Cześć wszystkim,
Założyłam tu konto, bo po prostu muszę się wygadać, muszę posłuchać opinii ludzi, którzy byli kiedyś w podobnej sytuacji, bo sama już sobie nie radzę i nie wiem co robić, choć rozmawiałam już z wszystkimi bliskimi osobami - myślę, że obiektywna opinia innych mi jakoś pomoże.
Z moim niebieskim byliśmy dość udaną parą przez prawie 3 lata. Wspólne wyjazdy, wycieczki, zakup mieszkania i remont, wszystko układało się idealnie. Wiadomo, że były wzloty i upadki, jesteśmy tylko ludźmi, ale kiedy wracałam do domu i patrzyłam na niego wiedziałam, że to właśnie ten. Nie mamy dzieci, ale on zawsze bardzo ich chciał i mnie namawiał, więc w sumie wszystko zaczęło się od listopada - u mnie w pracy pasmo niepowodzeń, kolejne urodziny, ciśnienie na dzieci z jego strony, a ja rozszarpana i rozdarta, że nie jestem pewna czy powinnam zająć się karierą i czy jestem gotowa na macierzyństwo. Zawsze byłam człowiekiem, który wie czego chce, a tu nagle: zonk, co ze sobą zrobić, w którą stronę iść? Wiedziałam, że jeśli nie dam mu dziecka to go stracę, poczucie paniki wewnętrznej mnie przygniotło i wpadłam w deprechę. Zaczęliśmy się oddalać od siebie, przestaliśmy rozmawiać i spędzać wspólnie czas. Plus tyraliśmy oboje jak osły: praca, praca, praca, a weekendy jeszcze jeździł na uczelnię, więc nie było trudno oddalić się od siebie. W wigilię podjęłam temat i rozmowę. Powiedziałam co mnie boli, jak to widzę, że martwi mnie to, że jesteśmy od siebie dalej. Powiedziałam, że jestem rozdarta i nie wiem co mam zrobić - on mówił niewiele. Widziałam, że po tej rozmowie niezbyt wiele się zmieniło, poczułam jakiś chłód z jego strony. Ale potem w sylwestra prosił mnie o to, żebyśmy postarali się o dziecko. Poprosiłam o czas na przemyślenie tej decyzji. Finansowo dalibyśmy radę ze spokojem, ale dziecko to nie chomik tylko reorganizacja całego życia.
Fakt - zamknęłam się w sobie, mam ogromne poczucie winy, że zabłądziłam. Ale on zamiast wyciągnąć mnie w górę - poszukał szczęścia gdzie indziej i wdał się we flirt, który odkryłam w nowy rok. Bez zbliżeń co prawda, ale jednak cholernie zabolało, że nazywał ją tak jak zwykle nazywał mnie, że robił zdjęcia jedzenia, które przygotowywał dla mnie i wysyłał do niej, że spotkali się dwa razy na kawę, wreszcie, że kupił jej prezent na gwiazdkę, że mimo mojej szczerej rozmowy z nim dalej to kontynuował - to było za dużo, więc zrobiłam awanturę. Rozmawialiśmy przez tydzień - nie umiał mi powiedzieć czego chce, jak zapytałam czy żałuje odpowiedział tylko, że "nie jestem z tego dumny" i tak wyglądały te rozmowy. Ja szalałam z rozpaczy i doskonale o tym wiedział, ale nie zrobił prawie nic (poza kwiatami na drugi dzień), żebym mogła odzyskiwać pewność i zacząć odbudowywać zaufanie. Stanęło na tym, że on mi obiecał, że temat tej dziewczyny jest zakończony, a ja mu obiecałam, że nie będę już poruszać tego tematu. Chwilę było dobrze. Poszliśmy nawet na imprezę do klubu, wrócił seks, rozmawialiśmy. Ale mimo wszystko wyczuwałam jakieś napięcie, jakąś sztuczność w tym wszystkim i brak pewności z jego strony. Wiedziałam, że jak zapytam to mogę nie uzyskać szczerej odpowiedzi, więc znów sprawdziłam jego wiadomości i okazało się, że dalej coś do siebie piszą. Co prawda bez przesadnej słodkości, ale rozmawiał z nią o naszym narzeczeństwie i że coś się nie układa między nami, proponował jej wspólne oglądanie filmu. Znów - tego było za wiele, kolejny cios. Powiedziałam więc, że skoro sam nie umie podjąć decyzji i wybrać - podejmuję ją za niego i się rozstajemy. W całej tej kłótni powiedział mi, że nie wie jak ma to poukładać, że ma dosyć, że ciągle do tego wracam, ale jakby nie zrozumiał, że klamka zapadła, bo na drugi dzień zadzwonił do mnie jak zwykle po pracy, jakby nic się nie stało. Kiedy wrócił do domu powiedziałam, że nie żartowałam, łzy stanęły mu w