Witam serdecznie szanowne Panie i prawdopodobnie mały odsetek Panów ![]()
Zdecydowałem się napisać tutaj, na tym forum właśnie, gdyż szczerze mówiąc nie radzę sobie ze swoim życiem w związku/po związku. Raczej już po związku.
Szukałem rad i jakiegoś wsparcia wśród męskiej części moich znajomych, przyjaciół, lecz oni nigdy nie przeżywali czegoś takiego jak ja a na dodatek są twardymi emocjonalnie samcami alfa a ja bardziej chyba przypominam jakiegoś romantyka z wielkimi uczuciami. Odpowiedzi na mój problem były zdawkowe i proste 'olej to', 'zostaw to w końcu', 'znajdź se babę' i wracali do swoich spraw.
Parę ładnych lat temu w pierwszej poważnej pracy poznałem kobietę, starszą od siebie o kilka lat i w dodatku z dzieckiem, po rozwodzie. Wtedy nic nie wyglądało jakby coś miało się stać. Zwykła znajomość z pracy, rozmowy o wszystkim i o niczym. Miesiące mijały, lata mijały, pozwalałem sobie nawet na takie szczeniackie zagrywki jak klepnięcie ją w pupę jak szła przede mną po schodach jak szliśmy zapalić papierosa na przerwie. Podobało jej się to bo mnie lubiła a ja jako głupi młodziak robiłem to bo ona mi się podobała i to akceptowała, ale nic więcej nie było.
Po jakimś czasie ona odżyła, inna kobieta po prostu...okazało się, że ma męża. Ok, super, ułożyła sobie życie. Dalej była tylko koleżanką z pracy do której miałem bardzo pozytywny stosunek, jej kolejne małżeństwo w ogóle nie zrobiło na mnie wrażenia, cieszyłem się.
Jej radość trwała mniej niż rok, po prostu zniknął, odszedł, rozwód i jej rozpacz. Zaczęła pić, palić, zaniedbywać dom itd. Jedyne o co dbała to córka a jak córka poszła spać to na balkon, piwo, drink i paczka papierosów.
Jak się okazało byłem jej wtedy potrzebny do wygadania się, spędzałem z nią wiele wolnych chwil, jeździłem jak prosiła bym przyjechał, rozmawialiśmy, starałem się jej pomóc. Też nic między nami nie było, jak mogło być w takiej sytuacji...no ale nadszedł dzień kiedy wróciłem do siebie do domu i uderzyło mnie to, że nie czuje się u siebie. Nie ma tej osoby, która sprawia, że mam o czym myśleć i co robić. Nie długo musiałem czekać sam na siebie by poczuć ukłucie w sercu, ścisk w żołądku i by zacząć mieć problemy ze snem, problemy z jedzeniem itd. Po prostu się zakochałem. Po uszy, po nos, po czubek głowy.
Jakiś czas później powiedziałem jej o tym, przyjęła to z wielkim uśmiechem ale oczywiście spotkało się to z informacją, że w tej sytuacji nic mi nie może dać. Zrozumiałem to ale odsunąłem się trochę by samemu nie męczyć się tak bardzo. Ona zaczęła jakoś funkcjonować, minęło kilka miesięcy w końcu, ja zacząłem spotykać się z dziewczynami a ją starałem się traktować jak przyjaciółkę, widywaliśmy się czasami, rozmawialiśmy, w końcu odciąłem się chyba na pół roku. Przez ten czas posypał mi się związek bo...myślałem o niej, o mojej przyjaciółce, która jednak jest kimś więcej.
Spotkaliśmy się i dosłownie rzuciliśmy się sobie w ramiona, to było około 3 lat temu. Mnogość pięknych słów, radości w oczach, spędzanych chwil, emocji, najlepszego seksu jaki w życiu miałem z takim uczuciem, z takimi emocjami jak nigdy przedtem. Po prostu bajka. Mijały tygodnie, może miesiące i coś zaczęło się psuć. Ten post jest długi a nie doszedłem jeszcze do sedna więc skrótowo napisze, że zaczęły się pojawiać słowa, że to nie ma sensu. Jestem za młody, za mało doświadczony w życiu, nie mogę dać jej oparcia takiego jak ona oczekuje, nie widzi mnie na co dzień z nią i córką w domu. Nie mogliśmy dogadać się w łóżku (chodzi o sen) bo ona ma zwierzyniec i nie mogłem spać, ona się denerwowała bo sama przez to nie spała, do tego córka nigdy nie wiedziała oficjalnie, że się spotykamy, wszystko w jakimś takim ukryciu. Nie było wspólnych wyjazdów, no bo jak skoro córka nic nie wie i ma nie wiedzieć bo dużo przeszła razem z nią, dwóch tatusiów co zniknęli. Do tego doszła dezaprobata mojej matki, że spotykam się z podwójną rozwódką co w końcu powiedziałem jej bo ona chciała jednak poznać moich rodziców. Moja rodzicielka szybko zmieniła zdanie jak sama pomyślała, że przecież też wyszła za rozwodnika i przepraszała mnie ale było za późno, pokazałem swój brak rozumu mówiąc ukochanej o tym, od tego czasu przestała chcieć poznawać moją rodzinę.
