Co to znaczy żyć? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Strony Poprzednia 1 42 43 44 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 2,796 do 2,860 z 2,870 ]

2,796 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-09-06 21:13:36)

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Raz już napisałam, że widzę to inaczej, dodając, że skoro Ty masz jedyną słuszną wersję na to zagadnienie, to nie czuję potrzeby, aby z Tobą polemizować. Błędnie odczytałeś, do czego się to odnosiło, dlatego wyjaśniałam, ale trzymam się wersji, że nie będę Cię do niczego przekonywać. Nie będę, bo to nie ma sensu.

Nie, to nie jest jedyna sensowna teoria. To jest jedyna, którą jesteś w stanie do siebie dopuścić.

Idealizujesz nie ją, tylko własną desperację. Z osoby, która nie była z Tobą szczera, siedzi w więzieniu i obecnie nawet nie szuka z Tobą kontaktu, zrobiłeś sobie symbol utraconego szczęścia. To nie jest miłość. To jest rozpaczliwe dorabianie sobie legendy do własnej samotności.

Jeśli ktoś wprost deklaruje, że jego parterka nie spełnia pewnych ważnych dla niego kryteriów i że obawia się samego siebie, co się zdarzy, jeśli pojawią się większe możliwości (czytaj: dostępne staną się bardziej atrakcyjne kobiety), to sorry, ale to ja przesadziłam czy jednak Ty usiłujesz wypierać się swoich własnych odczuć.
Zresztą po tych słowach co najmniej kilka osób zwróciło Ci wówczas uwagę, że wyraźnie jesteś z nią tylko dlatego, że to była jedyna możliwość, a nie dlatego, że ją świadomie wybrałeś.

I naprawdę nie chodzi mi o to, żeby Cię tym teraz atakować, ale żeby pokazać, jak bardzo zakrzywiasz rzeczywistość.

Chyba masz rację, wątpię by jakaś inna wersja mnie przekonała.

A jaka według ciebie byłaby inna sensowna teoria tego, że ona nie szuka kontaktu?

Nadal nie wiem czym jest miłość więc nie potrafię na to odpowiedzieć. To jest symbol utraconego szczęścia. Nigdy nie czułem się szczęśliwszy niż będąc w tym związku.

W zacytowanym fragmencie nie było nic o "wymianie" dziewczyny. O nie spełnianiu ważnych kryteriów też nic nie było. O wyborze pisałem wprost, że to był jedyny jaki miałem więc wybrałem. Gdybym kiedykolwiek miał jakiś inny wybór może rozumiał bym dlaczego to co wtedy napisałem ale nie miałem. Skorzystałem z jedynej okazji jaka kiedykolwiek mi się nadarzyła. Czy nie skorzystanie z niej nie byłoby jeszcze gorsze?

sebastiannn napisał/a:

Mówisz o kwestiach prawnych i bezpieczeństwie. Czyli bierzesz pod uwagę, że ma mniej niż 15 lat? Powiem szczerze, że brzmi to fatalnie.

To, że podobają Ci się atrakcyjne kobiety świadczy tylko o tym, że jesteś zdrowym facetem. To zupełnie normalne. Jednak czytając Twoje posty, również wcześniejsze widać, że problemem dla Ciebie jest też brak zaspokojenia seksualnego. To nie jest korzystne dla psychiki, jeśli dla kogoś to ważna część życia i brak tego powoduje frustracje to również rzutuje na inne dziedziny życia. Jeśli odczuwasz problem masz kilka rozwiązań, na pewno lepiej coś wymyślić aby przynajmniej zmniejszyć frustracje.

1. Zacząć REALNIE szukać dziewczyny. Nie musisz od razu wchodzić w związek, możesz pomyśleć o jakimś układzie, luźna znajomość. Na początku może to nie być proste, ale jakbyś się przełamał i zaczął zagadywać do większej ilości dziewczyn bez analizowania to w końcu któraś się Tobą zainteresuje.

2. Widziałem Twój temat w którym opisywałeś swoje wizyty w salonach. Da się odczuć, że bardzo Ci się podobało, również w tym temacie pisałeś, że byłeś bardzo zadowolony. Wydaje mi się, że z jednej strony chcesz wychodzić na porządnego, a z drugiej jednak ciągnie Cie do tego. Widać to było w postach w których broniłeś jak niepodległości tezy, że to nie jest usługa seksualna, tylko relaksacyjna czy tam zwał jak zwał. Więc kolejną opcją jest wznowić wizyty w salonach lub u prostytutek. Nie wiem czy to dobra opcja, po prostu ją wymieniam jako jedną z.

3. Mówisz, że to jedna z największych porażek biologi, że nie da się tego wyłączyć. No samemu się może nie da bez naprawdę silnej woli, ale jest farmakologia która może w dużym stopniu wyłączyć popęd.

99,99% ludzi nic (długoterminowo) nie wnosi do świata i nikt ich nie zapamiętuje. Ileś lat po śmierci człowieka jest taki moment, że już nikt nawet nie wie, że taki człowiek kiedykolwiek istniał, wtedy to już jest całkowity niebyt i to dotyczy praktycznie wszystkich.

No i taka praca byłaby dla Ciebie super. Mając fajne atrakcyjne koleżanki może poczułbyś się lepiej.

Tego akurat nie brałem pod uwagę. Karnet na siłownię można kupić od 16 roku życia. Miałem na myśli, że ma raczej coś koło 18 lat co wciąż jest dość dużą różnicą wieku w porównaniu do mnie.

Wolałbym żeby się nie podobały, może by trochę mniej bolało. Oczywiście, że brak zaspokojenia seksualnego jest problemem. Z całą pewnością ma to negatywny wpływ na moją psychikę. Dlatego pisałem, że będąc z dziewczyną czyli mając w miarę regularne kontakty seksualne miałem o wiele czystszy umysł i byłem spokojniejszy, czułem się ogólnie lepiej.

Jedynie punkt 1 byłby możliwy do wykonania. Co dokładniej rozumiesz poprzez luźny układ? W zwykłej znajomości lub koleżeństwie raczej nie na miejsca na kontakty seksualne. Poza tym zawsze mnie zastanawiało jak ludzie wchodzą w takie dziwne układy, wyszukują się przez internet jak na stronach z prostytutkami?

Na masaże jak i korzystanie z płatnych usług mnie nie stać nawet gdybym chciał, a nie chcę. To nie tylko nie pomoże ale najprawdopodobniej sprawi, że będę się czuł jeszcze gorzej. Nie wspominając już o tym, że pewnie nawet nie będę fizycznie w stanie.

Pytałem psychiatry o takie leki ale powiedziała, że mi ich nie da bo to też nie pomoże na dłuższą metę, a mogą być uzależniające.

Większość ludzi żyje dla dwóch rzeczy. Albo dla rodziny albo dla pracy/kariery. Tak samo są dwa sposoby by czyjeś istnienie miało jakiś sens. W obu przypadkach chodzi o bycie zapamiętanym. Pierwszy to mieć rodzinę i kontynuować ją tak by potomkowie pamiętali, chodzili na cmentarz itd. Drugi sposób to dokonać czegoś wielkiego tak by ogólnie społeczeństwo pamiętało. Tak naprawdę każdy człowiek żyje dla jednej z tych rzeczy. Ja obecnie nie mam żadnej.

