Piszę tutaj, bo raczej nikt w otoczeniu mnie nie rozumie. Mam 25 lat, rok temu skończyłam studia i wyprowadziłam się za granicę do partnera, z którym byliśmy sobie na odległość ok. 4 lat. Niestety nie układało nam się zbyt dobrze od jakiegoś czasu. Tzn. nie było problemów typu "wkurzasz mnie, bo...", ale bardzo mało ze sobą rozmawialiśmy. Zaczęło się od tego, że on otworzył własną firmę i cały poświęcił się właśnie temu zajęciu. Ostatecznie postanowiliśmy, że na dwa miesiące pojadę do Polski, a on przemyśli co chce robić dalej ze swoim życiem (ja kochałam/kocham go całym sercem i chciałam ślubu). No i już miałam kupiony bilet, a tu - okresu brak. Zrobiłam trzy testy, wszystko pozytywne. Potem poszłam sama zrobić betę z krwi - pozytywna. Dwa dni później (już wtedy razem) zrobiliśmy znowu betę i wyszła 520. I tym sposobem jestem w 5 tygodniu ciąży. Na początku ucieszyłam się. A teraz wszystko zaczęło mnie przytłaczać, przerażać i po prostu "wiem", że nie poradzę sobie absolutnie z niczym. Boję się poronienia, samej ciąży, porodu, a najbardziej tego, co będzie potem. Boję się, że nie będę potrafiła zająć się własnym dzieckiem. Boję się, że nigdy już nic nie będzie tak samo. Mam bardzo dobry kontakt z mamą i babcią, ale nawet mimo tego fantastycznego kontaktu, czuję, że nie akceptuje się moim uczuć - to tylko hormony, niech się już uspokoi, bo dziecko... (nikt mi tak nie powiedział, ale tak to odczuwam). Na myśl o maluszku odczuwam ciepłe uczucia i gdybym tylko mogła być z nim na samotnej wyspie sam na sam - to myślę, że wszystko byłoby dobrze. Ale nie jestem. Mój partner podjął decyzję, że weźmiemy ślub - czyta na temat formalności, rozmawia o tym ze znajomymi itd. Jego znajomi mi gratulują (chociaż według mnie to znacznie za wcześnie), a ja najchętniej schowałabym się pod kocyk i umarła. Bo tak właśnie się czuję - jakby moje własne życie dobiegło końca. Jakby moja osobowość i moje potrzeby nie miały już racji bytu. Od teraz jestem inkubatorem, a potem wieczną służącą dziecka i całego otoczenia. Wyprowadziłam się za granicę i nie mam tu pracy - dorabiam tylko zdalnie przy pojedynczych zleceniach. Zawsze uwielbiałam się uczyć - pierw na studiach, a potem już tutaj samodzielnie w domu języka kraju, w którym mieszkam i programowania. Bardzo ładnie rysuję i czasem sobie pośpiewam. Lubiłam czas spędzany w samotności - 100% introwertyk. Ale teraz się boję, że naprawdę jestem/będę sama jak palec, zamknięta w domu z dzieckiem, a po południu będzie się uruchamiało cało to otoczenie, które czegoś ode mnie chce, które nie rozumie, że jest mi ciężko, które uważa, że "tak powinno być", "taka kolej rzeczy", "taka rola matki", "użala się nad sobą". A ja mimo tego, że już tak bardzo kocham tę malutką kuleczkę - to chciałabym też być nadal tą samą - (tutaj moje imię). Nikt mnie nie widzi, jakbym już nie miała swojego wnętrza - ono jest zastąpione maluchem i tak już będzie zawsze. Ciągle płaczę. Ciągle. Budzę się ze łzami w oczach i zasypiam razem z nimi. W nocy budzę się regularnie i od 6 nie mogę już zasnąć nawet na kilka sekund. Czuję naprawdę, że moje życie się skończyło. Na zawsze.
Dlaczego nie uważaliście, skoro doszło do ciąży?
Niestety, Twoje życie już nigdy nie będzie takie samo, bo pojawi się w nim mały człowiek, który będzie dla Ciebie i partnera priorytetem.
Jednak posiadanie dziecka nie oznacza zabunkrowania się w domu w pieluszkach. Można dalej pielęgnować swoje pasje, rozwijać się. Kwestia organizacji i chęci.
