Przeczytałam kilka opowiadan- mooooocne!
Ale podoba mi sie.
"....pierogi...ucho van Gogha"
.
Maszkarada, nie mogę Cie rozgryźć, niby radzisz sobie, a tyle rozedrgania.
Bardzo mi to znajomo brzmi ![]()
Zainteresował Cie kiedys wtręt o slaa, moze cos z tej bajki?
Moze, oprócz terapii indywidualnej, ruszy Cie coś na grupie?
iruda,
wiesz co, jak byłam na tej poprzedniej terapii, to miałam bardzo duży nacisk kładziony na przepracowanie kwestii związanych z kochaniem za bardzo, uzależnieniem od miłości, pakowania się w bezprzyszłościowe związki, psuedozwiązki zaczynające się od lądowania z kimś w łożku... mam cały czas kilka cech kkzb dla przykładu - jak chęć "ratowania" chorych i zgnębionych - ale samodiagnostyka slaa mi nie wychodzi. czytałam teraz bardzo dużo na ten temat, bo faktycznie temat mnie zainteresował, ale jedyne co w jakikolwiek sposób mi pasowało, to pewne cechy opisane w materiałach o anoreksji uczuciowej. kiedyś kiedyś, w głodzie namiastki bliskości faktycznie popadałam w podobne stany, ale to było 10 lat wstecz.
byłam w 2010 roku na kilku spotkaniach w Kobiecych Sercach u p. Eugenii Herzyk i zasadniczo widzę bardzo wiele różnic pomiędzy swoimi reakcjami a reakcjami dziewczyn, które tam o sobie opowiadały - a bardzo niewiele podobieństw.
od lepiej jak ćwierć wieku kumuluję w sobie niewyrażone uczucia. lęk, przerażenie, rozpacz, odrzucenie, odtrącenie których zaznałam jako dziecko, jako nastolatka i potem jako dorosła osoba, wciąż we mnie są, niewyrażone. stąd nerwica, depresja, prozak, terapia.
dziękuję Ci za sugestię i pogadam o tym z terapeutką. dwa lata temu terapeuta nie chciał mnie na grupową, mimo tego, że DDA przeważnie robi się na grupowej. mitingi natomiast wspominam źle, przejmowałam cały ten syf, który ludzie z siebie wyrzucali i czułam się jeszcze gorzej...
od lepiej jak ćwierć wieku kumuluję w sobie niewyrażone uczucia. lęk, przerażenie, rozpacz, odrzucenie, odtrącenie których zaznałam jako dziecko, jako nastolatka i potem jako dorosła osoba, wciąż we mnie są, niewyrażone. stąd nerwica, depresja, prozak, terapia.
To widać, słychać i czuć! Ma to swoje odbicie w Twojej twórczości.
Czytałam wieczorem...najpierw dokładnie, a potem tylko pobieżnie. Szukałam jakiegoś promyczka, który być może wkradł się w ten mrok...Twojej duszy. Na próżno. Jesteś szczelnie owinięta "w kokon", w który jak piszesz nakręcasz/okręcasz się już od przeszło ćwierć wieku, szczelnie, wewnętrznie bez dostępu światła, radości, za to w zranionej miłości - aż do zawrotu głowy, bo kręcisz się tylko w jedną stronę. Czasami aż brakuje świeżości, powietrza...
Choć na ten moment czynisz już pewne działania, aby odkręcić się z tego "kokonu" bezradności, zranienia, bólu, gniewu, to jest w Tobie duża dawka zwątpienia, która moim zdaniem tkwi w Tobie z tego powodu, bo nie wiesz czy tak naprawdę wysupłasz się z tej sytuacji - stąd te natręctwa, wracanie w myślach po stokroć do punktu wyjścia.
Czytając Cię...w niektórych momentach odnoszę wrażenie, że polubiłaś ten stan, bo czujesz się "tam" bezpieczna, chcesz odgrodzić się od wszystkiego, co Twoim zdaniem może Cię zranić - już tak na wyrost.
Jestem osobą współodczuwająca, dlatego Twoja twórczość wpędziła mnie wczoraj w stan jakiejś nerwowości, podrażnienia, a nawet zniecierpliwienia. Bo jak Ci pomóc, jeżeli wszędzie widać jak bardzo pielęgnujesz w sobie, te wszystkie nagromadzone latami negatywne uczucia - w twórczości, w pracy, w miłości, a nawet Twój nick...
Dobre są rady NiobeXXX - warte zastosowania. Rozumiem, że nie od razu nastąpi zmiana Twojego sposobu myślenia/patrzenia, ale zechciej również SAMA sobie pomóc, powoli i systematycznie odkręcaj się...wykaż siłę, zdecydowanie, a to co było, a nie jest. nie wpisuj w rejestr! Żyj dzisiejszym i jutrzejszym dniem, a nigdy wstecz.
Wiem, że to trudne. W końcu każdy ma jakiegoś życiowego mola, bagaż przykrych zdarzeń i doświadczeń, z którymi musiał się uporać - ale jak zechcesz, to dasz radę. ![]()
Wypowiadała się w Twoim wątku Strzałka (pozdrawiam Cię*), może poczytaj jej historię.
Jej dążność do wyjścia z impasu, traumy, przyniosła wymierne efekty. Czasami czytam jej wypowiedzi w wątkach i jest to już inna charakterologicznie osoba. Chciała i dała radę!
Maszkarado, z pewnością i Ty dojdziesz do takiego stanu: odgrodzenia się od zaszłości, co przyniesie Ci wewnętrzny spokój lub chociażby wyciszenie, czego Ci z całego serca życzę.
Póki co, nazywaj tu swoje odczucia po imieniu, zawsze to też jakaś dodatkowa forma terapii...:)
mitingi natomiast wspominam źle, przejmowałam cały ten syf, który ludzie z siebie wyrzucali i czułam się jeszcze gorzej...
Rozumiem to, tez miałam na początku takie odczucie, ale potem zaczęłam inaczej patrzeć, wyciągać cenne rzeczy od osób, które są na jakimś etapie zdrowienia.
Dlatego zrezygnowałam z jednej nowotworzącej sie grupy wsparcia - za dużo było gorzkich żali, wylewania syfu, magla, za mało pracy nad sobą.
Mityngi dają mi siłę i pozwala dotrzec do moich własnych cech i zachowań, które mi utrudniają zycie z innymi i były współodpowiedzialne za rozwój syfu w moim malżenstwie.
Żyworódka,
Właśnie skończyłam czytać posty Strzałki... wielki, wielki szacunek, faktycznie.
Zrozumiałam, że uważasz, że ja z lubością zalegam w ciemnym pokoju i katuję się wspomnieniami i własnym cierpieniem? Tak, tak zawsze mówiła mi moja mama, dodawała jeszcze, żebym zajęła się jakąś robotą, to mi szybko zły humor przejdzie.
Nie będę nikogo przekonywać, że mnie boli. I tak mojego bólu nikt nie poczuje. Domyślam się, że Ty zdajesz sobie sprawę, bo jesteś bardzo mądrą kobietą i piszesz bardzo mądre rzeczy. Dlaczego w takim razie uważasz, że nie pozwalam sobie pomóc?
Mam nie szukać rozwiązania? Nie próbować zrozumieć? Nie szukać diagnoz?
Owszem, staram się chodzić na spacerki, wychodzić na niedzielne obiady z przyjaciółmi, wczoraj do jedenastej wieczór jeździliśmy z bratem samochodem po mieście. Zrobiłam stronę internetową, przyszyłam guziki do kurtki, przeczytałam gazetę. Nie umiem jeszcze robić planów na przyszłość. Nie wiem, czego bym chciała. Nie mam żadnych marzeń, wróć, chciałabym mieć mopsa, ale nie mogę pozwolić sobie na posiadanie psa w chwili obecnej.