Wszystko szło w dół, w dół, w jeszcze większy dół, awantury nocą, wywalanie mnie z mieszkania, moje powroty po pół godziny i nagły seks na odpuszczenie grzechów. Rozstawaliśmy się na miesiąc, dwa...po czym wracaliśmy z jeszcze większymi emocjami, tymi pozytywnymi...mijał miesiąc czy dwa kolejne i powtórka z rozrywki, znowu się nie nadawałem, znowu za młody, znowu problemy z pracą (ona dobrze zarabia) i jak życie sobie ułożyć z kimś takim. Za chwilę myśli z jej strony o dziecku ze mną bo zawsze chciała mieć dwoje (a była drugi raz w ciąży, z drugim mężem co jak się dowiedział to stwierdził, że go to nie interesuje bo jego już nie ma a ona poroniła...), za chwilę rozmowy, że nigdy w życiu ze mną dziecka itd. Totalne huśtawki nastrojów, okazało się, że jest chora i ma wahania hormonów straszne. Tym to sobie tłumaczyłem, powiedziałem sobie, że wytrzymam bo ją kocham. Kocham nad życie i będę cierpiał każde złe słowo o mnie wypowiedziane, każda obelgę, każde próby nastawienia mnie na jej tor myślenia. Ona nigdy nie uważała by to co mówiła to była próba zmieszania mnie z błotem i zawsze byłem biednym pokrzywdzonym misiem co potrzebuje drugiej mamusi.
Takie huśtawki trwały 3 lata. 3 lata takich nastrojów, zmiennych emocji, rozmów o tym jak się bardzo dla niej nie nadaje a za chwile uczucia, radość i uśmiechy. Nie raz padły słowa, że mnie kocha (co później zniknęło). W końcu jakieś pół roku temu wszystko się rozpadło, jedna rozmowa przez telefon w środku nocy gdy się napiła i wyrzucenie z siebie przez nią wszystkiego, całego życiowego stresu, bolączek, obwinienie mnie o wiele spraw, nakaz pójścia do psychologa, psychiatry, ogarnięcia się itd. i zero, absolutne zero samokrytycyzmu a jakikolwiek mój argument był obalany krzykiem 'NIE!' i nie miałem nic więcej do powiedzenia. Nastąpiło urwanie kontaktu.
Minęło około 3 miesięcy, przez te 3 miesiące ona się odzywała, a to sms, a to facebook, a co u mnie itd. W końcu spiłem się w trupa, napisałem jej by przestała się odzywać i kończymy całą tą zabawę bo to jest nie do pomyślenia i tracimy życie przez to. Zrozumiała. Zniknęła. A ja...siedząc i pijąc dalej wziąłem telefon do ręki i zadzwoniłem dosłownie godzinę później do niej. Rozmowa trwała 2 godziny, wziąłem taksówkę i do niej pojechałem, znów jakiś chory rozkwitu uczuć...ale daliśmy sobie do zrozumienia, że teraz tylko przyjaźń (o ja naiwny) i jako, że ufamy sobie bezgranicznie to seks, ona nigdy mnie nie zdradziła, ja jej też. Obydwoje mamy hopla na punkcie zdrowia tak więc w życiu byśmy tego sobie nie zrobili.
No i ostatnie 3 miesiące tak to się jakoś ciągnęło, miło, przyjemnie, a to się spotkaliśmy gdzieś, odwiozłem ją z pracy do domu, to wylądowaliśmy w łóżku, nocowanie u niej i z nią w jednym łóżku i moje zbiórki o 6 rano z wyrka na kanapę by córka rano wstając nie dostał szoku (chore).
W końcu nagle rozmowa, że ona musi sobie życie ułożyć, że będzie szukała kogoś i ona tego potrzebuje, potrzebuje adoracji, potrzebuje wiedzieć, że się komuś podoba i to komuś innemu niż ja.
Przełknąłem to. Poznała jednego faceta, szybko się skończyło, znów ja byłem grany, poznała drugiego faceta, powtórka z rozrywki...znów ja byłem grany...po drodze kolejne rozmowy, że czemu my do siebie tak bardzo nie pasujemy w tych kwestiach co przeważają o tym, że nie możemy (wg niej) być razem...tak nam dobrze tu i tu i tu ale w tym i tym nie da rady tego przeskoczyć itd.
W ostatni weekend poznała jakiegoś faceta. Starszy, ŻONATY, kawał chłopa, taki czuły wielki miś z wielkim sercem, męski jak diabli itd. i się zabujała po uszy. O czym nie omieszkała mi powiedzieć.
No to we mnie wszystko umarło (ba jakimś cudem po tym wszystkim dalej sobie w głowie kodowałem, że kiedyś będziemy razem i będzie pięknie jak na początku), rozpacz normalnie.
Początek tygodnia i...'przyjedź po mnie po pracy jak możesz' no i przyjechałem, napiliśmy się małe piwko, porozmawialiśmy, godzina 22...'zostań, bez seksu ale zostań ze mną dziś'.
