Jeeeeej, jak tu pusto. Wszystkie jesteście na wakacjach???
Dziewczyny, potrzebuję obiektywnej oceny sytuacji
Po ostatnich awanturach w domu wyprowadziłam się z dziećmi najpierw na jedną noc do hostelu, potem jedną w domu ( mąż spał u mamusi) i potem wyjechałam do rodziców. Trochę w tym czasie rozmawialiśmy, ale to głównie z mohej inicjatywy... On stwierdził, że jego jedynym problemem jest to, że daje sobą manipulować, a manipuluję nim ja... I jeszcze, że nie będzie niczego zmieniał ani bardziej nad sobą panował, bo nie. Generalnie przesłanie z tej rozmowy jest proste, a przynajmniej ja to tak zrozumiałam. Mam się dostosowa!ć, albo rozwieść... No i całkiem poważnie rozważam to drugie, bo nie mam już siły słuchać jak to wszystko nie ma sensu ( rozmawiać, szukać rozwiązań, dogadywać się), jak zmarnowałam mu życie ( ja i nasze dzieci) i w ogóle jaki jest rozczarowany swoim życiem...
Właśnie mam doła, zjadam drugą czekoladę i zastanawiam się czy ja wyolbrzymiam, czy faktycznie nie ma już czego ratować. Natomiast mój mąż ma focha w związku z czym nie odzywa się, nie pyta co u nas i generalnie ma nas w poważaniu... Czuję, że nie mam już siły żeby się dogadywać z tym człowiekiem... Bardzo doceniam to wszystko co robi ( w domu i na działce, w pracy itd), doceniam jego zalety i chyba tylko to jeszcze mnie przy nim trzyma. Facet jest samodzielny, zaradny, pomaga w domu, bawi się z dziećmi. A z drugiej strony nie szuka rozwiązań, nie dąży do zgody, twierdzi, że z naszymi dziećmi nie da się wytrzymać (bywa to trudne, ale chyba trzeba wziąć poprawkę na to, że dzieci są chore...), dyskutuje ze wszystkim ( np bunt dwulatka to głupota wymyślona przez pseudopsychologów, którzy nie mają co robić) i tylko on zawsze ma rację.... Jestem cholernie zagubiona...