Chętnie wyszłabym dzisiaj nad rzekę, ale nie jestem w stanie. Robi mi się tak smutno, tak przykro. Nie wiem, czemu. Wczoraj mój lęk budziły wysokie budynki wieczorem. Stałam na przystanku na Rondzie ONZ i trzęsłam się. Nie, nie wiem, czemu, ALE NIE NAPAWAM SIĘ TYM UCZUCIEM. Nie jestem w stanie dzisiaj wyjść z domu, boję się.
Robię, co mogę. Nie zarzucaj mi, że jest inaczej. Chodzę do psychiatry, do terapeuty, jem, śpię, biorę leki, PRÓBUJĘ ZROZUMIEĆ, co mi jest i jak mam się ratować.
202 2012-03-04 14:34:00 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-03-04 14:51:01)
kochana maszkarado, powoli.
Na pewno jest tak, ze to wymaga czasu i chyba troche cierpliwosci. Na pewno te stany mina , wysokie budynki mowisz...hmmm...kiedys juz to slyszalam , "wysokie budynki jakby sie klanialy, pochylaly nademna " -opowiadal- "i to napawalo mnie strasznym lekiem!".
Wiec chyba te "objawy" to normalne w tej calej nerwicy. A Ty chyba kochana, chcesz to na JUZ! , za szybko , zeby pomoglo. Nie wiem... tak sobie mysle.
Posluchaj tego:
i tego
maszkarado,
Twoje teksty, choć trudne i mroczne - a może dlatego - bardzo mi się spodobały. Wielkie uznanie i szacunek dla Ciebie, że tak potrafisz ująć w słowa swe przeżycia i myśli.
Co do Twych lęków.
Jak mantrę powtarzam: daj czasowi czas.
Jesteś osobą zdeterminowaną, szukająca dróg wyzdrowienia i poradzenia sobie z najtrudniejszymi przeżyciami. Wiem o tym dobrze. Wiem dobrze, że własna terapia nie należy do przyjemności. A Ty podjęłaś się już kolejnej.
Ściskam Cię serdecznie. ![]()
Tak! Tak, pochylały się, one mi się przyglądały... takie wielkie, takie ogromne, takie przerażająco wielkie. Nie można uciec, ukryć się... Dokładnie tak, jak piszesz.
Jestem zła, wqrwiona, rozgoryczona: najpierw, tak jak mi się wydawało, dwa lata tej cholernej terapii; potem jak wszyscy radzili - zajęłam się "sobą", przez łzy chodziłam na "pompki i lekcje trąbki", jakąś pieprzoną emisję głosu i basen. Żyłam dniem dzisiejszym, wyrzuciłam z głowy to, co sprawiało mi ból.
Szkoda, że nie wyszło!! Że się nie udało!! Że to nie-analizowanie i zajmowanie się pierdołami zaowocowało tym, że chce mi się rzygać, jak spojrzę na półkę z książkami!!!
Gdybym była smutna i płakała i wyła i kuliła się w tym fotelu WTEDY, to nie byłoby tego ataku. Chciałam przesadzać kwiatki, uśmiechać się i nie pamiętać, NIE WYSZŁO!
Pomaranczowa, to drugie jest dojmująco smutne..?
tak smutne, dojmujaco. Ma ponoc pomoc wyzwolic lzy
moze te "pompki i lekcje trabki" nie byly jednak takie dobre?
Moze to bylo wbrew Tobie.Ja nie jestem za czyms takim.Jezeli czujesz , ze cos jest wbrew Tobie-zaniehaj.
zaniechaj ??
207 2012-03-04 15:21:54 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-04 15:25:41)
(...)wyrzuciłam z głowy to, co sprawiało mi ból.(...)
Taak.
Z głowy wyrzuciłaś.
W sercu zaś pozostał kłębek splątanych i nieodreagowanych uczuć.
Ale to moja głowa chce żyć i szuka rozwiązania i zdrowia, a nie serce...
Ale nie wiem. Nic już nie wiem. Zgodne z moją naturą byłoby uparte szukanie drogi, bo nie wychodzę z założenia, że trzeba siedzieć na tyłku, zajmować się układaniem origami i czekać, aż samo się wszystko zrobi. Tylko z braku pomysłu na to, co dalej, muszę zarzucić chwilowo próby.
Tak zupełnie btw.: są dwie piosenki i jedna książka, przy których płaczę. Książka to "Kaputt" Curzio Malapartego, reportaż włoskiego oficera z różnych frontów IIgiej WŚ. Podobnie widzimy świat... tylko, że Malaparte dużo lepiej pisał. Nie umiem Wam opowiedzieć, na czym polega fenomen tej książki, ale polecam serdecznie, szczególnie tę część o Finlandii. Pierwsza piosenka zaś to "I'll find my way home" Vangelisa. Druga to cover Pink Floydów dokonany przez Sisters of Mercy, gdzie Eldritch śpiewa "Comfortably Numb" przechodząc w swój, sistersowy kawałek "Some kind of Stranger". Zarówno teksty tych w zasadzie trzech utworów, jak i emocje w głosach wykonawców... doprowadzają mnie od zawsze od łez.
Dygresja taka niespełnionej gwiazdy rocka ![]()
209 2012-03-04 15:40:10 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-03-04 15:42:18)
wedle zyczenia:
P L A C Z !
210 2012-03-04 15:42:58 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-04 15:46:29)
Ale to moja głowa chce żyć i szuka rozwiązania i zdrowia, a nie serce...(...)
Cały problem w tym, że w głowie masz wszystko dobrze poukładane. ![]()
"Bałagan" masz w sercu. W nim masz te wszystkie trudne uczucia. I to serce jest tak mocno zaciśnięte, że nie pozwala na ujawnienie wszystkich tych uczuć. A tak naprawdę, to Ty podejmiesz, oby, decyzję na ich ujawnienie. Podejmiesz, gdy będziesz wiedziała, że jesteś bezpieczną a obok Ciebie jest przyjazny człowiek. Człowiek, któremu ufasz.
***
Jest jeszcze jedna możliwość.
Będziesz na tyle zdesperowaną osobą, że rozplączesz ten kłębek nie patrząc na osobę będącą obok.
Pomaranczowa, dziękuję ![]()
Tak na dobrą sprawę, to w obu tych tekstach zawiera się wszystko, co ja mam do przekazania światu.
W tym drugim utworze pan wokalista - intelektualista (uważam się za jego wcielenie, mimo tego, że on żyje
tudzież za zaginioną siostrę bliźniaczkę, mimo tego, że nie zgadza się nam wiek
) mówi o paradoksie, który jest również moim udziałem. Tyle wie, tyle się nauczył, ale cała jego wiedza i intelekt bledną przy tym, co czuje jego serce "when fingers touch, when bodies meet".
