Witam.
Mam 26 lat moja partnerka 32.
Poznalismy się 5 lat temu i mimo pewnych roznic bardzo nas do siebie ciagnelo.Mielismy zbierzne oczekiwania,plany i podobny system wartosci.Dosyc szybko zaczelismy mieszkac razem,po ok 9 miesiacach.
Okazala sie byc bardzo zaborcza(ze względu na swoje przeszle zwiazki i moja imprezowa przeszlosc) Pojawily sie zakazy,ograniczanie spotkan ze znajomymi,kolezankami ktore znalem od podstawowki. Ja przystalem na to bo bylismy bardzo zakochani.Uznalem ze moge z nia spedzic reszte zycia wiec po co mam ja stresowac.Nie potrzebujemy nikogo.
Po jakims czasie zaczelismy sie klocic o finanse,a raczej ich stan.Nadazyla sie dla niej okazja pracy w innym miescie za dobre pieniadze.Stwierdzilismy ze moze to byc fajna sprawa zeby isc naprzod.Mialem dojechac po paru miesiacach jak wszystko u niej sie ustabilizuje.
Widywalismy sie weekendowo,dzwonilismy codziennie.Bylo ok przez 2 mc. Nagle w przeciagu tygodnia zmiana o 180 stopni.Telefony umilkly,brak checi spotkania.Okazalo sie ze ma tam paczke"kolezanek" i woli spedzic czas z nimi. Rozstalismy sie .
Utrzymywalismy kontakt(z mojej inicjatywy) bo mimo wszystko zalezalo mi na niej.Po niedlugim czasie,musiala odejsc z pracy,"kolezanki|" poszly w odstawke i zaczela wyrazac chec powrotu.
Troche przegadalismy ten temat,przeprosila( nie dowiedzialem sie ostatecznie co sie stalo,stwierdzila ze miala problemy((o ktorych mi nie mowila)) a ja jej nie wspieralem) Wynajelismy mieszkanie,znalezlismy prace ale nie bylo juz jak wczesniej.Zero seksu,coraz mniej czulosci i znowu zaborczosc z jej strony.Po jakims czasie przestalismy wgle rozmawiac a ja stalem sie typem zazdrosnika-dyktatora bo caly czas rosly miedzy nami mury.
Po kolejnej klotni o brak zaangarzowania z jej strony stwierdzila ze nie mozemy razem mieszkac i chce "przerwy"
Nie podobalo mi sie to bo uwazalem ze powinismy pracowac wspolnie nad problemami a nie uciekac.Ostatecznie uleglem.
Na chwile obecna mieszkamy osobno.Widujemy sie regularnie ale nie rozmawiamy o nas.Ostatnio stwierdzila ze nie kocha mnie tak jak kiedys i nie wie czy to wruci.Ze powinienem ukladac sobie zycie nie patrzac na nia itp. a jednoczesnie dzwoni,sporadycznie dochodzi do zblizen(ale nie do sexu i nie chce bym ja jej dawal przyjemnosc) niby jestesmy razem ale......
i tu moje pytanie
Jak sama stwierdzila chce sprawdzic czy jeszcze pokocha mnie jak kiedys.Czy takie rzeczy faktycznie sie zdarzaja?Czy jest to tylko po to abym sam odszedl?
Jak wy to widzicie.