Witam. Pisze tutaj, bo nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć. Mam nadzieję że ktoś doradzi mi coś mądrego.
Jestem z moim chłopakiem od ponad roku. Nie powiem, jest dla mnie dobry, czuły, ale zdarzyły się już sytuację w których coś bywało ważniejsze ode mnie, i nie zawsze można na niego liczyć. I nie wiem czy takie jest moje wrażenie, czy tak jest naprawdę.. Zacznę od tego że na początku naszego związku bardzo się starał, ciągle gdzieś mnie zabierał, kupował kwiaty bez okazji, robił niespodzianki, czasem aż bywało mi głupio że tak mnie rozpieszcza. W momencie kiedy byliśmy razem już kilka miesięcy zmieniło się wszystko. Mieszkamy razem, tak uznaliśmy żeby mieć siebie na codzien( już od pół roku) czyli dosyć szybko. I moje życie z nim wygląda tak jakbym była emerytka. Ciągle tylko siedzimy w domu, nigdzie nie jeździmy bo "jego auto dużo pali" a on nie ma kasy, jak zawsze zresztą, nigdzie nie wychodzimy, bo jemu nawet 20 zł na kino to za duzo, kiedy idziemy już jednak gdzieś zawsze płacimy po połowie. Jeszcze nigdy nie kupił mi czegoś sam od siebie, droższego niz 5 zł, i nie chciał zwrotu. Ja pracuję na pół etatu ponieważ jeszcze się uczę, dodatkowo place połowę za mieszkanie rodzicom, bo mieszkamy w ich mieszkaniu( sami, rodzice są gdzie indziej) nie stać mnie aby kupować sobie wszystko, i jeszcze przez najbliższe dwa lata moje życie będzie tak wyglądać.On zarabial dwa razy więcej ode mnie, a i tak ciągle twierdzi że nie ma pieniędzy. Teraz akurat się zwolnił, i od miesiąca nie może niczego znaleźć.. ale na auto wydaje takie sumy że w głowie się nie mieści. Dla mnie auto ma po prostu być środkiem transportu, a dla niego jest chyba ważniejsze niż ja sama. Nie doklada mi się do rachunków, czasem tylko zrobi sam od siebie zakupy i myśli że to wystarczy. Wkurza mnie to że ciągle siedzimy w domu, zazdroszczę moim koleżanka które ciągle się chwala gdzie to nie były, czego to nie dostały. Nie jestem materialistka, ale wydaje mi się że życie z skąpcem jestem najgorszym na co można trafić. A co gdybym w przyszłości straciła pracę? Albo zostałabym w domu z dzieckiem? Wyliczalby mi każdy grosz? Kazał przynosić rachunnek? A może nic nie dawał?
Ciągle się tylko wścieka że musi mnie gdzieś zawozić, że nie ma na paliwo, czemu autobusem nie jadę.. Auto stoi pod domem a ja mam się włóczyć autobusem szczególnie teraz w takie upały? Ostatnio mam problemy z zdrowiem a on mam wrażenie w ogóle się tym nie interesuje. Czasami czuję się tak jakbym bardziej była jego koleżanka, niż kobieta. Niby jesteśmy razem ale nie ma czegoś takiego jak "nasze" tylko moje, twoje. To mój drugi chlopak, w pierwszym związku też byłam z skąpcem który na dodatek mnie zdradzał, dlatego szybko się zakończył. Jako tako, nie mam porównania ale z tego co słyszę od innych trafiłam chyba w jedno wielkie bagno. Z nim się nawet nie da porozmawiać, od razu sobie żartuje, albo obraca to wszystko jakoś dziwnie, jak mnie gdzieś zawozi nie ma humoru, i czuję jakby robił to z przymusu. Jego matka jest taka sama, ciągle tylko praca, pieniądze.. wydaje mi się że ona wychowała go na takiego, brak mi już słów. Nie wiem jak rozmawiać, co robić, czy to wszystko waszym zdaniem ma jakiś sens?
Wybaczcie że tak chaotycznie, ale w końcu mogłam napisać co mi na sercu leży.