Zastanów się dobrze, czy aby na pewno chcesz mieć teraz dziecko. Nie żebym namawiałado aborcji, ale jeśli masz być nieszczęśliwa i zatruć tym życie dziecka i swojego partnera, to może lepiej dobrze się zastanowić, co będzie dla Ciebie gorsze.
3 2017-10-14 12:03:48 Ostatnio edytowany przez sweetgirl25 (2017-10-14 12:05:13)
Nie jesteś w złej sytuacji. Pomysl co by było gdyby partner Cie zostawił i nie miałabyś wsparcia w nikim, bo i takie przypadki sie zdarzają. Nigdy nie brałas pod uwagę, ze moze się trafic wpadka i co później zrobisz?
Brałam tabletki antykoncepcyjne dobre kilka lat, ale któregoś dnia miałam spore kłopoty żołądkowo-jelitowe. Myślę, że po prostu tabletka nie wchłonęła się jak trzeba. Innego wytłumaczenia nie mam, bo wszystkie były brane o tej samej porze (do 2-3 h różnicy), więc albo to albo jesteśmy tym 1% (czy ile tam stanowi przypadek). Aborcji nawet nie brałam pod uwagę, bo zupełnie nie zgadza się to z moim światopoglądem. Zresztą - tak jak napisałam - na myśl o moim własnym dziecku czuję ogromny przypływ uczucia, nie mogłabym go zabić (jak zwał, tak zwał), bo nie czuję się gotowa. Po prostu czuję się jakby... no nie wiem co. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu jest mi dramatycznie smutno i czuję się niepotrzebna jako osoba. Mimo że na samą myśl o utracie fasolki przechodzi mnie fala przerażenia. Nie wiem, może coś jest ze mną nie tak, jak trzeba.
5 2017-10-14 14:16:43 Ostatnio edytowany przez bbasia (2017-10-14 14:21:07)
Wszystko z Tobą jest w porządku. Po prostu przestraszyłaś się tylko nowej dla Ciebie sytuacji. To jest najzupełniej normalne. Zwłaszcza jak to się człowiek naczyta w internecie narzekań zmęczonych matek jak to dziecka wysysa wszelkie siły życiowe, pozbawia przyjemności, snu, znajomych itp. To prawda - dziecko to duże wyzwanie, ale spokojnie do poradzenia sobie, i, o dziwo
wzmagające poczucie szczęścia i sensu życia.
Jeśli miałabym Ci coś radzić, to radziłabym Ci, żebyś spróbowała żyć takim życiem jakim żyłaś do tej pory. Bo jak na razie oprócz rosnącego brzucha oraz ograniczenia takich rzeczy jak alkohol czy papierosy nic się nie zmienia. Możesz robić to wszystko co lubisz - uczyć się, pracować (zwłaszcza zdalnie), bawić się, chodzić na spacery, uprawiać sport itp. Spróbuj znaleźć konkretnego lekarza czy położną, którzy gdy będziesz miała jakieś wątpliwości lub lęki po prostu je wytłumaczą czy rozwieją. Masz dobry kontakt z kobietami ze swojej rodziny - wykorzystaj to. I nie martw się, że będą miały Cię za panikarę. One dobrze wiedzą i rozumieją to, bo same kiedyś przez to przechodziły. Rzeczywiście mogą mówić, że ciąża to nic takiego strasznego, ale to się wie dopiero po urodzeniu dziecka
Ale kochają Cię i na pewno będą dla Ciebie wsparciem. W dodatku same będą mieć z tego satysfakcję, że pomogły, doradziły, uspokoiły (ja w każdym razie bym miała
)
Moim zdaniem taka ciąża "z przypadku" jest bardzo dobrym "przypadkiem" jeżeli jest się w stałym związku, w miarę stabilnym finansowo itp. Uwalnia bowiem od dylematów typu "czy to jest dobry moment na dziecko", czy "jesteśmy na dziecko gotowi" - bo wiadomo, że jak się zacznie roztrząsać problem, to nigdy to nie będzie tak na 100% ten moment. A tak los Wam tych dylematów oszczędził ![]()
Trzymaj się! Będzie dobrze na pewno!
A ciąża to nie koniec życia. Tylko początek nowego. Na pewno momentami trudnego i frustrującego ale - przynajmniej moim zdaniem w przeważającej większości sprawiającego prawdziwą radość, satysfakcję i szczęście. A wiem co mówię - mam dwóch dorosłych już synów ![]()
Może po prostu hormony Ci buzują, za jakiś czas po oswojeniu się z wiadomością o ciąży, powinnaś poczuć się lepiej.
