Witam
Mam problem w swoim związku i brak pojęcia, jak go naprawić. Z moim chłopakiem jesteśmy razem już ponad 4 lata. Jego zachowanie czasami mnie po prostu przerasta. Pochodzi z rozbitej (i patologicznej nieco, wg. mnie) rodziny. To, co za dzieciństwa podarowali mu rodzice na stałe odbiło się w jego psychice.
Nie wiem nawet jak to opisać...
Najchętniej zabroniłby mi wychodzenia gdziekolwiek, ale nigdy nie dałam sobie na głowę wejść aż tak, za to muszę się liczyć z tym, że każdy wyjazd to wyrzuty czemu na tak długo, nawet jeśli nie mam na to wpływu to ma do mnie pretensje. Każda impreza to jego okropny stres z którym muszę się liczyć i ukryte pretensje. Kiedy wyjechałam za granicę do pracy musiałam mu wysłać zdjęcie z hotelu (że - nie u jakiegoś faceta chyba). Wśród znajomych mam same koleżanki i zajętych kolegów, inaczej nie ma opcji żebym mogła spędzać z nimi czas, bo czułby się zagrożony. Musimy pisać codziennie i to non stop, jeżeli jakiś dzień nie mam czasu to na wieczór mam mini kłótnię i pretensje, że prawie w ogóle nie rozmawiamy. Chciałby się widzieć codziennie cały czas, a kiedy nie ma takiej możliwości odbija się to na mnie i traktuje mnie jakby to była moja wina.
Ciągle mówi mi jak bardzo mnie kocha, że jestem wspaniała, kochana. Mówi mi to kilka razy dziennie i wymaga żebym odpisała mu coś podobnego z równym entuzjazmem. Kiedy tego nie zrobię albo zrobię źle, są pretensje, pytania. Ciągle towarzyszą mu "uczucia", np. spędzamy miło dzień, jest naprawdę fajnie i nagle okazuje się, że on czuje, że ja wiem, że on jest naiwny i że go oszukuję. Albo, że chcę go zostawić.
Każdego dnia rozmawiamy, muszę go zapewniać że go kocham, że wszystko jest ok, pasuje mi, że jestem szczęśliwa, że go nie zostawię, że go nie zdradzam, nikogo nie poznałam.
Jego obecny zarzut to to, że tak naprawdę nie chcę z nim być, tylko się mszczę za to co kiedyś zrobił i go zostawię. Nawet tłumaczenie, że życie z nim to naprawdę mordęga i gdybym nie chciała z nim być to na pewno bym sobie tego nie robiła, nie pomaga.
Norma to oczywiście sprawdzanie mojego fb, połączeń, wiadomości, maila, historii przeglądania. Piszę post bo dziś znowu miałam awanturę o to, że usunęłam wiadomości z siostrą i mamą. A ja najzwyczajniej w świecie nie chcę, żeby je czytał.
Tak bardzo chciałabym żeby w końcu poczuł się pewnie i żebyśmy mogli żyć z normalnym związku, ale to chyba niemożliwe. Obecnie wygląda to tak, że każdego jednego dnia walczę, rozmawiam, tłumaczę, on ciągle znajduje nowe powody swoich głupich uczuć i trosk i próbujemy je rozwiązać. Wszystko kręci się wokół niego i jego uczuć, próbuję mu pomóc na wszystkie sposoby, ale im więcej mu daję, tym bardziej czuję się jak skorupa, a on więcej chce. Mam wrażenie jakby ze mnie wysysał chęć do życia, bo wszędzie tylko on on on, jego samopoczucie a nie ma w tym mnie. Jego nie interesuje mój stan psychiczny, chce żebym była szczęśliwa, ale nawet nie żebym była, tylko żebym mówiła, że jestem - żebyśmy mogli znowu się skupić na nim....
Jestem bardzo troskliwą osobą i dlatego tak mnie kocha, jednak chciałabym wzajemności a tego nie mam. Niejednokrotnie wbił mi nóż prosto w serce i wiem jaki potrafi być okrutny kiedy nie ma w tym jego interesu. Wielokrotnie też łapałam go na tym, że robił coś celowo by zadać mi ból, np.pisał mówił coś co wiedział, że mnie zaboli bardzo mocno a kiedy udawałam, że nie zauważyłam powtarzał to. Absolutnie nie mam poczucia bezpieczeństwa w tym związku .Czuję , że gdybym ja potrzebowała wsparcia psychicznego on nie dałby rady "zapomnieć" o sobie tylko ciągle by chciał ode mnie brać. Obecnie jesteśmy w zamkniętym kręgu jego uczuć i przeczuć, o których ciągle trzeba porozmawiać albo go pozapewniać.