oczach. Zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałam, że nie chce być trzecia w tym związku, że dopóki nie poczuje, że on jest pewien swojego uczucia do mnie to ja też tego nie poczuję i to nigdy nie wróci do normalności. Na moje pytanie o to czy chce się rozstać zdecydowanie odpowiedział, że nie. Ale jak zapytałam czy chce spróbować to łatać - odparł, że nie wie. Jestem osobą, która lubi wiedzieć na czym stoi, która czuje się pewnie tylko wtedy kiedy ma stały grunt pod nogą, on wyrwał z tego gruntu jedną cegiełkę i czuję, że się chwieje i gibam, i w próżni wiszę. Stanęło na tym, że wyprowadzi się do kumpla na tydzień, żeby to wszystko przemyśleć i się zastanowić. Na odchodne powiedziałam mu jeszcze, żeby nie martwił się o to czy to się da naprawić - w końcu nie z takich jaj ludzie wychodzili obronną ręką, nie takie rzeczy udało się wybaczyć - ale do tego potrzeba czasu, cierpliwości i pewności. Zostałam w domu sama ze swoimi myślami i tak bardzo uświadomiłam sobie jego brak, że przy winie i lodach przeryczałam te kilka dni. On się dalej zastanawia, on nie wie. Wczoraj co prawda do mnie napisał, zapytał co u mnie. Odparłam zdawkowo, dowiedziałam się tylko tyle, że powoli jakieś wnioski mu się pojawiają. Wieczorem też przesadziłam z winem, coś mi strzeliło do głowy i napisałam, że tęsknię, a on dalej nic, jak niewzruszony głaz, powtarzał mi tylko, żebym nie zakładała najgorszego scenariusza. Teraz żałuję, że napisałam, bo wyszłam na zrozpaczoną desperatkę, ale jak wiadomo z alkoholem się nie dyskutuje, to on dyskutuje z nami...
Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć.
Z jednej strony myślę, że jest tchórzem, że bał się to zakończyć sam i przedłużył moje męki o kolejny tydzień tylko po to, żebym sama podjęła te decyzję. Do tego dochodzi fakt, że prawdopodobnie dalej ze sobą piszą (kto wie może się nawet spotkali), chociaż zapewniał mnie, że nie chodzi o nią i ona nic dla niego nie znaczy. To mi faktycznie daje powód, żeby go znienawidzić, ale mimo wszystko kocham gnojka nadal, ciężko mi wymazać z pamięci ten szmat - bądź co bądź - fajnego czasu.
Z drugiej strony myślę, że przyzwyczaił się do wygodnego życia - posprzątany dom, obiadek i nie będzie chciał z tego rezygnować i wracać do matki.
Z trzeciej strony myślę, że gdyby faktycznie mnie kochał to walczyłby o to od razu - a nie stękał i się zastanawiał.
Z czwartej strony myślę, że się pogubił i może faktycznie potrzebuje tego czasu.
Z piątej strony jeszcze myślę, że bada grunt i sprawdza czy tamta wpuści go do swojego życia - i decyzja w sumie należy do niej. Jak go nie wpuści to wróci tu z podkulonym ogonem.
Z szóstej strony myślę, że ich flirt trwał tylko ok miesiąca, więc faktycznie może mniej znaczyć niż to co wspólnie budowaliśmy przez te lata.
Z siódmej strony boję się, że jeśli tu wróci to tylko z litości (bo przecież jestem nieuleczalną kretynką i musiałam napisać, że tęsknię, nie! Ach!).
Z ósmej strony myślę, że boi się to naprawiać i nie wie jak to ugryźć - dla nas to nowa sytuacja.
Z dziewiątej strony myślę, że faktycznie coś między nim a mną (nie odwrotnie na pewno) zdechło, a wiadomo pierwiosnka na betonie nie posiejesz.
A z dziesiątej strony to ja już sama nie wiem czy faktycznie to będzie dobrze jeśli tu wróci.
A z jedenastej to może tydzień to za mało? Może nie uda mu się podjąć żadnej decyzji (bo ma za dużo na głowie, sesja, magister, teraz jeszcze zmiana miejsca pracy, bo firma się przenosi do innego miejsca) i wróci tu kłamiąc i łżąc, że mnie kocha, żeby dać sobie więcej czasu?
W każdym razie jestem zrozpaczona, skołowana i w totalnej rozsypce. Może są tu jacyś mężczyźni, którzy bywali w "separacji" i pochwalą się do jakich wniosków wtedy dochodzili? Może Wy dziewczyny miałyście podobnie? Wybaczcie te litanię, ale to wszystko tak mnie gniecie, że musiałam się wygadać.
Pomocy.