Czasem ulgę daje też zwyczajne wygadanie się komuś i niekoniecznie tą osobą musi być jakaś super-hiper-insta-fit-matka.
Macierzyństwo potrafi przytłaczać. Ciąża potrafi zmęczyć.
Pod koniec ciąży czułam się jak dojna krowa, wszystko mnie wkurzało, bolało.
W kryzysowych sytuacjach często humor poprawiał mi mój mąż - nie brał każdego mojego marudzenia na poważnie, marudzenie zbywał uśmiechem.
Pomagało! Przed samym porodem, jak już nie widziałam swoich stóp, ani pępka i zdarzyło mi się obsikać majtki przy kichnięciu, reagowałam już tylko wybuchem śmiechu.... i zmianą majtek.
Brałam tabletki antykoncepcyjne dobre kilka lat, ale któregoś dnia miałam spore kłopoty żołądkowo-jelitowe. Myślę, że po prostu tabletka nie wchłonęła się jak trzeba. Innego wytłumaczenia nie mam, bo wszystkie były brane o tej samej porze (do 2-3 h różnicy), więc albo to albo jesteśmy tym 1% (czy ile tam stanowi przypadek). Aborcji nawet nie brałam pod uwagę, bo zupełnie nie zgadza się to z moim światopoglądem. Zresztą - tak jak napisałam - na myśl o moim własnym dziecku czuję ogromny przypływ uczucia, nie mogłabym go zabić (jak zwał, tak zwał), bo nie czuję się gotowa. Po prostu czuję się jakby... no nie wiem co. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Po prostu jest mi dramatycznie smutno i czuję się niepotrzebna jako osoba. Mimo że na samą myśl o utracie fasolki przechodzi mnie fala przerażenia. Nie wiem, może coś jest ze mną nie tak, jak trzeba.
Weź głęboki oddech i "zresetuj" umysł. Wiele kobiet przez to przechodzi, szczegolnie jesli w rodzinie nie ma zbyt wielu dzieci. Wtedy ciąża staje się naprawdę wyjątkowym zdarzeniem i wszyscy się bardzo (a nawet za bardzo) na tym skupiają. Ale to minie. To dopiero kilka tygodni wiec daj im się nacieszyć, w koncu do tego przywykną, a ty odzyskasz wlasne miejsce
Tak, po urodzeniu dziecka bedzie inaczej - ale wciaz bedziesz soba.
Tak się sklada, że też rysuję i realizuję się artystycznie i ani ciaza, ani male dziecko w tym nie przeszkadza. W nauce jezykow obcych tym bardziej
bedziesz miala rozmówcę, ktory zawsze bedzie się cieszył, że do niego mowisz, obojętnie w jakim języku.
Strach przed zmianami jest bardzo naturalnym stanem w poczatkach pierwszej ciąży, jeżeli czujesz się z tym źle, po prostu porozmawiaj o tym ze swoim partnerem, z bliskimi. Ale - porozmawiaj, a nie wyrzuc z siebie swoje zale i pretensje - wysluchaj tez ich. ![]()
Dziewczyny, dziękuję za odpowiedzi. Wasze słowa naprawdę, NAPRAWDĘ pomagają. Nawet nie wiem co dodać. Po prostu bardzo dziękuję, bo poczułam się lepiej.
Pomarańczowa doskonale Cię rozumiem. Mam synka 11 miesięcznego.