Nie sądziłem, że jakakolwiek praca związana ze szpitalem czy w ogóle z miejscami o przeznaczeniu medycznym jest możliwa bez specjalistycznych studiów.

Bert44 napisał/a:

Ty watpisz a ja wiem. Jak nie spróbujesz nie dowiesz sie. Uwazam ze cokolwiek

Jeszcze z takich lekkich rzeczy przecwiczylbym 2 zdania wypowiadane do rodzicow:
- nie powiem bo jestem dorosly i to moja sprawa. Ja sam decyduje

Wątpliwości będą chyba zawsze, trzeba chyba spróbować działać mimo wątpliwości.

Terapeutka mówi to samo o ćwiczeniu takich zdań.

Bert44 napisał/a:

A moze jest nauczycielka? smile

Zalezy co masz na celu mowiac "zagadac". Na Twoim miejscu odpuscilbym na ta chwile cel matrymonialny i zrobil to o czym pisze wielu osob.  Male kroczki dla pokonania swoich lekow i lepszego samopoczucia. Dla nabrania wiatru w skrzydla. Dla beki. Dla zagadania. Cos lekkiego i neutralnego. Zebys mogl jej i innym osobom na silowni wchodzac mowic : cześć.  I mogl cos do tego czasem dorzucic. Ludzie nie przychodza tam na ploty ale jedno zdanie wymienic kazdy moze. I zagadaj czasem rowniez do faceta

To możliwe, na oko nie idzie stwierdzić ile może mieć lat. Wygląda młodo więc może nie mieć nawet 20 lat ale widziałem już 25 latki wyglądające równie młodo.

Właśnie tego jak na razie najbardziej bym chciał żeby mówić "cześć". Ale nie ukrywam, że cel matrymonialny też w tym jest. Nie wiem czy w ogóle potrafię zagadać do dziewczyny w celu innym niż matrymonialny. Z facetami już parę razy rozmawiałem.

Priscilla napisał/a:

Ty tak serio? Po co do sprzątania i ewentualnie wykonywania czynności pomocniczych studia medyczne? Wystarczy wykształcenie podstawowe oraz przeszkolenie i to wszystko.

Jeśli celem tego ćwiczenia ma być nauka zdrowego stawiania rodzicom granic, można by je nieco przesunąć z defensywy w asertywność, na przykład: "Nie chcę o tym rozmawiać. Jestem dorosły, sam za siebie odpowiadam i sam podejmę tę decyzję.” lub w wersji "Podjąłem już tę decyzję i nie zmienię zdania".
Ewentualnie nieco łagodniej: "Rozumiem, że się interesujesz, doceniam to, ale to moja sprawa i sam o tym zdecyduję."
Tylko tyle i aż tyle.

Jak pisałem nie sądziłem, że w takich miejscach jest jakakolwiek praca dla kogoś bez specjalistycznych studiów.

Tylko tyle i tak ciężko to zrobić.

Zobacz podobne tematy :

2,797

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Chyba masz rację, wątpię by jakaś inna wersja mnie przekonała.

Dlatego pewnych zagadnień nie ma sensu w ogóle podejmować, jeśli druga strona jest zamknięta na jakiekolwiek argumenty.

Shinigami napisał/a:

A jaka według ciebie byłaby inna sensowna teoria tego, że ona nie szuka kontaktu?

Poprzednio napisałeś, że jedynym sensownym wyjaśnieniem jest, żeby Cię w to nie wciągać, żebyś nie miał problemów, ale równocześnie wciąga w to swoją siostrę i przyjaciółkę?
Z sensem brzmi sporo możliwości, na przykład to, że po prostu nie chce tego kontaktu. Dla mnie brzmi to bardzo prawdopodobnie, jeśli wziąć pod uwagę, że także inne osoby objęły temat zmową milczenia. One, bo to dziewczyny, wiedzą, co się dzieje, Ty nie.

Shinigami napisał/a:

W zacytowanym fragmencie nie było nic o "wymianie" dziewczyny. O nie spełnianiu ważnych kryteriów też nic nie było.

No błagam, Shini...
Nie musiałeś napisać wprost: "moja dziewczyna nie spełnia warunków, które uważam za atrakcyjne”. Wystarczyło, że kilka razy podkreślałeś, że martwi Cię jej niespełnianie określonego wzorca, a przy tym wprost napisałeś, że podobają Ci się "wszystkie te podrasowane kształty", Insta-modelki i gwiazdy OF oraz że boisz się, że przez to nie będziesz potrafił docenić swojej dziewczyny tak, jak na to zasługuje. To naprawdę nie wymaga tłumacza.

Możesz teraz spierać się o to, czy padło dokładnie takie czy inne stwierdzenie, ale nie możesz udawać, że nie przekazałeś właśnie takiej treści. Próbujesz ratować się semantyką, choć to jest zwykłe czepianie się literalnego brzmienia własnych słów, kiedy ich sens jest aż nadto czytelny i robienie z innych idiotów, żeby wycofać się z tego, co się wcześniej napisało.

2,798 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-06 23:59:10)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Tylko tyle i tak ciężko to zrobić.

A ciężko, bo?
Ja uważam, że to jest bardzo, bardzo proste. Naprawdę. Wystarczy spiąć się i wypowiedzieć tych kilka słów w chwili, kiedy poczujesz, że nie chcesz się z czegoś tłumaczyć.
Weź też pod uwagę, że jak nie zaczniesz stawiać rodzicom granic, to NIGDY nie zauważą, że stałeś się dorosły i masz pełne prawo do swojego życia, włąsnych spraw i prywatności.

2,799

Odp: Co to znaczy żyć?

Minęła północ i nie mogę już nic dopisać do poprzedniego posta.

Shinigami napisał/a:

Właśnie tego jak na razie najbardziej bym chciał żeby mówić "cześć".

W takich miejscach elementarna kultura wymaga, żeby na wejściu mówić do innych "cześć". Podobnie, jak wówczas, gdy wchodzi się do sklepu, windy, mija kogoś na klatce schodowej - także obcym mówi się przecież "dzień dobry". Nawet jak biegam i mijam innych biegaczy na ścieżce albo chodzę po górach, to się witamy. Jak powiesz jej "cześć" to będzie to zupełnie naturalne.

Shinigami napisał/a:

Ale nie ukrywam, że cel matrymonialny też w tym jest. Nie wiem czy w ogóle potrafię zagadać do dziewczyny w celu innym niż matrymonialny.

Ale Ty wiesz, że tym przegrywasz? Mam tu na myśli, że to się wyczuwa i zdecydowanie nie działa to na Twoją korzyść.

2,800

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Poprzednio napisałeś, że jedynym sensownym wyjaśnieniem jest, żeby Cię w to nie wciągać, żebyś nie miał problemów, ale równocześnie wciąga w to swoją siostrę i przyjaciółkę?

