Cześć po dłuższej przerwie,
Miałam taki chytry plan, że jak mi się już wszystko poukłada w życiu, to wpadnę na forum i napiszę Wam wszystkim, jak to jest fajnie i w ogóle och, ach. Jednak niektórym, jak uczy doświadczenie, miłe rzeczy się nie przytrafiają, a jeśli nawet, to ja muszę jeszcze swoje odczekać.
Miałam tutaj dwa wątki, jeden, z wiosny zeszłego roku o tym, jak rozstałam się z byłym, który był miły, dobry, przeinteligentny (och, ach), ale mnie nie kochał i był jednym wielkim wspomnieniem po swoim własnym traumatycznym dzieciństwie; oraz drugi o tym, że nie umiem być kobietą, kobiecość mi się źle kojarzy, a sama jestem bladolicą wojującą ateistką z alergią na czerwoną szminkę.
Od tamtej pory działo się w skrócie tak: od jesieni pracuję we wspaniałej firmie ze fajnymi ludźmi, mam pieniążki, znajomych, zawodowo rozkwitam jak lelija na wiosnę, pół świata angażuje mnie w różnorakie projekty, z kraju nad Wisłą uciekam, kiedy tylko mogę; czerwonej szminki nie lubię dalej, na szpilkach takoż nie chodzę (bo nie i kropka), ale ogarnęłam jakąś tam swoją własną stylówkę, w której jest miejsce i na makijaż i na sukienkospódnice i na "wyglądanie ładnie", co faktycznie poskutkowało pozbyciem się większości moich pozostałych kompleksów na tle wyglądu. W ogóle; dla przypomnienia: jestem dzieckiem alkoholika, moja mama od lat choruje na przewlekłą depresję, ja jestem po prawie dwuletniej terapii w nurcie poznawczo- behawioralnym, z której puszczono mnie w świat z adnotacją "zdrowe jest, niech idzie".
Za byłym tęskniłam bardzo, w zasadzie tak naprawdę ogarniać się zaczęłam w okolicach września (ostatni raz widziałam go w sierpniu). Potem robiliśmy zdalnie taki niezbyt duży projekt. Poszło, pieniążki przyszły, ale nie było szczęśliwego końca, ponieważ, jak okaże się w następnym akapicie, zrobiłam niechcący tym projektem aferę na pół miasta. Od września ładnie mi się goiło wszystko, miałam dużo zajęć, odwiedzałam znajomych po kraju, chodziłam na koncerty, uczyłam się grać na gitarze, chodziłam na różne kursy, zajęcia...
Wracałam ze dwa miesiące temu pociągiem od znajomych, trzygodzinna podróż. Wracałam po ciężkiej imprezie, mocno wczorajsza, w swojej kurtce na ryby. W pociągu tłok, zimno, tragedia. Naprzeciw mnie siedział sobie pan, ani ładny, ani brzydki, w moim ulubionym na oko wieku (około dychy starszy ode mnie). Zajęłam miejsce, słuchawki na uszy, a, że ja niespecjalnie ograniczam się jeśli chodzi o głośność (co jest chamstwem i bucerą, ale nikt nie jest idealny), to przedział też trochę słyszał, co mi tam sobie gra. Pan w pewnym momencie zaczął się do mnie uśmiechać i pokazał mi gestem "zdejmij słuchawki". Zapytał, czy słucham takiego a takiego zespołu, takiego a takiego nagrania z tego i tego roku, czym mnie zaskoczył dość mocno, bo, zaiste, to było to. Pan się okazał bardzo miłym dziennikarzem.
Pomimo tego, że wyglądałam jak skacowana ścierka w kurtce na ryby, pan, niech będzie, Krzysztof, zaprosił mnie na kawę. No i tak sobie od tamtej pory chodziliśmy na kawki, piwka, koncerty, siłownię, baseny... Marzenie neurotyczki, tenże Krzysztof - na jednym spotkaniu ustala następne, wszystko z wyprzedzeniem, nie spóźnia się, nie odwołuje. Jeden ma niestety główny mankament. Nie możemy sobie porozmawiać jak równy z równym. Wiem, że to dopiero będzie megalomańska bucera - ale nie jest dla mnie równym partnerem intelektualnym. Ponadto nie rozumie wielu rzeczy, które są dla mnie, z racji doświadczeń, oczywiste.
Wyszło mi na to, że moglibyśmy być kumplami, ale Krzysiek pisał, dzwonił, źrenice mu się zamieniały w serduszka na mój widok... A, że nie był nachalny, i w ogóle w sumie miło sobie koegzystowaliśmy, to dałam sobie szansę, "kochaj kochającego" wg maksymy wypisanej kredą nad Trasą Łazienkowską na wysokości Placu Zbawiciela.
Co wyszło z tego? A jak myślicie? G* wyszło. Nie da się tak. Nie można wmówić sobie uczucia. Jednak nie. Życie musiało nauczyć mnie i tego w odrębnej lekcji, bo brakowało mi kolejnego doświadczenia!
