Gdybym była tylko ja sama, byłoby pewnie łatwiej. Były naprawdę się stara, daje mi to czego mimo wszystko nie dał Marcin, czyli prawdziwą stabilizację. Mówi o remoncie mieszkania, widzę jak kocha małą, jak ona za nim przepada. Dziś się źle czuję, pobiegł rano do apteki.
Marcin jest smutny, załamany, czasem pisze, że zrobił źle, że przeprasza, że gdyby mógł wszystko by odkręcił, cofnął czas do tego wieczoru. Żebym o nim nie zapominała, nie zapominała o naszej miłości. Płacze, jest samotny. Czuję, ze obwinia mnie, tylko, że ja jakoś nie czuję winy w sobie. Tyle na niego czekałam, w tej beznadziejności, nie wiedziałam, że jego dziewczyna jest chora, a byłam tą drugą. Zadałam pytanie wprost, przecież mógł być ze mną. To w pewnym sensie on wybrał. Odczuwam to wszystko jako obwinianie mnie, za ta cala sytuację. Dlatego się złoszczę, płacze, że tak mnie ocenia, przytłacza mnie to wszystko. Widzę go w innym świetle. Przy byłym, który jest jak narazie ok czuje sie spokojnie. Coraz mniej myslę o zyciu z Marcinem. Odsuwam to na bok. Boje się, co będzie, boję się jaki będzie były...
Kocham Marcina, ja to wiem, ale czuję też ogromny żal... nie zawsze jest się z tym kimś kogo się kocha:(
Boję się, że jak moj zal do Marcina opadnie, zrozumiem jego tragizm sytuacji, a były jednak nie bedzie cukierkowy to myśli o Marcinie nie dadza mi spokoju. Co o tym myslicie?
Widziałam się z Marcinem na niecałą godzinę.
Były mąż wyjechał w delegację i wróci jutro.
Boże jak ja go kocham...jak kocham Marcina. Trzymaliśmy się za ręce, czas znów się zatrzymał...
Jak to jest. Znów wmawiam sobie, ze wybor juz został podjęty i nie moge sie wycofać. Cierpię, jak bardzo nie wie nikt.
69 2010-11-20 19:10:23 Ostatnio edytowany przez takie_życie (2010-11-20 19:11:18)
Kobieto ty się niedługo wykończysz
Umówiłam sie na niedzielę z Marcinem. Nie wytrzymywałam już bez niego. Powiedziałam mężowi...że idziemy do kina.
Ja sie naprawdę wykończę. Miłość do Marcina, do dziecka, do siebie...
Poza tym ta niesamowitość z Marcinem. Po takim czasie...wciąz jest i trwa...to zdaza sie raz w życiu, naprawdę.![]()
Ja nie wytrzymam z bylym...to nie do zniesienia. Ja tak naprawdę nie mogę chyba na niego patrzec. Po lekkiej euforii powrotu dociera do mnie, ze to nie tak, ze bez milosci sie nie da:(
Echhh...jakie gówniane to zycie...
Marcin powiedzial, ze jego emocje tez opadły, że pogodzil sie z tym wszystkim, ze musi powoli porzadkowac swoja codziennosc, zeby zaczac normalnie funkcjonowac.
