katbe napisał/a:co myślicie?
znalazłam taki konkurs!
Wchodzę w to 
Sara powoli otworzyła oczy. Spała bez poduszki, nauczyła się tego w obawie przed zmarszczkami, nieuchronnie pojawiającymi się u kobiet, które śpią wtulone w puchową miękkość. Trzeba o siebie dbać. Gdyby nie to, że musiała rano wstawać jej życie byłoby po prostu idealne. Jednak należało odwieźć dziecko do szkoły a wcześniej wmusić w nie zdrową zupkę z soczewicy. Nic tak nie dodaje energii i nie zabezpiecza przed chłodem jak miska ciepłej zupy. A dzień był chłodny, prawdziwie jesienna szaruga. Oczywiście Iza będzie kręciła nosem, ale już wie, że tosty z serem w tym domu nie przejdą, zdrowe odżywanie przede wszystkim. Żadnego glutaminianu, żadnych sztucznych barwników, zakupy tylko w ekologicznych sklepach. Dbałość o zdrowie posunęła do tego, że nie kupowała nawet farb do włosów ani lakierów do paznokci zawierających toluen. Tak, dbała o wszystko bardzo drobiazgowo.
Rozejrzała się po apartamencie. Nie był wystarczająco duży, ale wystarczająco luksusowy, żeby podkreślić jej pozycję, przynależność do elity wybrańców mieszkających w najbardziej prestiżowej lokalizacji. Adres mówi sam za siebie a ten był wyjątkowy. O wystrój wnętrz zadbali architekci, meble przyjechały z Włoch, tylko nadal nie mogła się zdecydować na dekoracje nadające wnętrzu ostateczny wygląd. Nic nie wpadło jej w oko, wszystkie wazony i obrazy, które oglądała nie były wystarczająco ekskluzywne. Nie mogła sobie pozwolić na rzecz, którą każdy mógł mieć, to musiało być coś wyjątkowego. Ona sama była wyjątkowa; świetna figura i regularne wizyty w salonie najbardziej wziętego stylisty robiły swoje. Zadbana, zdrowa, z klasą.
Klasa to słowo, które przyprawia o miły dreszczyk emocji. Żeby mieć klasę trzeba ciężko pracować. Nie wystarczy fryzjer i jakiś lepszy ciuch, klasa to kurs savoir vivre, to podróże do wyjątkowych miejsc, to karta senatora umożliwiająca spędzenie czasu w najbardziej luksusowej loung na lotnisku. Tak, to kosztuje i sporo pieniędzy i dużo pracy nad sobą. Dlatego nie pracuje, nie może, nie ma czasu. I tak szczęście, że gosposia codziennie zajmuje się mieszkaniem, inaczej w ogóle nie dałaby rady ze wszystkim. Ciągłe podróże, nauka hiszpańskiego, lekcje jazdy konnej, stale coś do załatwienia. Imprezy towarzyskie też są bardzo absorbujące a jest ich całkiem sporo. Wystarczy wyjść na korytarz a zaraz któryś z sąsiadów zaprosi na drinka lub kawę, albo sąsiadka zaproponuje wspólny wypad na zakupy. Poza tym obowiązkowo teatr, opera, koncert jazzowy. Trzeba trzymać klasę, mieć o czym rozmawiać. Sara często wyobrażała sobie, że właśnie tak żyje prawdziwa arystokracja. Namówiła nawet męża na zakup prawdziwego pałacu, dzięki czemu mogli znaleźć się w szacownym gronie organizacji skupiającej właścicieli pałaców. Znalazła już architekta, który zajmie się projektowaniem i nadzorem nad remontem. To będzie cudowne zapraszać znajomych na weekend w pałacu. Takie otoczenie będzie właściwe dla kobiety takiej jak ona. Na idealnym obrazie jej obecnego życia była tylko jedna rysa: rodzice. Żyli w małej miejscowości pod Warszawą. Ojciec mechanik, matka pracownica poczty, teraz oboje na skromnej emeryturze. Sara nigdy nie zaprosiła ich do swojego apartamentu. Nie mogła dopuścić do tego by ktoś ich zobaczył. Odwiedzała ich też sporadycznie, tylko wtedy, kiedy było to naprawdę konieczne. Nigdy nie spędzała z nimi świąt. By uniknąć kłopotliwych sytuacji zawsze wyjeżdżali i spędzali święta w eleganckich hotelach. Dzięki Januszowi mogli sobie na wszystko pozwolić. Z czułością myślała o mężu, nawet przez chwilę nie żałowała, że rozbiła jego poprzednie małżeństwo. Zasługiwał na kogoś takiego jak ona, na kobietę z klasą.
