"jakiś perfum"
:-)) a ! rzeczywiscie !
Ty wiesz, ze ja tego nawet nie zauwazam ? Czlowiek na obczyznie to sie chyba cofa.Powaznie.
Typowalam na : "Wchodz w to dalej" = "geh weiter darein "
°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°
Jak dzis??
Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!
Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Dwóch panów i jedna Maszkarada
Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
"jakiś perfum"
:-)) a ! rzeczywiscie !
Ty wiesz, ze ja tego nawet nie zauwazam ? Czlowiek na obczyznie to sie chyba cofa.Powaznie.
Typowalam na : "Wchodz w to dalej" = "geh weiter darein "
°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°
Jak dzis??
A, no, to też
Ja już bardzo słabo mówię po niemiecku; miałam taki pomysł, żeby zapisać się na jakieś lekcje... Chciałam się nauczyć niemieckiego i wyjechać do Kolonii, Duesseldorfu, Hamburga... Słabo znam też Niemcy, ale te miasta zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Wydawało mi się, że fajnie byłoby tam żyć.
Przeczytałam w "Wysokich Obcasach" online rozmowę o filmie "Wstyd". Napędziło mi to znowu stracha. Tak się boję, tak się cholernie boję, że mi się nie uda, że nie będę zdrowa, że nigdy nie nauczę się normalnie kochać siebie i innych... że będę taka, jak mój eks... Chce mi się płakać. A jestem w pracy!
Mam ochotę krzyczeć, że się tak bardzo, bardzo boję!!!
Wirtualnie trzymam Cię za rękę. ![]()
Będziesz zdrową, będziesz kochała, będziesz szczęśliwą, będziesz roześmianą.
A wiesz skąd wiem? Wiem to, bo widzę jak bardzo jesteś zdeterminowaną osobą, jak bardzo walczysz o siebie, jak dużo masz siły, mimo.
Pokrzycz po wyjściu z pracy. Chyba, że pracujesz w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. ![]()
***
Tak sobie pomyślałam, że lęk jest dobrym motywatorem (nie znalazłam lepszego słowa) do pracy. Oby.
A, no, to też
Ja już bardzo słabo mówię po niemiecku; miałam taki pomysł, żeby zapisać się na jakieś lekcje... Chciałam się nauczyć niemieckiego i wyjechać do Kolonii, Duesseldorfu, Hamburga... Słabo znam też Niemcy, ale te miasta zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Wydawało mi się, że fajnie byłoby tam żyć.
Przeczytałam w "Wysokich Obcasach" online rozmowę o filmie "Wstyd". Napędziło mi to znowu stracha. Tak się boję, tak się cholernie boję, że mi się nie uda, że nie będę zdrowa, że nigdy nie nauczę się normalnie kochać siebie i innych... że będę taka, jak mój eks... Chce mi się płakać. A jestem w pracy!
Mam ochotę krzyczeć, że się tak bardzo, bardzo boję!!!
Masz racje. Fajnie jest tu zyc. Ale zycie jest pelne ambiwalencji . Tu tez . :-)
Nie znam tego filmu , ale jedno wiem : nie nakrecaj sie teraz! Nie szukaj i nie czytaj takich tematow.
Przyjmuje a priori, ze jestes teraz podatna na takie rzeczy.
N A U C Z Y S Z SIE NORMALNIE KOCHAC ! - To sobie powtarzaj.
Ty umiesz , na pewno umiesz, tylko ...ehm... "zapomnialas" jak sie to robi :-)
"Odpomnisz" sobie!
Bo pomysl; gdybys nie umiala siebie kochac, to nie mialabys tyle sily tak bardzo walczyc o siebie.
Czy to nie jest argument ??
pomaranczowa 1 napisał/a:maszkarada napisał/a:Uważacie, że siedzę przed kompem, wpieprzam psychotropy i rozczulam się nad tym, jak to mnie nikt nie kocha i cały świat nienawidzi?
Nie. nie uwazacie.
pomaranczowa 1,
obawiam się, że to pytanie nie było skierowane ani do Ciebie, ani do mnie.
No, jednak jakieś obawy były. ![]()
Dziewczęta, czy to był jakiś obowiązek odmeldowania się, czy też tak na wszelki wypadek asekurowałyście się, żeby nie padło na Was? I żebyście nie znalazły się w ?ekipie??
Oczywiście żartuję. ![]()
Z tymi kolorami to faktycznie jest tak, jak informuje Pomaranczowa i Strzałka .
Stwierdzone jest, że kolory wpływają na nasze samopoczucie i zdrowie. Jedne koją, odprężają, uspokajają, inne pobudzają. Leczenie kolorami nosi nazwę chromoterapii.
Przejrzyjcie chociażby swoją garderobę, a dowiecie się jakie cechy charakteru u Was dominują, a jakich Wam brak.
Jeśli chodzi o polecany tutaj kolor pomarańczowy, to przedstawia on typ osobowości uczuciowej, twórczej energii, dumę i ambicję, ale i egoizm. Jest połączeniem koloru czerwonego i żółtego. Czerwony przedstawia energię i aktywność, miłość, siłę, ale i rany i krew - żółty, zaś intelektualność i czyste cele, szczodrość, chętny do nauki.
Heh, no ja mam 60% garderoby czarnej, ale po prostu nie wyrzucałam ciuchów z czasów, kiedy bardziej przypominałam nocną zmorę z teledysków gotyckich kapel... Oddzielnie daje się je nosić na luzie z rzeczami w innych kolorach. Najwięcej zaraz po tym mam fioletowych i niebieskich.
Zaraz sobie pogugluję ten temat, to ciekawe.
Mam brata - ale on ma swoją rodzinę. W mieście w którym mieszkam nie mam wielu przyjaciół, a takich "od serca" nie mam w ogóle, bo raczej nie tworzyłam nigdy głębokich relacji.
aha
W ogóle wszystkim Wam dziękuję za głosy w tej sprawie, obojętnie, czy się z nimi zgadzam, czy nie bo te, które rażąco nie zgadzają z moim poglądem na świat utwierdzają mnie jeszcze w innym przekonaniu. Przypominają mi cel, jaki obrałam sobie dawno temu, a niczego nie zrobiłam, żeby go zrealizować. Otóż założę fundację (może stowarzyszenie, forma prawna jest dla mnie sprawą drugorzędną). I będę robić wszystko, co w mojej mocy, żeby ofiary przemocy w rodzinie, osoby uzależnione i współuzależnione, dzieci alkoholików, chorzy na depresje, nerwice i inne syfy mogli w zasięgu swych rąk znaleźć rzetelne informacje na temat możliwości leczenia, a ci, których nie stać, mogli choć w podstawowym stopniu z niego skorzystać. Może to jest to, do czego zostałam powołana. No idea.
Ooo widzisz...fundacja...fajnie
czasami to inne zdanie nie jest takie złe, moze mało w nim zrozumienia ale zawsze poruszy jakaś stronę duszy ![]()
ale mi się ładnie zrymowało
pomaranczowa 1,
obawiam się, że to pytanie nie było skierowane ani do Ciebie, ani do mnie.
Ojj wielokropek... jak dziecko no ![]()
To by się zgadzało z tymi kolorami, jak tak poczytać na ten temat. Faktycznie jestem osobą uduchowioną w jakimś sensie, stawiam sobie pytania egzystencjalne, chadzam własnymi ścieżkami, zajmuję się zwykle zupełnie czym innym, niż potrzeba i odgradzam się murem od świata. Ha, kto by pomyślał. A zasadniczo nie cierpię koloru czerwonego i od razu uprzedzam się do ludzi, którzy noszą coś czerwonego. Nie cierpię czerwonego! ![]()
Zgodnie zaś z radami chodzę w pomarańczowym swetrze.