Nie umiem juz go zatrzymac. Wiem, ze moze miec normalne zycie beze mnie. Ze ja z przeszloscia, po rozwodzie z dzieckiem to dla niego zadna partia. On ma wielkie mozliwosci, a ja tylko bym mu to psuła. Poza tym, patrzac na córkę widze, ze z tatą dogaduje sie dobrze i jest pogodna, szczesliwa. Jak ja w imie swojej potrzeby moglabym to zabrać:(
Przecież nie zabrałabyś jej ojca...mógł by się nią opiekować, zajmować, odwiedzać zabierać do siebie itd wolisz jej dać dom z fikcyjna miłością rodziców...żenada. Takich wzorców ma się uczyć twoje dziecko? obserwując matkę "aktorkę", która przed nim udaje że kocha tatusia to chore! myślisz za za kilka lat córeczka się nie skapnie, że w jej domu są "niezdrowe " relacje miedzy rodzicami?...to co robisz to nie poświęcenie się dla dziecka...to po prostu skrajna głupota. Jeszcze żeby ten twój mąż był dobrym człowiekiem...a ty oddajesz swoje szczęście w imię związku z facetem, który potraktował już raz ciebie jak nic niewarta szmatę...a najgorsze jest to, że zamiast "spiąć d...e" i podjąć jakieś mądre kroki tylko użalasz się nad sobą. Masz jakieś krzywe spojrzenie na rolę małżeństwa....lepszy upośledzony związek z biologicznym ojcem dziecka niż normalna rodzina z nowym partnerem...żal. A i pamiętaj "poświęcając" swoje szczęście dla dziecka możesz się niedługo znów przejechać...jak twój mąż znudzi się sielanka i znów kopnie cie w tyłek...wtedy co powiesz córce...? przestań marudzić i płakać nad sobą, odejdź od faceta bo i tak miłość po tym co przeszłaś już nie wróci i weź się za ratowanie tamtego związku...zanim tamten da sobie z tak niezdecydowana babą spokój.Chcesz być szczęśliwa to się wysil i zacznij działać...albo jęcz sobie dalej jak to ci źle.
73 2010-12-03 14:57:59 Ostatnio edytowany przez agnieszkam1 (2010-12-03 15:05:50)
Wiem, zrobiłam zle...
Tesknie za Marcinem, chciałbym byc z nim, ale nie mam powodu by zostawic byłego. Nie daje mi jakichs wiekszych powodów. Więc co ja mu powiem??? Ze mi sie znudzilo? I co powiem córce? Przeciez wiem, ze cale zycie mialaby ona i ja tez swiadomosc ze zostawiłam/rozbiłam rodzinę dla innego faceta. Poza tym poukladalismy opieke, finanse, oplaty i to też by runęło. I dokąd pójdzie mój były... Wynajmowal mieszkanie, po przeprowadzce zrezygnował...echhh. Nie umię tego zniszczyć, wyrządzić takiej krzywdy innym. Tylko zal i poczucie przegranego zycia wciaz we mnie tkwi. Teraz dochodzi jeszcze zazdrość o Marcina, o to ze moze byc z kims innym, ze inna moze go miec, ze dla niej bedzie taki jak dla mnie, ze wszystkie jego sukcesy beda przeżywane z kims innym. Straszne to uczucie...straszne:(((((
Ale wiem, ze nie da sie utrzymac sie Marcina przy sobie i nie zniszczyc rodziny. Kocham Marcina...to wiem...naprawde to wiem...
nie masz powodu by go zostawić? a np. brak miłości, bolesne przeżycia jakie ci zafundował, brak zaufania, miłość do innego...to chyba dobre powody?Nie rozbiłabyś rodziny...wy i tak jesteście fikcyjną parą- on przy tobie a ty myślami i sercem z innym-oszukujesz jego i siebie. Nie mowie że będzie łatwo...ale jeśli zostaniesz z obecnym to ty wykończysz się psychicznie, a Marcina zobaczysz...za jakiś czas z inną za rękę...Ja bym nie mogła żyć z facetem którego nie kocham...tak długo nie da rady...a szansa na szczęście ominie cie szerokim łukiem.
Ja jestem głupia, naiwna, na wszystko sie godzę...
Tworzę, buduję związek z byłym, Marcin się oddala, ale nie zatrzymuję go. Były się stara, naprawdę jest inny niż kiedyś. Śpimy razem, nawet nie jest źle. Nie narzuca mi własnego zdania jak kiedyś, cały czas powtarza, że nie dopuści by było jak dawniej. Że przemyślał i wie na czym polega związek. Zajmuje się małą, mną, jest oparciem. Nie umiem i juz chyba nie chcę tego psuć. Przyzwyczaiłam się i powoli zdobywa moje zaufanie. Wierzę, że będzie dobrze. Szkoda mi Marcina, ale nic nie poradzę. Pozostaje życzyć mu wiele szczęścia, choć wiem, że jego szczęście bardzo mnie będzie bolało...
Mam nadzieję, że były się juz nie zmieni, nie chcę już cierpieć, naprawdę.