No i zostałem, cała noc wtuleni w siebie. Rano u mnie jakiś kac dziwny, powrót do domu i myśli 'co jest grane, coś tu śmierdzi'. Następny dzień, godzina 21...'jak masz ochotę to przyjedź'. 21:30 już byłem u niej...gadu gadu, uśmiechy, rozmowy...północ wybija, ja się zbieram i 'zostań'. Wtedy znów wyłączyłem myślenie i zostałem, znów cała noc po prostu wtuleni w siebie jak jedność.
Ona nawet coś przebąkiwała, że ma na mnie ochotę ale w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy, środek nocy, następnego dnia do pracy.
Ja głupi wstałem wcześniej, zrobiłem śniadanie, zrobiłem kanapki młodej do szkoły, nakarmiłem zwierzyniec, ogarnąłem się. Od rana kilka słów tylko zamienionych, jej nadęta mina i zamyślenie.
Pomyślałem, że się nie wyspała, zwykle takie były poranki. Wróciłem do domu. Zero odzewu, zero smsów, facebooka, nic. W końcu ja się odezwałem i dowiedziałem się, że ten facet co go poznała (żonaty, z dzieckiem!) się odezwał i też tęskni z nią i dużo myśli o niej itd. itp.
Wiedziałem co jest grane, jeszcze następnego (wczorajszego dnia) zdecydowałem się o tym przekonać i podwieźć ją z pracy do domu. Potwierdziło się, cały dzień smsowali w pracy, ona chce w to brnąc mimo, że oficjalnie nie wierzy, że to się uda itd. itp. Później nocna rozmowa przez telefon, moje pytania co dalej z naszą znajomością i wybuch jej agresji, że zawsze o to pytam jak coś się dzieje, żebym zajął się sobą, że ona widzi, że na każdym kroku mnie rani i tego nie chce, oczywiście, że jestem bardzo ważną osobą w jej życiu i zawsze będzie miała mnie z tyłu głowy, i czy zauważyłem, że nasze noce ostatnio były czysto przyjacielskie (nie wiem od kiedy śpi się prawie nago, przytulonym ciało do ciała z przyjacielem) itd. i ogólnie rozmowa zakończyła się nieciekawie, dobranoc, dobranoc i koniec.
Nie mam najmniejszego zamiaru do niej się teraz odzywać, ale z drugiej strony nie wiem co myśleć. Myślę, żeby dać spokój absolutnie i zmusić się (jak?) do odkochania się, zapomnienia, przejścia na inny poziom znajomości (da się?) ale...jest zadzior 'przecież ona była ze mną i przy mnie'. Nie dociera do mnie, że byłem świadomie lub nieświadomie besztany, może w ten sposób naprowadzany na drogę by samemu dojść do tego, że to nie ma sensu.
Kochane Panie i drodzy Panowie, jak uciec od tego? Co myśleć i jak postępować. Co zrobić jeśli jej nie wyjdzie i odezwie się słowem 'przyjedź'. Co zrobić jeśli odezwie się 'co słychać?' albo 'może gdzieś wyskoczymy'? Co zrobić jeśli się nie odezwie i to jest koniec wielu lat znajomości, która pochłonęła niesamowita ilość moich sił i nerwów, łez i rozpaczy, radości i uśmiechu.
Ucieczka w inną kobietę? To nie w moim stylu, nie ranię innych kobiet w taki sposób, jak mógłbym próbować z kimś się spotykać myśląc o innej? (To samo ma ona teraz, myśli o innym więc jak może coś robić ze mną).
Alkohol nie pomaga, papierosy powodują, że czuje się jak stara szmata, leki na depresję co je biorę od dawna...nie działają (psychiatra nie pomaga, psycholog też nie bardzo). Przez to wszystko myślę o sobie w najgorszych kategoriach, że nie umiem dać kobiecie poczucia bezpieczeństwa, że inny jest lepszy ode mnie, że kwiaty, poranne śniadania, rozmowa, wsparcie, chęć pomocy i pomoc, trwanie przy jej boku to za mało, że jakiś obcy (dla mnie) facet będzie kochał się z moją ukochaną (jakoś jestem przekonany, że do tego dojdzie, mimo, że ma żonę bo sama mi moja ukochana powiedziała, że po raz pierwszy od paru lat miała myśli, że chciałaby coś więcej z innym facetem...a ja to przyjąłem na klatę, znowu...). Jestem za słaby, za miękki, nie ma we mnie tego macho co był kiedyś, ulegam emocjom i pokazuje je, czy to te dobre czy to te złe. Niestety mam myśli te najgorsze, nie muszę pisać jakie...walczę z tym bo mam rodziców, przyjaciół, ale wszystko traci sens z chwili na chwilę.
Może musiałem tylko się wygadać? Może szukam tu jakiejś pomocy, może spojrzenia kobiecym okiem na sprawę? Nie wiem, zostawiam to Wam, może coś mądrego tu przeczytam do czego sam nie mogę dojść mimo, że to jasne i klarowne.