Z sensem brzmi sporo możliwości, na przykład to, że po prostu nie chce tego kontaktu. Dla mnie brzmi to bardzo prawdopodobnie, jeśli wziąć pod uwagę, że także inne osoby objęły temat zmową milczenia. One, bo to dziewczyny, wiedzą, co się dzieje, Ty nie.

No błagam, Shini...
Nie musiałeś napisać wprost: "moja dziewczyna nie spełnia warunków, które uważam za atrakcyjne”. Wystarczyło, że kilka razy podkreślałeś, że martwi Cię jej niespełnianie określonego wzorca, a przy tym wprost napisałeś, że podobają Ci się "wszystkie te podrasowane kształty", Insta-modelki i gwiazdy OF oraz że boisz się, że przez to nie będziesz potrafił docenić swojej dziewczyny tak, jak na to zasługuje. To naprawdę nie wymaga tłumacza.

Możesz teraz spierać się o to, czy padło dokładnie takie czy inne stwierdzenie, ale nie możesz udawać, że nie przekazałeś właśnie takiej treści. Próbujesz ratować się semantyką, choć to jest zwykłe czepianie się literalnego brzmienia własnych słów, kiedy ich sens jest aż nadto czytelny i robienie z innych idiotów, żeby wycofać się z tego, co się wcześniej napisało.

Siostra ogarnia całą tą sprawę, to ona wzięła prawnika itd. Nie dało się jej nie wciągnąć. Przyjaciółka z tego co wiem to sama się zgłosiła myśląc, że w czymś pomoże.

Z tą zmową milczenia faktycznie coś może być, jestem prawie pewny, że coś przede mną ukrywają. Nie uwierzę w złe intencje dziewczyny, siostry i przyjaciółki mogę uwierzyć ale nie jej. Jeśli nie chce kontaktu to dlatego, że czuje się winna lub jej wstyd przez to co się stało. Dlatego też obawiam się, że nawet po wyjściu nie będzie chciała się ze mną skontaktować. Podejrzewam, że ona chce bym o niej zapomniał.

Jak dla mnie to wciąż nie oznacza żadnej "wymiany". Poza tym to pierwsza dziewczyna, nie wiedziałem jak to wszystko działa. Nie wiedziałem o wciąż nie wiem czym jest miłość. Nie wiedziałem jak powinienem ją właściwie docenić. Wszystkiego uczyłem od się od zera. Jak pisałem te warunki pełnej atrakcyjności są niemożliwe do spełnienia bo taka dziewczyna nie istnieje. Ona nie była doskonała i taka mi się podobała.

Nie zamierzam nawet próbować się z tego wycofywać. Ona powiedziała o mnie to samo. Ja też nie byłem dla niej idealny i też powiedziała, że taki jej się podobałem.

Priscilla napisał/a:

A ciężko, bo?
Ja uważam, że to jest bardzo, bardzo proste. Naprawdę. Wystarczy spiąć się i wypowiedzieć tych kilka słów w chwili, kiedy poczujesz, że nie chcesz się z czegoś tłumaczyć.
Weź też pod uwagę, że jak nie zaczniesz stawiać rodzicom granic, to NIGDY nie zauważą, że stałeś się dorosły i masz pełne prawo do swojego życia, włąsnych spraw i prywatności.

Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo to może być trudne. Jak ktoś od zawsze żył w trybie niewolnika i nawet nie próbował się sprzeciwiać nawet coś tak pozornie prostego może być nieosiągalne.
Nie jesteś pierwszą osobą, która mówi o stawianiu granic. Nigdy nawet nie próbowałem tego robić, samo myślenie o tym wydawało się złe. Zdaje się, że postawiłem sobie warunek, że to prawo uzyskam tylko jak zmienię otoczenie.

Priscilla napisał/a:

Minęła północ i nie mogę już nic dopisać do poprzedniego posta.

W takich miejscach elementarna kultura wymaga, żeby na wejściu mówić do innych "cześć". Podobnie, jak wówczas, gdy wchodzi się do sklepu, windy, mija kogoś na klatce schodowej - także obcym mówi się przecież "dzień dobry". Nawet jak biegam i mijam innych biegaczy na ścieżce albo chodzę po górach, to się witamy. Jak powiesz jej "cześć" to będzie to zupełnie naturalne.

Ale Ty wiesz, że tym przegrywasz? Mam tu na myśli, że to się wyczuwa i zdecydowanie nie działa to na Twoją korzyść.

Luz, limitu postów nie ma.

Mam nadzieję, że na następny raz mi się to uda. Dziś wielokrotnie się przymierzałem żeby do niej zagadać przez co mogłem wyjść na creepa. Teraz będzie jeszcze trudniej ale nie chciałbym żeby przede mną uciekała lub co gorsza mieć jakichś problemów prawnych. Jeśli uda mi się zagadać przy następnej okazji to ją przeproszę za gapienie się podczas tych prób zagadania. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie ucieknie na mój widok lub nie oskarży mnie o coś.

Wiem i dziś ponownie się o tym przekonałem. Nie wiem czemu to działa na niekorzyść. Na logikę wiedząc, że się komuś podobam powinno działać na korzyść. Jakby do mnie dziewczyna podeszła i wprost powiedziała, że jej się podobam to bym chyba skakał z radości i na pewno byłoby mi jeszcze łatwiej nawiązać dalszy kontakt. Większość facetów, których znam mówi podobnie. Czemu dla kobiet to działa na niekorzyść? Pytam z ciekawości, nie zamierzam wyjeżdżać z czymś takim do tej dziewczyny. Jeśli w ogóle uda mi się do niej odezwać to już będzie sukces.

2,801

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Mam nadzieję, że na następny raz mi się to uda. Dziś wielokrotnie się przymierzałem żeby do niej zagadać przez co mogłem wyjść na creepa. Teraz będzie jeszcze trudniej ale nie chciałbym żeby przede mną uciekała lub co gorsza mieć jakichś problemów prawnych. Jeśli uda mi się zagadać przy następnej okazji to ją przeproszę za gapienie się podczas tych prób zagadania. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie ucieknie na mój widok lub nie oskarży mnie o coś.

O co chodzi z tymi probemami prawnymi za zagadanie czy cześć? Kolejny raz widzę, że o tym wspominasz. W starszych postach widziałem, że bałeś się oskarżeń o molestowanie i problemów prawnych za samo patrzenie na dziewczynę. Nie uważasz, że mocno z tym przesadzasz?

2,802 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-09-08 23:48:05)

Odp: Co to znaczy żyć?
sebastiannn napisał/a:

O co chodzi z tymi probemami prawnymi za zagadanie czy cześć? Kolejny raz widzę, że o tym wspominasz. W starszych postach widziałem, że bałeś się oskarżeń o molestowanie i problemów prawnych za samo patrzenie na dziewczynę. Nie uważasz, że mocno z tym przesadzasz?