Sara wyjrzała przez okno. Z wysokości jej apartamentu widok parku był kojący nawet w tak pochmurny dzień. Oczywiście ta wariatka z parteru ze swoimi psami już tam była. Sara nigdy nie zrozumie jak można sobie tak utrudniać życie? Każdego ranka, czy słońce czy deszcz, wstawać o świcie i to tylko po to, żeby psy poszły na spacer. Wiadomo, że takie psy brudzą w domu a na łapach wnoszą Bóg wie jakie bakterie. Aż ją ciarki przeszły na myśl o tym. Tymczasem Zuzanna zamiast pozbyć się tego kłopotu zrywała się o świcie i ryzykowała życie po zmroku spacerując po parku, który owszem był ładny, ale tylko z daleka. Na myśl o sprzątaniu psich kup zadrżała znowu. Nie, to nie mieści się w głowie, tak nie może zachowywać się kobieta z klasą na oczach sąsiadów, to zbyt upokarzające. Nigdy, przenigdy żadnych zwierząt! Co innego koń w reprezentacyjnej stajni, którym zajmują się stosownie opłacani ludzie, to oznaka prestiżu, ale psy? Psy są dobre na wsi.
***
Zuzanna szczelniej otuliła się płaszczem. Trzeba było jednak zdecydować się na sweter, płaszcz założony na piżamę nie był najlepszym pomysłem w taką pogodę. Ale zawsze psy są najważniejsze. Zuzanna wyobraża sobie, jak by się czuła, gdyby rano musiała czekać z wyjściem do toalety aż ktoś litościwie otworzy jej drzwi. I gdyby jeszcze ten ktoś przebierał się godzinami zamiast po prostu wyjść? Kochała swoje psy. Jej mąż mówi, że nawet bardziej niż ludzi. Może coś w tym jest? Pies to takie szczere stworzenie. Jak się cieszy to się cieszy, macha ogonem i wszystko wiadomo. Jak się boi czy jest agresywny to też łatwo rozpoznać. Pies nie udaje, nie kłamie, nie oczekuje. Kocha bezwarunkowo. Zwłaszcza ta rasa, cairn terrier, szczególnie przypadła jej do serca. Te psy pracują nawet jako terapeuci z upośledzonymi dziećmi, był o tym program na animal planet.
Spacery po parku nie były przyjemnością. Zuzanna nie rozumiała czemu ludzie nie sprzątają po swoich psach? Jak mogą ze spokojem puszczać je na trawnik, który nieustannie wygląda jak jedna wielka kloaka? Nie zdecydowałaby się na psy wiedząc jak wygląda ich życie w mieście, w tej kwestii zgadzała się z Sarą. Psy pojawiły się za czasów domku w małym miasteczku, ale to było dawno. Zuzanna przez ostatnie lata przeprowadzała się dziewięć razy. Miała już szczerze dość pakowania życia w kartony i z nadzieją na dłuższy pobyt urządzała obecne mieszkanie. Budynek był imponujący. Różowe marmury i zawsze świeże kwiaty w holu obiecywały wygodne życie bez trosk. Co prawda na widok złotych wind zapaliło się na chwilę ostrzegawcze światełko, ale jak mawiają w Ameryce: location, location, location! wymieniając trzy najważniejsze warunki, jakie musi spełniać idealna nieruchomość. To było to. Zuzanna wierzyła, że będzie to idealne miejsce na dłużej, jednak jeszcze nie poczuła się tu jak u siebie. Nie pasowała do otoczenia a może nie dorosła? Czuła się skrępowana, nie dopasowana, zupełnie jakby stanęła na scenie teatru nie znając roli, podczas kiedy wszyscy wokół śpiewają zgodnym chórem. Sama nie wiedziała czy towarzyskie pogawędki o niczym bardziej ją nudziły czy przerażały. Nigdy nie poszła na świąteczne party mieszkańców organizowane w klubie. Podobno katering był zawsze wyborny a spotkanie miało uroczą atmosferę, ale to było ponad jej siły. Może Artur ma rację? Jest samotniczką, ?dzikuską? jak ją nazywał, żeby zmotywować do bardziej towarzyskiego zachowania. Nic nie pomagało a wręcz przeciwnie, narastał w niej jakiś bunt. Z prawdziwą niechęcią popatrzyła na budynek, który dla wielu byłby spełnieniem marzeń. Coraz częściej jeździła do domku na działce. Ta chata kryta strzechą stała się ostatnio jej prawdziwym schronieniem, azylem. Odrobina prywatności i luzu zaledwie godzinę drogi od miasta. Zuzanna coraz częściej myślała, żeby przenieść tam swoją pracownię i dojeżdżać tak, jak inni dojeżdżają do miasta. Śliczny, nowoczesny apartament niech pozostanie idealny, jak domek dla lalek, Zuzanna będzie w nim nocowała a prawdziwe życie przeniesie pod strzechę. Tak, koniecznie trzeba się zmobilizować. Psom też dobrze zrobi więcej ruchu w ogrodzie.
Zauważyła Sarę wyglądającą przez okno. W gruncie rzeczy czuła, że życie Sary podszyte jest jakimś trudnym do określenia smutkiem. Jej dążenie do doskonałości wydawało się wręcz rozpaczliwym wołaniem o akceptację. Jakby drogie ubrania i luksusowe sprzęty miały być zamiast, jakby można było nimi wypełnić jakąś pustkę. To musi być strasznie stresujące cały czas trzymać fason, nie pozwalać sobie na chwile słabości.
cd jest 