Dzięki, wkręciłam się i miałam trochę zajęcia ![]()
Natomiast cały dzień dzisiaj prześladowała mnie wizja tej mojej strasznej matki z dziecięcej wyobraźni; tego, że ona może mnie zabić... I w takich momentach okazuje się, że alprazolam ma swoje zalety i działa, bo podskakiwałam na dźwięk stukania butów na klatce schodowej, a po zażyciu jest DUŻO lepiej.
Tę fundację założę, niech no się ogarnę trochę.
:-)
przesylam Ci pomaranczowo-fioletowe mysli
°°°°°°°°°°°°°°°°°°°
ponoc fioletowy +zolty to dobry duet
Cześć. Aż się zarejestrowałam, żeby odpisać w Twoim wątku. Bardzo podobają mi się Twoje wypowiedzi, chociaż widzę jak teraz bardzo cierpisz. Widzisz, jesteśmy w podobnym wieku, też jestem wysoka, nawet mieszkamy w tym samym strasznym mieście:) Znam też to, przez co teraz przechodzisz. Każda historia jest inna, moja jest w jakimś sensie podobna do Twojej i odczuwam rodzaj pokrewieństwa doświadczeń. Też trudno uwierzyć mi w siebie. Poza tym wierzę w swój intelekt, swoje dokonania, ale w głębi duszy ciągle tkwi niezgoda na tą słabą mnie i głód kochania.
Też jestem z domu dysfunkcyjnego, u mnie złożyło się tak, że szybko wyrwałam się z chaty i zaczęłam pogrążać w destruktywne relacje męsko-damskiej. Superczad. W zeszłym roku odkryłam (nie ukrywam, że bez specjalnej podjarki), że tkwię w bardzo złym związku z alkoholikiem oraz że sama przekroczyłam już granicę uzależnienia. Niezły szok. Dwudziestoparoletnia alkomanka. Poszłam do poradni. Od siedmiu miesięcy jestem trzeźwa jak świnia i w terapii. Było ciężko- bo przez ostatnie dziesięć lat każda gwałtowna emocja, była podlewana sowicie piwem, drinkami, oraz ulubioną łiski. Parę pierwszych miesięcy przeleciałam na antydepresantach. Teraz jakoś radzę sobie z rzeczywistością i jest całkiem przyjemnie. Związek zakończyłam.
I co śmieszniejsze, cała ta ukrywana, patologiczna struktura odcinania się od własnych uczuć nie przeszkadzała mi rozwijać się, czegoś osiągać, być chwilami cawet dumną z siebie. Tylko ciągle coś trzymało mnie za gardło...teraz jakoś na tym gardle mam luz. Bardzo to jest dziwne. I nowe.
Jednak na myśl o tym, że miałabym się z kimś związać to normalnie aż mnie dławi. W każdym kręcącym się wokół mężczyźnie widzę patolkę, nawet jeśli jej tam nie ma. Boję się, nie ufam sobie. Związki były dla mnie elementem ucieczki od rzeczywistości, w który wchodziłam nieświadomie. Teraz tak strasznie chciałabym świadomie. Chciałabym sobie zaufać w tej materii. Mówię sobie, że latwiej jest, kiedy jestem trzeźwa: może więcej widzę, jestem bardziej uważna...jednak boli mnie ten temat. Póki co samotność jest bezpieczna, tym bardziej, że pogodzenie się z tym, że jednak mam 28 lat i "zaleczający się" problem alkoholowy wcale nie pomaga otworzyć się na facetów. Jednak wokół są ludzie, są przyjaciele, na których zaczęłam się otwierać, jakieś wesołe, sympatyczne sprawy, które nawet nie wiedziałam, że mogą sprawiac przyjemność.
Moja praca jest moją megapasją, związana jest z branżą twórczą, tak więc czuję jak bardzo bardzo mogę się w niej kontrolowanie zatracić. I to też jest nowe, bo przestałam się tak kurczowo ograniczać.
A jeszcze 3 miesiące temu było megaźle. Serio. Myślałam tylko o tym na której drodze krajowej wjechać w drzewo.
Będzie lepiej, Maszkarado.
Cześć, DebbieDebbie
I co to było to, co trzymało Cię za gardło? Lęki z przeszłości, wspomnienia, nieprzepracowane uczucia? Wszystko to naraz?
Ja jestem na takim etapie, że w ogóle nie rozpatruję potencjalnych przyszłych związków. Nie w perspektywie najbliższych kilku lat. Zakochuję się tak mega rzadko, że raczej nie wchodzi to w grę, a nie chcę zranić ani siebie, ani nikogo innego. Dwa, trzy lata karencji po ostatnim związku, podleczyć się konkretnie i może wtedy. Tylko muszę coś zrobić przez ten czas ze swoją rezygnacją w tym temacie. Z moim "ja" zestroiło się przekonanie, że zawsze będę samotna. Wydaje mi się momentami, że jestem tak trudną i specyficzną osobą (od wyglądu, poprzez dość popaprany intelekt, po styl wypowiadania się i światopogląd - pachnie to megalomanią), że nie ma na tym świecie nikogo, kto jednocześnie czułby się dobrze ze mną, a ja z nim. Trudno, jak już pisałam - byleby nie bolało, to mogę być samotna, jest deal.
Dzisiaj mam też kiepawy dzień; w pracy jak zobaczyłam tonę dokumentacji, którą przeczytałam trzy razy a i tak wydaje mi się, że jest po chińsku w dialekcie mandaryńskim to i w swoją inteligencję zwątpiłam. Miałam ochotę usiąść, rozłożyć ręce i zapłakać gorzkimy łzamy. W robocie taki Sajgon (nomen omen), że mam wrażenie, że jak w poniedziałek tam rano przyjdę, to wyjdę za sześć miesięcy, schudłszy 30 kilo i zbladłszy o trzy odcienie. I tak bym chciała w takich chwilach, żeby mnie ktoś po główce pogłaskał, przytulił, cokolwiek... a jestem ja vs Sajgon vs depresja vs nerwica vs reszta świata. Nie będę wskazywać palcem, kto tu znajduje się w mniejszości liczebnej i jakościowej. Na niczym się oprzeć nie mam. Zero motywacji do czegokolwiek. Po co? Po co? Po co?
Mam nadzieję, że za 3 miesiące też komuś z przekonaniem powiem, żeby się nie łamał
Dzięki za posta ![]()
Przepraszam, że wczoraj mnie nie było.
Wiem, że znamy się tylko wirtualnie, ale jesteś mi bliską osobą. Dlatego też w trudnych chwilach, gdy tego potrzebujesz, przytulam Cię (też wirtualnie).
Jak dzisiaj?
Dlaczego mnie przepraszasz, Wielokropku?
Przecież ani Ty, ani nikt nie jest w żaden sposób zobowiązany do klepania ze mną w klawiaturę: robicie to wszyscy jak macie czas i ochotę, i dzięki za to!! Natomiast serio serio nie jest mi przykro. Udzielasz mi wielkiego wsparcia i bardzo, bardzo dziękuję!
Wczoraj rozmawiałam godzinę z bracholem i nawet zadzwoniłam do mamy porozmawiać o ubraniach, kosmetykach i czytnikach ebooków. Wymieniłam maile z ojcem. Jacy by oni nie byli, to moi rodzice są w dużym stopniu innymi ludźmi niż wtedy, kiedy byłam dzieckiem a oni mnie tak strasznie ranili. I ja już jestem kim innym. Natomiast inna sprawa jest z M., moim bratem. Pasowałaby mu ksywka Maszkaron, skoro brat Maszkarady... połączenie maszkary i makaronu ![]()
On jest moim bratem przyrodnim, wychował się w innej rodzinie w innym mieście, poznaliśmy się, kiedy miałam 19 lat. Długo by tu pisać o naszej historii jako rodzeństwa. Maszkaronik mój też miał ciężkie życie. Też prawdopodobnie choruje na depresję. Ale on miał to szczęście, że spotkał swoją połowicę i są razem. No i Maszkaron jest antypsychologiem na total. Wpieniają mnie jego gadki, że "to wszystko przez życie, jakie prowadzę", "nie przebywam z ludźmi", "tobie jest potrzebna miłość, a nie psychotropy". Staram się z nim nie rozmawiać na tematy "zapalne", tylko o zupełnie innych rzeczach, ale gdzieś mi to zawsze wtrąci, swoje cholerne mądrości życiowe. Nie wątpię w to, że miłość by mi pomogła, ale nie pójdę do sklepu i sobie jej nie kupię. Mam się zmuszać do siedzenia jak debil z jakimiś ludźmi? Jakbym znała jakichś ludzi z którymi lubiłabym przebywać i nie sprawiałoby mi to bólu, to bym przebywała. Ech... wydaje mi się, że on nie ma racji - najpierw muszę się podleczyć, a potem, jak będę zdrowsza, to może wtedy będę mieć ochotę na interakcje społeczne.