Ciąża i macierzyństwo rzeczywiście zmieniają tryb życia, pierwsze miesiące są trudne, ale naprawdę wierzę że sobie poradzisz. Martwiłam się dokładnie tym samym co Ty, że sobie nie poradzę w opiece, że to strasznie odpowiedzialne zadanie, że moje życie się skończyło.. absolutnie nic z tych rzeczy. Są pewne trudności i ograniczenia , ale dziecko przecież nie zawsze jest nieporadnym niemowlęciem. Miewa się gorsze chwile, ale tych szczęśliwych jest znacznie więcej. W szpitalu proś o pomoc pielęgniarki i inne mamy - pomogą Ci w podstawowej pielęgnacji
od początku angażuj partnera we wszystko, żebyś mogła też mieć trochę czasu dla siebie i pomocy. Narzekaj tu, jeśli potrzebujesz, nie tłum emocji. Zaczyna się nowy rozdział w Twoim życiu - lęk jest zrozumiały, ale zobaczysz że to będzie niesamowity rozdział
jak patrzę jak mój syn rośnie w oczach dosłownie, jak cieszy się podczas zabawy czy np. w odwiedzinach u dziadków, jak inni ludzie go chwalą - puchnę z dumy ![]()
Dynia, dziewczyny dobrze piszą, dziecko to nie koniec życia, tylko nowy rozdział, uszy do góry. Skoro już żywisz ciepłe uczucia do tej fasolki to będzie dobrze. Ja też się bałam jak byłam w ciąży. Małe dziecko na pewno w jakiś sposób ogranicza, bo jednak masz 24 godz. na dobę pod opieką małego czlowieka, za ktorego jesteś odpowiedzialna i ktory na zawsze stanie się częścią Twego życia. Ale jeśli masz oparcie w ojcu dziecka i rodzinie to będzie dobrze.
11 2017-10-15 18:59:57 Ostatnio edytowany przez santapietruszka (2017-10-15 22:29:14)
Wiadomość o ciąży potrafi powalić z nóg, to prawda. I jest to całkowicie naturalne - świat wywraca Ci się do góry nogami, bo okazuje się, że oprócz prozaicznych jelit masz tam w środku jeszcze kogoś, o kogo wypada zadbać bardziej niż o swoje jelita i wątrobę ![]()
I na dodatek - o ile nie zajdą jakieś nieprzewidziane okoliczności, to jelita nie wyjdą z Ciebie i nie zaczną wrzeszczeć po nocach, nie trzeba im będzie zmieniać pampersa, nie trzeba im będzie tłumaczyć, gdzie jest słońce, kiedy go nie ma, a na dodatek własne jelita już są na tyle oswojone, że zjedzenie marchewki czy innej kaszki nie upinkoli w ową kaszkę tudzież marchewkę całego mieszkania...
Ale jelita nigdy się do Ciebie nie uśmiechną i nie przytulą, pamiętaj
Pomijam sytuację, że jesteś Hannibalem Lecterem ![]()
I nie, nie musisz zmienić się w inkubator. Na pewno z początku będzie ciężko, to jest przestawienie całego dotychczasowego życia... ale wiesz, moja koleżanka z 2-tygodniowym dzieckiem pojechała na grilla nad "dziką" rzekę (oczywiście akurat było lato i zachowano wszelkie zasady).
Będzie dobrze, skoro masz już ciepłe uczucia do "fasolki" (swoją drogą, nie cierpię tego określenia
). A jak zacznie Cię podkopywać po żebrach, to gwarantuję Ci, że nawet i nieciepłe znajdziesz
I to też będzie całkowicie naturalne - jesteś nadal sobą ![]()
12 2017-10-15 19:30:45 Ostatnio edytowany przez adiafora (2017-10-15 19:32:03)
ja się jeszcze przyznam, że nienawidziłam tego uczucia gdy mi się dziecko ruszało w brzuchu. Większość matek to zachwyca, a mnie się slabo robiło, bo miałam wrażenie, że flaki mi sie przewracają. Krzywiłam się wtedy i miałam minę - jak to mój mąż mówił: jakbyś miała ciężkie zatwardzenie
i nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia, że jakas wyrodna matka będę czy coś ze mną nie tak. A jak dziecko się urodziło to też miałam okresy, że pytałam niebiosa - za jakie grzechy??!! gdy musiałam wstawać glęboką nocą do małego wrzaskuna. Ale to normalne, że sa gorsze chwile. Matka to czlowiek z krwi i kości a nie jakiś heros. Pomijajac patologię, każda chce jak najlepiej dla swojego dziecka i krzywdy mu nie zrobi, ale czasem zwyczajnie ma się dość i myśli się, że juz się nigdy z tych pieluch i zupek nie wyjdzie, wstajesz rano i kolejny dzień świstaka przed Tobą, więc robisz dobra minę do złej gry. Ale z drugiej strony, gdy patrzysz na tę słodką, śpiącą w Twoich ramionach kuleczkę, ufną do granic, to serce Ci topnieje jak wosk...