To młoda dziewczyna, może nie mieć nawet 20 lat, a ja wyglądam na więcej niż mam, głównie przez brodę i brak włosów. Przy niej wyglądam jak stary dziad. Na dodatek próbowałem znaleźć moment żeby zagadać co się nie udało ale wyglądało to tak, że się gapię za każdym razem będąc w jej pobliżu. Raz przechodząc koło niej żeby odłożyć ciężar spojrzeliśmy sobie w oczy, a ja nie potrafiłem wydusić słowa i poszedłem dalej. Aż mi się przypomniały te opisy kobiet kiedy stare dziady piszą do nich na portalach randkowych. Chciałbym tylko się przywitać i zapytać czy będzie moją pierwszą znajomą na tej siłowni tak żebyśmy mówili sobie "cześć" kiedy się spotkamy na siłowni. A wychodzę na creepa, który poluje na ofiarę. Gdybym mógł to dałbym jej odczytać moje myśli, byłoby o wiele łatwiej. Boje się czy ona się nie przestraszyła mnie i czy nie będzie się broniła w postaci na przykład zgłoszenia tego w najlepszym razie do obsługi siłowni, w najgorszym na policję. Publiczna afera i to jeszcze w małym mieście niedaleko od mojej miejscowości gdzie sporo ludzi zna moją rodzinę to byłoby coś okropnego. A ja przecież chcę tylko znaleźć nową znajomą, nic więcej. Znowu nie będę mógł spać przez coś takiego.

2,803

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Z tą zmową milczenia faktycznie coś może być, jestem prawie pewny, że coś przede mną ukrywają. Nie uwierzę w złe intencje dziewczyny, siostry i przyjaciółki mogę uwierzyć ale nie jej. Jeśli nie chce kontaktu to dlatego, że czuje się winna lub jej wstyd przez to co się stało. Dlatego też obawiam się, że nawet po wyjściu nie będzie chciała się ze mną skontaktować. Podejrzewam, że ona chce bym o niej zapomniał.

Wstyd jest prawdopodobny. Co więcej, byłoby bardzo źle, gdyby się tego nie wstydziła. Mimo wszystko uważam, że naprawdę bliscy sobie ludzie potrafią go przełamywać, zwłaszcza jeśli potrzebują kontaktu z tą drugą osobą.

Teraz do głowy przyszła mi jeszcze taka opcja, że może ona chcąc się bronić w jakimś sposób obciążyła Cię choć częścią winy za to, co się wydarzyło? Uważasz, że jest to możliwe? Niemniej pasuje też do ich stosunku do Ciebie, kiedy o nią pytasz.

Shinigami napisał/a:

Jak dla mnie to wciąż nie oznacza żadnej "wymiany". Poza tym to pierwsza dziewczyna, nie wiedziałem jak to wszystko działa. Nie wiedziałem o wciąż nie wiem czym jest miłość. Nie wiedziałem jak powinienem ją właściwie docenić. Wszystkiego uczyłem od się od zera. Jak pisałem te warunki pełnej atrakcyjności są niemożliwe do spełnienia bo taka dziewczyna nie istnieje. Ona nie była doskonała i taka mi się podobała.

Nie zamierzam nawet próbować się z tego wycofywać. Ona powiedziała o mnie to samo. Ja też nie byłem dla niej idealny i też powiedziała, że taki jej się podobałem.

Zdaję sobie sprawę, że w międzyczasie mogło się coś zmienić, ale ja naprawdę wiem, jak to wówczas wybrzmiało. Podobnie jak nie mam problemu, by odczytać, co znaczą słowa: "Obawiam się też tego zjawiska, że gdy facet tylko wejdzie w związek, to od razu zainteresowanie jego osobą się zwiększa".
Ty niby niczego się nie wypierasz, jednak usiłujesz zmienić sens i znaczenie tamtych słów.

Shinigami napisał/a:

Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo to może być trudne. Jak ktoś od zawsze żył w trybie niewolnika i nawet nie próbował się sprzeciwiać nawet coś tak pozornie prostego może być nieosiągalne.
Nie jesteś pierwszą osobą, która mówi o stawianiu granic. Nigdy nawet nie próbowałem tego robić, samo myślenie o tym wydawało się złe. Zdaje się, że postawiłem sobie warunek, że to prawo uzyskam tylko jak zmienię otoczenie.

Kiedyś Twoje ślepe podporządkowanie się rodzicom wynikało z wpojonego wzorca, dziś masz już świadomość, że to nie tak powinno wyglądać, co nierzadko jest najważniejszym krokiem do zmiany. Masz też wszystkie potrzebne narzędzia, a jednak ich nie używasz.

Shinigami napisał/a:

Wiem i dziś ponownie się o tym przekonałem. Nie wiem czemu to działa na niekorzyść. Na logikę wiedząc, że się komuś podobam powinno działać na korzyść. Jakby do mnie dziewczyna podeszła i wprost powiedziała, że jej się podobam to bym chyba skakał z radości i na pewno byłoby mi jeszcze łatwiej nawiązać dalszy kontakt. Większość facetów, których znam mówi podobnie. Czemu dla kobiet to działa na niekorzyść? Pytam z ciekawości, nie zamierzam wyjeżdżać z czymś takim do tej dziewczyny. Jeśli w ogóle uda mi się do niej odezwać to już będzie sukces.

Tyle że znowu wychodzi Ci logika oparta wyłącznie na tym, jak Ty sam byś zareagował. Jeśli facet nie potrafi rozmawiać z kobietą normalnie, po koleżeńsku, bo cały czas z tyłu głowy ma cel matrymonialny, to ta desperacja jest zwykle wyczuwalna. Spina się, zachowuje nienaturalnie, czasem robi się nachalny - wtedy trudno się dziwić, że kobieta nie odbiera tego pozytywnie, choćby z powodu odpowiedzialności za jego emocje.
I naprawdę nie wszyscy są desperatami i nie każdy dostaje euforii na wieść, że się komuś podoba. Sam fakt, że komuś wpadliśmy w oko, nie oznacza jeszcze, że chcemy z tą osobą związku.

2,804

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Wstyd jest prawdopodobny. Co więcej, byłoby bardzo źle, gdyby się tego nie wstydziła. Mimo wszystko uważam, że naprawdę bliscy sobie ludzie potrafią go przełamywać, zwłaszcza jeśli potrzebują kontaktu z tą drugą osobą.

Teraz do głowy przyszła mi jeszcze taka opcja, że może ona chcąc się bronić w jakimś sposób obciążyła Cię choć częścią winy za to, co się wydarzyło? Uważasz, że jest to możliwe? Niemniej pasuje też do ich stosunku do Ciebie, kiedy o nią pytasz.

Zdaję sobie sprawę, że w międzyczasie mogło się coś zmienić, ale ja naprawdę wiem, jak to wówczas wybrzmiało. Podobnie jak nie mam problemu, by odczytać, co znaczą słowa: "Obawiam się też tego zjawiska, że gdy facet tylko wejdzie w związek, to od razu zainteresowanie jego osobą się zwiększa".
Ty niby niczego się nie wypierasz, jednak usiłujesz zmienić sens i znaczenie tamtych słów.