I wtedy też się zacznę zastanawiać, w jaki sposób mam jakichś ludzi poznawać. Na razie po prostu "nie czuję się".
Przeprosiłam, bo uważałam, być może mylnie, że wczoraj przydałaby Ci się jakaś pogawędka tutaj, w Twym wątku. I w żadnym razie nie czuję się zobowiązana do pisania tutaj. Piszę, bo chcę. Taka ze mnie egoistka. ![]()
Kolorowego dnia. ![]()
Wpieniają mnie jego gadki, że "to wszystko przez życie, jakie prowadzę", "nie przebywam z ludźmi", "tobie jest potrzebna miłość, a nie psychotropy". Staram się z nim nie rozmawiać na tematy "zapalne", tylko o zupełnie innych rzeczach, ale gdzieś mi to zawsze wtrąci, swoje cholerne mądrości życiowe. Nie wątpię w to, że miłość by mi pomogła, ale nie pójdę do sklepu i sobie jej nie kupię. Mam się zmuszać do siedzenia jak debil z jakimiś ludźmi? Jakbym znała jakichś ludzi z którymi lubiłabym przebywać i nie sprawiałoby mi to bólu, to bym przebywała. Ech... wydaje mi się, że on nie ma racji - najpierw muszę się podleczyć, a potem, jak będę zdrowsza, to może wtedy będę mieć ochotę na interakcje społeczne.
I wtedy też się zacznę zastanawiać, w jaki sposób mam jakichś ludzi poznawać. Na razie po prostu "nie czuję się".
hm... tu Cie moge dobrze zrozumiec. To tak jakby grac w gry planszowe ( czego nienawidze ), te wszystkie Monopoly i inne ,to taka troche interakcja na sile.Albo chce "pobyc" z kims , albo nie. I do tego zadne "gry" i czasoumilacze niepotrzebne.Jak sie z kims dobrze czujesz , to i pomilczec jest dobrze.
Tak , ze to Twoje postrzeganie sprawy chyba zdrowe jest.
Przyjdzie czas , przyjdzie rada jak tu mowia :-)
Egoizm rządzi
Jestem od paru lat egoistką - neofitką.
Kommt Zeit, kommt Rat - znam to ![]()
Dzisiaj mi jakoś całkiem, całkiem. Pewno to "siądzie" dalej z dniem, ale na razie całkiem spoko. Trochę pokopałam w tej dokumentacji, trochę więcej (ale wciąż niewiele) rozumiem. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, Dziewczyny!!
Egoizm rządzi
Jestem od paru lat egoistką - neofitką.
Kommt Zeit, kommt Rat - znam toDzisiaj mi jakoś całkiem, całkiem. Pewno to "siądzie" dalej z dniem, ale na razie całkiem spoko. Trochę pokopałam w tej dokumentacji, trochę więcej (ale wciąż niewiele) rozumiem. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet, Dziewczyny!!
A mowilas , ze niewiele mowisz po niemiecku :-)
Du Lügnerin ! :-)))))))
Trzymaj ten wyz . I grzeb w tych papierach, grzeb ! Ja tez grzebie.
(Tutaj Dnia Kobiet nie ma :-)) tak , jak Dnia Dziecka, Babci i czego tam jeszcze ...)
ale dziekuje i wzajemnie Ty wyjatkowa Kobieto !
No niewiele mówię
Kiedyś pomieszkiwałam w Dreźnie, to czegoś tam się nauczyłam, ale w zasadzie pamiętam że "Wolkswagen ist gut Auto". Pewnie umiałabym np. kupić buty w sklepie, czy zamówić taksówkę, ale bardzo mało poprawnie. Chyba od kwietnia jednak pójdę na te lekcje... Tylko nie wiem, doprawdy, czy powinnam wynająć korepetytora, czy zapisać się do szkoły językowej. Zarobki w Niemczech są na moim stanowisku znacznie, znacznie wyższe niż w Polsce... no i, cholerka, zawsze chciałam mieszkać w Hamburgu. Albo, jeżeli już nie w Hamburgu, to w Berlinie. Jedyny język, jaki znam płynnie, to oczywiście angielski, ale do UK mnie dużo mniej ciągnie. Mam wrażenie, że tam są sami Polacy, a Anglicy są jacyś... dziwni. Przynajmniej ci, z którymi na co dzień współpracuję. Wszystko olewają i głównie zajmują się spychologią. Ale przynajmniej można ich złapać na telefon, czego nie można powiedzieć o Francuzach - oni nawet nie odpisują na maile ![]()
Fajny dzień dzisiaj, choć oczywiście mam gdzieś z tyłu głowy poczucie, że się rychło coś ze*sra.
No niewiele mówię
Kiedyś pomieszkiwałam w Dreźnie, to czegoś tam się nauczyłam, ale w zasadzie pamiętam że "Wolkswagen ist gut Auto".
:-)))))))))))))))))))))))))))))))
Chyba od kwietnia jednak pójdę na te lekcje... Tylko nie wiem, doprawdy, czy powinnam wynająć korepetytora, czy zapisać się do szkoły językowej.
nie wiem jak to w Polsce wyglada, ale tutaj takie szkoly sa dobre.
Bo korepetytor , to zalezy na jakiego trafisz i mozesz sie jeszcze "z bledami" nauczyc :-)
Fajny dzień dzisiaj
Jade w Alpy na dziesiec dni , wiec mnie tutaj nie bedzie.
Ale jak wroce, to dobrze byloby Ciebie czytac i zeby bylo cos w TEN desen ! :-))
Tzn.
fajny,
dobry,
bez leku,
ehmm...jak juz inaczej sie nie da , to bez DUZEGO leku.
(...)mam gdzieś z tyłu głowy poczucie, że się rychło coś ze*sra.
Defetyzmowi mówimy stanowczo: NIE
![]()
Pomarańczowa, viel Spass! ![]()
Kurde... Ich wuensche Ihnen eine gute Reise???
Właśnie wszyscy znajomi mają raczej korepetytorów od różnych języków, szkoły językowe w Warszawie są mega drogie i raczej nie cieszą się dobrą sławą. We will see. Ale jedną już zidentyfikowałam podobno porządną.
Jak tak sobie pomyślę, to w Niemczech spędziłam bardzo dobre, fajne, bezpieczne chwile. Może dlatego tak dobrze mi się ten kraj kojarzy. W ogóle mam wrażenie, że wszędzie po za Polską ludzie są jacyś przyjaźniejsi. Ilu ja ludzi poznałam w Niemczech! Na kąpielisku, na koncertach, w parku na pikniku. A tutaj ludzie się ze sobą zderzą frontalnie, a się nie odezwą ![]()
Kurczęta no, może to jest jakiś patent na życie??
Zaczynam w każdym razie przejawiać jakieś funkcje życiowe ![]()
Pomarańczowa, viel Spass!
Kurde... Ich wuensche Ihnen eine gute Reise???