Strasznie mi smutno....płaczę, płaczę...
Zapytałam Marcina o wieczór mikołajkowy. Napisał, że udany. Ze dostał czapkę od Mikołaja.
Strasznie się czuje, zrobiłam mu wyrzuty...jest mi tak smutno.
Cały czas myślę o nim...
Agnieszko już mi szkoda słów, podjęłaś decyzję niby jest ok a tu teraz taki post, jeszcze trochę dziecko będzie miało ojca ale straci matkę, bo wybacz ale jeszcze trochę a wpadniesz w porządną depresję.
Wybacz, ale ci nic więcej mądrego nie doradzimy...tu jęczysz jaka to jesteś nieszczęśliwa, stęskniona za tym drugim, ale od męża nie odejdziesz... bo szkoda wygodnego życia
Brak działania- brak zmian. A Marcinowi daj już spokój, skoro nie zamierzasz z nim życia sobie układać to daj mu "wolną rękę" i niech facet z inną buduje swoje szczęście.
Realnie piszecie dziewczyny, ale ja rozumiem Agnieszkam1.......Może i jęczy, użala się, ale rozumiem ją. Ma dziecko, które jest szczęśliwe kiedy ma ojca przy sobie, ona z kolei jakoś pewnie też odnajduje w tym powrocie męża szczęście, ale zaznała już innego życia bez niego. Ktoś zaczął dbać o nią, kochać, adorować, doceniać i to jest miłe, budujące, bo kobiety "porzucone" mają strasznie niską samoocenę. Na pewno nie jest jej łatwo odnaleźć się a nowo w tym wszystkim, bo gdzieś w jej głowie nadal jest to , co mąż jej zrobił, a ciężko jest to wyplenić, bardzo........chyba, że jest miłość ponad wszystko. Ciężko jest podjąć decyzję o "zabraniu" ojca dziecku, znów, kiedy już się niedawno nacierpiało. Nie wiem czy ma sens trwanie w takim związku, pewnie i nie, ale ona (wybacz Agnieszko, że tak piszę o TOBIE)nie chce wziąć na siebie ciężaru kolejnego rozpadu tego związku, to jest jak w filmie-jest mąż, ale jest też ktoś, kto dał jej bardzo wiele, kiedy potrzebowała........
80 2010-12-08 00:17:07 Ostatnio edytowany przez Alexytymia (2010-12-08 00:18:29)
Wiem, że to cholernie trudne...ale ten facet już raz skrzywdził ją i swoje własne dziecko...a teraz wrócił do wygodnego życia....sorry nie wierze w jego metamorfozę ...minie rok, dwa, może trzy i znów poczuje chęć "poużywania sobie", sama pisze że męża nie kocha...no to co to za związek? dziewczyna psychicznie się wykończy, a być może prawdziwa miłość przejdzie jej koło nosa. Czasem lepiej zakończyć martwy związek niż kazać dziecku dorastać w fikcyjnej rodzinie...ile dadzą radę udawać? to chora sytuacja..szkoda mi dziecka, kiedyś się skapnie, że jej dom od innych bardzo się różni...bo nie ma w nim miłości między rodzicami. I nikt nie jest odbieranie dziecku ojca...po rozstaniu może dalej spotykać się z córka, kochać ją, spędzać z nią czas...tu chodzi też o szczęście Agnieszki, która skazała siebie na męczarnie z byłym mężem, rezygnując ze związku w którym była szczęśliwa...i jak się nie obudzi to jej miłość zniknie...do końca życia patrząc na męża będzie myśleć o tamtym, o tym co straciła...to nie jest normalna sytuacja. Tak, czy tak postąpi łatwo nie będzie...ale w którąś stronę musi pójść bo inaczej załamie się psychicznie.
Alexytymia.....szkoda, że i Agnieszka..(i ja) nie umie podjąć takich decyzji.....