Kiedyś Twoje ślepe podporządkowanie się rodzicom wynikało z wpojonego wzorca, dziś masz już świadomość, że to nie tak powinno wyglądać, co nierzadko jest najważniejszym krokiem do zmiany. Masz też wszystkie potrzebne narzędzia, a jednak ich nie używasz.

Tyle że znowu wychodzi Ci logika oparta wyłącznie na tym, jak Ty sam byś zareagował. Jeśli facet nie potrafi rozmawiać z kobietą normalnie, po koleżeńsku, bo cały czas z tyłu głowy ma cel matrymonialny, to ta desperacja jest zwykle wyczuwalna. Spina się, zachowuje nienaturalnie, czasem robi się nachalny - wtedy trudno się dziwić, że kobieta nie odbiera tego pozytywnie, choćby z powodu odpowiedzialności za jego emocje.
I naprawdę nie wszyscy są desperatami i nie każdy dostaje euforii na wieść, że się komuś podoba. Sam fakt, że komuś wpadliśmy w oko, nie oznacza jeszcze, że chcemy z tą osobą związku.

Faktycznie trochę mnie niepokoi, że nawet po takim czasie nie próbowała nawiązać kontaktu. Mimo to nie jestem w stanie jej za to winić. Znalazła się w bardzo trudnej sytuacji, nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić przez co przechodziła od początku tej sytuacji i co przechodzi teraz. Jeszcze bardziej obawiam się tego, że nawet jeśli się ze mną skontaktuje to będzie już inną osobą.

Szczerze wątpię w taki scenariusz. Ona była raczej z tych, którzy biorą na siebie więcej niż powinni. Prędzej bym uwierzył, że spisała samą siebie na starty i chce by o niej zapomnieć. Oczywiście nie chce tego szczerze i chciałaby by ktoś ją uratował ale nie była zbytnią optymistką więc raczej nie wierzy by to mogło się wydarzyć. Naprawdę byliśmy do siebie podobni.

Wtedy naprawdę myślałem, że taki mechanizm działa. A skoro nigdy nie miałem żadnego innego zainteresowania poza nią to nie wiedziałbym jak zareagować. Jednak samo bycie w związku to nie to samo co efekt obrączki. Choć i tak na pewno byłem bardziej atrakcyjny bo będąc w związku byłem pod każdym względem lepszym człowiekiem. Ale najlepszy efekt był kiedy byłem z siostrzenicą na kilku atrakcjach dla dzieci. Wszyscy mnie brali za jej ojca, a dziewczyny ogarniające te atrakcje cały czas się do mnie przymilały, same zagadywały, a wręcz próbowały flirtować. Dodam jeszcze ciekawostkę, dziś śniła mi się dziewczyna, pierwszy raz od całej tej sytuacji. Ciekawe czemu akurat teraz.

To nadal jest wpojony wzorzec, a świadomość tego niewiele pomaga. Ja dużo już wiem i niewiele z tego mogę wprowadzić do działania.

Naprawdę kobiety aż tak to odbierają, w sensie tą odpowiedzialność za emocje? Już nie raz słyszałem coś takiego od kobiet i nigdy jeszcze tego nie słyszałem od żadnego faceta. Nie wiem czy to jest cecha płciowa czy osobista gdybyś tego nie napisała to raczej bym nie pomyślał o odpowiedzialności za emocje kogoś kto wydaje się mieć wobec mnie intencje matrymonialne. Po prostu bym się ucieszył i powiedział coś w stylu " to bardzo miłe, że tak o mnie myślisz ale jeszcze się nie znamy więc zacznijmy od tego" po czym umówiliśmy się na pierwszą randkę. Oczywiście biorąc pod uwagę, że taka osoba choć trochę byłaby w moim typie. Jeśliby nie byłaby to postarałbym się znaleźć najbardziej kulturalny sposób odmowy. I w takiej sytuacji czułbym się trochę odpowiedzialny za emocje tej osoby choć pewnie sam bym nie zauważył, że to jest to. Nie chciałbym takiej osoby zranić. Nachalność faktycznie nie brzmi zbyt zachęcająco ale bycie spiętym czy nieśmiałość jak dla mnie byłoby dobrą oznaką. Byłoby to oznaką, że taka  osoba widzi we mnie trochę więcej niż w każdym innym mijanym na ulicy.
Żeby nie być desperatem trzeba spełniać pewne wymogi. Na przykład mieć jakieś doświadczenie z kobietami, mieć koleżanki, być w stałym otoczeniu jakichś kobiet spoza rodziny czy nawet mieć jakiś realnie działający sposób na rozładowanie napięcia seksualnego. Bez tego nie da się być desperatem. Spróbuj sobie wyobrazić co może czuć taki 30 letni prawiczek. Wierz mi, że w zdecydowanej większości przypadków taki człowiek będzie wręcz wyniszczony przez ten fakt i wszystko co się z nim wiąże. To może super człowiek ale jego pragnienie relacji, bliskości, bycia kochanym i czy samego seksu będzie tak silne, że nie ma szans by nie był desperatem. To też jest błędne koło. Ja z tych wymogów spełniam jedynie to, że mam już jakieś doświadczenie z kobietą, bardzo małe ale nie zerowe. I tyle, nic więcej. W podejściu do kobiet cały czas jestem na poziomie nastolatka, dlatego to wygląda tak marnie. W połączeniu z moim wyglądem powstaje chyba najgorszy możliwy obraz. Starego dziada, który czai się na młodą dziewczynę. I choć ja jej boję się pewnie bardziej niż ona mnie to jestem na znacznie gorszej pozycji wizerunkowo-prawnej.

Wierz mi, że dla większości facetów wieść, że wpadli w oko jakiejś dziewczynie wywołuje stan bliski euforii. Może nie myślą od razu o związku ale na pewno cieszą się tym faktem. Nikt nie chce być niewidzialny dla płci przeciwnej.

2,805

Odp: Co to znaczy żyć?

Myślę, że trochę mieszasz tu kilka różnych rzeczy. To, że ktoś jest spięty albo nieśmiały, bo mu się podobamy, może być dla nas sympatyczne, owszem, ale co innego nieśmiałość wynikająca z zainteresowania, a co innego sytuacja, w której facet nie potrafi w ogóle wejść w zwykłą relację z kobietą, bo od początku uruchamia mu się tryb "potencjalna partnerka”. To właśnie miałam na myśli.

I nie chodzi o jakąś abstrakcyjną "odpowiedzialność za cudze emocje", ale o bardzo zwyczajną świadomość, że swoim zachowaniem można kogoś zranić albo wzbudzić w nim nadzieję. Jeżeli wiem, że komuś bardzo zależy, a sama tego nie odwzajemniam na takim samym poziomie, przynajmniej na danym etapie znajomości, to siłą rzeczy zaczynam bardziej uważać na to, co mówię i robię, a nawet lekko się dystansować. To działą zwłaszcza wtedy, gdy druga osoba jest mocno emocjonalnie zaangażowana, zanim jeszcze w ogóle zdążyliśmy się poznać.