Właśnie wszyscy znajomi mają raczej korepetytorów od różnych języków, szkoły językowe w Warszawie są mega drogie i raczej nie cieszą się dobrą sławą. We will see. Ale jedną już zidentyfikowałam podobno porządną.
Danke ! Danke!
bez jednego bledu! :-)
Prawdopodobnie masz talent do jezykow, wiec pojdzie gladko.
Podziwiam Cie , ze masz tyle energii , pomyslow i zaangazowania w "Twoim stanie "
Jak tak sobie pomyślę, to w Niemczech spędziłam bardzo dobre, fajne, bezpieczne chwile. Może dlatego tak dobrze mi się ten kraj kojarzy. W ogóle mam wrażenie, że wszędzie po za Polską ludzie są jacyś przyjaźniejsi. Ilu ja ludzi poznałam w Niemczech! Na kąpielisku, na koncertach, w parku na pikniku. A tutaj ludzie się ze sobą zderzą frontalnie, a się nie odezwą
Kurczęta no, może to jest jakiś patent na życie??
Zaczynam w każdym razie przejawiać jakieś funkcje życiowe
Moze cos w tym jest. Ja ani razu nie zalowalam swojej decyzji, choc tesknie.
Dla Ciebie taki nowy poczatek i start...ze tak powiem od zera...moze bylby vorteilhaft.
Mój stan właśnie jest dzisiaj całkiem OK.
Jeszcze wymyśliłam przy okazji dwa kursy, jakie musiałabym odbyć, żeby być pożądanym za zachodnią granicą pracownikiem. Podsumowując wyszło mi, że i tak pierwszy możliwy termin wyjazdu to gdzieś za dwa lata, co szmatem czasu nie jest, ale kto wie, co się zdarzy w ciągu dwóch lat?!
Ale na pewno i język i kursy mi się na coś zdadzą. Noo... po raz pierwszy od dłuuuuugiego czasu powzięłam jakiś zarys planu na przyszłość. Czyli z tymi lekarstwami to nie jest taka ściema jednak! Albo to te wybuchy na słońcu. Nie wiem, czy mam talent do języków, zobaczy się...
Co prawda, jak nie urok, to sraczka - i dzisiaj zamiast lęków męczyła mnie tęsknota. I męczy mnie też wewnętrzny konflikt - bardzo pragnę restaurować jakoś swoją znajomość z eksiem, a jednocześnie bardzo nie chcę. Akurat moje serce od lat dostaje regularne wciry od rozumu... no ale przecież trzeba uwalniać te uczucia. To co ja mam robić? Na razie mam nadzieję, że po prostu nie będzie okazji do konfrontacji face to face z byłym. Jak on tu wtedy był, po czym właśnie wylądowałam u psychiatry, to myślałam, że mi się serce z rozumem pożrą żywcem. Serce wołało: no podejdź, przytul się, przecież nic Ci się nie stanie, będzie tak przyjemnie, tak dobrze, tak bezpiecznie... znasz tego człowieka, on Cię nie skrzywdzi, też Cię przytuli; a rozum: nie waż się, stój, gdzie stoisz! nie pokazuj mu, że Ci zależy, że Ci się podoba jeszcze! nie bądź łatwa! będziesz jeszcze bardziej cierpieć, to chory facet!
No i o. Ale daję radę.
Kiedyś przeżyłam traumę, wkradały się początki depresji!! początki!! (depresja to bardzo groźna choroba i to nie taka ,że jak masz depresję to zjedz kawałek czekolady 'fuck!')
I właśnie wtedy poszłam do psychologa-psychiatry. Przepisał mi leki ,które brałam 3 miesiące. Po miesiącu mój mózg dostał takiej pracy ,że zaliczyłam egz, dostałam pracę w zawodzie i kontynuowałam podyplomowe a do tego ogarnęłam wszystko i naprawdę się mocno dźwignęłam.
Leki nie są złe tylko muszą być odpowiednio dobrane i odstawione. Wiadomo im dłużej bierzesz to też dłużej odstawiasz. Ja odstawiłam z dnia na dzień.
Maszkarada podziwiam za chęć nauczenia się niemieckiego
Ja zwyczajnie nie lubię tego języka i jak muszę coś powiedzieć ( a dość często muszę) to mam wrażenie ,że mi się język ściera!!(cokolwiek to znaczy)
A widzisz, ja niemiecki lubię... Z resztą to wypadkowa wielu rzeczy - generalnie jedna odnoga mojej rodziny przyjechała do Gdańska z Rostocku. Mój dziadek jeszcze był dwujęzyczny. Kiedy chodziłam do liceum słuchałam niemieckiego punk rocka i niemieckiego metalu i nawet Niny Hagen
... No i dość często wyjeżdżałam na kilka tygodni do Drezna i Lipska. Jakoś mi zawsze mentalnie było blisko do Niemiec.
Ale z kolei nie cierpię francuskiego! I Francuzów. Byłam w zeszłym roku prawie miesiąc we Francji i szlag mnie trafiał, bo po za dobrymi wypiekami i ładnymi widokami to katastrofa... nic załatwić, z nikim się dogadać...
Jeszcze Holandia wydaje mi się ładnym krajem, ale mój bro dosyć długo tam siedział i odradza mi tę destynację.
Dzisiaj też nie czuję się specjalnie źle i trochę mi nie w smak iść do terapeutki, bo przecież idę się tam smucić, wkurzać i lękać... Ale iść trzeba.
W ogóle naprawdę odzyskuję funkcje życiowe, bo przed chwilą byłam na spotkaniu zewnętrznym i taki ładny pan z innej firmy przyszedł! Ho, ho! Naprawdę, jeżeli zaczynam zwracać uwagę na wygląd zewnętrzny facetów, to zdrowieję! ![]()
Nigdy nie wątpiłam w istnienie Twych funkcji życiowych, ale skoro Ty tak wyraźnie zauważasz zmiany w swym funkcjonowaniu, to... GRATULUJĘ!
Kolejny dobry dzień. ![]()
No, mi się, Wielokropku, zdarza powątpiewać. W pracy zdarza mi się przejawiać jakoweś, ale z grubsza moje życie składa się ze snu i snucia się. Rzadko mam ochotę coś robić...
Dzisiaj był dzień "dobrych" wiadomości.
Dwie moje koleżanki zostawione przez facetów (przy czym jeden to znany mi przypadek "mam kryzys wieku średniego i liczę na to, że poczuję motylki w brzuchu jak nastolatek"); jeden kolega zdradza swoją żonę ze stażystką; mój brat chodzi i rozkminia, czy jego związek ma sens.
Jak tu wierzyć, że w tym mieście są jeszcze normalni ludzie, a nie same pokrzywione maszkarony z rozjechaną psychiką? No way, nie da się. Tu się chleje, ćpa, zdradza i leczy kaca. Nowy wspaniały świat, k**wa. Jedyne "stałe" związki jakie znam, to albo związki współobsesyjne, albo związki ludzi na wsiach "bo tak trzeba". Co z tymi ludźmi?
Aż z tego wszystkiego wysłałam ojcu karton papierosów w prezencie.
Współczuję "dobrego" dnia.
Szukasz normalnych osób? To znaczy, jakich?
Fakt, złe słowo. Normalnych nie ma i nie będzie.
Uczciwych i dorosłych. Albo chociaż takich jak ja w tym punkcie: starających się być uczciwymi i dorosłymi. Którzy widzą coś więcej, niż koniec własnego nosa. Którzy tak kalkulują swoje działania, żeby nie krzywdzić innych. Którzy biorą odpowiedzialność za swoje czyny. Naprawiających błędy.
Znam uczciwych i dorosłych, nawet nazwę ich dojrzałymi.
Znam widzących dużo więcej poza czubkiem własnego nosa.
Znam ludzi nie krzywdzących innych.
Znam ludzi odpowiedzialnych za swoje decyzje i ponoszących konsekwencje swoich działań.