82 2010-12-09 09:23:35 Ostatnio edytowany przez agnieszkam1 (2010-12-09 09:38:44)
Widziałam wczoraj Marcina po drodze na kawę z koleżanką (ja z kolezanka), zamieniliśmy kilka zdań, napisaliśmy kilka smsów. Rozmawiałam z koleżanką, o mnie, o Marcinie...strasznie mi smutno. Powiedziała, że chyba powinnam mimo wszystko pomysleć trochę o swoim szczęściu, a patrzę tylko na innych. Dlaczego jest tak, ze nie ma rozwiązania, które wszystkich by zadowalało. Dlaczego nie widzę i chyba nie dopuszczam drogi wyjścia i trwam udając i wierząc że "jakoś to będzie", że "tak już musi być...". Poplakałam sobie w poduszkę, co mam zrobić...tylko to mi pozostało. Ryczę znów...
Marcin wie, ze wyjezdzam na swieta do rodzicow...
Spotkalam sie z nim bo chciał. Zaczęłam trochę mowic o nas.
Powiedział, że:
jest konkretnym facetem i zawsze byl. Ze nie doszedł by do tego kim jest i co ma gdyby tak nie było. A ostatnio zachowuje się jakby bylo inaczej. I że kiedy mówi, ze kocha to kocha. Ze nie musi sie zastanawiac Powiedzial, ze nie ma sytuacji nie do odkręcenia. Że rozumie moje decyzje, że sam pewnie zrobiłby podobnie z braku nadziei...ale można to zmienić jeśli się chce. Ze zawsze mogę powiedzieć, że ja nie umiem, nie daje rady i meczymy sie oboje z byłym, nie dając sobie szczęścia. I on wie, ze moze byc glowa rodziny i chce być glowa rodziny, a nie kimś "drugim", z boku. I zawsze możemy być szczesliwi razem, bo nas na to stać. A jeśli ma byc tak jak jest, to on jednak musi przeprosić i odejsć...bo nie takie mial marzenia i nie tak planował swoje życie z mną, mimo, że gdzieś tam w sobie i nie mówiąc tego na głos. Ze jesli bedzie tak, to zameczymy siebie oboje i zatrzemy wszystko co piękne miedzy nami...
Boże, co ja mam myślec, co ja ma zrobić....Nie nalegał na odpowiedź. Powiedział zebym sie zastanowiła i odpowiedziala jak bede gotowa...
fajny i konkretny facet z tego co napisałaś i do tego jeszcze na ciebie czeka,
aż mi brak sił na Ciebie
Co masz zrobić? skończ się użalać nad sobą i albo zostaw swojego pseudo męża i zwiąż się z Marcinem...albo męcz się dalej w swoim patologicznym związku i temu drugiemu daj mu odejść żeby sobie facet mógł spokojnie życie z inną ułożyć.
86 2010-12-19 22:02:54 Ostatnio edytowany przez agnieszkam1 (2010-12-19 22:04:42)
Patrzylam dzisiaj na corke i ojca. Nie umiem tego zniszczyć. Nie po to dalam szanse i tak postanowiłam, żeby teraz to odkręcać. Poukładałam swoj swiat. Długo przekonywałam rodziców, by zrozumieli moj wybór. Teraz co powiedzą:"dziewczyno, jaka jestes niedojrzała". Poza tym były jest "idealny" ostatnio. Nie mam absolutnie do czego sie przyczepić, pomaga, stara się, nie narzuca, spełnia wszystkie obowiązki których sie podjął...nie mam więc powodów do zmian. Co ja powiem...odwidziało mi się. Ostatnio chodziłam smutna i zapłakana przez Marcina. On powiedział, że nie muszę tłumaczyć mu swoich łez, bo wszystkiego kiedyś się tylko domyślał, a teraz to już chyba wie. Myślicie, że wie o mnie i Marcinie? Koleżanka powiedziała, że kiedy poczuje, że "wygrał" z Marcinem to znow zacznie sie piekło. Ze jest idalny bo musi sie starać, by nie przegrać. Ostatnio miałam być w domu o 21. Wiedział, że jestem z Marcinem i że jade do Marcina. Wróciłam o 21:12...był strasznie zły. Powiedział, że "co ze mnie za matka, że córka czeka na buziaka na dobranoc, a mnie nie ma". Pewnie miał rację:(
Strasznie się czuję, ale nic nie mogę zrobić. Poswieciłam się i właśnie patrze na córkę... cieszę się ze ma ojca...
no to życzymy dużo szczęścia...nic ci nic nikt nie doradzi, bo jak sama piszesz decyzje podjęłaś. Mam nadzieje, że mąż zmienił się na dobre i już nigdy cie nie skrzywdzi.
