dobry wieczór dziewczyny
czytam Was codziennie ale jakoś nie po drodze mi do pisania
nie wiem czy ze względu na pracę, stres, czy zmianę pogody znów odzywa się mój kręgosłup i zespół cieśni nadgarstka
w obu rękach
połączenie fatalne, nie dość, że grzbiet boli, to jeszcze ręce odmawiają posłuszeństwa
w poniedziałek nie byłam na basenie, bo nie dałabym rady wciskać pod wodę ciężarków
przeleżałam pół godziny na macie do masażu, ale to nie to samo co masażystka
wczoraj zaraz po pracy łaziłam z Magdą po sklepach, udało mi się kupić książki ze wzorami, będzie inspiracja do jakiegoś działania jak ręce będą lepsze
mówicie o ekshumacji... mój Ojciec myśli o przeniesieniu prochów Mamy z grobu dziadków w inne miejsce
a przedwczoraj potwornie mnie wystraszył, bo nie przyznawał się wcześniej, a dopadło go tzw zatrzymanie moczu, 48 godzin męczył się z pełnym pęcherzem, sikał po troszeczkę i miał skrzepy krwi w moczu
na szczęście dostał leki, które szybko pomogły, ale co się strachu najadłam, to moje
mąż dalej obolały, dziś był w pracy, bo firma wie, że może się domagać odszkodowania, więc wezwali go do terapeutki i zaproponowali masaże, na razie nie przyjął, bo nic nie będzie robił bez konsultacji z lekarzem, a firma tak łatwo się nie wymiga od odpowiedzialności za ten wypadek
w piątek był Helloween, przychodziły dzieciaki po cukierki, dwa razy miałam ubaw, bo raz otwieram drzwi... patrzę... nic, patrzę niżej... nic, niżej.... nic, tuż nad wycieraczką odstaje od ziemi dziecinka w sukieneczce "wróżkowej" kupionej chyba na 2 lata starszą dziewczynkę, cichutko sepleni (po angielsku) "cukielek albo psikuś", roześmiałam się i daję małej "cukielki", przejęta wzięła jeden, mówię "weź więcej" zawstydzona bierze drugi, więc mówię "otwórz torebkę" (specjalna na Helloween, z naszywanymi duchami), otwiera, ja wsypuję sporą garść cukierków (dobrych, polskich hihi) słyszę jak mama z oddali teatralnym szeptem mówi"powiedz: dziękuję", mała mówi "dziękuję" i biegiem do mamy, suknia plącze się pod nóżkami, ja zastygam, bo przed domem ostry żwirek, więc jak mała upadnie, to będzie straszny płacz, mała szczęśliwie dobiega, pokazuje mamie cukierki a mama do mnie w te słowa:" to najlepsze cukierki jakie jadłyśmy, ona w przedszkolu ma polską koleżankę i na jej urodzinach były właśnie te cukierki" rozpłynęłam się z zadowolenia, mała i jej mama też 
drugi ubaw był z dwóch chłopaczków, przyszli przebrani, jeden za goryla, drugi za jakiegoś potwora, u nas na drzwiach był wielki arkusz folii z nadrukiem, wyglądało to jak pokrwawione, rozwalone drzwi, ale przez wiatr, czy częste otwieranie taśma puściła, otwieramy z mężem drzwi, a folia wali się dzieciakom na głowy... my w śmiech ale próbujemy być poważni i wystraszeni ich kostiumami... czekamy na zaklęcie czyli: "cukierek albo psikus" a dzieciaki wystraszone "atakiem drzwi", starszy chyba szybciej oprzytomniał i zanim zaczęliśmy ściągać z nich tą folię mówi cichutko:"buuuuuu"
oczywiście dostali dużo cukierków i uradowani poszli dalej
reszta odwiedzin helloweenowych przebiegła normalnie, pukanie, otwieranie drzwi, udajemy przestrach, "zaklęcie", cukierki, radocha, wracamy na fotele 
niestety nie udało nam się zrobić planowanej kukły i cmentarzyska, Magda dostała pracę, w której są 12-godzinne zmiany i akurat w czwartek i piątek pracowała, mąż nie dałby rady sam, poza tym nie wiedział, co i jak chcemy zrobić, a ja w czwartek po pracy musiałam zajrzeć do banku i zeszło mi dłuuugo, a w piątek jak wróciłam z pracy, dzieciaki zaczynały już chodzić, więc były straszne ozdoby z supermarketów... pomysł będzie do zrealizowania na przyszły rok