Hej wszystkim. Zarejestrowałem się tutaj, bo poczułem że mam potrzebę opowiedzenia swojej historii, nie wiem czy to w czymś pomoże, ale może chociaż komuś się wygadam i poczuję się lepiej. Widzę tutaj wiele podobnych wątków i pewnie już nikogo nie zaskoczy jak powiem, że mieliśmy idealny związek a ona nagle powiedziała "to koniec".
Mam 25 lat ona 21. Obaj uważaliśmy, że nasz związek jest oczywiście idealny, inny niż reszta związków, bardziej żywy. Kochaliśmy się na zabój. Sam bym za nią w ogień poszedł. Byliśmy razem 2 i pół roku. Po połowie roku zamieszkaliśmy razem. Nasz związek był niczym z bajki. Bardzo mocno się kochaliśmy, czułem jakby łączyła nas jakaś więź duchowa. Mieliśmy swoje sprzeczki, ale nigdy nic poważnego i zawsze o tym dyskutowaliśmy, w końcu komunikacja jest najważniejsza. Mówiliśmy sobie wszystko, ona mi ufała, ja jej, znaliśmy o nas najróżniejsze sekrety. Snuliśmy wielkie plany, ona mówiła, że nigdy mnie nie opuści, mieliśmy już nawet wybrane imiona dla naszych dzieci. Wymyślaliśmy na siebie nawzajem coraz to śmieszniejsze określenia, mieliśmy prawie że własny język. Ja ją przytulałem, ona mnie zaczepiała jak pracowałem. Wiodło nam się bardzo dobrze, była przy mnie gdy otrzymałem swoją wymarzoną pracę (pomagała mi pisać meila), ona prawie już kończyła studia. Mieliśmy tyle wspomnień, pięknych chwil, tylko naszych, których nikt inny nie wiedział. Podróżowaliśmy po wielu krajach, jeszcze niedawno mówiła mi "a pamiętasz jak byliśmy tam...". Nie wiedziałem, że można być tak szczęśliwym, w życiu nie zbliżyłem się nawet do połowy takiego szczęścia, to było coś jak raj na ziemi. Tylko my razem. Nasze rodziny lubiły nas i już tylko pytały kiedy ślub. Planowałem w tym roku się oświadczyć....
Nagle pewnego dnia wstała jakby inna osoba. Była jakaś nieobecna, nawet na mnie nie spojrzała. Nic wcześniej nie wyczuwałem, wszystko wydawało się być w porządku, jeszcze kilka dni wcześniej wrzuciła zdjęcie na fb razem.
Powiedziała że się śpieszy na uczelnię, pytałem co się stało, mówiła że nic takiego. Wróciła z tej uczelni i dalej jakby udawała zabieganą, a to w komputerze coś pisała, a to w telefonie, dalej się pytałem czy wszystko w porządku, bo jest jakaś smutna. Za każdym razem mówiła, że nic takiego, że nie mam się co martwić.
W końcu nastała noc. Serce mi się rozrywa jak to piszę. Położyła się i od razu się odwróciła. Drążyłem temat co się stało, w końcu zacząłem zadawać bardziej precyzyjne pytania, czy coś w rodzinie, znajomi, ona? my? - "nie wiem, może" - odparła. Mnie zamurowało. Wpadłem w panikę. Ale jak to? Zacząłem chodzić po pokoju, napiłem się wody, kilka wdechów, uspokoiłem się i usiadłem koło niej. Teraz już nie darowałem. Mów mi co się stało.
"Chcę żebyś był szczęśliwy"... Wiedziałem już co to znaczy... Ale jak to? Coś zrobiłem nie tak? Czy to jest coś, co można naprawić? Czy już ci się nie podobam? Odparła, że to będzie bardzo trudne dla mnie... ale... nie czuje już do mnie namiętności. Że nie czuła już tego czegoś od dłuższego czasu, ale nie wiedziała co to jest. Czuła że się oddala ode mnie. Że coraz częściej myśli o zdradzie, że podoba jej się gdy z kimś obcym rozmawia, podoba jej się flirt, do mnie już tego nie czuje. Powiedziała, że potrzebuje kogoś bardziej ekstrawertycznego... Mówiła całą noc, a ja milczałem. Pierwszy raz od dziecka się popłakałem żywymi łzami... Oka nie zmrużyłem.