Znam też takich, którzy mimo ukończenia 18 lat, są osobami egocentrycznymi, nieodpowiedzialnymi, krzywdzącymi innych.
Co z tego wynika?
Przypomniało mi się zdanie: "szukajcie, a znajdziecie". Innymi słowy: więcej optymizmu. Mimo wszystko. ![]()
Przypomniałam sobie (ciągle sobie coś przypominam
), że mieszkasz w Warszawie. A jest to specyficzne miasto.
Udanego dnia. ![]()
Si. Najgorsi są przyjezdni, tacy jak ja. W większości nadambitne dzieciątka, które przyjechały do "wielkiego miasta" robić "karierę". Warszawiacy z Warszawy ogólnie au masse są spoko, przynajmniej ci, których znam nie mają takiej sztucznej napinki. Wszyscy są tacy spięci, wystraszeni, w wiecznym pędzie - i muszą ten styl życia odreagowywać potem w hałasie, zaćpaniu, malignie i różnych kompulsjach, sublimacjach i kij wie, czym jeszcze.
Wiem, że nie jestem skazana na to miasto, bo w sumie co ja tu mam? Pracę. Próbowałam w zeszłym roku kilka razy ubiegać się o pracę we Wrocławiu i Gdańsku. Mój cholerny zawód jest tak specyficzny, że w zasadzie w Polsce po za Warszawą jest krucho. Najgorsze jest to, że ja się przyzwyczaiłam do swoich warszawskich zarobków i wygody, jaką dają. Chociaż też nie jest tak, że zarabiam 30 patyków, jak moja dyrektorka, tylko sporo mniej. Mój eksio od ładnych kilku lat próbuje zrobić to samo i takoż bez efektu, chociaż jego zawód jest mniej niszowy. Ale wszystkie firmy zagraniczne siedziby mają w Warszawie, wszystkie działy reklamy i marketingu i pokrewne wszyscy przenoszą do Warszawy, o ile już tutaj ich nie ma... Stąd pomysł na ewakuację do Niemiec.
Inna sprawa, że ja się przyzwyczaiłam do tego miasta. Znam je, nie gubię się w nim, jest dla mnie poniekąd bezpieczne. A to ważna sprawa... ale, ale nie najważniejsza.
Ciągle wierzę, że tu gdzieś też są uczciwi i dorośli ludzie. Tylko nie wiem, gdzie ![]()
EDIT
A w ogóle dzisiejszy dzień jest jak na razie spoko, umyłam podłogi, poodkurzałam, zrobiłam pranie, wyczyściłam łazienkę... tylko nie miałam nic do mycia okien i próbowałam umyć "czymkolwiek"... no i mam dość malownicze mazaje na szybach. Cóż, nie od razu Kraków zbudowano. Umyję to lepiej, jak kupię jakieś ustrojstwo dedykowane do tego.
Domowy pracuś z Ciebie. ![]()
No właśnie na tym prozaku dostałam takiego przyspieszenia do prac domowych ![]()
W ogóle to jestem dumna ze swojego Starszego! Otóż piszę sobie z ojcem od paru tygodni maile, bo tam gdzie on siedzi pensjonariusze od ojczulków nie mogą mieć telefonów. No i nareszcie coś pisze z sensem! O uczuciach swoich, o swoim uzależnieniu, o swoim życiu. Szczerze, to nie wierzyłam, że on w ogóle chociaż trochę się ogarnie. Bardzo się wzruszyłam, jak do mnie napisał "Córeczko kochana! Jak się cieszę, że mam tak do kogo powiedzieć(...)"!
Zaczynam wierzyć w swoje geny! Matka ogarnęła jakoś tę depresję trochę, jak jeszcze ojciec zamiast "suchy" zacznie być "trzeźwy", to może znaczy, że moje geny pomogą mojej silnej woli w walce z tymi moimi badziewiami.
W pracy oczywiście Sajgon. Dzisiaj miałam moment zastanowienia się nad bezsensownością takiego życia zawodowego, jak moje. Robimy rzeczy, których nikt nie potrzebuje, dla firm, których produktów nikt nie potrzebuje, po to, żeby konsumenci myśleli, że są im one niezbędne.
Moja terapeutka twierdzi, że moje życie było zagrożone, kiedy byłam malutkim dzieckiem. A ja wiem, że to nie to, że moje zagrożenie życia to było "zagrożenie tożsamości", zagrożenie istnienia jako "osoby", a nie istnienia w ogóle. Nie mogę jej przekonać, a wiem i czuję, że to o to chodzi.
Dzwonił eksio odmeldować się, że wrócił do Polszy. Godzinka fajnej rozmowy, serio. Miłe to było.
Cieszę się bardzo z tak pomyślnych wieści. Ruszyło się do przodu na wszystkich frontach. ![]()
Wyobrażam sobie, jak Ty się cieszysz z tego wszystkiego.
Oby tak dalej. ![]()
Hmm... no... grunt, że się ruszyło na froncie mojej walki z chorobą; z tego, że ojciec zaczął coś tam rozmyślać oczywiście bardzo się cieszę. On już jest trochę w latach i chciałabym, żeby jeszcze zdążył zobaczyć, jak wygląda życie na trzeźwo. Ale tutaj trudno mówić o froncie, bo tutaj nie toczę żadnej walki, tylko on toczy. Ojciec swoją, matka swoją, ja swoją... i leci
Pobyt u inkwizycji starszemu służy!
W stosunku do tego, co się dzieje w firmie to "pożar w burdelu" byłby określeniem znacznie zbyt małego kalibru. Ale na całe szczęście mam wyrobioną dosyć dużą zawodową asertywność i nie mam problemu z powiedzeniem "nie da się", "nie, nie może być na jutro", "albo dostanę 3 ludzi, albo nie zrobię, bo się nie da", itp. No... jakoś przyjaciół mi to nie przysparza, ale tragedii nie ma. I śpię spokojnie.
Z eksiem mam nadzieję, że jakoś unormuję stosunki, bo uciec przed nim nie ucieknę; ale nie zamierzam się tym specjalnie zajmować... bo ciągle tęsknię, i śni mi się... Śni mi się on i moja matka. Dokładnie mam taki sen: śpimy w domu mojej matki na poddaszu, matka cichutko puka do pokoju, zagląda przez uchylone drzwi i szepcze: wstajecie...? a eksio jej odpowiada: już, już, zaraz ją (mnie) obudzę. I matka cichutko się wycofuje. I sen się tu kończy; w każdym razie, z każdym dniem tę tęsknotę lepiej znoszę.
Aaa, i kupiłam sobie książkę do niemieckiego. I powieść po angielsku, żeby poczytać sobie. Tak, dzisiaj też się w sumie cieszę ![]()
Girls, stan na dziś:
Praca. Dzień minął pod znakiem jakichś kosmicznych wygłupów, o które nie można by raczej posądzać dorosłych ludzi. Dużo piasku udało mi się przesypać na inną kupkę i zrozumiałam trochę dokumentacji.
Życie. Kąpiele, pilingi, masła i wonne olejki. Spędzam sobie wieczór. Wszystko pachnie czekoladą, cytrusami i czili ![]()
Rodzina. Matka zawiozła dziadka do szpitala, jest smutna. Zadzwoniłam opowiedzieć jej wesołą historyjkę i chyba ją podniosłam trochę na duchu. Ojciec napisał, że doszły papierosy i dziękuje bardzo. Zabiera się za książkę, którą mu wysłałam i też dziękuje bardzo. Brat się nie odzywa póki co.
Eksio. Dzwonił z zapytaniem, czy mojemu ojcu nie potrzeba wiosennych ubrań, bo kupił za dużo koszul i chętnie je sceduje na starszego (są tego samego rozmiaru i starszy chadza w jego ciuchach). Starszy był dzięki temu najlepiej ubranym pacjentem psychiatryka.