Boje się, że kiedy poczuję, że Marcina tak naprawdę nie ma...to tęsknota mnie wykończy...
wiatj zgadzam sie z dziewczynami pomysl przede wszystkim o sobie??nie wiesz co on robil z kim..nie interesowal sie czy ty sobie poradzaisz czy malej czegos nie brakuje..a jesli minie rok dwa i sytuacja zacznie sie powtarzac??sama mam dziecko jestem po rozwodzie i wiem ze gdybym tkwila w tym bagnie to moje dziecko tez nie bylo by szczesliwe widzac nasze klutnie itp.. zycze ci duzo wytrwalosci i zastanow sie czy nie warto dac szansy swojemu partnerowi a nie mezowi??? trzymaj sie
Alexytymia.....szkoda, że i Agnieszka..(i ja) nie umie podjąć takich decyzji.....
to nie jest nieumiejetność podejmowania decyzji , a raczej obawa przed tym nieznanym !
ale dlaczego zakładamy obawę jednoczesnie odrzucajac szanse poprawy jakosci naszego życia !
uzalezniamy sie od cierpienia nauczylismy sie z nim żyć , a to jest nam znane bardzo dobrze najwyżej
pocierpimy jeszcze raz, i kolejny zaciśniemy zęby itd.
Ematyk-myślę, że to co piszesz to prawda, której obiektywnie się nie widzi, albo nie chce się do niej zwyczajnie przyznać, jeśli tkwi się w "bezpiecznej, znanej sobie teraźniejszości". Ale czy warto zaciskać te zęby?!
92 2010-12-24 00:11:09 Ostatnio edytowany przez agnieszkam1 (2010-12-24 00:14:13)
Ja nie mogę powiedzieć, ze zaciskam zęby. Były się zmienil, a moze ja tez troche inaczej na niego patrzę...
Ma te swoje humory, ale idzie przezyc.Poza tym nie mam nic do zarzucenia...
Córka jest bardzo szczesliwa. Ja patrze poprzez nią...
Uporzadkowałam się, w koncu jakos patrze w przyszlosc. Nie powiem, ze go kocham. Po prostu tolerujemy sie, ja "obserwuje"...może to bardziej przyzwyczajenie i wdziecznosc ze mi pomaga. Kocham Marcina, to wiem...ale nie mogę go zatrzymać, nie moge pozwolic by czekał...bo nic nie umiem mu dać,obiecać to juz wogole, a moze zdarzyc sie tak, ze bedzie czekał bez celu:(
Witam Wszystkich!
Pisze,bo jestem pod wielkim znakiem zapytania.dzis mija pol roku jak nie zyje z mezem,mamy wspolnego 4 letniego synka.Rozstalismy sie m.Przez roin przez alkochol,ale glownym prowodyrem tego zamieszania byla tesciowa(tzw.mami synek)zawsze ona byla dla niego najwazniejsza,W styczniu minely 4 lata naszego malzenstwa ,2 lata temu w lutym zaczelo sie wszystko walic (zdrada)bylam w stanie wybaczyc i pozwolilam wrocic ale to co czulam w srodku bylo silniejsze (nienawisc),po powrocie zamieszkalismy razem ,wynajelismy mieszkanie ale coz dalej bylo wszystko na mojej glowie dla niego wazniejszy byl alkochol koledzy itp.w ubieglym roku w lipcu zamieszkalismy u tesciow,ja z nadzieja ze bedzie ok i ze wyjdziemy jakos na prosta i kupimy mieszkanie ale coz tesciowa jak to ona zawsze musiala dowalic do pieca i stalo sie po 3 tygodzniach wyprowadzilam sie z dzieckiem do rodzicow.Nie wspominajac ze maz stanal w jej obronie a do nas potrawfil powiedziec jeszcze wypier..ajecie.Zrozumialam ze nie ma sensu.Po krotkim czasie zaczelam spotykamc sie z kims wyjatkowym,z kims kto tez ma swojego syna byl w trakcie rozwodu ,ale mimo tego zaakceptowal nas tzn mnie i malego.dzis spodziewamy sie swojej pociechy,ale maz nadal chce wrocic,nie wiem co dalej syn strasznie jest za tata ale partner z ktorym teraz jestem tez jest przez niego akceptowany....co dalej??