Mój umysł, krzyczący "dziewczyno, to sprowadzi na Ciebie ból i nieszczęście" też bladł, kiedy dotykały się palce i mojego chorego eksia. I nie umiem sobie z tym poradzić, z tym dysonansem, kiedy umysł krzyczy NIE! i wiem, że ma rację, a serce tęskni i prosi umysł ZRÓB COŚ!, ulżyj mi. Znajdź tego człowieka i go dotknij, bo cierpię bez tego. Truje mnie to, zatruwa mi życie, że WIEM, że ten człowiek mnie nie kocha, nie chce, nie jest mnie wart, a serce pragnie, pragnie, pragnie... za co? za nic! bo uczucia nie MAJĄ SENSU, po prostu są. Są. Nie można ich zgubić, porzucić, zostawić, nikt ich nie chce ode mnie ani wziąć, ani kupić. Nie umiem się z tym pogodzić, z tym, że moje serce chce mojej krzywdy!! Za co ono go kocha? ZA NIC!!! A ja nie umiem go uspokoić, uciszyć, nie umiem, MUSZĘ Z TYM ŻYĆ!
Dlaczego moje serce wciąż czuje, że moja mama to ta wielka, zła, potworzasta matka z przeszłości? Kiedy rozum widzi, codziennie widzi, że to samotna, zmęczona, biedna kobieta, która nawet gdyby chciała, nie może mi zrobić krzywdy? Dlaczego to serce nie chce zauważyć, że CZUJE wbrew faktom??
Tak, płaczę. Płaczę. To nie ma sensu, cholera, tak się nie da żyć!! Żyję z wrogiem zasklepionym w mojej klatce piersiowej.
W tym drugim utworze pan wokalista - intelektualista (uważam się za jego wcielenie, mimo tego, że on żyje wink tudzież za zaginioną siostrę bliźniaczkę, mimo tego, że nie zgadza się nam wiek wink ) mówi o paradoksie, który jest również moim udziałem. Tyle wie, tyle się nauczył, ale cała jego wiedza i intelekt bledną przy tym, co czuje jego serce "when fingers touch, when bodies meet".
- to tak jak Faust .?Da steh ich nun, ich armer Tor, und bin so klug als wie zuvor!?
Placz i krzycz. Wykrzycz wszystko
213 2012-03-04 16:11:31 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-04 16:12:53)
Serce można zamrozić, ale nie można go oszukać. Wszystkie uczucia trzeba przeżyć po kolei. Najpierw te, które są na wierzchu, te niechciane, te trudne. Dopiero, gdy pozbędziemy się tego całego guana, dojdą do głosu pozostałe. Moim zdaniem jest to jedyna droga. Innej nie znam.
Skłamałam.
Znam.
Można przeżyć życie bez uczuć, mając zamrożone serce.
214 2012-03-04 16:12:08 Ostatnio edytowany przez maszkarada (2012-03-04 16:14:01)
Tak, tak, dokładnie, z resztą koleżka studiował literaturę niemiecką i kiedyś nawet sam o tym mówił...
EDIT
Wielokropku, piszemy w tych samych momentach i nie mam jak się odnieść do tego, co piszesz.
Pieprzony atawizm. Jakby komuś to było potrzebne jeszcze. Teraz czuję, że faktycznie wciąż nienawidzę siebie, skoro uważam swoje serce za wroga.
nad anoreksją emocjonalną, seksualną i towarzyską tez sie pracuje, to nie jest "tylko" anoreksja, to czesto siła napędowa innych patologicznych wzorców i zachowań
216 2012-03-04 16:16:45 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-03-04 16:17:35)
tez tak mysle, najpierw te ,ktore sie na powierzchnie wypchnely, potem kolejne warstwy sie ukazuja, Wielokropku.
Ja już dziewczyny nie mam siły... zawijam póki co. Dzięki za support!
218 2012-03-04 16:27:03 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-03-04 16:39:32)
Ja już dziewczyny nie mam siły... zawijam póki co. Dzięki za support!
Przytocze Leca:
"By dojsc do zrodla, trzeba plynac pod prad."
°°°°°°°°°°°°°°
i jeszcze jeden Lec! Musialam !:
"Gdy wszystko musi sie zgadzac, musi się cos nie zgadzac. "
Tę walkę z trudnymi uczuciami przyrównuję zawsze do walki z problemami żołądkowymi. ![]()
Powstrzymujemy torsje, choć wszystko podchodzi do gardła.
Uff! Udało się.
Oddychamy z ulgą.
Problem w tym, że cały czas mamy mdłości.
Rada?
Nie powstrzymujmy torsji. Czasem trzeba zwrócić wszystko, by było lżej i w ciele, i w sercu.
220 2012-03-04 17:39:52 Ostatnio edytowany przez żyworódka (2012-03-04 19:38:09)
Ja wiedziałam, wiedziałam, że mój post wzbudzi kontrowersje. ![]()
Tak jak Ty, piszę odnosząc się do tego co zrozumiałam i jakie odczucia towarzyszą mi, czytając Twoje wypowiedzi. Nie moim zamiarem było dołowanie Cię, ale takie analityczne spojrzenie (bez przytulań) na całość Twojej osobowości i tego, co się z Tobą w chwili obecnej dzieje.
Żyworódka,
(...)Zrozumiałam, że uważasz, że ja z lubością zalegam w ciemnym pokoju i katuję się wspomnieniami i własnym cierpieniem? Tak, tak zawsze mówiła mi moja mama, dodawała jeszcze, żebym zajęła się jakąś robotą, to mi szybko zły humor przejdzie.(...)
Mama Ci dobrze radziła, jeśli chodzi o odreagowanie na "zły humor", ja zawsze brałam się w takich momentach za porządki i piorunem mi szła robota. W końcu gdzieś tą nagromadzoną energię trzeba rozładować...najlepiej z pożytkiem, a Ty masz jej dużo skumulowanej.
Jednakże w chwili obecnej dominuje u Ciebie depresja, co niewątpliwie również sprzyja złemu samopoczuciu. Zewnętrznie dajesz już sobie z tym radę, (nie leżysz patrząc godzinami w sufit) bo jak piszesz: "staram się chodzić na spacerki, wychodzić na niedzielne obiady z przyjaciółmi, wczoraj do jedenastej wieczór jeździliśmy z bratem samochodem po mieście. Zrobiłam stronę internetową, przyszyłam guziki do kurtki, przeczytałam gazetę."
To tak zastępczo, żeby nie zwariować od kłębiących się myśli - zająć czymś ciało, żeby fizycznie poczuć się zmęczonym, a nie tylko psychicznie. Wówczas następuje taka równowaga w organizmie. Jest zauważalny postęp od pierwszych postów. Ale przyznaj, że te myśli wracają...nie, one są w Twojej głowie non stop!
Nie będę nikogo przekonywać, że mnie boli. I tak mojego bólu nikt nie poczuje. Domyślam się, że Ty zdajesz sobie sprawę, bo jesteś bardzo mądrą kobietą i piszesz bardzo mądre rzeczy. Dlaczego w takim razie uważasz, że nie pozwalam sobie pomóc?
i jeszcze:
Robię, co mogę. Nie zarzucaj mi, że jest inaczej. Chodzę do psychiatry, do terapeuty, jem, śpię, biorę leki, PRÓBUJĘ ZROZUMIEĆ, co mi jest i jak mam się ratować.
Twój ból odczułam czytając blog...stąd moja reakcja, bo jest gorzej niż odbierałam Cię w pierwszym Twoim wątku...są zaszłości i jest postępująco.
Nigdzie nie napisałam, że nie pozwalasz sobie pomóc. Napisałam, że również SAMA musisz sobie pomóc! To zasadnicza różnica.
Organizacyjnie dopięłaś wszystko - perfekt.
Co Ci jest, już wiesz, z medycznego punktu widzenia.
Jak się masz ratować? A tak, minuta po minucie, dzień po dniu... układaj na półki swoje uczucia, porządkuj, segreguj. Te zbyteczne i te, których jest nadmiar wrzucaj od razu do kosza, przerobione daj do pawlacza - zrobi się przejrzyście i w sercu i w głowie.
