Lejdi_in_red napisał/a:Sam22, chyba rozumiem co masz na myśli. Dostrzegam pewne podobieństwo mojego zachowania do zachowania Twojej żony i widzę, że podobnie postępuje mój partner. Wielu rzeczy nie robi przy mnie, by mnie nie drażnić. O wielu rzeczach mi nie mówi. A nadal mimo tego wszystkiego jest ze mną i z tego co mówi mnie kocha, chociaż nie mamy nawet jeszcze rodziny... Dlatego się zastanawiam i czekam, gdzie jest granica wytrzymałości, ile jeszcze z taką mną wytrzyma 
Jak widzisz moja żona nie robi awantur. Nie krzyczy, nie wyzywa. Ona robi się zła, ma nienawistne spojrzenie, jest obrażona. Cudowną romantyczną chwilę jest w ułamku sekundy zamienić w "separację emocjonalną". I tak to ćwiczyliśmy przez wiele lat, co miało umrzeć to umarło. Nic więcej nie można zepsuć.
Żona ma bardzo dobrą intuicję, nie przekracza pewnych granic, których ja będę bronił na śmierć i życie. Taką granicą jest na przykład bezpośredni atak na moją osobę -- obrazić się, zwyzywać, zrobić przykrość. Prawdopodobnie bym wtedy wstał, powiedział "Przepraszam kochanie, ale muszę wyjść." i bym wyszedł... do baru się upić, do parku posiedzieć w ciszy, albo do prostytutki na seks, albo..., albo... Żona nigdy nie przegięła, to dobrze. Sprawa zazdrości nigdy nie wyszła poza nasz związek, nie było "awantury" przy znajomych.
Czyli napięcie w związku jest bardzo duże, ogromne, ale nie tak wielkie, żeby coś się urwało.
"Nie oglądam przy żonie onetu, nie piszę postów na netkobiety, nie oglądam youtube, odwracam głowę, gdy idą laski, nie oglądam TV, reklam, dziennika, nie czytam gazet, nie rozmawiam z kelnerkami, nie żartuję ze sprzedawczyniami."
Czyli całą swoją uwagę poświęcasz jej i rodzinie? Nie czujesz się trochę jak ptaszek w klatce?
Tak -- poza pracą (praktycznie cały dzień w pracy), to 100% wolnego czasu poświęcam żonie i rodzinie. Dzieci są jeszcze małe, więc to jest ok. Nie brakuje mi tych rzeczy co wypisałem wyżej, naprawdę! Wyzwoliłem się zachcianek, z pożądania rzeczy materialnych. Nie mam "zabawek" jak to czasem mają "duzi chłopcy" -- nie mam motoru, super aparatu, super laptopa, super telefonu. Mam to wszystko gdzieś. Liczy się rodzina. Nie czuję się jak ptaszek w klatce -- trzeba poświęcić dzieciom czas. Ale co będzie jak dzieci pójdą na randkę, a ja sam będę z żoną? Tego nie wiem -- może wtedy poczuję się jak "ptaszek w klatce". Zobaczymy za 10 lat.
Ale bardzo boli zachowanie żony -- w ciągu kilkunastu lat znajomości w tysiącach małych spraw udowodniła, jak bardzo jest zazdrosna. Zwłaszcza gdy ja coś muszę albo chcę zrobić -- np. wyjazd firmowy, czy wyjść raz na rok (!!!) z kolegami na piwo, albo na spotkanie klasowe raz na 10 lat (nota bene -- nie poszedłem z powodu żony właśnie, ale to był czas, kiedy jeszcze nie wszystko zniszczyła; w chwili obecnej bym poszedł nie licząc się z jej zadaniem).
Zazdrość żony znienawidziłem, ale nie mam negatywnych uczuć wobec niej. Może to wydawać się absurdem, ale tak jest. Ona kieruje sie emocjami, sama nad zazdrością nie panuje, krzywdzi pod wpływem emocji, potem przeprasza. Ona nawet nie jest świadoma że jest zazdrosna. Dlatego dziwi mnie postawa Donny. Jak można działać na tak niskim i prywmitywnym poziomie, a jednocześnie być tak świadomym? Nie rozumiem tego.
Podam Wam dwa przykłady jak to wszystko działa.
Siedzimy sobie przy stole z żoną i przeglądam gazetę, bo akurat leży na stole. To było coś o dzieciach. Przeglądam, przeglądam a tam artykuł że pewna aktorka uruodziła dziecko. Normalnie rzuciłbym okiem co tam piszą, zwłaszcza jak ona schudła po porodzie, ale omijam ten artykuł automatycznie, bo przecież gdyby żona zobaczyła na czym się zatrzymałem, to byłaby "zła", bo byłaby to w świetle jej zazdrości "mini-zdrada". A mi to kompletnie nie szkodzi, bo i tak "mam gdzieś" ten artykuł. No i powiedzcie same -- czy tu jest oszustwo? Po prostu zrobiłem coś, żeby ograniczyć ilość zła. I uwierzcie mi, że zupełnie nie chce mi się o to walczyć, abym mógł przeczytać to byle-co, nie mam ochoty rozmawiać z żoną na temat zazdrości, leczyć tego, chodzić do psychologa.