W sumie Krzysiek nieco zwątpił ostatnio, widząc mój emocjonalny chłód. Wiem, że miałabym z nim dobrze: ciepłe ciało do przytulenia, obiadki, kawki, wakacje... No tego chciałam. Si. Ale kiedy już nauczyłam się żyć sama i cieszyć się swoją własną obecnością... Nie potrzebuję bycia z kimś, żeby z kimś być. Arte pro arte. Bez sensu.
A nie chcę facetowi zrobić krzywdy. Może już robię..?
W zeszłym tygodniu zaczęły mnie dochodzić niepokojące plotki na mój temat. Że niby jestem jakiś wielkim kręcicielem wałków i nie mając odpowiednich kompetencji zrealizowałam cieniuteńki projekt, który spółce X przyniósł... hmmm... powiedzmy, że pecha. Co ważne w tej historii, to to, że w wyniku jakiejś podłej intrygi, którą w dniu dzisiejszym już w sumie wytropiłam dość dokładnie, mój eks dyscyplinarnie poleciał z roboty.
Ja robiłam ten projekt w dobrej wierze i nie miałam na celu niczego złego. On tam popadł w niełaskę, a mój projekt był "powodem", który akurat się nadał na uzasadnienie dyscyplinarki. Z resztą, nie jedynym.
W piątek miałam spontaniczny zlot w domu wszystkich świętych, krewnych i znajomych królika, w celu przygotowania pozwów, procesów, dokumentów, świadków, cudów niewidów. Tak, eksio też był; Pozwoliłam na to wszystko będąc zmęczona i ogłupiała sytuacją, czując się winna, nie będąc do końca poinformowana. W każdym razie, mam dobre serce, pomogłam, zrobiłam, co swoje i koniec mego udziału w tej sprawie.
Były oczywiście został nieco dłużej, zirka 2h dłużej. Gadaliśmy głównie o tym, jakimi jesteśmy wariatami; o swoich problemach, dysfunkcjach, terapeutach, analizowaliśmy sobie, wymienialiśmy się doświadczeniami, jak to dwoje psycholi; kto nie poznał nigdy osoby o identycznych dolegliwościach psychicznych, nigdy nie zrozumie ulgi, jaką daje rozmowa pełna zrozumienia tych problemów. Plus kupa śmiechu, złośliwości... Każdy ma osobę, z którą KOCHA rozmawiać, przebywać, słuchać... No to wyobraźcie sobie. O to chodzi.
No i okazało się, że koleżka jest chory. Prawie dokładnie na to, na co chciałam go pół roku temu wysyłać do lekarza. Pomyślałam, że w sumie, gdyby nie miał rąk, nóg i codziennie trzeba by go było przewijać, to ja chcę takiego bardziej, niż Krzysztofa, z którym gadka sprawia mi trudność. Pytał o moje aktualne życie uczuciowo- związkowe, ale kazałam mu się nie interesować. Późniejszym wieczorem napisał mi, że "tak czy inaczej uwielbia ze mną rozmawiać", "że pięknie wyglądałam"... Nie, nie chodzi o seks. Nie może. W związku z chorobą. O tym więcej nie napiszę, nie powinnam cudzych problemów zdrowotnych tutaj roztrząsać...
Ale to nie jest możliwe. On mnie nie kocha. Jest dysfunkcyjny bardziej ode mnie. Kocham wariata chorą miłością. Może ciągle jestem "kochająca za bardzo". Pozostaje mi się pogodzić z tym, że kocham kogoś, z kim nie będę i nie jestem w stanie być. I żyć dalej. Znów to gdzieś zagrzebać.
I muszę powiedzieć Krzyśkowi szczerze, że to nie wyjdzie, prawda? Nie mogę zachowywać się podle... nie mogę trzymać go w rezerwie... To niehumanitarne.
Co jeśli będę świadkować w sprawie eksa? K*a, czy ja dam radę? Psychicznie? Nie wiem... może nie będę musiała...
Wiem, że na razie muszę żyć z rozgrzebanym bólem i czekać, aż kiedyś po prostu zakocham się z kimś z wzajemnością.
Ja i Eks jesteśmy klonami. Jesteśmy tacy sami. Mam poczucie, że jesteśmy jakimiś zaginionymi bliźniakami. Pamięć działa jak filtr. Może pamiętam tylko te dobre rzeczy teraz... Ale gdybym wierzyła w boga, gdyby on istniał, to poprosiłabym o to, żeby móc na starość eksa kolano smarować maścią na stawy. Żeby słuchać, jak peroruje głupoty i patrzeć, jak włazi do cudzego ogródka zerwać mi kwiatek.
A jeśli Krzysiek myśli to samo o mnie? Z dwóch stron jestem otoczona, krzywdzę i mnie krzywdzą...
Wszyscy trzymajmy kciuki za mój miesięczny wyjazd daleko za granicę, żeby odetchnąć od moich codziennych stołecznych problemów...
Pozdro.