13 2017-10-15 19:35:22 Ostatnio edytowany przez santapietruszka (2017-10-15 19:36:57)
ja się jeszcze przyznam, że nienawidziłam tego uczucia gdy mi się dziecko ruszało w brzuchu. Większość matek to zachwyca, a mnie się slabo robiło, bo miałam wrażenie, że flaki mi sie przewracają. Krzywiłam się wtedy i miałam minę - jak to mój mąż mówił: jakbyś miała ciężkie zatwardzenie
i nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia, że jakas wyrodna matka będę czy coś ze mną nie tak. A jak dziecko się urodziło to też miałam okresy, że pytałam niebiosa - za jakie grzechy??!! gdy musiałam wstawać glęboką nocą do małego wrzaskuna. Ale to normalne, że sa gorsze chwile. Matka to czlowiek z krwi i kości a nie jakiś heros. Pomijajac patologię, każda chce jak najlepiej dla swojego dziecka i krzywdy mu nie zrobi, ale czasem zwyczajnie ma się dość i myśli się, że juz się nigdy z tych pieluch i zupek nie wyjdzie, wstajesz rano i kolejny dzień świstaka przed Tobą, więc robisz dobra minę do złej gry. Ale z drugiej strony, gdy patrzysz na tę słodką, śpiącą w Twoich ramionach kuleczkę, ufną do granic, to serce Ci topnieje jak wosk...
Ja to już się boję przyznać nawet, że czasem ma się myśli takie, że jak się rąbnie tym zawiniątkiem wrzeszczącym o ścianę, to się człowiek wreszcie wyśpi
![]()
Myśli są ok, o ile nie wprowadza się ich w życie.
Matka to czlowiek z krwi i kości a nie jakiś heros
I otóż to. Nie należy się kierować okładkami gazet czy innymi Pudelkami, gdzie wypinają tyłki celebrytki, mające kupę nianiek do pomocy... i mają czas na fitness, bywanie na salonach itd. - i dlatego są zawsze uśmiechnięte i zadowolone ![]()
14 2017-10-15 19:40:52 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2017-10-15 19:41:36)
Mnie do tej pory włącza się czarny humor, jak Młody ma gorszy dzień i się śmieję, że jego nawet pedofil by nie porwał...
A jeśli już, to za 15 minut by go odprowadził i jeszcze przeprosił...
Mnie do tej pory włącza się czarny humor, jak Młody ma gorszy dzień i się śmieję, że jego nawet pedofil by nie porwał...
A jeśli już, to za 15 minut by go odprowadził i jeszcze przeprosił...
![]()
Teraz mi się przypomniało, że jak starszy syn był niemowlakiem, to miałam chyba najbardziej bujne życie towarzyskie. Bo każdego dnia wychodziło się na spacer (bo wrzaskun mały wtedy najlepiej spał sobie). Na spacerze spotykałam zawsze jakąś koleżankę lub dwie, również z wózkami. To się spacerowało i wymieniało doświadczeniami oraz co ciekawszymi plotkami. Potem odwiedzałam babcie, ciotki itp. Dla nich było atrakcją poćwierkać i ponosić dziecko przez godzinkę a ja miałam chwilkę odpoczynku przy herbatce ![]()
Nie masz co się przejmować, to dopiero początek! Pomyśl lepiej, że w wieku 30 lat będziesz mogła podrzucić dziecko do mamy i pojechać na wakacje, gdzie Twoje koleżanki, będą dopiero karmiły ![]()
Oj tak ja też lubię jeździć do rodziny, znajomych gdzie wiem że mój synio odstawi matkę na bok i przypomni sobie o mnie w porze obiadowej lub kolacyjnej
mój znajomy, mężczyzna, któremu urodziło się kilka tyg temu dziecko wpadł wczoraj na chwilę po ubranka, i mówi tak: "Wiesz kocham to swoje dziecko najbardziej, ale czasem to widzę w głowie jak rzucam go gdzieś przez okno i uciekam na koniec świata"
także KAŻDY rodzic ma takie myśli, chwile słabości, tym bardziej matka która jest 24h z dzieckiem. W ciąży też się myśli na koniec , że już się nie da rady, ale jakoś się daje. Będzie dobrze, czasami lepiej, czasami gorzej, ale poradzisz sobie ![]()
Jesteś w tej chwili w sytuacji gdzie każda kobieta pod wpływem hormonów jest rozchwiana emocjonalnie, ale to przejdzie. W życiu jest tak że przechodzimy różne etapy ale właśnie poprzez te doświadczenia stajemy się mocniejsi i zarazem mądrzejsi. Uspokój się, ciesz się tymi chwilami, dasz sobie rady, wierzę w Ciebie, my kobiety z natury jesteśmy silne. Naprawdę pojawienie się dziecka nie oznacza końca życia dla Ciebie, zobaczysz ile radości przyniesie Ci ta kruszynka gdy pojawi się na tym świecie. Życzę Ci siły i wiary we własne siły!
