie prowadzi do drożdżycy. To jest niewskazane gdy się już ją ma, ale nie to prowadzi do zachorowania wink .

Karliczek napisał/a:

Może ciężko mi walczyć o siebie, ale wiesz, jak całe życie wszyscy tak traktują w rodzinie najbliższej, że moje potrzeby, uczucia itp są nieważne i inni teraz jeszcze to naprawdę nie łatwo jest być silnym, zaczyna się w to wierzyć, że nie zasługuję, nie należy mi się itd... to nie jest łatwe samemu być silnym kiedy z każdej strony jest atak i żadnego dodawania sił. Przez chyba 3 miesiące nie umiałam się podnieść, nie mogłam się uspokoić,

To prawda, ale nie jest niemożliwe. Dobrze, ze coś robisz w kierunku poprawy samopoczucia, podwyższenia wiary w siebie. Najważniejsze to nabrać szacunku do siebie i uwierzyć, że jesteś wiele warta, że zasługujesz na wszystko co najlepsze. Dąż do tego uparcie, mimo przeciwności losu nie poddawaj się.

Jeśli się smucisz, to żyjesz przeszłością.
Jeśli się boisz, to żyjesz przyszłością.
Jeśli jesteś spokojny, żyjesz teraźniejszością. Lao Tzu

5 Ostatnio edytowany przez Karliczek (2018-07-12 13:35:36)

Odp: Czuję się strasznie sponiewierana

Domagaj się podwyżki, chyba że ta praca dla Ciebie jest za ciężka i chcesz odejść. To jest straszne, że takie pensje za pracę na pełnym etacie proponują w tym kraju... niewolnictwo 21 wieku. Ma Cię kto utrzymać więc jesteś w lepszej sytuacji.

Drożdżaki owszem od samych prostych węglowodanów jeszcze się nie tworzą, ale tak naprawdę każdy niemalże człowiek je ma, bo one są wszędzie nawet w powietrzu. Można nie mieć ich przerostu, ale pokarmu w żywności, do której nawykli ludzie im nie brakuje.

Obawiam się jednak, że czasami może to być niemożliwe niestety. Jakby człowieka zaatakowała jakaś grupka np. 20 ludzi nie ma on szans im dać rady i go zatłuką, a z psychiką jest tak samo. Jeżeli po prostu ktoś nie ma skąd czerpać sił a wszyscy dookoła nim poniewierają osłabią na tyle jego poczucie własnej wartości, że nie będzie w stanie choćby nawet chciał walczyć o swoje. Tak właśnie ostatnio było ze mną, czułam niemoc... choć już chyba trochę jest lepiej. Niektórzy muszą latami pewnie chodzić na terapię, która i tak może nie dawać zadowalającego rezultatu. Dorosły człowiek jest już ukształtowany, ciężko takiego zmienić, z którym całe życie się nikt nie liczył. Może to nie jest zbyt wychowawcze, ale wydaje mi się, że czasem lepsza jest odrobina agresji niż uległość i bez tej odrobiny agresji w sobie nie jesteśmy w stanie być stanowczy i uzyskać tego co nam się należy.

"Nie krytykuj, nie podskakuj, siedź na d.... i przytakuj."
Reklama

6

Odp: Czuję się strasznie sponiewierana
Karliczek napisał/a:

Domagaj się podwyżki, chyba że ta praca dla Ciebie jest za ciężka i chcesz odejść. Ma Cię kto utrzymać więc jesteś w lepszej sytuacji.

(...) a z psychiką jest tak samo. Jeżeli po prostu ktoś nie ma skąd czerpać sił a wszyscy dookoła nim poniewierają osłabią na tyle jego poczucie własnej wartości, że nie będzie w stanie choćby nawet chciał walczyć o swoje. Tak właśnie ostatnio było ze mną, czułam niemoc... choć już chyba trochę jest lepiej. Niektórzy muszą latami pewnie chodzić na terapię, która i tak może nie dawać zadowalającego rezultatu. Dorosły człowiek jest już ukształtowany, ciężko takiego zmienić, z którym całe życie się nikt nie liczył. Może to nie jest zbyt wychowawcze, ale wydaje mi się, że czasem lepsza jest odrobina agresji niż uległość i bez tej odrobiny agresji w sobie nie jesteśmy w stanie być stanowczy i uzyskać tego co nam się należy.

Domagałam się... biednego szefa nie stać wink .
Ciężka moja praca tez jest, psychicznie. Dlatego chciałam podwyżkę, bo mam odpowiedzialną pracę, pod presją. Mąż pracuje, więc nie będę głodować. Jedynie się obniży nasz standard życiowy wink .
Nie nazwałabym tego agresją, ale zawziętością smile .

Jeśli się smucisz, to żyjesz przeszłością.
Jeśli się boisz, to żyjesz przyszłością.
Jeśli jesteś spokojny, żyjesz teraźniejszością. Lao Tzu

Posty [ 6 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Czuję się strasznie sponiewierana

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018