To powinno Ci pomóc, bo wtedy stwierdzisz, co jeszcze zostało Ci do przerobienia, z czym się tak naprawdę musisz zmierzyć.
Może spróbuj napisać też coś weselszego, przywołaj w pamięci zdarzenia pogodne, miłe...przecież musisz takie mieć!
A droga do zrozumienia SIEBIE jest przed Tobą jeszcze dłuuuga.
W chwili obecnej masz natłok, kłębowisko, myśli i zdarzeń dołujących Cię.
Nie twierdź, że się nie nakręcasz, bo to są takie bezwiedne natręctwa, nad którymi jak widzę, jeszcze nie jesteś w stanie zapanować. I z jednej strony jest to właściwe dla stanu w jakim się znajdujesz, ale trwanie w tym jest niebezpieczne dla Ciebie, dla Twojego zdrowia. To jak podlewanie uschniętej rośliny - nie wzejdzie, ale trwasz w tym, w tej czynności, bo pamiętasz, że to robiłaś.
Kiedyś...kiedyś dojdziesz do stanu, nie zapomnienia, ale przynajmniej zobojętnienia...
Nie jestem w stanie dzisiaj wyjść z domu, boję się.
Huśtawka nastrojów, wczoraj dobrze, a dziś nawrót. To też typowe objawy depresji - przechodzisz dużo faz.
Maszkarada będzie dobrze...z czasem. ![]()
Faktycznie, praca fizyczna jest dobrym sposobem na poradzenie sobie z aktualną złością, smutkiem, i innymi emocjami. Czym innym jest stan, o którym maszkarada napisała tak:
(...)kumuluję w sobie niewyrażone uczucia. lęk, przerażenie, rozpacz, odrzucenie, odtrącenie których zaznałam jako dziecko, jako nastolatka i potem jako dorosła osoba(...)
Tego nie można pozbyć się, niestety, porządkując mieszkanie.
By tego lęku, przerażenia, rozpaczy, odrzucenia, odtrącenia pozbyć się, trzeba czegoś więcej, trzeba przywołać te uczucia do siebie, przypomnieć je sobie i po raz kolejny przeżyć.
Łatwo o tym jest mi napisać, wykonać - znacznie trudniej.
222 2012-03-04 19:21:45 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-03-04 19:22:17)
Praca jest sposobem doraźnym, na dłuższą metę hasło "zajmij się sobą" oznacza pracę nad rozwojem duchowym, a to ma w efekcie sprawić, by inni lub sytuacje mogły na nas mieć tylko taki wpływ, na jaki sobie pozwolimy; stabilność mamy znaleźć w sobie, a nie uzależniać sie od innych osób.
To ja tak w kwestiach formalnych:
Teksty, które wrzuciłam na bloga NIE powstały w ostatnich miesiącach. Najnowszy został napisany, żeby nie skłamać, w sierpniu 2011 i to jest to napisane do połowy opowiadanie. Te najbardziej mroczne i makabryczne są z okresu mojego wychodzenia z załamania nerwowego w 2006 roku.
Iruda - masz przenajświętszą rację! Podnosisz wręcz mój główny postulat, jaki staram się wszystkim wtłaczać do głowy, bo także wiem, czym to pachnie. Przepracowywałam swoje uzależnienie od matki i jeżeli coś mi się udało w kwestiach zdrowia psychicznego, to to właśnie. Błędnie odczytujesz moim zdaniem moje pojękiwanie za byłym jako uzależnienie od miłości.
Błędnie odczytujesz moim zdaniem moje pojękiwanie za byłym jako uzależnienie od miłości.
Ależ ja mam takie niejasne przeczucie, że cosik jest na rzeczy. ![]()
Nie tylko w kwestii pojękiwania za byłym, ale tez we wtręciku o tym, co kubkiem herbaty, silnym ramieniu itp. Znam z własnego podwórka takie fantazjowanie ![]()
Ha, kochana, no bo "cosik" jest! Moje deficyty miłości są ogromne. I potrafię pewnie w dalszym ciągu wpakować się w jakiś dziwny związek, nie wiem, bo ostatniego faceta, który się mną zainteresował, pogoniłam bez żalu. Sławnego eksia pogoniłam też, bo mnie nie kochał, jak to Wam opowiadałam wszystkim na wiosnę w inszym wątku.
Nie widzę problemu, żeby swoje życie przeżyć do końca w pojedynkę, byle tylko ustąpił ból w klatce piersiowej i lęki. Nie widzę problemu, żeby z kimś się związać, jeśli ktoś ciekawy się trafi.
O silnym ramieniu to nic mi się nie kojarzy...? A z kubkiem herbaty było tak, że siedziałam jak zombie w pracy i mój asystent, młody dzieciak, zrobił mi tej herbaty i mnie to rozczuliło. Tak samo rozczuliła mnie Pomarańczowa wklejając mi piosenkę Sisters i tak samo rozczulił mnie kolega, który z Londynu przywiózł mi jakąś durną pamiątkę za 50 centów.
Nie wiem, może jestem uzależniona od seksu i miłości, no idea, tylko jakoś tego nie widzę. Jak już powiedziałam, pogadam z terapeutką - a jestem raczej słowną osobą ![]()
Tylko mam takie wrażenie, Iruda, że mi trochę wmawiasz. Opowiadał mi mój ojciec, jak na Oddziale Leczenia Uzależnień w szpitalu psychiatrycznym jakiś nadgorliwy terapeuta próbował z mojego starego wydusić wyznanie, że ojciec bił żonę, czyli moją matkę. Ja wiem, że on nie bił matki, ani mnie. Akurat tego nie robił. No, ale za każdym razem, kiedy ojciec mu mówił, że nie bił, to terapeuta swoje...
mnie to rozczuliło. Tak samo rozczuliła mnie Pomarańczowa wklejając mi piosenkę Sisters i tak samo rozczulił mnie kolega, który z Londynu przywiózł mi jakąś durną pamiątkę za 50 centów.
Ja to nazywam "w starym kinie", roczulanie się, wspominki, itp.u mnie słuchanie muzy powoduje nakręcanie fantazji, u mojego m.słuchanie muzy i czytanie poezji, co konczyło sie do tej pory wpadaniem w kolejne internetowe romanse.
Tylko mam takie wrażenie, Iruda, że mi trochę wmawiasz.
Moze trochę ![]()
Ale weźmiesz tyle, ile będziesz chciała
To ja tak w kwestiach formalnych:
Teksty, które wrzuciłam na bloga NIE powstały w ostatnich miesiącach. Najnowszy został napisany, żeby nie skłamać, w sierpniu 2011 i to jest to napisane do połowy opowiadanie. Te najbardziej mroczne i makabryczne są z okresu mojego wychodzenia z załamania nerwowego w 2006 roku.
Tak, już we wstępie informujesz, że teksty powstały w latach 2002 -2011, ale pod każdym jest wpisany rok 2012, co jest mylące dla odbiorcy.
Niemniej "zaszłości" idą za Tobą.
Blog, pierwszy wątek i ten tworzą całość...obrazu o Tobie.
Tak myślę...chyba, że coś jeszcze dopowiesz.
szkoda, że ja tego nie widzę, bo bym tę całość chciała chociaż zobaczyć, skoro jeszcze dużo czasu minie, zanim zrozumiem ![]()
Znasz przysłowie, że: najciemniej jest pod latarnią.
A czemu odpowiadasz mi z takim przekąsem?