Ja ogólnie jem śliwki i oglądam zdjęcia psów, słuchając lekcji niemieckiego. Mieszkanie w Hamburgu, widok na wodę i towarzystwo zwierzęcia. I chemikalia łazienkowe o zapachu czekolady. I tak będzie można żyć! Teraz też nie jest ogólnie źle.
Dobrej nocy ![]()
Gratuluję! ![]()
Gratuluję! ![]()
Gratuluję! ![]()
Idzie nowe.
Życzę dalszej wiosny w całym życiu. ![]()
Ej, a dzisiaj się wkurzyłam dla odmiany. Otóż przyszło mi do głowy przeczytać ulotkę od prozaku. On nie ma działania przeciwlękowego, wręcz powoduje podenerwowanie i może powodować lęki! A pani doktor stwierdziła mi przecież nerwicę lękową. Czyli mam ćpać alprazolam na opór i się uzależnić od tego syfu? Chyba jutro się ustawię na wizytę, bo muszę z nią o tym porozmawiać. ![]()
Witaj.
Nie denerwuj się tym co czytasz w ulotkach. Zażywaj jeżeli musisz.
Producenci zabezpieczają się w tej chwili na potęgę.
Najważniejsze żebyś NIE ZAŻYWAŁA leku wieczorem!!!
Nie jestem medykiem, ale znam kilku takowych i ich pacjentów.
Najlepiej gdybyś tego nie musiała zażywać, tego Ci życzę.
Spokojnej nocy i pogodnego czwartku.:)
Nie mam pojęcia o prozaku i jego skutkach ubocznych (a raczej mam mgliste pojęcie o jego działaniu).
Jak zawsze jestem "cała za" konsultowaniem się z lekarzem (mądrym, a taką Twoja lekarka jest) zawsze wtedy, gdy pojawiają się jakieś wątpliwości i niejasności. Tak dla spokoju ducha. ![]()
Dobrego dnia ![]()
Ustawiłam się na za tydzień.
Proszę Państwa, co się odwlecze, to nie uciecze - spadam do Londynu na połowę maja
![]()
Wygrane mam dwa przetargi i rekrutuję pracownika ![]()
Wiosna! ![]()
Co prawda od wczoraj mój organizm poddał się przesileniu wiosennemu i czuję się fizycznie jak zakatarzone zombie... W dodatku ciągle się za mną ciągnie tęsknota za eksiem... i strach przed wieloma rzeczami i lęki nie wiadomo przed czym... ale jakoś już lepiej jest.
EDIT
Eksio wpadł z ciuchami dla ojca. Przywiózł mi również książki, te, których zauważony brak spowodował u mnie odruch wymiotny. Przywiózł mi takoż dwie swoje, te, które chciałam kiedyś przeczytać, ale nie aż tak bardzo, żeby je kupić (moje mieszkanie jest zbyt małe w proporcji do posiadanych książek). Jakieś zabrał. Jak w bibliotece...
Ja dokładnie to samo robiłam zawsze, ba, to samo cały czas robię bratu; na rzeczy brata mam oddzielną półkę. Ale brat, to brat jednak... (odkrywcze, sic!)
Posiedział godzinkę, powiedział, że musimy koniecznie spotkać się na dłużej, porozmawiać, coś zjeść... Odpowiedziałam, że jak kiedyś będziemy mieli w jednym terminie czas, to chętnie. Bo ja wiem, czy kiedyś to nastąpi? Przekonuję siebie, że nie ma to żadnego znaczenia.
Wychodząc podszedł do mnie, dotknął dłonią mojego brzucha i delikatnie pocałował. Olałam tym razem swoje rozkminy i nie mam wyrzutów sumienia. Piszę o tym brzuchu, bo to taka moja ulubiona pieszczota. Rodzaj wyrażenia akceptacji dla mojego ciała.
Przynajmniej mam stuprocentową pewność, że nie wylądujemy "przez przypadek" w łóżku, bo on po odstawieniu SSRI nie może jeszcze (PSSD) a ja w trakcie brania nie mam ochoty, heh
szczęście w nieszczęściu.
Czuję się dość dziwnie. Jestem poruszona. Czuję lęk. Czego się lękam?
Codziennie obydwoje żyjemy swoim życiem. Spotykamy osobników przeciwnych płci, flirtujemy, chodzimy na kawy i do kin. Nigdy nie wiadomo, kiedy które z nas zwiąże się z kimś innym. Wszystko jest kwestią czasu i przypadku.
Przynajmniej mam jeszcze jedną stuprocentową pewność - nie będę do niego pisać, dzwonić, nic z tych rzeczy. Fizycznie nie jestem w stanie; za dużo emocji mnie to kosztuje, za dużo ekscytacji, za dużo wszystkiego.
Dobrej nocy
Momentami mam wrażenie, że coś jest nie halo z moją terapeutką. Ja jej o chlebie, ona o niebie. Mam wrażenie, że ona trochę za bardzo płynie - z mojej niechęci do bobasów prawie że wywnioskowała, iż moim nieuświadomionym pragnieniem jest posiadanie roześmianego niemowlaczka. K*!
Co prawda ma dobre momenty... A może to z moją percepcją jest słabo.
Pyta: to chciałaby pani wrócić do swojego byłego partnera?
Odpowiadam: bardzo tego pragnę, ale na zdrowy rozsądek tego nie chcę - taki mam konflikt wewnętrzny
A ona pyta: To chciałaby pani wrócić do swojego byłego partnera?
Czy ja jestem debilem, czy na tym to polega??
W ogóle to jeszcze dzisiaj wykminiła, że ustawiam się w pozycji osoby, od której nic nie zależy; to takoż w kontekście byłego partnera. No, to pytam się, do uczucia go nie zmuszę, ani nie przekonam, to co ode mnie zależy? Czy nie to, że mogę się zdecydować, żeby się odseparować od niego?
A ona mi na to, że przecież kocham go, tęsknię za nim, a on szuka kontaktu ze mną.
Szuka kontaktu? Najpierw potrzebował pomocy, a teraz chciał się odwdzięczyć? Zachował się po prostu przyzwoicie. Co mam zrobić? Gdybym coś mogła zrobić, to bym zrobiła! - no tak, nie może pani nikogo zmusić do uczuć...
Albo:
- czy sądzi pani, że pani były partner chciałby z panią iść na warsztaty dla par w celu podjęcia decyzji, czy chcecie być razem?
K*!! A ja przez 40 minut jej opowiadam, że rozstaliśmy się w maju, a od tamtej pory widzieliśmy się dwa razy.
- Ale widzieliście się wczoraj?
K***!!! Aaaaaa.
Dam jej jeszcze szansę, bo istnieje możliwość, że moje postrzeganie jest tak mega zaburzone, a z terapeutką jest OK., ale dzisiaj czuję się kompletnie niezrozumiana ![]()
Spadam na weekend na wieś.
Umiera mi dziadek. To nie jest metafora, umiera. Ma raka jelita, ciężką postać Alzheimera już i złamał kość biodrową w szpitalu. Byłam w sobotę w szpitalu i jestem jeszcze wystraszona. Jęczy, krzyczy, zrywa wenflony. Umiera tak samo, jak moja babcia, która prawie zmarła mi na rękach, dwa piętra niżej w tym samym szpitalu. Matka psychicznie jest w bardzo złym stanie.
Ojciec okazało się, że do mnie wypisuje o tym, jak to za mną tęskni itp., a do matki pisze listy z żądaniami pieniędzy, z błaganiami o pieniądze, bo przecież tacy bliscy kiedyś sobie byliśmy, itepe. Matkę to dodatkowo też dobija. Mnie takoż zrobiło się mega przykro i źle.
Jutro spędzę cały dzień w sądzie w sprawie panny mojego brata. Będę zeznawać. Wczoraj do pierwszej w nocy ustalaliśmy wszystko z prawnikami. Jestem zmęczona i zła. Sąd jest na tej samej ulicy, na której mieszka mój były.