Rozmawiałam z nim niejednokrotnie o tym, że chciałabym mieć własną przestrzeń, mieć prywatność w korespondencji, móc nie chcieć widzieć się jeden dzień jeżeli nie mam ochoty, móc nie pisać kiedy nie chcę. Mimo wszystko kiedy żyję po swojemu on ma ciche pretensje i już wolę iść mu na rękę.
Jednocześnie nie widzi jak mnie tym wszystkim wyniszcza, krzywdzi, ani nie docenia.
Jest typowym partnerem bluszczem, z definicji rzeczy które wyłapałam i się zgadzają to:
Przesadna potrzeba bycia pod czyjąś opieką
Obawy przed zdolnością do zaopiekowania się sobą czy poczucie niezdolności do opieki nad sobą
Poczucie niezdolności do samodzielnego istnienia
Poczucie braku atrakcyjności
Poczucie bycia niegodnym uwagi
Zaabsorbowanie lękami przed ryzykiem bycia pozbawionym opieki
Stała zależność od innych (od ich obecności, porad, opieki, wsparcia, decyzji)
Unikanie sytuacji bycia samemu, bez opieki
W sytuacji braku czyjejś obecności – poczucie niewygody, dyskomfortu, lęku, bezradności, zagubienia, napięcia
Obecne w zachowaniu: manipulowanie otoczeniem, szantaże emocjonalne, natarczywość, symulacja chorób i złego samopoczucia w celu uzyskania wsparcia
Trudności z radzeniem sobie konsekwencjami podjętych decyzji
Ciągłe poszukiwanie potwierdzenia dla własnych wyborów
Silna obawa o popełnienie przez siebie błędu
Cedowanie odpowiedzialności na innych
Bierność, brak inicjatywy w działaniu
Koncentracja życia wokół życia innych bliskich osób
Nadwrażliwość
Silny lęk przed opuszczeniem
Z obawy przed odrzuceniem – trudności z wyrażaniem niezadowolenia, sprzeciwu, złości w relacji; trudne emocje są tłumione
Podtrzymywanie relacji za wszelką cenę, nawet kosztem osobistych pragnień i potrzeb
Ze względu na chęć utrzymania relacji – rezygnowanie z siebie, ze stawiania wymagań, tolerowanie w relacji zachowań toksycznych a więc przemocy, uzależnienia.
Podporządkowywanie własnych poglądów i wartości pod aktualną relację (pod poglądy i wartości partnera)
Chwiejność i labilność poglądów i wartości
Uległość i podporządkowanie, nawet gdy taka postawa przynosi im określone szkody i trwały dyskomfort psychiczny
Nie ma rzeczy bardziej istotnej od utrzymania relacji
Wizja opuszczenia przez kogoś postrzegana jest jako dramat, katastrofa, koniec świata
Dramatyczne przeżywanie rozstań
W sytuacji gdy związek się kończy – natychmiastowe poszukiwanie nowego
I naprawdę jest bardzo źle. Muszę skupiać całą energię na nim. Wiem, że ma problem i on też to wie, chcę mu pomóc z chorobą, ale nie wiem jak.
Ostatni problem to seks. Jest dobry, ale jego zachowanie nie. Nie rozumie słowa nie, jeżeli mu odmawiam, dąży uparcie do swojego, a kiedy się "nie dam", obraża się. Wielokrotnie czułam się niemal zgwałcona kiedy dla spokoju dałam mu, czego chciał. Potrafi zachowywać się bardzo obleśnie, i nie da się z nim porozmawiać bez żadnych aluzji i żałosnych tekstów, dopóki mu nie dam dupy... Tak to nazywam bo tak się czuję.
Na koniec dodam, że zostałam grupowo zgwałcona i wie o tym tylko i wyłącznie on. Od tamtego czasu nigdy przenigdy nie porozmawiał ze mną, nie spytał jak się czuję, czy mam z tym problem. Za to żartować o gwałcie potrafi nieźle. Po prostu o tym zapomniał.
Kocham go i jest mi z nim dobrze, kiedy zachowuje się normalnie (kiedy zrobię mu wielką awanturę o to, że jest pajacem i niemal zerwę), wiem, że to choroba, ale jednak nie daję już rady i czuję się coraz gorzej psychicznie.
Co może nam pomóc?