Na początku chciałam wszystkim podziękować za rady. Postanowiłam Was posłuchać i przeprowadzić sprawę w bardziej wyrafinowany sposób. Spotkałam się z nim pod pretekstem "Musimy szczerze porozmawiać". Rozpoczęłam od taktyki "sam zrzuć winę na siebie" i zaczęłam opowiadać bajeczkę o tym, że jest w moim życiu pewien chłopak, że znamy się od dawna, ale nigdy mu o nim nie wspominałam. Że mamy dobry kontakt, często piszemy, ale rozmowy dawno zeszły na tematy o seksie i nie przebieramy w słowach, bo lubimy o tym rozmawiać. Że traktuję to jako rozrywkę, ale lubię obecny stan rzeczy, że mam stabilny związek z jednym, a słowną rozrywkę z drugim. Łyknął wszystko jak młody pelikan. Niczego nieświadomy, zaczął najpierw mnie tłumaczyć (!!), że się pogubiłam, że może to przez wiek, a może nuda w związku. W miarę jak ujawniałam kolejne wątki mojej historyjki zaczął się wkurzać, aż w pewnym momencie kazał wybierać. Powiedział, że mam przestać pisać z tamtym kolesiem o seksie, tylko o normalnych rzeczach, inaczej koniec z nami. Wtedy postanowiłam odsłonić karty i powiedziałam, że chcę żeby zobaczył jak te rozmowy wyglądają. Wyciągnęłam jego wydrukowane rozmowy z zaznaczonymi najlepszymi fragmentami. Na początku - reakcja obronna. Wkurzył się że go szpiegowałam, zaczął wyzywać, jednocześnie tłumaczył że to są dziewczyny, które on zna od przedszkola. Ja pozostawałam nieugięta, miałam swoje argumenty, że raz dałam mu szansę, a on ją podeptał i złamał obietnicę, że więcej o takich tematach nie będzie rozmawiał. Że miał 5 lat na przedstawienie mi tych dziewczyn. W tym czasie było dużo ciosów z jego strony, ale nie złamałam się. Dopiero kiedy powiedziałam mu wprost, że bardziej od pisania boli mnie to, że on nie rozumie, że ja się czuję bardzo zraniona i że moje uczucia go nie obchodzą. Wtedy pękł, bo się poryczałam jak bóbr i zaczynał rozumieć. Potem chciał to naprawić. Wyszedł za mną, kiedy poderwałam się z miejsca. Chciał na siłę zawieźć do domu, kiedy powiedziałam że się przejdę. Chciał ocierać łzy, przytulać, aranżować spotkanie, ale nie ruszało mnie nic. Pozostałam niewzruszona. Na odchodne jak poprosił, żebym się odezwała, powiedziałam chłodno, że "może kiedyś".
Na razie milczę.
Pewnie uznacie mnie za naiwną, ale ja wiem, że to tylko koleżanki, bo potwierdzili mi to nasi wspólni znajomi. Wiem, że bardzo mnie kocha i nigdy by mnie nie zdradził. Dałam mu jednak do zrozumienia, że rana, którą wykuł, nie zrośnie się tak szybko. Zniszczył całe zaufanie, które do niego miałam. Nie wiem, czy da radę je odbudować. Przez kilka dni będę milczeć. Zobaczę, jak będzie na to reagował. Decyzja będzie trudna. Muszę sobie wszystko przemyśleć. A Wy trzymajcie za mnie kciuki, żebym wytrzymała być tak oziębła 