Nie chciałam, ale fakt faktem, jestem poirytowana i agresywna, to przez te prochy; wczoraj nawet na brata napadłam ze zjadliwością ![]()
Przepraszam.
231 2012-03-04 23:15:32 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-04 23:58:50)
Spokojnej, dobrej nocy. ![]()
Nie chciałam, ale fakt faktem, jestem poirytowana i agresywna, to przez te prochy; wczoraj nawet na brata napadłam ze zjadliwością
Przepraszam.
Nie gniewam się.
Każdemu zdarza się gorszy dzień.
A dodatkowo wczoraj Twój wątek był oblegany od rana do nocy - sądząc po ilości wpisów. I każdemu starałaś się odpowiedzieć.
Spokojnego dnia życzę.
Jakie dzis uczucie "na powierzchni", maszkarado?
(stanowczo ten Twoj nick mnie drazni)
Heh... chyba lęk.
Mam ochotę wyjść z tej roboty i wracać do domu, zasłonić okna, puścić muzykę i nie musieć być wśród ludzi. Denerwuje mnie światło, hałas i to, że ci ludzie łażą, ruszają się, gestykulują.
Czyli w sumie normalnie, tylko od niedawna zwracam na to uwagę.
Heh... chyba lęk.
Mam ochotę wyjść z tej roboty i wracać do domu, zasłonić okna, puścić muzykę i nie musieć być wśród ludzi. Denerwuje mnie światło, hałas i to, że ci ludzie łażą, ruszają się, gestykulują.Czyli w sumie normalnie, tylko od niedawna zwracam na to uwagę.
a mowilas o tym Twojej lekarce?
Czy to lekarstwo , ktore przyjmujesz nie powinno tego juz powoli wyciszyc ?
Zastanawiałam się, na ile Twoja wczorajsza złość spowodowana była, nie prochami, a dojrzewaniem do decyzji o rozplątaniu kłębka.
Dobrego dnia, mimo wszystko. ![]()
Pomarańczu - dostałam fluoksetynę i alprazolam. To pierwsze, czyli prozak, przyjmuję ciągle. To ma działanie głównie przeciwdepresyjne. Mniej śpię, potrafię się skupić, nie pogrążam się w rozpaczy. Działania uboczne ma to takie, że irytują mnie głupoty i jestem bardziej agresywna niż zwykle. Jestem też bardziej wyczulona na bodźce.
Alprazolam to ciężko uzależniające goofno, ja to mam pod nazwą Afobam, a również jest to sławny Xanax. Brałam do najpierw 2x dziennie przez tydzień, przez 3 dni raz dziennie, a teraz mam brać, jak pojawi się lęk/ zakorkowanie oddechu/ ból w klatce piersiowej. Staram się brać to najrzadziej, jak się da, bo znam przypadki osób uzależnionych od Xanaksu, łącznie z dramatycznych przypadkiem kobiety, która była już tak uzależniona, że ćpała to jak miętówki, a lęki miała coraz silniejsze. Odstawianie tego to była dla niej masakra.
Reasumując, nie widzę nic specjalnie dziwnego w tym, co się dzieje. Do lekarki będę jakoś za 2 tyg. iść. Inna sprawa, że nie mam wrażenia, żeby ten prozac faktycznie mnie wybawiał od depresji.
238 2012-03-05 13:52:08 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-03-05 14:05:20)
Pomarańczu - dostałam fluoksetynę i alprazolam. To pierwsze, czyli prozak, przyjmuję ciągle. To ma działanie głównie przeciwdepresyjne. Mniej śpię, potrafię się skupić, nie pogrążam się w rozpaczy. Działania uboczne ma to takie, że irytują mnie głupoty i jestem bardziej agresywna niż zwykle. Jestem też bardziej wyczulona na bodźce.
Alprazolam to ciężko uzależniające goofno, ja to mam pod nazwą Afobam, a również jest to sławny Xanax. Brałam do najpierw 2x dziennie przez tydzień, przez 3 dni raz dziennie, a teraz mam brać, jak pojawi się lęk/ zakorkowanie oddechu/ ból w klatce piersiowej. Staram się brać to najrzadziej, jak się da, bo znam przypadki osób uzależnionych od Xanaksu, łącznie z dramatycznych przypadkiem kobiety, która była już tak uzależniona, że ćpała to jak miętówki, a lęki miała coraz silniejsze. Odstawianie tego to była dla niej masakra.
Reasumując, nie widzę nic specjalnie dziwnego w tym, co się dzieje. Do lekarki będę jakoś za 2 tyg. iść. Inna sprawa, że nie mam wrażenia, żeby ten prozac faktycznie mnie wybawiał od depresji.
skoro tak jest, to chyba znaczy , ze wszystko "normalnie " ( nienawidze tego slowa , ale musialam uzyc ).
Nie znam sie na lekach, ale wiem , ze antidepressiver dzialaja dopiero po kilku tygodniach.
Pozostaje przeczekac.
To na pewno ciezkie jest dla Ciebie, sprobuj moze jak wrocisz do domu troche czytac ( oczywiscie jezeli potrafisz sie skupic) . Nie chodzi za bardzo o to CO bedziesz czytac, ale o samo czytanie.
Aha, i zaloz cos pomaranczowego na siebie :-))
albo jak masz pomaranczowa posciel, koc , cokolwiek
Moja mama brała cudo o nazwie Valdoxan, jakiś mega zajzajer, który musieli jej sprowadzać w owym czasie na zamówienie. I to pomogło jej po kilku dniach. Ja też czułam, zaraz po zejściu z codziennego zażywania alprazolamu, że mami więcej siły fizycznej i jakoś jestem przyjaźniej nastawiona do świata, ale wydaje mi się, że to się cofnęło. W sumie leci mi czwarty tydzień chyba tego prozaku. Chyba, że to faktycznie działa - a jakbym nie brała tego, to po prostu leżałabym teraz plackiem.
Jutro założę pomarańczową koszulkę, mam jedną ![]()
240 2012-03-05 14:22:57 Ostatnio edytowany przez pomaranczowa 1 (2012-03-05 14:33:12)
Moja mama brała cudo o nazwie Valdoxan, jakiś mega zajzajer, który musieli jej sprowadzać w owym czasie na zamówienie. I to pomogło jej po kilku dniach. Ja też czułam, zaraz po zejściu z codziennego zażywania alprazolamu, że mami więcej siły fizycznej i jakoś jestem przyjaźniej nastawiona do świata, ale wydaje mi się, że to się cofnęło. W sumie leci mi czwarty tydzień chyba tego prozaku. Chyba, że to faktycznie działa - a jakbym nie brała tego, to po prostu leżałabym teraz plackiem.
Jutro założę pomarańczową koszulkę, mam jedną
-No , to tez trzeba by bylo wziac pod uwage, byc moze BEZ TEGO Scheißu lezalabys teraz i kwiczala .
Cierpliwosci kobieto ! I igrzysk ! :-)
-ponoc dziala antydepresyjnie i wzmaga uczucie glodu :-)
A w ogóle to chce mi się dzisiaj nieprzytomnie spać...
Czy patrzenie na kolory ma faktycznie wpływ na samopoczucie?
Widzisz maszkarada, też mi się chce dzisiaj niemiłosiernie spac i za chwilę się kładę choc na godzinkę,bo już nie wytrzymam ...
Sądzę ,że tak, to w jakim otoczeniu kolorów się znajdujemy,według mnie jak najbardziej wpływa na samopoczucie.
Ja najlepiej się czuję w kolorowym pokoju dzieci,wśród kolorowych zabawek .
