Witam,
ponad pół roku temu, razem z moim chłopakiem, zdecydowałam o wyjeździe za granicę ( Londyn). On na początku nie chciał wyjeżdżać, a ja , jak najbardziej. Tutaj muszę być samokrytyczna, bo inaczej nie byłabym szczera. Mamy prawie 22 lata. Ja szukałam wielu różnych ścieżek swojego życia. Pół roku studiowałam socjologie, którą mimo, że sesje zdałam celująco , porzuciłam by pójść do pracy i nabrać trochę doświadczenia. Później zaczęłam studiować administracje, którą również po roku przerwałam, mimo dobrych wyników. On nie zbytnio palił się do studiów, stwierdził , że to nie dla niego. I dlatego oboje szukając swojej nowej drogi, wyjechaliśmy. Oboje pracujemy i oboje znamy język na takim stopniu, że moglibyśmy podjąć tu studia ( matura na to pozwala). On zachłysnął się życiem tutaj. Pracuje, ma możliwość awansu i nawet fakt studiowania bierze pod uwagę. A ja ? Taki chojrak przed wyjazdem...marzę tylko o tym, żeby wrócić do Polski. Bogata w kolejne doświadczenie stwierdziłam, że jest mi zbyt ciężko za granicą, bez rodziny, bez znajomych. Stwierdziłam, że dobrą opcją byłyby dla mnie studia w Polsce, ale zaoczne tak żebym mogła po drodze zdobywać doświadczenie, może studia w języku angielskim.
I tutaj pojawia się problem. Ja popadam w coraz głębszą depresje, nie mogę się tu odnaleźć. Powiedziałam mu, że chce wracać do Polski, że nie dam tutaj rady. I wiem, że zaraz pojawią się komentarze " zgłupiałaś, nie wracaj" itd itd. Owszem emigracja ma swoje ogromny plusy, chociażby ekonomiczne, ale rodziny przecież nikt nie zastąpi.
Tłumaczę mu, chodź popracujemy jeszcze 2-3 miesiące, odłożymy pieniądze i wyremontujemy kawalerkę, którą mam po prababci ( 15 tys zł by wystarczyło).
Ale on nie chce o tym słyszeć, jemu tu jest dobrze, on widzi swoje perspektywy, może się rozwijać. Narzeka, że Polska mu nic nie oferuje, że mimo, że ma tylko 22 lata dostał od niej już po dupie ( to akurat prawda, oboje dostaliśmy : mobbing w pracy, oszustwo finansowe etc. )
I tak kłócimy się na przemian ze łzami w oczach. Ja wiem, że nie jestem w stanie tu funkcjonować. Może jeszcze nie teraz, może za wcześnie zostałam rzucona na głęboką wodę. On natomiast zakomunikował mi , że nie jest w stanie wrócić do kraju.
To oznacza, że jeśli ja podejmę decyzję o powrocie to wiąże się z końcem naszego związku, który trwa już od 4 lat , a przyjaźń prawie od 6
Co byście zrobiły na moim miejscu ? Bardzo go kocham, on mnie też, ale czy w tej sytuacji znajduje zastosowanie przysłowie, że " mimo miłości, nie zawsze można być razem " ?
Błagam o jakąś rade. Na emigracji nie mam zbytnio wielu osób z którymi mogę o tym pogadać, a rodziny i znajomych w kraju nie chcę tym martwić póki co.