A ja to się już zbieram od tygodnia, żeby tu do was napisać 
Fajnie, że większość z was poszła do przodu - to ogromnie cieszy. Jeśli u niektórych gorzej, nie martwcie się. Te chwile są naprawdę po to, by za chwilę było lepiej. Musi być równowaga, te gorsze momenty też bywają.
Z perspektywy czasu widzę, że rozstanie dało mi mega kopa. Przekonałam się na kogo mogę liczyć wśród przyjaciół i znajomych, wyciągnęłam wnioski, przyjęłam swoją winę i nie uciekam od niej. Z wręcz lęku przed kolejną znajomością, kolejnym zaangażowaniem przeszłam do akceptacji i pewności, że ktoś pojawi się w swoim czasie. Ja nie muszę wiedzieć kiedy, nie muszę poszukiwać tej osoby "na gwałt", żeby tylko była - jeśli taki jest plan, jeśli tak ma byc, to ona po prostu będzie
Nie ukrywam mojej ogromnej sympatii dla Beaty P. i wiecie o tym. Jeśli śledzicie jej profil na fb, to wiecie, że poleciała na koniec swiata, do Panamy, gdzie jeszcze nie była i tak spotkała mężczyznę, podróżnika takiego jak ona, z którym zadzierzgnęła romantyczną relację. Co dalej - nie wiem. Ona sama sie nie nastawia, nie ingeruje, nie próbuje kontrolować. Jej przykład pokazuje mi, że nie muszę wiedzieć co się zdarzy, ale zawsze ułoży się najlepiej dla mnie - obojetnie czy będę w związku czy singielką do końca zycia
I jedno, i drugie mnie nie przeraża.
Rozstanie pozwoliło mi odkryć jedną mega ważną prawdę (o której może wiecie a ja tu głosze swoje mądrości
): miłość romantyczna, związek to tylko jeden z aspektów zycia. Dotychczas byla to dla mnie podstawa, takie Słońce w moim wlasnym Układzie Słonecznym, wokół którego kręca sie inne aspekty: praca, zdrowie, samozadowolenie, przyjaźnie, rodzina. Dziś wiem, że nikt mi nie broni cieszyć się byciem singielką i nie mieć poczucia, że cos tracę, bo nie próbuję znaleźc tej drugiej osoby do pary. Kiedyś kręciłam się wokół partnerki, cała moja codziennośc była jej podporządkowana, czasem kosztem samej siebie. Dzisiaj wiem, że umiem o kogoś dbać tak bardzo, że ktos, kto tego nie potrafi, po prostu sobie odpuszcza a nie o to mi chodzi. Mam świadomość tego, że miłość moge okazywać przyjaciołom, rodzinie, obcym ludziom nawet, sobie. Tak, wiem, że to będzie coś innego, ale mimo wszystko jest to to samo uczucie, które sprawia, że człowiekowi pojawia się uśmiech na twarzy i czuje spełnienie.
Druga sprawa - podniosłam standardy. To się stało wtedy, gdy już sobie rozkroiłam ten związek jak kawałek ciasta i rozpatrzyłam uczciwie każdy aspekt. Niestety (i to mi obiektywnie mówią), sporo niedopatrzeń było po stronie mojej eks. Mi to aktualnie rybka - nie obwiniam, nie kontroluję, nie złoszczę się nawet, że tak się stało. Uważam, że gdyby ona miała się męczyć w związku, w której nie darzyła mnie miłością, to lepiej dla nas obu, że zrezygnowała. Podniosłam standardy w tym sensie, że określiłam czego chcę. Jaka ma być ta osoba, którą dopuszczę do siebie teraz. Na pewno stałam się ostrożniejsza, ale to akurat domena wszystkich porzuconych, nic niezwykłego. I nie jest tak, że teraz jestem księżniczką, która wymaga nie wiadomo czego - po prostu moje dotychczasowe zachowanie nie pokazywało, że kocham siebie. Akceptowałam drobinki zainteresowania zamiast uznać, że jestem warta najlepszego i tego, żeby ktoś zabiegał, starał się. To ja wzięłam na siebie role osoby dbającej o to, żeby było dobrze, żeby zainteresować drugą osobę, sprawić, by ze mną została.
Mogłabym tak jeszcze długo i namietnie, wiecie o tym, wiec powiem tak, że długo i namietnie to będzie prywatnie kiedys realnie na kawie a póki co, w mega skrócie: jestem szczęsliwa
Nie boję się tego napisać. Nie odbiło mi (chyba
), nie poznałam nikogo, nie przerażają mnie nawet zbliżające się walentynki. Po prostu cały ten żal porozstaniowy, dramaty, wybuchy emocji minęły. Jest tak, jak gdybym patrzyła na nie przez szybę. Wiem, że to się zdarzyło, pamietam tamte emocje, ale nie daję sie temu ponieśc. Nie dlatego, że to wstrzymuję. Wczoraj byłam na walentynkowej randce z przyjaciółka (wygłupy, obie singielki po prostu chciałyśmy się dobrze bawić) i ona też pytała mnie jak sie czuję, jak ogarniam ten temat rozstania. Odpowiedziałam, że jest tak dobrze, że już mam wręcz dość gadania o tym, ciągłej analizy. To już za mną.
A piszę tak dokładnie o tym co i jak, bo chcę wam tu wszystkim podziękować. Za troskę, za sympatię, rozmowy i tu, i poza forum. Za zainteresowanie i inspirujące mysli, przykłady. Za wszystko
Dlatego, że ja już się stąd ewakuuję. Starałam się pomóc, podpowiedzieć rozwiązania, inne sposoby patrzenia, czasem dac motywującego liścia (w ekstremalnych przypadkach
), ale teraz już nie czuję potrzeby bycia tu. Ide dalej. Dziękuję raz jeszcze. I wam wszystkim życzę szybkiego wyjścia z tych analiz dotyczących przeszłości. Uwierzcie, nie warto tracic kolejnych dni oglądając się wstecz, naprawdę.
Buziaki :*