W pracy jest tak totalny Sajgon, że chce mi się dzisiaj płakać, jak na to wszystko patrzę. Dzisiaj powinnam wypchnąć dwa projekty, a tym czasem nie umiem się nawet dogadać z centralą, która nijak nie rozumie moich lokalnych problemów. Mój dyrektor gdzieś jest, ale za diabła nie wiem, gdzie.
Tragedia.
Maszkarado, bardzo współczuję Ci.
Odchodzenie bliskich osób jest trudnym przeżyciem. Do tego dokłada Ci się wspieranie mamy i z powodu umierania dziadka, i żądań Twego ojca. I praca i sąd. Dużo jak na Ciebie jedną. Rozumiem, że jesteś zmobilizowana na maksa.
Przytulam i trzymam kciuki.
Za dużo. Nie czuję się zmobilizowana, tylko rozłożona na łopatki. W ogóle nie wiem, za co się łapać. Liczę na to, że może "samo" się coś z którejś strony przejaśni, chociażby w pracy, to już byłoby nieco lepiej. W takich chwilach jak ta właśnie boli samotność i to, że nie ma na kogo liczyć; bo matka i brat w tym momencie raczej liczą na mnie, niż ja na nich - a ja już jestem ostatnim klockiem domina i nie mam na kogo...
Ostatni klocek domina? Ciekawa metafora.
Za co się łapać? Za to, co najbliżej Ciebie.
Jesteś w pracy, czyli tylko rzeczy związane z nią.
Jeśli choć trochę znam Ciebie, to rozsupłasz te węzełki dość szybko.
Moim zdaniem zwykle najwięcej ciężarów/obowiązków/trudności/zobowiązań spada na osoby, które im podołają.
Od jakiegoś czasu twierdzę też, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że czegoś w każdej sytuacji musimy się nauczyć. Czego Ty masz się w ten sposób nauczyć?
Tutaj jest piekło jakieś, nic w tej robocie nie idzie ogarnąć teraz, a góra ma własny pożar i nie ma jak mnie poratować.
Na zewnątrz jest matka, brat, dziadek; ja jestem chora. Pomimo leków mój żołądek odmówił współpracy i od rana piję koper włoski modląc się, żeby nie rzygać, nie bekać i nie latać co chwila do kibla.
Jutro jest sprawa.
I oczywiście, jak zawsze w chwilach, kiedy jest się zmęczonym, słabym i chorym włącza się wzmożona potrzeba bliskości i opieki, która w moim przypadku skutkuje oczywiście skrętem kiszek i tęsknotą.
Nic, idę trochę powalczyć, chociaż serio, nie widzę sensu.
Witaj,
troche duzo jak na jednego.
Wyobrazam sobie, ze wlasnie teraz potrzebowalabys tego Twojego psychologa z wyksztalcenia najbardziej. Do przytulenia i na podparcie.
Bo on rozumie, bo z nim bezpiecznie...
I jak tu z tego, cholera wyjsc.
Paradoksalnie może właśnie ten totalny kryzys i rozpiździel daje jakieś szanse na przełom. Bo z największego dołu widać tylko górę. Może to właśnie to, co się teraz dzieje, uczyni mnie człowiekiem na tyle silnym, żeby przezwyciężyć swoją słabość, swoją tęsknotę i całą resztę. Może. Muszę się jakoś pocieszać tym spostrzeżeniem.
Do swojego psychologa napisałam eska, że jutro cały dzień kwitnę w sądzie na jego ulicy i jakby był w domu po południu, to możemy iść coś zjeść w okolicy. Na razie olał sprawę i nie odpisał. Jak to oleje na amen to bardzo, bardzo dobrze, będę mieć powód, żeby uważać, że jest z niego d*pa wołowa.
Paradoksalnie może właśnie ten totalny kryzys i rozpiździel daje jakieś szanse na przełom. Bo z największego dołu widać tylko górę. Może to właśnie to, co się teraz dzieje, uczyni mnie człowiekiem na tyle silnym, żeby przezwyciężyć swoją słabość, swoją tęsknotę i całą resztę. Może. Muszę się jakoś pocieszać tym spostrzeżeniem.
Do swojego psychologa napisałam eska, że jutro cały dzień kwitnę w sądzie na jego ulicy i jakby był w domu po południu, to możemy iść coś zjeść w okolicy. Na razie olał sprawę i nie odpisał. Jak to oleje na amen to bardzo, bardzo dobrze, będę mieć powód, żeby uważać, że jest z niego d*pa wołowa.
a ja mysle , ze jednak nie oleje.
Dodam:chyba , ze moze Ciebie terapiuje? przeciez wie o co biega.
A skąd ma wiedzieć? Nie wie o matce, dziadku, Sajgonie w pracy, nie wie, jakaż to jutro jest sprawa.
Przecież żeśmy się widzieli od momentu, kiedy się rozstaliśmy z raz w lato i teraz dwa razy; raz przy okazji jego procesu, a raz przy okazji ciuchów dla ojca.
Fcuk it!! Jak się nie odezwie, jego cholerny problem. All in all wieczorem zadzwonię zapytać o to, żeby sobie nie myślał, że wolno mnie olewać. Jeszcze mi to jest potrzebne, japiepsze
A skąd ma wiedzieć? Nie wie o matce, dziadku, Sajgonie w pracy, nie wie, jakaż to jutro jest sprawa.
Przecież żeśmy się widzieli od momentu, kiedy się rozstaliśmy z raz w lato i teraz dwa razy; raz przy okazji jego procesu, a raz przy okazji ciuchów dla ojca.
mialam na mysli, ze doskonale wie, ze calkowite odciecie sie "leczy" a takie nawroty, widzenie sie ,
( chocbys tego nawet bardzo pragnela) przytulanie i "to z tym brzuchem" -(notabene bardzo mnie wzruszylas) tylko przedluzaja agonie.
Ja to wiem, ale nie dałam rady się już bronić.
Bardziej myślę, że on po prostu się nad tym nie zastanawia i tu wchodzi w grę... brak empatii.
On nie myśli, że może sprawić mi w ten sposób przykrość.
Ja to wiem, ale nie dałam rady się już bronić.
Bardziej myślę, że on po prostu się nad tym nie zastanawia i tu wchodzi w grę... brak empatii.
On nie myśli, że może sprawić mi w ten sposób przykrość.
brak empatii?
Nie posadzalam go o to:-), chociazby z racji jego wykszalcenia.
Myslalam, ze raczej zdaje sobie z tego sprawe i stara sie Ciebie w ten sposob chronic, nie odzywajac sie.
On ma tak jak ja - bardzo wiele rozumie, ale niewiele czuje. Do empatii potrzebne jest jednak to drugie. Pal to wszystko licho.
Dziewczyny, dzięki za wsparcie.
On ma tak jak ja - bardzo wiele rozumie, ale niewiele czuje.
Och, Ty nieczuly maszkaronie!
Jakos Ci w to nie wierze !
Trzymam kciuki za jutro . I dzis. Nie rozmyslaj za duzo.
Nie wie, czy jutro będzie w Warszawie, będzie wiedział jutro rano. Mówi, że mu się pieprzy wszystko na łeb i nie ma jak planować dnia następnego. Ale, oczywiście, jak będzie, to z wielką przyjemnością się ze mną spotka.
Ja już mam kaca moralnego, wyrzuty sumienia i poczucie winy, że się do niego w ogóle odzywam. Powinnam z tym walczyć, a nie... Zapomnieć, powinnam zapomnieć.
Dzwonił jeszcze brat, też mnie wkurzył. Nikt nic nie wie, nikt niczego nie ogarnia.
Tragediatragediatragedia.
Jestem w punkcie wyjścia. Znów jest tak samo źle, jak było. Wzięłam alprazolam. Chciałabym usnąć i się nei obudzić.