Bardzo też lubię takie bystre żywe kolory typu seledyn,turkus,róż pomarańcz.
Na mnie naprawdę działają,czuje się wtedy jakbym była w Niebie. ![]()
(Podziękowania i pozdrowienia dla Żyworódki
)
Faktycznie, praca fizyczna jest dobrym sposobem na poradzenie sobie z aktualną złością, smutkiem, i innymi emocjami. Czym innym jest stan, o którym maszkarada napisała tak:
maszkarada napisał/a:(...)kumuluję w sobie niewyrażone uczucia. lęk, przerażenie, rozpacz, odrzucenie, odtrącenie których zaznałam jako dziecko, jako nastolatka i potem jako dorosła osoba(...)
Tego nie można pozbyć się, niestety, porządkując mieszkanie.
By tego lęku, przerażenia, rozpaczy, odrzucenia, odtrącenia pozbyć się, trzeba czegoś więcej, trzeba przywołać te uczucia do siebie, przypomnieć je sobie i po raz kolejny przeżyć.
Łatwo o tym jest mi napisać, wykonać - znacznie trudniej.
Bo prawda jest taka że tego sie nie da wykonać, nie da sie pozbyć lęku, można go zmniejszyć poprzez wybudowanie odwagi dnia codziennego(czyli to co napisała żyworódka-fizyczne zajęcie sie czymś)powoli, powoli i ta odwaga jest tak duża że lek nie ma racji bytu w naszym zyciu...
bo czym innym jest strach(bac moze sie każdy)ale to jest normalana reakcja na daną sytuacje, natomiast lek jest irracjonalnym wytworem, czyli boimy sie czego czego nie ma albo czego moze nie być albo coś co sobie wyobrażamy ze nas spotka, lęk jest chorobą, utrzymywany w dłuzszym czasie doprowadza do schizy, do marazmu, do zapadniecia sie w sobie aż w końcu do depresji i chorób umysłowych...
Nie znam osoby która by sie pozbyła lęku, to jest niemozliwe, ale mozliwe jest to żeby wybudowac małymi kroczkami odwage...
to co napisałaś przerażenie,rzpacz, odtrącenie to ma swoje źródło w lęku, i nie ma czegos takiego jak ponownie przeżywanie emocji, uczuć, co sie przeżyło to sie przeżyło a czego sie nie przeżyło to tego się już nie przeżyje...a ponowne przywracanie jakis emocji z przeszłosci nazywa sie użalaniem nad sobą, tylko i wyłacznie reanimacją trupów...
zgadzam z żyworodką, takie głaskanie typu "jesteś piękna, madra i powabna" nic nie dadzą..
wiem o tym bo przez trzy lata bylam z człowiekiem chorym na depresje dwubiegunową, najlepszy lekarz, leki...no niby normalnie funkcjonował ale to nie to samo,sen do 14-15, z chwili na chwilę lęk który powodował ból w klatce piersiowej, zewnetrzny(pozorny) optymizm ale w środku ból...
takiego człowieka bierze sie za fraki i pokazuje się że słońce świeci, ze ludzie sie cieszą, no ale to trzeba miec kogos takiego, maszkarada ma o tyle gorzej że jest sama w swoim domu(troche śledze ten wątek i nie doczytałam czy masz jakas przyjaciółke/przyjaciela od serca?)
to wazne w takim stanie żeby ktoś był silniejszy od ciebie, ale taki fajny życiowy człowiek a nie jakiś filozof który niechcący moze pogłebić twój stan...
prawda jest taka że ludzie lękając sie chodzą do psychologów a ci nie wiedza jak pomóc wysyłają do psychiatrów a ci co dają prochy...a ludzie biorą a tak na prawde ten optymizm jest pozorny...
jak człowiek sam nie zrozumie, że nie mozna zajmowac sie sobą tam w srodku i rozgrzbywać i biadolić, (ze przeszłosć ma być na zasadzie ponazywane-pozamykane) to najlepszy lekarz i żadne prochy nie pomogą...
dobra można chodzić jeszce na mitingi czy jak to sie tam nazywa no ale co tam jest drugie dno, ludzie przychodza i żygają czym sie i jak to niby ma pomóc drugiej osobie, to ta jeszce wychodzi stamtąd jak ogłupiała, bo wiadomo ze tacy ludzie bardziej uwrazliwieni na swoim punkcie to chłona jak gąbka te wszystkie brudy, nie dosć ze swoje to jeszce czyjeś....
no ewentualnie indywidualne spotkania(jak juz ktoś potrzbuje)jakoś lepiej to wyglada...
(...)
to co napisałaś przerażenie,rzpacz, odtrącenie to ma swoje źródło w lęku, i nie ma czegos takiego jak ponownie przeżywanie emocji, uczuć, co sie przeżyło to sie przeżyło a czego sie nie przeżyło to tego się już nie przeżyje...a ponowne przywracanie jakis emocji z przeszłosci nazywa sie użalaniem nad sobą, tylko i wyłacznie reanimacją trupów...(...)
Pozwolę sobie pozostać przy swoim zdaniu.
Mam brata - ale on ma swoją rodzinę. W mieście w którym mieszkam nie mam wielu przyjaciół, a takich "od serca" nie mam w ogóle, bo raczej nie tworzyłam nigdy głębokich relacji.
Śmiem się nie zgodzić, że psychiatra i psycholog to fanaberie - najlepszym, żywym przykładem tego jest moja mama, która ze strasznej, współuzależnionej i uzależniającej kobiety w depresji ze stanami samobójczymi "wyleczyła się" na całkiem spokojną i pogodzoną z życiem kobietę, choć niepozbawioną swoich schiz. Jak dla mnie - jest deal.
Nie zgadzam się również - i to dotyczy też wielu przedmówczyń - z tym, że powinnam zająć się pracą w ogródku i uprawianiem jogi, tj. "wziąć się w garść" (btw. jakbym umiała, to bym się wzięła, zamiast dyskutować z Wami tutaj) - dziękuję za takie rady, bo właśnie TO, zajmowanie sobie czasu pierdołami w nadziei, że zapomnę o swojej chorobie sprowadziło na mnie remisję tych wszystkich stanów lękowych. To jest psychologia ludowa z babskich czasopism. Rozumiem, że uważacie także, że terapia psychoaktywna, czyli dokładnie i literalnie "grzebanie się w przeszłości" to strata czasu, który można by było poświęcić na sprzątanie mieszkania? Zamiast "rozczulania się nad sobą"?
Uważacie, że siedzę przed kompem, wpieprzam psychotropy i rozczulam się nad tym, jak to mnie nikt nie kocha i cały świat nienawidzi?
Ha!
Trochę brakuje mi słów; ale nie zamierzam nikogo wyprowadzać z błędu. Czuję się jednakowoż utwierdzona w przekonaniu, że mówienie o swoich uczuciach najczęściej ma efekt: nie chrzań, ogarnij się, jaka depresja?
Przy czym dziękuję Wszystkim Tym, którzy jednak rozumieją, w czym tu leży problem.
W ogóle wszystkim Wam dziękuję za głosy w tej sprawie, obojętnie, czy się z nimi zgadzam, czy nie bo te, które rażąco nie zgadzają z moim poglądem na świat utwierdzają mnie jeszcze w innym przekonaniu. Przypominają mi cel, jaki obrałam sobie dawno temu, a niczego nie zrobiłam, żeby go zrealizować. Otóż założę fundację (może stowarzyszenie, forma prawna jest dla mnie sprawą drugorzędną). I będę robić wszystko, co w mojej mocy, żeby ofiary przemocy w rodzinie, osoby uzależnione i współuzależnione, dzieci alkoholików, chorzy na depresje, nerwice i inne syfy mogli w zasięgu swych rąk znaleźć rzetelne informacje na temat możliwości leczenia, a ci, których nie stać, mogli choć w podstawowym stopniu z niego skorzystać. Może to jest to, do czego zostałam powołana. No idea.
