Męczy mnie fakt, że mimo posiadania jakichś relacji, większość z nich mnie ogranicza. Nie mam się komu wygadać, przy kim być w pełni swobodna. Zawsze jestem tą, która jest z tylu.
Jest to męczące, biorąc pod uwagę, że nawet ostatnio zostałam zaatakowana, mimo że ktokolwiek inny, w tej sytuacji zostałby potraktowany łagodniej.
A chodziło o to, że powiedziałam jednej znajomej, co usłyszałam od innych na jej temat. To były tylko cytaty, w głosie miałam raczej troskę, chciałam pomóc.
Na dzień dobry za to, usłyszałam, że zdradziłam ją i jej przyjaciółkę, że chce to wszystkim rozpowiedzieć i w ogóle nimi gardzę. Żadnego pytania- dlaczego to powiedziałam, spytania się o intencje.
Kurde, znam siebie i wiem, że jak już mówię komuś coś niemiłego, to na ogół z dobrych intencji. Znam siebie na tyle, że wiem, że po co jej to powiedziałam. Aby pomóc.
Wiem, że popełniam błędy, wiem że robię wiele rzeczy nie tak. Mam jednak wrażenie, że inni mają mimo wszystko łatwiej.
Czuję po prostu, że ludzie mi nie ufają, nie związują się ze mną, podejrzewają o złe intencje. Są przy mnie sztywni, albo poważni. Jak już zrobię coś nie tak, to czuję większy atak niż powinien.
Mimo, że pokazuje, że rzadko kiedy mam złe intencje, że szybko staram się otworzyć. A i tak, jest na ogół odwrotnie i jak już się otworzę, to jest tylko gorzej.
Mam paru znajomych oczywiście, ale nie dajemy sobie tyle, ile trzeba.
Kiedy to się skończy?