Natomiast z tym, że większość facetów na wieść o zainteresowaniu kobiety dostaje niemal euforii, też bym uważała. Być może większość mężczyzn cieszy się z tego, że się komuś podoba, tak samo jak większość kobiet lubi być atrakcyjna dla innych, ale od tego jeszcze daleka droga do założenia, że każdy chciałby z taką osobą randkować albo że samo zainteresowanie automatycznie jest czymś euforycznie pozytywnym. Najczęśćiej jest nam po prostu przyjemnie, czasem połechtana zostaje zwykła ludzka próżność, ale od tego jeszcze daleka droga do euforii.

I chyba najważniejsze: dziewczyna nie musi być dla Ciebie "potencjalną partnerką" tylko dlatego, że jest kobietą, która Ci się podoba. Można najpierw zobaczyć w niej po prostu człowieka, pogadać, poznać ją i dopiero później sprawdzić, czy w ogóle jest między Wami jakaś wzajemność.
Moim zdaniem to jest clou problemu każdego desparata, bo wystarczy, że druga osoba płci przeciwnej wykaże choć odrobinę zainteresowania, a on już układa sobie całe scenariusze na przyszłość. To się wyczuwa i od tego się ucieka.

2,806

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

I choć ja jej boję się pewnie bardziej niż ona mnie to jestem na znacznie gorszej pozycji wizerunkowo-prawnej.

A Ty znów.... Jakiej prawnej? W piaskownicy do tej laski chcesz zagadać?

2,807 Ostatnio edytowany przez sebastiannn (2026-09-10 23:14:03)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Boje się czy ona się nie przestraszyła mnie i czy nie będzie się broniła w postaci na przykład zgłoszenia tego w najlepszym razie do obsługi siłowni, w najgorszym na policję. Publiczna afera i to jeszcze w małym mieście niedaleko od mojej miejscowości gdzie sporo ludzi zna moją rodzinę to byłoby coś okropnego.

Shinigami napisał/a:

Dziś wielokrotnie się przymierzałem żeby do niej zagadać przez co mogłem wyjść na creepa. Teraz będzie jeszcze trudniej ale nie chciałbym żeby przede mną uciekała lub co gorsza mieć jakichś problemów prawnych. Jeśli uda mi się zagadać przy następnej okazji to ją przeproszę za gapienie się podczas tych prób zagadania. Mogę tylko mieć nadzieję, że nie ucieknie na mój widok lub nie oskarży mnie o coś.

Shinigami napisał/a:

To mi raczej nie grozi. Jak pisałem jestem zbyt słaby na podjęcie jakichś większych działań, a już zwłaszcza czegoś co mogłoby mnie wpakować w jakieś problemy prawne lub coś w tym stylu.

Shinigami napisał/a:

To może świadczyć, że wciąż się uczy co by oznaczało, że byłbym dla niej starym dziadem, o kwestiach prawnych nawet nie wspominając.

Shinigami napisał/a:

I choć ja jej boję się pewnie bardziej niż ona mnie to jestem na znacznie gorszej pozycji wizerunkowo-prawnej.


O co chodzi z tymi zgłoszeniami na policje, problemach prawnych itp To tylko kilka cytatów, na poprzednich stronach jest dużo więcej, że boisz się oskarżeń o molestowanie i inne tego typu gadania.

Dlaczego się tego obawiasz? Miałeś już w przeszłości jakieś problemy prawne w związku z zaczepianiem kobiet czy o co chodzi, że do co drugiej wiadomości, że fajnie by było do kogoś zagadać wspominasz o jakichś ewentualnych problemach prawnych i innych dziwnych rzeczach.

To jest naprawdę irracjonalny strach. To już bardziej w teorii ryzykowałeś jak chodziłeś do salonów czy agencji. Co jakby wtedy Policja zrobiła nalot podczas Twojej wizyty?

Jeśli to sobie tylko wkręcasz to lepiej przestań na ile to możliwe bo jak masz coś takiego z tyłu głowy, że po zagadaniu do dziewczyny ona pójdzie na policje czy do sądu to na pewno będzie to miało negatywny wpływ na jakość tego zagadywania.

2,808

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Myślę, że trochę mieszasz tu kilka różnych rzeczy. To, że ktoś jest spięty albo nieśmiały, bo mu się podobamy, może być dla nas sympatyczne, owszem, ale co innego nieśmiałość wynikająca z zainteresowania, a co innego sytuacja, w której facet nie potrafi w ogóle wejść w zwykłą relację z kobietą, bo od początku uruchamia mu się tryb "potencjalna partnerka”. To właśnie miałam na myśli.

I nie chodzi o jakąś abstrakcyjną "odpowiedzialność za cudze emocje", ale o bardzo zwyczajną świadomość, że swoim zachowaniem można kogoś zranić albo wzbudzić w nim nadzieję. Jeżeli wiem, że komuś bardzo zależy, a sama tego nie odwzajemniam na takim samym poziomie, przynajmniej na danym etapie znajomości, to siłą rzeczy zaczynam bardziej uważać na to, co mówię i robię, a nawet lekko się dystansować. To działą zwłaszcza wtedy, gdy druga osoba jest mocno emocjonalnie zaangażowana, zanim jeszcze w ogóle zdążyliśmy się poznać.

Natomiast z tym, że większość facetów na wieść o zainteresowaniu kobiety dostaje niemal euforii, też bym uważała. Być może większość mężczyzn cieszy się z tego, że się komuś podoba, tak samo jak większość kobiet lubi być atrakcyjna dla innych, ale od tego jeszcze daleka droga do założenia, że każdy chciałby z taką osobą randkować albo że samo zainteresowanie automatycznie jest czymś euforycznie pozytywnym. Najczęśćiej jest nam po prostu przyjemnie, czasem połechtana zostaje zwykła ludzka próżność, ale od tego jeszcze daleka droga do euforii.

I chyba najważniejsze: dziewczyna nie musi być dla Ciebie "potencjalną partnerką" tylko dlatego, że jest kobietą, która Ci się podoba. Można najpierw zobaczyć w niej po prostu człowieka, pogadać, poznać ją i dopiero później sprawdzić, czy w ogóle jest między Wami jakaś wzajemność.
Moim zdaniem to jest clou problemu każdego desparata, bo wystarczy, że druga osoba płci przeciwnej wykaże choć odrobinę zainteresowania, a on już układa sobie całe scenariusze na przyszłość. To się wyczuwa i od tego się ucieka.

Wiem co masz na myśli ale jak dla mnie te pojęcia są sobie bardzo bliskie. Komuś się uruchamia tryb "potencjalna partnerka" więc jest nieśmiały i spięty. Jest nieśmiały i spięty więc uruchamia mu się ten tryb bo długo nie może nikogo znaleźć lub nigdy nie miał.

Tu też chyba rozumiem co masz na myśli ale nie jestem w stanie tego potwierdzić lub zaprzeczyć bo nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś komu na mnie zależało poza dziewczyną. Z relacji z nią też nie da się tego potwierdzić lub zaprzeczyć bo była zbyt krótka i została przerwana przez czynniki zewnętrzne niezależne od nas. Od strony teoretycznej rozumiem o co chodzi i tylko od tej. Idąc tą teorią ja biorę odpowiedzialność za emocje niemal każdej osoby jaką spotykam bo przecież zawsze się martwię czy nie powiem lub zrobię czegoś co kogoś zrani lub zniechęci do mnie.