Maz zmienil sie wiem ze nie pije i i twierdzi ze dziecko ktore nosze zaakceptuje czy tak moze sie faktycznie stac??
obawiam sie,ze przy najblizszej okazji to wygarnie.
A chcem wreszcie zyc normalnie ![]()
Agnieszka,
Zrobił się niezły jazz w Twoim życiu... Czytałem jak telenowelę dla znudzonych emerytek - wybacz!
Miałaś pełne prawo zakochać się w kimś innym. Ale życie okazuje się życiem (tylko i aż) i płata nam niechciane figle. Jednym z częstszych figlów jest ponowne schodzenie się małżeństw. Zwłaszcza, kiedy są dzieci. Przeczytałem cały Twój wątek, żeby znaleźć jedno zdanie:
Szkoda mi go, nie mial normalnego dziecinstwa, tez sie pogubil
Moim zdaniem należałoby przykleić temat "dorosłych dzieci" na górze tego działu i obowiązkowo dawać do czytania każdemu, kto chce coś napisać. Bo nasza niedojrzałość emocjonalna, zdrady i wiązanie się z trudnymi przypadkami właśnie stąd wynika.... I jest przyczyną destrukcyjnego (na różne sposoby) zachowania.
Ja wierzę w przemianę Twojego męża. ALE - nie wiem co dokładnie kryje się pod określeniem "nie miał dzieciństwa" - może ten rok Mu wystarczył na wydoroślenie, ale może potrzebować jeszcze pomocy - wtedy powinien podjąć terapię. Zazwyczaj kryzysu można spodziewać się chyba późną jesienią - to czas depresyjny dla wielu z nas. Poszukajcie pomocy, dopóki jest czas.
Rozumiem Twoje rozterki, nikt z nas nie jest doskonały. Ale po drodze wybieramy i ponosimy tego konsekwencje. Czy chcemy - czy nie. Mam wrażenie, że u Ciebie też jest sporo do posprzątania, do wydoroślenia.
Kiedyś zakochałaś się w mężu - czy tak było?
mam podobny dylemat tyle tylko ze ja mam 55 lat bylo b. zle odszedl do kochanki zalozyl sprawe o rozwod zostawil mnie bez sirodkow do zycia wrocil bo sie okazalo ze ona chce nasz dom a nie jego i okazalo sie ze to byla prostytutka z 2 dzieci 6 lat idorosla corka wszyscy go przed nia ostrzegali ale on mowil ze nie wazna jest jej przeszlosc liczy sie teraz stracil glowe .Jak zorjentowala sie ze ja nie zamierzam sie z domu wyprowadzic wyrzucila starego saryra byla duzo mlodsza,ico miotal sie probowal zrobic wszystko zebym zostawila mu dom nie zgodzilam sie teraz lize mi nogi zaluje wszystkiego kocha podobno/?jestesmy niby razem ale z perspektywy czasu zaluje ze sie zgodzilam na jego powrot nigdy mu tego nie wybadze a takie zycie jest do d'''''py nie wierze w zadne jego slowo chociasz bbbbbbbb sie stara dzicko nie marnoj sobie zycia zostaw go przed toba cale zycie z nim juz nigdy nie bedziesz szczesliwa tego sie nie zapomina na stare lata masz poczucie ze zmarnowalas tyle lat mlodosci ratuj sie zycze ci szczescia
Agnieszko,
Krzywdzisz swoje dziecko gorzej niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić. Ono patrzy jak płaczesz, czuje Twój smutek, żal i rozgoryczenie. Kiedyś sama byłam takim dzieckiem, które patrzyło na cierpiącą matkę i do dziś nie mogę sobie darować tego widoku, tych odczuć. Czułam sie winna, że nie mogę pomóc, że nie mogę "naprawić" mamy.
