Biologiczny ojciec moich Dzieci był "dobrym" ojcem właśnie na pokaz. A dlaczego tak uważam? Ano dlatego, że o jego każdym kroku mającym na celu wyciągnięcie z opresji Dziecka wiedzieli wszyscy dookoła. Coś na zasadzie: "spójrzcie jaki jestem zaradny, zobaczcie co potrafię zrobić dla moich dzieci!" Nie neguję tego, bo dobre i to. On jednak zawsze posiłkował się innymi (np w czasie choroby którejś z Dziewczynek gdy wspomagał się znajomościami swoich... ech...).
Uważam, że tak został wychowany. Do tej pory zresztą jest niańczony przez swoja mamę. Rozumiem, gdy wspiera się syna wtedy, gdy ten znajdzie się w trudnej dla niego emocjonalnie sytuacji. Ale podjudzania już nie...
Kiedy nachodzą mnie wspomnienia, zdaję sobie sprawę z tego, że to moja osoba ( a raczej uległość) była mostem wiążącym jego i Dzieci. Dosłownie uzależniał role dobrego ojca od mojego zachowania względem niego.
Ma gdzieś nasze Dzieci w tej chwili. Mnie to akurat nie za bardzo przeszkadza. Teraz jednak ma szansę pokazać jaką ojcowską miłością obdarzył Dziewczynki. I co widzę? Właśnie nic... Słyszę jedynie pretensje przez telefon, że One nie kontaktują się z nim.
To nie jest moja wina. Nigdy nie dyskredytowałam jego osoby w oczach moich Dzieci. To on sam... Bo One wszystko widziały.
Jezu... Mam jakiś dzień na smutki. Może to i dobrze. Może pora najwyższa powolutku przestać obwiniać się o wszystko... I spojrzeć na siebie lepszymi oczyma...