Tu trzeba podzielić ludzi na dwa rodzaje. To o czym piszesz jest prawdą w stosunku do jednego rodzaju. Do ludzi mających normalne życie i relacje społeczne, którzy mają doświadczenie związkowo-seksualne, nie wychowywali się w toksycznym środowisku i nie mieli negatywnych lub wręcz patologicznych wzorców. Ktoś kto nie ma i nigdy nie miał takich relacji, kto zawsze był na marginesie, kto nie ma żadnego doświadczenia lub na bardzo małe lub właśnie wychowywał się w toksycznym albo patologicznym środowisku nie ma możliwości by zdołał nie patrzeć na drugą osobę przez pryzmat uzyskania tego czego zawsze mu brakowało.

Ja teraz patrzę na niemal każdą atrakcyjną dla mnie kobietę jak na potencjalną partnerkę do związku bo bardzo mi brakuje takiej relacji. Bardzo mi brakuje tej bliskości, czułości, czyjejś obecności w życiu, kontaktów seksualnych czy nawet brania odpowiedzialności za tą osobę. I tak to działa w przypadku każdego innego kto też ma takie braki. Wiem, że przez to będzie jeszcze trudniej znaleźć taką potencjalną partnerkę ale wiem też, że od tego nie ma ucieczki. Choćbym nie wiem jak próbował nie jestem w stanie spojrzeć spojrzeć na dziewczynę, która mi się podoba jak na zwykłego człowieka. Ciało reaguje zupełnie inaczej niż mózg. Chciałbym podejść i po prostu normalnie pogadać, poznać i właśnie sprawdzić jaka dokładniej jest ta osoba ale się nie da. Jak tylko się zbliżę to od razu całe ciało się trzęsie, nie da się wydusić słowa, nie da się spojrzeć w oczy. Całe ciało jest ustawione na tryb pokazywania się z najlepszej możliwej strony, z ogromną presją i stresem, że cokolwiek nie będzie idealne. Wszystko w ciele i umyśle aż krzyczy, że to jest właśnie to czego tak bardzo ci brakuje więc koniecznie musisz to zdobyć, że trzeba się skupić tylko na tym. Tego się nie da zmienić bez doświadczenia w relacjach, a tego doświadczenia nie da się zdobyć właśnie z tego powodu. Chyba dosłownie jedynym sposobem na przerwanie tego błędnego koła jest taka sytuacja jak moja z dziewczyną tylko musiałaby być o wiele dłuższa i nie zostać przerwana nagle.

Tak działa ta nieszczęsna natura, która mówi mam, że ma nam tego brakować, i że kiedy tego nie mamy to jest złe. Dlatego zawsze powtarzam, że natura czy Bóg postąpiły okrutnie tworząc nas takimi. Boli nas brak czegoś czego zdobycie jest tym trudniejsze im bardziej nas boli. Kompletny absurd.

Bert44 napisał/a:

A Ty znów.... Jakiej prawnej? W piaskownicy do tej laski chcesz zagadać?

Nie no w piaskownicy to nie, jak pisałem musi mieć co najmniej 16 lat żeby kupić karnet.

sebastiannn napisał/a:

O co chodzi z tymi zgłoszeniami na policje, problemach prawnych itp To tylko kilka cytatów, na poprzednich stronach jest dużo więcej, że boisz się oskarżeń o molestowanie i inne tego typu gadania.

Dlaczego się tego obawiasz? Miałeś już w przeszłości jakieś problemy prawne w związku z zaczepianiem kobiet czy o co chodzi, że do co drugiej wiadomości, że fajnie by było do kogoś zagadać wspominasz o jakichś ewentualnych problemach prawnych i innych dziwnych rzeczach.

To jest naprawdę irracjonalny strach. To już bardziej w teorii ryzykowałeś jak chodziłeś do salonów czy agencji. Co jakby wtedy Policja zrobiła nalot podczas Twojej wizyty?

Jeśli to sobie tylko wkręcasz to lepiej przestań na ile to możliwe bo jak masz coś takiego z tyłu głowy, że po zagadaniu do dziewczyny ona pójdzie na policje czy do sądu to na pewno będzie to miało negatywny wpływ na jakość tego zagadywania.

Nie słyszeliście o oskarżeniach o molestowanie w ostatnich latach, o "me too", o nagrywaniu filmów na siłowniach czy bezwzględnej wierze sądów w słowa kobiet?

Nigdy nie miałem takich problemów ale zawsze dość mocno się ich obawiałem. Oskarżenia o molestowanie czy nawet coś więcej to dla faceta niemal wyrok śmierci, na pewno społecznej nawet jeśli wygra sprawę i będzie niewinny. Szczególnie w przypadku takim jak mój kiedy stary dziad kręci się wokół młodej dziewczyny. To nawet wyglądać musiało żałośnie i niemal obleśnie kiedy próbowałem do niej zagadywać.

Czym ryzykowałem w takich miejscach poza byciem okradzionym czy poza jakimś wyłudzeniem? Salony masażu to legalne lokale gdzie wszystko zawsze było prawnie uregulowane. Nigdy w żadnym salonie nie spotkałem się z jakimkolwiek przypadkiem niejasności, nieporozumienia, podejrzanego zachowania ze strony osób tam pracujących czy jakiegoś oszustwa, zawsze był pełny profesjonalizm. Nigdy nie byłem w salonie, który nie byłby oficjalnie istniejącym lokalem. W agencji tym bardziej nigdy nie byłem. Z mojej perspektywy zagadywanie do totalnie obcej dziewczyny, na siłowni gdzie ubrania potrafią sporo odsłaniać lub mocno uwydatniać kształty, dodatkowo jeszcze wyraźnie młodszej ode mnie jest dużo bardziej ryzykowne niż korzystanie z usług takiego salonu masażu.

Bardzo chętnie bym przestał ale nie mam pojęcia jak. Dodatkowo miałem niedawno chyba najlepszy przykład tego, że można się wpakować w bardzo duże problemy przez jakąś drobnostkę.

2,809 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-11 18:14:47)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Wiem co masz na myśli ale jak dla mnie te pojęcia są sobie bardzo bliskie. Komuś się uruchamia tryb "potencjalna partnerka" więc jest nieśmiały i spięty. Jest nieśmiały i spięty więc uruchamia mu się ten tryb bo długo nie może nikogo znaleźć lub nigdy nie miał.

Tu też chyba rozumiem co masz na myśli ale nie jestem w stanie tego potwierdzić lub zaprzeczyć bo nigdy jeszcze nie spotkałem kogoś komu na mnie zależało poza dziewczyną. Z relacji z nią też nie da się tego potwierdzić lub zaprzeczyć bo była zbyt krótka i została przerwana przez czynniki zewnętrzne niezależne od nas. Od strony teoretycznej rozumiem o co chodzi i tylko od tej. Idąc tą teorią ja biorę odpowiedzialność za emocje niemal każdej osoby jaką spotykam bo przecież zawsze się martwię czy nie powiem lub zrobię czegoś co kogoś zrani lub zniechęci do mnie.