Piszę tutaj, bo raczej nikt w otoczeniu mnie nie rozumie. Mam 25 lat, rok temu skończyłam studia i wyprowadziłam się za granicę do partnera, z którym byliśmy sobie na odległość ok. 4 lat. Niestety nie układało nam się zbyt dobrze od jakiegoś czasu. Tzn. nie było problemów typu "wkurzasz mnie, bo...", ale bardzo mało ze sobą rozmawialiśmy. Zaczęło się od tego, że on otworzył własną firmę i cały poświęcił się właśnie temu zajęciu. Ostatecznie postanowiliśmy, że na dwa miesiące pojadę do Polski, a on przemyśli co chce robić dalej ze swoim życiem (ja kochałam/kocham go całym sercem i chciałam ślubu). No i już miałam kupiony bilet, a tu - okresu brak. Zrobiłam trzy testy, wszystko pozytywne. Potem poszłam sama zrobić betę z krwi - pozytywna. Dwa dni później (już wtedy razem) zrobiliśmy znowu betę i wyszła 520. I tym sposobem jestem w 5 tygodniu ciąży. Na początku ucieszyłam się. A teraz wszystko zaczęło mnie przytłaczać, przerażać i po prostu "wiem", że nie poradzę sobie absolutnie z niczym. Boję się poronienia, samej ciąży, porodu, a najbardziej tego, co będzie potem. Boję się, że nie będę potrafiła zająć się własnym dzieckiem. Boję się, że nigdy już nic nie będzie tak samo. Mam bardzo dobry kontakt z mamą i babcią, ale nawet mimo tego fantastycznego kontaktu, czuję, że nie akceptuje się moim uczuć - to tylko hormony, niech się już uspokoi, bo dziecko... (nikt mi tak nie powiedział, ale tak to odczuwam). Na myśl o maluszku odczuwam ciepłe uczucia i gdybym tylko mogła być z nim na samotnej wyspie sam na sam - to myślę, że wszystko byłoby dobrze. Ale nie jestem. Mój partner podjął decyzję, że weźmiemy ślub - czyta na temat formalności, rozmawia o tym ze znajomymi itd. Jego znajomi mi gratulują (chociaż według mnie to znacznie za wcześnie), a ja najchętniej schowałabym się pod kocyk i umarła. Bo tak właśnie się czuję - jakby moje własne życie dobiegło końca. Jakby moja osobowość i moje potrzeby nie miały już racji bytu. Od teraz jestem inkubatorem, a potem wieczną służącą dziecka i całego otoczenia. Wyprowadziłam się za granicę i nie mam tu pracy - dorabiam tylko zdalnie przy pojedynczych zleceniach. Zawsze uwielbiałam się uczyć - pierw na studiach, a potem już tutaj samodzielnie w domu języka kraju, w którym mieszkam i programowania. Bardzo ładnie rysuję i czasem sobie pośpiewam. Lubiłam czas spędzany w samotności - 100% introwertyk. Ale teraz się boję, że naprawdę jestem/będę sama jak palec, zamknięta w domu z dzieckiem, a po południu będzie się uruchamiało cało to otoczenie, które czegoś ode mnie chce, które nie rozumie, że jest mi ciężko, które uważa, że "tak powinno być", "taka kolej rzeczy", "taka rola matki", "użala się nad sobą". A ja mimo tego, że już tak bardzo kocham tę malutką kuleczkę - to chciałabym też być nadal tą samą - (tutaj moje imię). Nikt mnie nie widzi, jakbym już nie miała swojego wnętrza - ono jest zastąpione maluchem i tak już będzie zawsze. Ciągle płaczę. Ciągle. Budzę się ze łzami w oczach i zasypiam razem z nimi. W nocy budzę się regularnie i od 6 nie mogę już zasnąć nawet na kilka sekund. Czuję naprawdę, że moje życie się skończyło. Na zawsze.