W pewną sobotę miała być impreza firmowa. Żona wiedziała o tym parę miesięcy wcześniej. Kombinowała niesamowicie jak spowodować, abym na tę imprezę nie szedł, ale musiałem (z racji stanowiska), ale też chciałem i naprawdę nie ze względu na kobiety (w końcu można zapłacić 200zł i mieć seks przez godzinę, więc po co w tym celu impreza firmowa???). Kilka dni przed imprezą każdy wieczór był zepsuty jej "fochami". W końcu postawiła ultimatum, że mam wrócić przed godziną 24, bo jak nie wrócę to XXXX (coś powiedziała, ale nawet nie pamiętam co). W sumie to nawet mi się z tego śmiać chciało, bo ten jej warunek brzmiał jakbym miał 15 lat i mamusia kazała wrócić z dyskoteki o 24. Nic nie komentowałem, nie dyskutowałem z nią, ignorowałem -- tak, tak kobiety -- to jedyna dobra droga. Poszedłem na imprezę, piłem, tańczyłem, z ludźmi rozmawiałem i siedziałem do samego końca. Siedziałem, bo po pierwsze żona nie miała prawa wymagać, abym wrócił wcześniej, po drugie taką miałem ochotę, po trzecie bez względu o której bym wrócił będzie źle. Tak też się stało -- połowa niedzieli była zepsuta, potem jeszcze parę dni coś się odbijało "czkawką" i sytuacja wróciła do normy. Jaki z tego wszystkie płynie morał? Taki, że na imprezę bym poszedł, wrócił, nie zdradził, a całe zło i trucizna związana z tą imprezą płynie prosto od mojej ukochanej żony.
Jak widzicie, szanowne kobiety, zazdrość nic nie wnosi dobrego, tylko niszczy. Jest to czyste zło, które z miłością nie ma nic wspólnego. Jak będę chciał to przeczytam sobie o aktorce jak żona nie widzi, jak będę chciał to oglądnę sobie redtuba jak żona nie widzi, pójdę z koleżanką na kawę jak żona nie widzi, nawet jak będę chciał to mogę ją zdradzić i też tego nie będzie widzieć. Czasem sobie nawet myślę, że lepiej zdradzić w formie seksu, bo nie niszczy się wtedy osoby, z którą się jest w małżeństwie, niż wyniszczać tę osobę wprost -- zazdrością albo brakiem szacunku lub uczciwości. Społeczeństwo krytykuje seks poza małżeństwem, a cicho przyzwala na niszczenie dusz, obniżanie poczucia własnej wartości przez drugą osobę, lenistwo, oszustwo np w pieniądzach.
Ale teraz na obronę zazdrosnych kobiet, choć to same fałszywe stwierdzenia. Nie puszczą chłopaka na 10-lecie matury, bo tam będzie koleżanka z dawnych lat i wskoczą razem do łóżka. Nie można oglądać pornoli, bo przecież wtedy seks będzie gorszy, bo żona nie jest taka jak aktorka i facetowi może się w głowie poprzewracać. Nie należy wyrażać swoich opinii o seksownych ciuchach, bo przecież takich żona nie ma, czyli obniża to jej poczucie swojej wartości. Nie można z klientkami iśc na obiad, bo po obiedzie hotel i seks, a romans trzeba tłumić w zarodku. Nie można flirtować, bo każdy flirt prowadzi do seksu. Nie można podać obcej kobiecie rzeczy, która jej spadła, bo to początek flirtu. Nie można do koleżanki się uśmiechnąć i miło zagadać, bo co by się dopiero działo, gdyby żony nie było. Hihihi! Tak myślicie?
Sorki za tyle tekstu, ale może komuś pomogłem...? Sobie nie musiałem pomagać, bo moja filozofia życia choć wydaje się pokrętna względem norm społecznych, to jednak nie normy społeczne oceniają życie człowieka.
Doonna napisał/a:Sam napisz prosze czy jest cos, jakakolwiek mozliwosc... czy Twoja zona moze cos zrobic zebys odzyskal zaufanie do niej, byl znowu blisko i oddal jej serce.
Zazdrość i zdrada to ta sama kategoria. Może uda Ci się nie być zazdrosną, ale jak ty tego swojego chłopaka nauczysz, że może znowu przy Tobie nie kontrolować siebie? Może będziesz zadawać mniej pytań? Może pozwolisz sobie nie wiedzieć gdzie on jest w danej chwili? Może nie będziesz wydzwaniać w losowych godzinach wieczornych gdy jest na wyjeździe? Może na imprezie jak będzie rozmawiał z koleżanką to nie będziesz ukradkiem spoglądać z drugiego końca sali myśląc, że on tego nie widzi?
ogień napisał/a:któremuś z nas rośnie fałszywy obraz drugiego (tak jak w przypadku żony Sama22, ona myśli że jest trochę inny niż jest naprawdę).
Nie jest tak źle, bo przecież jak się poznaliśmy, to zachowywaliśmy się naturalnie. Moja żona jest taka sama jak kilkanaście lat temu, ale znam jej zazdrość. Ja też jestem taki jak kilkanaście lat temu, ale "romantyzm zapodział się w sprawach dnia codziennego".
Doonna napisał/a:kropka w kropke, nawet ten kolor czerwony i prawie cala reszta.
Ooooooo... to fajnie, że ktoś też tak miał. A ja myślałem, że jesteśmy oryginalni 