Podjęłaś niewłaściwą decyzję - dla siebie, dla dziecka, dla Marcina, dla byłego. Każdy cierpi, skrzywdziłaś wszystkich. Ale to jeszcze nie koniec. Jeszcze masz szansę to odwrócić. I powiem Ci, że jeśli tego nie zrobisz to wyniszczysz najpierw siebie, potem dziecko, a na końcu byłego, któremu też się znudzi harowanie w pracy i domu kiedy ty będziesz w depresji (jak widać u Ciebie z każdym dniem jest gorzej). Może się wyprowadzi, może będzie próbował odebrać Ci dziecko, a Ty będziesz cierpieć do końca życia, bo Marcin też przecież może kogos znaleźć i wtedy się nie podniesiesz po takim ciosie.
Więc przestań być tchórzem i użalać się nad sobą. Wracaj do Marcina. Taka miłość dwa razy się nie trafia. Ojciec może odwiedzać dziecko, jeśli nie będzie chciał to trudno. Lepiej bedzie małej w kochającej się rodzinie, niekoniecznie z biologicznym ojcem niż w wyrachowanej, zimnej, depresyjnej atmosferze rodzinnej z biologicznym ojcem.
WEŹ SIE W GARŚĆ! ODWAGI! WALCZ O SWOJĄ MIŁOŚĆ!
Nie czekaj na potknięcie byłego, żeby mieć powód - powiedz mu prawdę! Że nie dasz tak dłużej rady, że kochasz innego, że Cię to wyniszcza. Przyznaj, że popełniłaś błąd pozwalając mu wrócić. Nie bój się! Weź winę na siebie za podjęcie nierozważnej decyzji. Nie bądź głupią gęsią. Walcz o swoje szczęście, o kochającą się rodzinę, o mężczyznę, który jest miłością Twojego życia.
Koniec z użalaniem się - wracaj do Marcina.
Nie wroce juz do Marcina:( On chce odciąć się totalnie. Zresztą nie mozemy dojsc do porozumienia. On mówi,że nie umie byc moim kolega, przyjacielem, przynajmniej na razie. Nie potrafi patrzec na moja codziennosc przyklejajac usmiech. Mówi, ze to dla Niego zbyt trudne. Zapytalam czy kocha, powiedzial mi prosto w oczy, ze "tak". W jego oczach widzialam smutek. Nie rozumiem jednak dlaczego chce calkowicie zerwac kontakty. Czy jezeli sie kocha to nie jest sie z tym kims na dobre i zle, chocby jako przyjaciel. Ja kochalam i bylam ta druga przez tyle czasu, walczac o kazda chwilę. Nie moge wiec tego po czesci zrozumiec.Trochę walczyłam, wlasciwie dlugo. Po to by byl, choc czasami, choc na chwile,zebym nie zostala z tym wszystkim sama, zeby on tez czul, ze tyle o Nim mysle, ale teraz powiedzialam, niech bedzie jak chce Marcin. Chce się odwrocic to trudno. Nic nie poradzę. Czuje sie jak odstawiony w kat grat, jestem niepotrzebna, niewygodna, wiec Marcin tez sie odwraca. Nie potrafi zrozumieć, że obecna sytuacja to w duzej czesci tez jego wina, wiec dlaczego mi to robi. A obecna sytuacja z bylym. Jest poprawna tolerancja, ale nie jest zle. Przyzwyczaiłam się, patrzac na dziecko jestem szczesliwa. On sie stara. Sa rozne rodzaje milosci. To nie jest wybuchz fajerwerkami. Jest poprawnie. Tesknie za Marcinem, ale jednoczesnie czuje straszny zal i rozczarowanie. Czy to kiedys minie...echhhhhh.
