No dobrze, bo widzę, że jednak szczegóły mają tutaj znaczenie.
Znam ich kilka lat, zanim jeszcze byli ze sobą (wiecie, wspólne osiedle). Z nią się kumplowałam, z nim znałam mało, prawie z widzenia. Póki byliśmy "niepełnoletni" i nie było par, spotykaliśmy się prawie codziennie. Z czasem oczywiście ograniczaliśmy nasze spotkania, bo oni się zeszli a i ja miałam chłopaka. Powiedzmy, że widywaliśmy się różnie: w weekendy, czasami co miesiąc, dwa, ale zawsze mogliśmy sobie szczerze pogadać na różne tematy. Stąd napisałam "prawie przyjaciele", bo z przyjaciółmi widuję się często i spontanicznie, a z nimi było zawsze wszystko "zaprogramowane" jeśli chodzi o spotkania. W zeszłym roku pomogli mi bardzo jak rozstałam się z moim chłopakiem który postąpił bardzo źle. Wspierali mnie i wysłuchali, aczkolwiek nie wybrali żadnej ze stron "kogo bardziej lubić, kogo potępić". Nie podobała mi się ta bierność, ale z czasem zaakceptowałam ją. Summa sumarum mogłam w końcu na nich liczyć... A zachowali się dyskretnie. Moje żale zachowali dla siebie, nie przekazywali ich dalej, do mojego ex. A nawet jeśli, to nie widziałam skutków tego przekazywania. Z resztą, dzisiaj to dla mnie nieistotne.
Kłócili się często, ale potem godzili się podwajając dawkę uczucia. Ona jednak, widziałam, miała doła pt.:Nie wiem co robić w życiu. Nie ruszała się z miasta, mówiła, że jej tu dobrze, mam wrażenie, że jednak się dusiła. Kiedyś w jednej z naszych rozmów powiedziała, że nie widzi siebie jako matki, żony, pani domu itp, chociaż bardzo kochała swojego chłopaka. Az w końcu podjęła decyzję i wyjechała na 2 miesiące do Anglii.
Teraz, z jego perspektywy. On oczywiście z nią rozmawiał, ale nie widział w niej żadnej chęci do poprawy, do zmian. Skarżył się, że na wszystko wzrusza ramionami, że nic ją nie interesuje i wiem, że bardzo go to bolało. Jak powiedziała o Anglii na początku się zdenerwował (szczególnie, że ze względu na jego pracę nie mógłby do niej dołączyć), ale stwierdził, że jeżeli to ma coś zmienić, to on to zaakceptuje. I czekał... A gdy wróciła powiedziała, że coś się zmieniło. Że co prawda nikogo nie poznała, ale zasmakowała innego życia i po wielu dyskusjach, kłótniach przerywanych godzeniem się, doszli do bolesnego porozumienia.
Uffff, a teraz wracając do mnie i do niej. Oczywiście po całym zajściu ona zastanawiała się milion razy czy dobrze zrobiła. Co miałam jej powiedzieć? Mówiłam, że jest dorosła i że nie była to decyzja podjęta z dnia na dzień. Ona zaczynała mi wymieniać jego wady, co ją w nim wkurzało, co ograniczało. Powiedziałam jej (w związku, że wymieniane przez nią wady "wadami" nie były) , że chyba nie doceniła tego chłopaka i nigdy nie dostała od faceta po d****. Ona na to, że to nie tak i że teraz zaczęła psychicznie odpoczywać.
Wiem, że teraz robi to co lubi i że nareszcie się spełnia. Tyle wiem od naszego ost. spotkania w którym oprócz tej, poruszałyśmy również inne dyskusje i było miło.
On z kolei powiedział, że miał dosyć zabawy w ciuciu babkę, że w pewnym momencie czuł się pantoflarzem, że nie widział żadnych efektów gdy o nią zabiegał i stwierdził, że ma swój honor. Jak dziewczyna chce być królewną mimozą to on ma dosyć i też ma swoje plany zawodowe.
O rozstaniu nie wiedziałam, bo byłam zajęta swoimi sprawami. Myślałam, że to kolejna kłótnia, potem długo nic nie słyszałam, a jak się oderwałam od swoich obowiązków to usłyszałam już o fakcie dokonanym i byłam zaskoczona bo spodziewałam się kolejnego, wylukrowanego happy endu.
On powinien wg. mnie leczyć kaca?! TAK, bo nie wierzę, że nagle przestał ją kochać i uniósł się honorem. Czy ten "honor" to czasem nie pokrywka? No już sama nie wiem...