Witam forumowiczki i forumowiczów. Wprawdzie nazwa forum jednoznacznie wskazuje, że przeznaczone jest ono dla kobiet ale mimo wszystko pozwolę sobie napisać posta. Wiem, że wiele mogę poczytać w archiwum tego forum oraz pogooglać, ale mam wrażenie, że to wszystko mi nie wystarcza. Mam nadzieję, że mój post nie zostanie odebrany jako niepotrzebny "spam". Do rzeczy...
Jestem w związku małżeńskim 4 lata. Nie mamy dzieci. Przed ślubem znaliśmy się drugie tyle czasu. Naprawdę bardzo kocham żonę. Już przed ślubem pojawiały się problemy, sprzeczki, często na tle niskiej samooceny żony albo niechęcni żony do mojej rodziny. Po ślubie mieliśmy czas gdzie wszystko było pięknie. Żonę czasem wkurzały przyjazdy osób z mojej rodziny, którzy byli przyzwyczajeni do częstych kontaktów, ale kontakty te ograniczyliśmy teraz do minimum - by pójść na "kompromis". Żona kontakt jedynie ze swoją najbliższą rodziną i ja tą rodzinę akceptuję i nigdy nie rzucam pod ich adresem nieprzyjemnych słów. Z biegiem czasu coraz częściej pojawiały się w naszym związku huśtawki. Jednego tygodnia lub miesiąca wszystko było pięknie by pewnego dnia wszystko zawalić. Bardzo mnie to wszystko irytowało. W momencie gdy czułem bezsilność by przekonać żonę do swoich racji miałem napady złości (podniesiony głos, wyjście z domu by ochłonąć, itp). Postanowiłem zacząć pracować nad moimi emocjami, bo przecież powinienem zacząć zmiany od siebie, a nie oczekiwać że coś się zrobi "samo". Początkowo pracowałem nad sobą sam, co dało częściowe rezultaty, a następnie udałem się po pomoc do psychologa. Dało to jeszcze lepsze efekty. Rzecz jasna zrobiłem to dla nas, dla związku. Dziś potrafię kontrolować swoje zachowania.
Żona często mówiła, że nie przewidziała, że bierze mnie nie samego ale z rodziną. Widać, dziś nie umie się z tym pogodzić. Taki stan rzeczy niestety tylko narastał na sile, a kolejne afery przeradzały się w coraz dłużej trwające ciche minuty, godziny, później nawet dni. Najczęściej to właśnie ja na końcu mówiłem żebyśmy może już wrócili do normalności. Bardzo dużo sprzeczek (~50%) zaczyna się od tematu mojego rodzeństwa, który to temat przywołuje najczęściej żona (żona nie ma rodzeństwa). Żona ma im jakby za złe, że coś im się w życiu zaczyna udawać (np. związki). Dodam, że żyjemy z żoną na lepszej stopie materialnej niż moje rodzeństwo ale wciąż słucham jak to oni mają dobrze i przez to żona nie chce ich znać... ale - jak dopowiada - "musi ich znosić".
Próbowałem już wielu metod poradzenia sobie z tematem. Rozmowy nie przynoszą skutków i zazwyczaj kończą się cichymi godzinami lub dniami. Żona nie widzi żadnego problemu w sobie. Widzi go odrobinę we mnie a zdecydowaną większość w moim otoczeniu. Wszystko zawsze obraca tak bym zaczął czuć się winny każdego naszego nieporozumienia. Często słyszę "znajdziesz sobie inną" i nawet nie wiem jaki ma cel takie sformułwanie, bo cały czas zapewniam żonę o mojej miłości dla niej. Żona obrażą się naprawdę bardzo łatwo i czasem próbuję postępować z nią niczym z jajkiem by na wszelki wypadek jej nie zdenerwować. Próbowałem żonę namówić do wspólnej pracy nad nami korzystając z porad specjalistów, ale wg. żony nie ma problemu i jeżeli go widzę to mam go rozwiązać ze specjalistą sam.
Sądzę, że żona chce mnie mieć tylko dla siebie na wyłączność i obawia się, że mnie straci. Z drugiej strony jednak wciąż powtarza, że powinienem pewnie sobie odejść bo jestem unieszczęśliwiany. Może po części to prawda bo od pewnego czasu mam huśtawki nastrojów. Czuję, że taki stan rzeczy mnie wyniszcza. Próbowałem zaczerpnąć porad w poradni rodzinnej ale to nie miało żadnego sensu, bo usłyszałem tylko szablonowe "śpiewki". Nie jestem pewien czy lekarstwem na każde problemy jest dawać siebie jeszcze więcej i więcej. Mam bardzo dużo wad, ale wydaje mi się że daję z siebie naprawdę dużo by trzymać ten związek w kupie. Mam obawy, że nie można tego tak ciągnąć w nieskończoność. Moja żona to wspaniała osoba i gdybym się cofnął w czasie to na 100% ponownie zwróciłbym na nią uwagę i się z nią pobrał. Chodzi jednak o że stan naszego związku powoli zaczyna mnie wykańczać i nie wiem czy jedyną drogą nie jest po prostu pójście w inne strony. Takie myśli w mojej głowie początkowo się nie pojawiały, później były całkowicie zagłuszane przez myśli o tym jak bardzo żonę kocham, ale dziś te myśli potrafią się nawet wydostać na zewnątrz czego dowodem jest ten post.
O co proszę formumowiczów? O pochylenie się nad tą konkretną sprawą i podzielenie się waszymi doświadczeniami. Z góry dziękuję.
Na koniec dodam czego najbardziej boję się w rozstaniu. Nie jest to strach przed samotnością, strach przed zmianą tylko trochę... Jest to przede wszystkim strach przed utratą tego co mam w życiu najcenniejsze - mojej jedynej miłości. Równie mocno boję się czy żona sobie beze mnie poradzi zarówno mentalnie jak i materialnie. Ona wydaje się bardzo twarda z zewnątrz ale wiem jak jest wrażliwa w środku.