Nie wroce juz do Marcina:( On chce odciąć się totalnie. Zresztą nie mozemy dojsc do porozumienia. On mówi,że nie umie byc moim kolega, przyjacielem, przynajmniej na razie. Nie potrafi patrzec na moja codziennosc przyklejajac usmiech. Mówi, ze to dla Niego zbyt trudne. Zapytalam czy kocha, powiedzial mi prosto w oczy, ze "tak". W jego oczach widzialam smutek. Nie rozumiem jednak dlaczego chce calkowicie zerwac kontakty. Czy jezeli sie kocha to nie jest sie z tym kims na dobre i zle, chocby jako przyjaciel. Ja kochalam i bylam ta druga przez tyle czasu, walczac o kazda chwilę. Nie moge wiec tego po czesci zrozumiec.Trochę walczyłam, wlasciwie dlugo. Po to by byl, choc czasami, choc na chwile,zebym nie zostala z tym wszystkim sama, zeby on tez czul, ze tyle o Nim mysle, ale teraz powiedzialam, niech bedzie jak chce Marcin. Chce się odwrocic to trudno. Nic nie poradzę. Czuje sie jak odstawiony w kat grat, jestem niepotrzebna, niewygodna, wiec Marcin tez sie odwraca. Nie potrafi zrozumieć, że obecna sytuacja to w duzej czesci tez jego wina, wiec dlaczego mi to robi. A obecna sytuacja z bylym. Jest poprawna tolerancja, ale nie jest zle. Przyzwyczaiłam się, patrzac na dziecko jestem szczesliwa. On sie stara. Sa rozne rodzaje milosci. To nie jest wybuchz fajerwerkami. Jest poprawnie. Tesknie za Marcinem, ale jednoczesnie czuje straszny zal i rozczarowanie. Czy to kiedys minie...echhhhhh.
Czy ty jesteś trochę niepoważna czasami ?? Chce się odciąć bo to cholernie boli, nie dziwię się mu. I mimo wszystko co innego jest być, tym lub tą drugą, mając mimo wszystko nadzieję na coś, a co innego jest być z kimś i zostać porzuconym nieistotne dla kogo i w jakich okolicznościach, bo nie zależnie jakie one są to boli tak samo. I w jakiej części to jego wina, za to że pozwolił ci dokonać wyboru i go starał się zaakceptować ??
Popieram >takie jest życie<
Zachowujesz się niedojrzale i niepoważnie.
Najpierw wybierasz byłego [kij wie czemu] i życie w ascezie, ubolewając jak Ci źle i jeszcze masz pretensje do byłego, że chce urwać kontakt.
Tak jak powiedziała >takie jest życie< :
"Co innego jest być, tym lub tą drugą, mając mimo wszystko nadzieję na coś, a co innego jest być z kimś i zostać porzuconym nieistotne dla kogo i w jakich okolicznościach, bo nie zależnie jakie one są to boli tak samo."
Mówisz, że nie wrócisz do Marcina. OK. Więc daj mu spokój i pozwól mu ułożyć sobie życie.
Obrazowo widzę to tak:
Masz fajną zabawkę, wyrzucasz ją biorąc jakąś inną, starą bo sentyment, bo dziecko. Mimo, że masz tą starą w nosie, a tą nową uwielbiasz. Robisz to na własne życzenie - wyrzucasz, a potem masz pretensje, że jakieś inne dziecko może ją wyjąć ze śmieci i nie będziesz mogła czasem śmietnika odwiedzać, żeby się nią pobawić.
witam serdecznie!!
U mnie sytuacja jest jak dla strasznie zawiła. To on mnie zdradził, zranił i oszukał. To przez niego czuję sie tak jak się czuję. Ale on nie chce byc ze mna, a ja z nim tak. Nie chę byc też z tamtą drugą. Ma problemy z którymi musi sie uporać. Chcę stoczyc się na dno , by nauczyć się odpowiedzialności. Chce dojrzeć. Musze dodać że przez całe zycie był lekkoduchem. Zawsze ktoś mu ratował tyłek. Powiedział że dlatego że mniekocha to musi pozwolic mi odejśc. Odeszłam tak jak prosił, ale nie wiem czy dam radę. Każdego dnia mam ochotę zadzwonić, pojechać do niego.
Może to głupie co teraz napisze ale jestm chyba skłonna mu wybaczyć:(