Tak dobrze już było, tak dobrze... Życie chce mnie sprowokować do strzelenia sobie w głowę. Wyraźnie. Nie mam już siły. Nie wiem, czy nie powinnam zamknąć się w psychiatryku. Nie wiem.
Nie wie, czy jutro będzie w Warszawie, będzie wiedział jutro rano. Mówi, że mu się pieprzy wszystko na łeb i nie ma jak planować dnia następnego. Ale, oczywiście, jak będzie, to z wielką przyjemnością się ze mną spotka.
Ja już mam kaca moralnego, wyrzuty sumienia i poczucie winy, że się do niego w ogóle odzywam. Powinnam z tym walczyć, a nie... Zapomnieć, powinnam zapomnieć.
Dzwonił jeszcze brat, też mnie wkurzył. Nikt nic nie wie, nikt niczego nie ogarnia.
Tragediatragediatragedia.
Jestem w punkcie wyjścia. Znów jest tak samo źle, jak było. Wzięłam alprazolam. Chciałabym usnąć i się nei obudzić.Tak dobrze już było, tak dobrze... Życie chce mnie sprowokować do strzelenia sobie w głowę. Wyraźnie. Nie mam już siły. Nie wiem, czy nie powinnam zamknąć się w psychiatryku. Nie wiem.
Walczyc mowisz...
nie wiem...
moze nie masz teraz sily na walke.Nie bierz sobie tyle na kark.Jestes tylko czlowiekiem.
Sprobujmy po kolei.Co trzeba zrobic najpierw, na tym sie skupiaj.
Nie wiem czy z tym psychatrykiem to dobre dla Ciebie. Tam naogladasz sie roznych normalnych nienormalnych i jeszcze to Ciebie dodatkowo pograzy.
Z matką i z dziadkiem nic nie zrobię. Dziadek umiera, a matka towarzyszy mu w umieraniu; w dodatku jej rodzeństwo ma do niej wieczne pretensje. Z ojcem to samo, nic nie zrobię. Jutro wieczorem będzie już po sądzie, więc odpadnie mi przynajmniej stres związany ze świadkowaniem. W pracy udało mi się dzisiaj jakoś na ślepo coś pozałatwiać i na razie czekam na efekty tego, co zrobiłam dzisiaj.
Na eksia jestem wściekła. Heh... za to, że nie porzucil wszystkich swoich planów i nie wyraził mega entuzjazmu "taaak, tak, spotkajmy się jutro, kocham Cię!!!"? ojapieprzę jakiż to absurd. Pewnie to jest wściekłość z przeszłości, za to, że mnie odrzucił. Pewnie to to.
Trochę mi lepiej po lekach teraz. Minie kilka dni i będzie lepiej... muszę żyć. Muszę... Nie widzę żadnego jasnego punktu. Niczego, na czym można by zawiesić choć na chwilę wzrok. Jak zwykle. Od tak dawna.
Przecież to jest choroba, to jest chore... matko...
Z matką i z dziadkiem nic nie zrobię. Dziadek umiera, a matka towarzyszy mu w umieraniu; w dodatku jej rodzeństwo ma do niej wieczne pretensje. Z ojcem to samo, nic nie zrobię. Jutro wieczorem będzie już po sądzie, więc odpadnie mi przynajmniej stres związany ze świadkowaniem. W pracy udało mi się dzisiaj jakoś na ślepo coś pozałatwiać i na razie czekam na efekty tego, co zrobiłam dzisiaj.
Na eksia jestem wściekła. Heh... za to, że nie porzucil wszystkich swoich planów i nie wyraził mega entuzjazmu "taaak, tak, spotkajmy się jutro, kocham Cię!!!"? ojapieprzę jakiż to absurd. Pewnie to jest wściekłość z przeszłości, za to, że mnie odrzucił. Pewnie to to.
Trochę mi lepiej po lekach teraz. Minie kilka dni i będzie lepiej... muszę żyć. Muszę... Nie widzę żadnego jasnego punktu. Niczego, na czym można by zawiesić choć na chwilę wzrok. Jak zwykle. Od tak dawna.Przecież to jest choroba, to jest chore... matko...
"Gdyby wszyscy mieli po cztery jablka, gdyby wszyscy byli silni jak konie"(...)
Kazdy ma cos , czego ktos inny nie ma. Ktos nie ma tego, co TY masz.
Polykaj te tabletki !
i pisz tu !
(...)Nie widzę żadnego jasnego punktu. Niczego, na czym można by zawiesić choć na chwilę wzrok. Jak zwykle. Od tak dawna.
Przecież to jest choroba, to jest chore... matko...
Na wzrok padło? Nie widzisz jasnego punktu? Z pamięcią też gorzej?
Przeczytaj swoje posty sprzed kilku dni. One świadczą o Twoim postępie, nie uczucia spowodowane tyloma trudnymi zdarzeniami w jednym czasie. Najzdrowszy, najsilniejszy człowiek ugiąłby się w podobnej sytuacji. Nie jesteś w punkcie wyjścia. Zdrowienie to zwykle sinusoida: góra, dół, góra, dół, góra... Tylko za każdym razem ten dół jest mniejszy, na wyższym już poziomie.
Wirtualnie, bo wirtualnie, ale szczerze Cię przytulam.
Pisz.
Tak, masz rację. To chwilowe i spowodowane nawałem życiowej sraczki.
Co prawda totalnie nie wiem, co ze sobą zrobić; bo tak na dobrą sprawę to jestem w stanie ogarnąć tę robotę (co dzisiaj wieczorem mi jakoś wyszło - sposobem starego rabina zaspamowałam dokumentacją oddziały "zagranico" i teraz to ich problem) no i jakoś na prochach jutro przeżyć tę rozprawę. Nie cierpię sądów i szpitali. To są dwa miejsca, które powodują u mnie palpitacje serca. A ja jestem tylko świadkiem, strach się bać, co by się ze mną działo, jakbym tam była jako strona... no, nerwy nie te, heh. No i z tego cholernego sądu widać balkon eksa, wiem, bo sąd widać z balkonu. Parę sądów w tym mieście jest, to oczywiście sprawa musi być w tym!
A co z matką? Co z ojcem? Co z tym cholernym eksem? Nie umiem się nawet do tego wszystkiego ustosunkować, poza tym, że chciałabym, żeby tego wszystkiego nie było.
Staram się myśleć o podróżach... O tym, jak będzie cudownie majowym wieczorem na Greenwich karmić wiewiórki muffinkami... o wygodnej do leżenia i patrzenia się w chmury trawie przed katedrą westminsterską... sześć lat nie byłam w Londynie. Myśli mi uciekają gdzieś na lotniska, na ogromne, przeszklone brukselskie Zaventem, na paryskie lotnisko de Gaulle'a... paryskie knajpki wieczorem, krzesełka przy ulicy, gwar... zatłoczone, wąziutkie uliczki w Rzymie... mosty w Kolonii... tyle jest miejsc, w których chciałabym teraz być. Do których muszę wrócić. Znalazł się jakoś jasny punkt...
EDIT
Zadzwoniłam do matki, żeby jej powiedzieć "kocham Cię" i pożyczyć spokojnej nocy. Ucieszyła się. Ja też trochę.
Co z matką? Co z ojcem?
Decyzje co do ich życia podejmują, jeśli dobrze rozumiem, oni sami. Ty możesz, jeśli chcesz, wspierać ich w ich poczynaniach. Wspierać, jeśli ich decyzje nie są sprzeczne z Twoim widzeniem świata. Wspieranie nie jest wcale małą rzeczą, ale czasem wystarczą dwa słowa. ![]()
Przyjemnego wspominania i marzenia o podróżach.
Dobrej nocy. ![]()
Strony Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 Następna
Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź
Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Dwóch panów i jedna Maszkarada
Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności
© www.netkobiety.pl 2007-2024