246 2012-03-05 22:10:06 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-05 22:11:21)
Fundacja (stowarzyszenie, ...) świetny pomysł!
Im więcej rzetelnych informacji, i to informacji będących na wyciągnięcie ręki, tym lepiej.
***
Aaaa.
I przytulam Cię.
Jak zwykle. ![]()
247 2012-03-06 01:26:21 Ostatnio edytowany przez wyszka (2012-03-06 01:33:00)
Od paru tygodni czytam Twoje wpisy Maszkarado i zdecydowałam się napisać, żeby dać Ci znać, jak bardzo trzymam kciuki za Twoją walkę o siebie. Mam prawie trzydzieści lat i od przynajmniej piętnastu wiem, że mój wewnętrzny stan nie jest dobry, że żyję z podwyższonym poczuciem lęku, na ułagodzenie którego zużywam bardzo dużo energii. Pamiętam jak te piętnaście lat temu wrócilam ze szkoły do domu, usiadlam na fotelu i zdałam sobie sprawę, że nie wszystkim towarzyszy cierpienie na codzień, cierpienie pozornie bez powodu. Zaczęłam się więc zastanawiać co ze mną jest nie tak, jak być powinno.
Mama przecież jest, ojciec jest, dach nad glową jest, dwie ręce są, dwie nogi są, mama kocha, tata kocha, mówią to i na dodatek co miesiąc przyjeżdża babcia w odwiedziny, z ciastem. Przekonałam się, że wymyślam. Jak próbowałam komuś zasygnalizować, że coś, coś, ale nie wiem co, jest inaczej niż być powinno, też było, że wymyślam. To uczucie niepokoju nigdy jednak nie odeszło ode mnie, więc spędzałam godziny na poszukiwaniu jakiegoś klucza. Zobaczyłam, że mama kocha, ale czasem kocha jakby mniej, że rywalizuje ze mną o uczucie ojca, którego prawie nigdy nie ma (jestem jedynaczką), że nikt o ojcu nie powie, że alkoholik (bo przecież na stanowisku, nie meneli się pod blokiem) a przecież pije regularnie jakieś niesamowite ilości, że od lat zdradza moją mame, że babcia kiedyś ukradła wielkie pieniądze, bo miala gacha na boku i chciała z nim zmienić miejsce zamieszkania, z dala od dziadka, który też był alkoholikiem. Zaczęłam dopytywać i dowiedziałam się, że ojciec mojej mamy nigdy nie okazywał miłości, a kiedy zapijał w pracy, zadaniem mojej mamy po szkole było wystawanie pod oknem czegoś tam, gdzie pił i odprowadzanie go do domu. Matka mojego ojca przeżyła wywóz na przymusowe roboty w czasie wojny i miała męza choleryka, który kiedyś pokłócił się z synem (ukochanym bratem mojego ojca), po czym ten chwycił za motor i roztrzaskał się na drzewie. Ludzkie losy, niewypowiedziane emocje, żale i pretensje. Pomyślałam wtedy dobra, nie wszystko jest wyssane z palca, jakieś powody są, ale w końcu te i wiele innych małych i większych dramatów wydarza się w wielu, wielu rodzinach. W wielu innych dzieją się o wiele większe, a ludzie jakoś nie biadolą nad własnym losem. Więc to ja jestem jakaś felerna. Tę myśl mam nawet teraz, kiedy piszę. Mam całą stertę problemów ze sobą i mechanizmów, których nie potrafię zmienić i ani zajmowanie się tym "czymś innym", ani inwestowanie w codzienną walkę z konkretną rzeczywistością, ani pogrążanie się w sobie i oskarżanie się o wszystko po kolei, nie pomaga. Potrzebuję pomocy, wiem o tym od dawna.
Opisuję to wszystko, żeby Ci podziękować za Twoją determinację, za decyzję o opisaniu Twojej sytuacji i za mądrość, choć wiem, że wynika w pewnym stopniu z cierpienia. Od następnego tygodnia zaczynam terapię, również dzięki Tobie.
Jeszcze raz napiszę: z całego serca kibicuję!
Rozumiem, że uważacie także, że terapia psychoaktywna, czyli dokładnie i literalnie "grzebanie się w przeszłości" to strata czasu, który można by było poświęcić na sprzątanie mieszkania? Zamiast "rozczulania się nad sobą"?
Żeby popracować nad sobą efektywnie warto wrócić do przeszłości ,bo tam leży fundament naszej osobowości(zaburzeń).
Najpierw trzeba się zmierzyć ze swoimi korzeniami a niestety większość ludzi nie chce wracać do przeszłości bo : co było mineło, to już przeszłość, nie udało się im itd.
Najtrudniej jest odpowiadać na pytanie dlaczego? dlaczego doprowadzili mnie do takiej sytuacji? dlaczego nie wyszedł im związek?
Szczerze,
Jak mam "coś uprawiać" to wolę rodzinny ogródek bo odkąd zaczęłam analizować przeszłość moje lęki zniknęły.
Mam wolną wolę i wiem czego w życiu nie powtarzać.
249 2012-03-06 10:44:56 Ostatnio edytowany przez iruda (2012-03-06 10:45:23)
Żeby popracować nad sobą efektywnie warto wrócić do przeszłości ,bo tam leży fundament naszej osobowości(zaburzeń).
Najpierw trzeba się zmierzyć ze swoimi korzeniami a niestety większość ludzi nie chce wracać do przeszłości bo : co było mineło, to już przeszłość, nie udało się im itd.
Racja, poukładanie przeszłości daje fundament pod przyszłość.
dobra można chodzić jeszce na mitingi czy jak to sie tam nazywa no ale co tam jest drugie dno, ludzie przychodza i żygają czym sie i jak to niby ma pomóc drugiej osobie, to ta jeszce wychodzi stamtąd jak ogłupiała, bo wiadomo ze tacy ludzie bardziej uwrazliwieni na swoim punkcie to chłona jak gąbka te wszystkie brudy, nie dosć ze swoje to jeszce czyjeś....
Większej bzdury dawno nie czytałam. Mityngi to nie magiel i nie pranie brudów, tylko praca nad rozwojem duchowym, ale żeby miec czystego ducha, to trzeba czesto wylać to wiadro z pomyjami na zewnątrz. Dla niektórych jedynym lub pierwszym miejscem, w którym mogą przyznać sie do swojego mrocznego wnętrza są własnie określone na problem mityngi, ale nikt sie na dłuższą metę nie skupia nad tymi pomyjami, tylko pracuje w oparciu o kroki bądź stopnie.
to co napisałaś przerażenie,rzpacz, odtrącenie to ma swoje źródło w lęku, i nie ma czegos takiego jak ponownie przeżywanie emocji, uczuć, co sie przeżyło to sie przeżyło a czego sie nie przeżyło to tego się już nie przeżyje...a ponowne przywracanie jakis emocji z przeszłosci nazywa sie użalaniem nad sobą, tylko i wyłacznie reanimacją trupów..
prawda jest taka że ludzie lękając sie chodzą do psychologów a ci nie wiedza jak pomóc wysyłają do psychiatrów a ci co dają prochy...a ludzie biorą a tak na prawde ten optymizm jest pozorny...
jak człowiek sam nie zrozumie, że nie mozna zajmowac sie sobą tam w srodku i rozgrzbywać i biadolić, (ze przeszłosć ma być na zasadzie ponazywane-pozamykane) to najlepszy lekarz i żadne prochy nie pomogą...
