W ramach terapii opiszę swoja historię – może znajdę jeszcze w niej cos na co mogłabym spojrzeć inaczej…. Postaram się w tym poście podać sama esencję żeby nie zanudzać. Może w punktach by było łatwiej czytać:
1. Rodzina
Małżeństwem jesteśmy od 14 lat choć jesteśmy razem 23 lata. Mamy fantastycznych 2 synów. Piękne mieszkanie w dużym mieście. Oboje mamy fajne prace w których się spełniamy. Finansowo lepiej niż dobrze.
2. Zdrada
W marcu 2015 odkryłam romans męża (który trwał – trudno określić ale ok. 6-9 miesięcy). To koleżanka z pracy -25 latka (piękna, inteligentna, nieskazitelna, interesująca do tego piękna, szczupła wysoka itd.). Ja zwykła zona, trochę zaniedbana, roztyta, zapracowana, zabiegana… Ta małolata na tyle zafascynowała mojego męża ze nie wiedzieć kiedy znajomość przerodziła się romans. Wykryłam zdradę w przeddzień pogrzebu jego ojca …
3. Po zdradzie
Podjęliśmy decyzję o ratowaniu małżeństwa. Nigdy nie zapomnę tego moment kiedy maż potwierdza romans a moje nogi robią się jak z waty, serce wali jak oszalałe a rozum … no właśnie rozum płata figla. Bo dalej widzę przed sobą mojego najukochańszego męża (a przecież przed chwilą wylał na mnie wiadro pomyj) cały mój świat, a miłość do niego jest jeszcze większa… jedyne co do niego czuję to niemierzalny żal, który pozostał od dziś. A ja sama w swoich oczach pozostałam obdarta z szacunku, godności . A w teorii miałam plan na takie zdarzenia (miałam w głowie chyba plan na wszystko) – mąż zabiera swoja walizeczkę i znika z naszego życia…. Wiec fakt tego ze podjęłam próbę ratowania związku jeszcze bardzie spotęgowało brak poczucia własnej wartości …. Od poło roku chodzimy na terapie, jest lepiej, mąż jest cudowny, bardzo się stara a małżeństwo nigdy wcześniej nie było tak pełne i wartościowe jak teraz. Kiedyś nawet rzuciłam oskarżenie do męża ze wywrócił nasze życie do góry nogami, ale tak sobie momentami myślę czy ono nie stało na głowie od początku a on je postawił na nogach. No ale jest to ale ……
4. „Powikłania - ONA”
Leczę się z tego wszystkiego, analizuję, nie ma godziny żebym o tym o niej nie myślała … zatruwa każdą moja myśl, nie mogę wyrzucić jej z głowy. Gdziekolwiek się nie ruszę myślę czy jej nie spotkam….. Jest moją obsesją, ale kontrolowaną na tyle ze nie jest to niebezpieczne (tak myślę). Ale mam w sobie tyle złości, nienawiści ,żalu do niej ze nie umiem sobie z tym poradzić. To narosło z czasem, bo wcześnie potraktowałam ją jako temat poboczny (rozprawiłam się z mężem i sobą), ale moje emocje wobec niej nabierają na sile. Zaraz po zdradzie spotkałam się z nią. Pozwoliłam mężowi ja odebrać z lotniska i rozmówić się ostatecznie a potem poprosiłam o spotkanie) i to było naprawdę dobre, oczyszczające spotkanie…. Ale teraz nie mogę o niej zapomnieć – mam wrażenie ze ona czuje niesprawiedliwość, i ze rozwiałam miłość jej życia, a mąż jest z nami bo są dzieci i tak jest łatwiej. Nie wiem dlaczego tak obsesyjnie o niej myślę – męczy mnie to potwornie i zabiera energię do pracy nad nami i nasza rodziną…. Po prostu nie mogę przeżyć faktu, ze jest ktoś kto kocha i pragnie mojego męża – powadziła mu po2 miesiącach od wykrycia zdrady ze jest miłością jej życia i będzie na niego czekała do końca życia. Na szczęście nie odzywa się do nas, nie nęka, odeszła z pracy i nie mieliśmy od niej znaku życia od tego czasu. Ale myśli o niej nie opuszczają mojej głowy. Może ktoś ma/ miał podobny problem i podzieli się wskazówkami jak nad tym pracować….