Bardzo Cię, Madoju, rozumiem i... przytulam.
Kiedyś już chyba opisywałam, jak ratowałam swojego futrzaka, w którym byłam po uszy zakochana, a straty którego zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić. Był z nami prawie 10 lat, właściwie był już wczesnym staruszkiem, kiedy go straciliśmy. Od jakiegoś czasu zwierzątko zachowywało się nieco inaczej niż do tej pory - było spokojniejsze, za to wciąż aktywne. Początkowo zrzuciliśmy to na karb wieku, w końcu zaawansowany wiek chyba każde zwierzę nieco wycisza. Przyszedł jednak taki moment, kiedy poczuliśmy się już zaniepokojeni, wtedy natychmiast pojechaliśmy po pomoc do weterynarza. Niestety diagnoza wskazała, że jest źle, w grę wchodziła nawet opcja uśpienia, ale sam weterynarz uznał, że z tym zawsze zdążymy, a warto spróbować wzmocnić organizm, a potem poddać pupila operacji, która potencjalnie mogła mu jeszcze uratować życie. Kilka dni z rzędu podawaliśmy leki, jednej nocy właściwie nie spałam dozując co dwie godziny tzw. karmę ratunkową, opiekowaliśmy się nim najbardziej troskliwie, jak daliśmy radę.
TEGO dnia rutynowo już w tamtym okresie wróciłam od weterynarza, akurat coś drgnęło, wydawało się, że idzie ku lepszemu, a że był mróz, to przyniosłam pupila w transporterku do domu i sama szybko zbiegłam do apteki, którą mam dosłownie na przeciwko mieszkania, więc zajęło mi to może 5 minut. Weszłam, najcieplej jak umiałam zaczęłam do niego mówić, że zaraz dostanie kropelki, że będzie lepiej, po czym podeszłam i... jego ciałko było jeszcze ciepłe, ale już martwe.
Nie chciałabyś widzieć histerii, w jaką wpadłam. Usiadłam na podłodze, właściwie to prawie się skuliłam i dosłownie wyłam. Wcześniej zadzwoniłam do syna, do męża z informacją co się stało. Widząc moją rozpacz już mieli łzy w oczach, a przecież każdy też był do malucha przywiązany.
Kochałam to maleństwo od pierwszego wejrzenia i bezwarunkowo, potem długo walczyłam z wyrzutami sumienia, że może coś przeoczyłam, coś źle zrobiłam, na koniec, że wyszłam na tych kilka minut i kiedy odchodził, to mnie przy tym nie było. Nie wiem, może on to tak czuł, że powinien odejść właśnie wtedy?
Przepraszam, że to opisuję, bo może wcale nie pomaga, ale chciałam napisać, że bardzo Cię rozumiem i że jest mi ogromnie przykro.
Chcę też napisać, że traciłam bliskich mi ludzi i wcale nie uważam, że to się jakoś da ze sobą porównywać i temu bólowi po starcie pupila umniejszać.