Jest coś takiego jak ponowne przeżywanie emocji.
Dla mnie to jak najbardziej prawdziwe,to żadne użalanie się nad sobą,czy reanimacja trupów.
Samemu nie wierzę ,że się da ,ale od tego mamy psychologa.
Można całkowicie przepracowac swoją przeszłośc. Można pozbyc się lęków,które mają swoje zasoby nagromadzone gdzieś, kiedyś.
To wszystko się da. Wiem ,że jest to trudne,bo przecież najchętniej nie wyciągałoby się czegoś, co bolało .
Ciężko jest wracac do złych wspomnień,ciężko jest przeżywac na nowo złe chwile,ale to wszystko jest możliwe.
Mam to wszystko na własnym przykładzie.
Gdy zaczęłam mówic o matce,o jej zachowaniu wobec mnie jako dziecka, wszystko we mnie chodziło,cała się trzęsłam .Byłam na nią wściekła.To wtedy moja psycholog mnie przytuliła,nie pozwoliła mi wyjśc z gabinetu w takim stanie. To ona przywołała we mnie te wspomnienia.
Kiedyś też nie byłam w stanie rozmawiac np o molestowaniu,ja byłam pewna przez tyle lat ,że to moja wina. Teraz jestem po "wywaleniu" z siebie bólu emocjonalnego i przepracowaniu traumy, jaka we mnie została po tym przeżyciu . Rozgrzebywanie tego bolało,bardzo bolało. Gdy o tym mówiłam chwilami robiło mi się słabo. Miałam jedno wielkie pragnienie, pragnienie ,aby skończyc ze soba.
Jako dziecko nie byłam świadoma na tyle co teraz. Teraz wiem, jestem bez winy.
Wtedy nie rozumiałam,teraz inaczej mogę na to wszystko spojrzec.
I teraz dopiero mogę stwierdzic, że moja przeszłosc jest na zasadzie ponazywane-pozamykane.
Teraz mam w sobie ten wewnętrzny spokój , tą wewnętrzną wolnośc.
Teraz mam szczęśliwe wnętrze.
To co tak bolało, teraz boli mniej . To jakby te cienie bólu ,które kiedyś były straszne.
Teraz wszystko wydaje się inne, jakby piękniejsze.
Przeszłośc mnie nie pokonała ,bo to ja wygrałam ![]()
Maszkarada, też pamiętam te wysokie budynki,straszne budynki, miałam wrażenie,że za chwile mnie pożrą.
Uciekałam przed własnym cieniem, budziłam się z krzykiem,miałam ochotę zdemolowac cały świat.
Ja wiem ,jaki to ból ,gdy wstajesz rano i bólem jest nawet otwarcie oczu.
Nic tu nie dają słowa- weś się w garśc . To akurat jest rzucanie ich na wiatr.
Ale Ty jesteś osobą zdeterminowaną ,Ty dojdziesz do celu.
Masz Wielokropka, a to jest duże oparcie,naprawdę ![]()
strzało,
wzruszyłam się. Dziękuję. ![]()
Uważacie, że siedzę przed kompem, wpieprzam psychotropy i rozczulam się nad tym, jak to mnie nikt nie kocha i cały świat nienawidzi?
Nie. nie uwazacie.
253 2012-03-06 11:21:34 Ostatnio edytowany przez Wielokropek (2012-03-06 11:25:07)
pomaranczowa 1,
obawiam się, że to pytanie nie było skierowane ani do Ciebie, ani do mnie. ![]()
***
maszkarado,
a może w tym jest metoda?
Może byś troszkę porozczulała się nad sobą?
Może ten kłębek łatwiej byłoby Ci rozplątać?
Dobrego dnia. ![]()
pomaranczowa 1,
obawiam się, że to pytanie nie było skierowane ani do Ciebie, ani do mnie.
tez tak myslalam, :-)
Ale I TAK napisalam. (Coby dobitniej bylo)
Wyszka!
Go, go, go! To ja trzymam kciuki za Ciebie też. Nie poddajemy się, walczymy! Ja sobie tak założyłam, że o ile nie mam siły i nie czuję, żebym dała radę, to jednak żyje i ma się dobrze moja ciekawość: a jak to jest bez tego lęku i bólu? Nie uda się, to się nie uda, ale warto sprawdzić, żeby zobaczyć.
Pomarańczu i Wielokropku, Strzało, ŁapkoPandy i Iruda - Wam przy okazji WIELKIE DZIĘKI. Całej pozostałej ekipie też, jak już pisałam - każde słowo się liczy. Mamy wszyscy prawo mówić, co myślimy i prawo nie zgadzać się lub zgadzać z tym, co mówią inni.
Wczoraj wpadłam na "trop". Leżałam przed zaśnięciem w łóżku i usłyszałam, jak sąsiad przekręca klucz w zamku. Wywołało to u mnie dreszcze, zaczęłam się trząść, chciało mi się krzyczeć, płakać. Nie byłam w swoim łóżku i nie byłam dorosłą Maszkaradą, ale byłam gdzieś wiele lat wcześniej, a kluczem do zamka nie mógł trafić pijany ojciec. A potem klucz do zamka wsadzała moja matka po powrocie z wywiadówki, taka wielka, taka straszna, władna, żeby pozbawić mnie życia; tak się bałam, czy ona mi zrobi jakąś krzywdę? Czy znowu nie będzie się do mnie odzywać przez całe wakacje i komunikować się ze mną za pomocą kartek naklejanych na lustro? Czy znowu powie mi, że jestem nic nie wartym g*wnem i skończę tak, jak ojciec? A przecież ja byłam dobrą uczennicą... dobrym dzieckiem... Dlaczego ona całe życie robiła mi na złość?
Moje serce to czuło. Bo rozum jest poukładany i wie, że moja mama jest starą, zniszczoną, słabą kobietą leczącą się na depresję. Nie może mi zrobić nic. Kiedy odbieram od niej telefon to nawet SŁYSZĘ, że to zupełnie inna osoba, o innym głosie, niż ten matkopotwór z mojej wyobraźni, z moich wspomnień. To samo ojciec, to dzisiaj stary człowiek zamknięty u ojców franciszkanów.
Ale ciągle się boję.
Gratuluję! ![]()
Złapałaś początek nitki. Teraz tylko pozostaje Ci dalsze odplątywanie.
No i masz temat na najbliższą sesję.
Boisz sie , bo Twoj mozg raz "nauczyl sie"reagowac w ten sposob i trzyma się tej reakcji .
Bo tam, kiedys byl silny ladunek emocjonalny i on to zapamietuje przez lata.
Piszesz, ze ten DZWIEK to spowodowal. Wlasnie dzwieki zapamietujemy bardziej. Tak jak zapachy.
Czasami zdarza sie przeciez , ze czujesz jakis perfum i w mgnieniu oka masz przed oczymi kogos sprzed lat, chociaz wogole o tym kims nie myslisz.To sie dzieje samoczynnie.
Wchodz w to dalej.
Cudowne są Twoje germanizmy, Pomarańczowa 1 ![]()
Cudowne są Twoje germanizmy, Pomarańczowa 1
Jezuuuu, jakie germanizmy ? :-))
ja mowic ( a przynajmniej sie starac mowic) po polski :-)
"jakiś perfum" ![]()