Pierwsze 3 dni to był istny koszmar na ziemi. Nie wiedziałem kompletnie co się dzieje, gdzie się znajduję. Co ze mną będzie? Na drugi dzień się wyprowadziłem do rodziców. Nie rozmawialiśmy. Wiedziałem, że to nie ma sensu i nic nie pomoże, ponieważ ja dawałem z siebie wszystko, całego siebie, wszyscy to widzieli... i jeśli ona po tym stwierdziła, że nie czuje już tego, to jest to już sytuacja bez wyjścia.
Wszyscy mi mówili, żeby odciąć kontakt i tak zrobiłem. Jednak te wspomnienia, te wszystkie wspólne zdjęcia, z Norwegii, Krety, Paryża... Tyle chwil. Całe swoje 2 lata spakowałem, skopiowałem na inny dysk, a na swoim zostawiłem tylko te neutralne zdjęcia (niewiele ich zostało). Posegregowałem wszystkie papiery... jakieś zagubione paragony ze wspólnych zakupów, jakieś jej notatki na studia, listy zakupów, pierwsza pocztówka z 2014 roku z podpisem "Twoja .... <3 ".
Jak można być tak okrutnym, powiedzcie mi, jak tak można? Nie byłem typem nachalnego faceta, który jej tylko siedział na głowie. Ufaliśmy sobie, nie mieliśmy problemu by któreś z nas wyszło wieczorem ze znajomymi. I nagle wszystko tak z dnia na dzień, runęło.. jak domek z kart.
Po 2 tygodniach jeszcze do niej wpadłem zabrać ostatnie rzeczy. Jakaś iskierka nadziei się tliła, że może coś przemyślała (nigdy nie rozstawaliśmy się dłużej niż na tydzień), może ją sentymenty jakieś wzięły. Nic. Kompletnie jak obca osoba. Usiadłem i zacząłem mówić, że ciężko mi teraz, nie wiem co teraz będzie, może chciałaby coś jeszcze powiedzieć, albo przynajmniej mnie jakoś pocieszyć. Koiła mnie sama jej obecność, ale ona nic nie chciała mówić. Odpowiedziała jedynie coś w stylu "że to nie ma sensu i to tylko pogorszy". Wstałem bez słowa i wyszedłem.
Teraz po 2 tygodniach od tamtego zdarzenia trawi mnie pustka. Nie jestem typem, który łatwo wpada w depresję. Mam swoje pasje, zajęcia, zainteresowania, spotykam się ze znajomymi, pracuję, ale wewnątrz czuję przerażającą pustkę, próżnię. Wszystko nagle straciło swój sens. Dużo myślę, kontempluję. Mam swoje marzenia, ale nie mam już dla kogo żyć. Ona była tą jedyną. Tą z którą wiązałem już całą swoją przyszłość. Nie zrozumcie mnie źle, nie byłem typem skaczącego pieska, miałem swoje zdanie, ale to wyglądało jak zerwanie z powodu, że tak ją kochałem, albo kogoś nagle sobie znalazła (co bardzo podejrzewam, ale to już nie ma znaczenia).
Jak sobie z tym poradzić? Wszelkie poradniki prawią, że żeby mieć szczęśliwy związek, trzeba się nauczyć być szczęśliwym samemu.. Ale co to za życie w pojedynkę? Ja się już "wyszalałem" w swoim życiu jako singiel. Chcę rodziny, dzieci, wspólnego domu z garażem, razem podróżować po świecie. Jeszcze niedawno sama mi mówiła, że szczęście jest wtedy kiedy masz z kim je dzielić... Czy jestem zbyt mało męski, że po prostu potrzebuję miłości, by mieć dla kogo żyć? Czy tacy faceci są dziś postrzegani jako "needy", a ci "prawdziwi", to tacy którzy nie potrzebują nikogo i cieszą się życiem? Czy to jest prawdziwe życie? że ona teraz sobie znajdzie jakiegoś ekstrawertyka, który będzie ją olewał, przeleci i zostawi, a ja będę miesiącami a może latami szukać tej kolejnej specjalnej, której będę mógł zaufać? Czy będę w stanie jeszcze jakiejś kobiecie zaufać? Czemu tak jest, czy jest jakiś złoty środek na udany związek? Czemu nasi rodzice potrafią żyć razem przez 25 lat i dłużej, a w naszym pokoleniu średnia żywotność związków to jakieś 4 lata? Jestem zagubiony ![]()