Skupiasz się, Shini, nie na tym, co jest tutaj najważniejsze. Zupełnie niepotrzebnie usiłujesz te wszystkie zagadnienia tłumaczyć po swojemu, czyli jak Ty to widzisz, a to niczemu nie służy. Odbierasz sobie w ten sposób energię, którą możesz wykorzystać na zmianę. 

Shinigami napisał/a:

Tu trzeba podzielić ludzi na dwa rodzaje. To o czym piszesz jest prawdą w stosunku do jednego rodzaju. Do ludzi mających normalne życie i relacje społeczne, którzy mają doświadczenie związkowo-seksualne, nie wychowywali się w toksycznym środowisku i nie mieli negatywnych lub wręcz patologicznych wzorców. Ktoś kto nie ma i nigdy nie miał takich relacji, kto zawsze był na marginesie, kto nie ma żadnego doświadczenia lub na bardzo małe lub właśnie wychowywał się w toksycznym albo patologicznym środowisku nie ma możliwości by zdołał nie patrzeć na drugą osobę przez pryzmat uzyskania tego czego zawsze mu brakowało.

Jak wyżej - no i co z tego? Nie chodzi o przyczyny, ale o skutek, który wywołują te postawy.

Shinigami napisał/a:

Ja teraz patrzę na niemal każdą atrakcyjną dla mnie kobietę jak na potencjalną partnerkę do związku bo bardzo mi brakuje takiej relacji. Bardzo mi brakuje tej bliskości, czułości, czyjejś obecności w życiu, kontaktów seksualnych czy nawet brania odpowiedzialności za tą osobę. I tak to działa w przypadku każdego innego kto też ma takie braki. Wiem, że przez to będzie jeszcze trudniej znaleźć taką potencjalną partnerkę ale wiem też, że od tego nie ma ucieczki. Choćbym nie wiem jak próbował nie jestem w stanie spojrzeć spojrzeć na dziewczynę, która mi się podoba jak na zwykłego człowieka. Ciało reaguje zupełnie inaczej niż mózg. Chciałbym podejść i po prostu normalnie pogadać, poznać i właśnie sprawdzić jaka dokładniej jest ta osoba ale się nie da. Jak tylko się zbliżę to od razu całe ciało się trzęsie, nie da się wydusić słowa, nie da się spojrzeć w oczy. Całe ciało jest ustawione na tryb pokazywania się z najlepszej możliwej strony, z ogromną presją i stresem, że cokolwiek nie będzie idealne. Wszystko w ciele i umyśle aż krzyczy, że to jest właśnie to czego tak bardzo ci brakuje więc koniecznie musisz to zdobyć, że trzeba się skupić tylko na tym. Tego się nie da zmienić bez doświadczenia w relacjach, a tego doświadczenia nie da się zdobyć właśnie z tego powodu. Chyba dosłownie jedynym sposobem na przerwanie tego błędnego koła jest taka sytuacja jak moja z dziewczyną tylko musiałaby być o wiele dłuższa i nie zostać przerwana nagle.

A jakie to ma znaczenie, jeśli mowa jest o tym, w jaki sposób Twoje zachowanie odbierane zostaje przez drugą stronę?

Jak bardzo brutalnie to nie zabrzmi, to jest to Twój problem, a dziewczyny nie chcą być traktowane jak rozwiązanie Twojego problemu z brakiem bliskości, seksu, czułości czy związku. Nie chcą też mieć poczucia, że zostały obsadzone w roli potencjalnej partnerki, zanim w ogóle zdążyły zamienić z Tobą kilka zdań.

To, że Twoje ciało reaguje w taki sposób, dla Ciebie może być to bardzo trudne, ale z perspektywy dziewczyny, która staje się obiektem Twojego zainteresowania, nie ma to znaczenia, jeśli wyczuwa presję i określone oczekiwania. Jeśli zatem każda atrakcyjna kobieta staje się od razu potencjalną partnerką i odpowiedzią na Twoje braki, trudno Ci będzie potraktować ją po prostu jak człowieka, którego dopiero chcesz poznać.
I właśnie na to usiłuję Ci zwrócić uwagę, a zrobisz z tym, co chcesz.

2,810 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-11 19:54:55)

Odp: Co to znaczy żyć?

Mam taki maly watek prywatny. Dwie rzeczy pasuja do tego watku. Pierwsza - jakie skutki przynosi dzialanie pomimo stresu i dyskomfortu a drugie o podtekscie matrymonialnym.

Pojechalismy na wakacje. W hotelu bylo niewiele rodzin z Polski. Corka szukala towarzystwa ale bala sie zagadac. To przeciez cringe. Ja tez wolalem zeby szwedala sie sie z kims w swoim wieku a nie ze starymi. No ale bala sie zagadac. Wiec ja wzialem i poszlismy zagadac jakas rodzinke z synem miej wiecej w jej wieku. Poznali sie. Na drugi dzien znalazla rodzine z dziewczynka i znow to samo - chodz tata zagadasz do nich chce ja poznac. I tak zrobilismy. Pozniej znow chciala ale jej powiedzialem ze wiecej tego nie zrobie i sama ma sobie radzic. W miedzyczasie pogadalismy na temat tego ze to zwykla rzecz, dlaczego sie stresuje itd. I poszla sama. Zagadala. Pozniej znow. Pozniej na wycieczce znow - patrze w lewo plywa z jakims chlopakiem, w prawo - skacze do wody z jakas dziewczyna. Cos peklo i stres zniknal.
Tydzien po rozpoczeciu szkoly mowi do mnie ze jest jakas bardziej otwarta. Ze jak jakas osoba wydaje jej sie ciekawa to po prostu zagaduje. Mowi ze zna juz mnostwo dzieciakow z nowego rocznika. I ze to fajne jest. Ale dlaczego tak sie stalo? Bo wykonala ten krok. Ten nieprzyjemny, potem raz jeszcze, raz jeszcze.

A teraz o celu matrymonialnym. Mowi ze najtrudniej jest z chlopakami bo oni od razu interpretuja to jako podryw. A ona chce poznac czlowieka. Niewielu chlopakow jjest w tej sytuacji nautralnych. Zeby bylo jasne - jest wolna, gotowa na chlopaka (taki czas taka moda) ale najpierw jak mowi musi ta osobe poznac. A nie od razu ze szuka chlopa. Jak jakis nawet moze byc potencjalnie matrymonialny to to jest dla niej nastepny etap. Unika tych ktorzy od razu ida w "badzmy razem"

2,811

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nie słyszeliście o oskarżeniach o molestowanie w ostatnich latach, o "me too", o nagrywaniu filmów na siłowniach czy bezwzględnej wierze sądów w słowa kobiet?

Nigdy nie miałem takich problemów ale zawsze dość mocno się ich obawiałem. Oskarżenia o molestowanie czy nawet coś więcej to dla faceta niemal wyrok śmierci, na pewno społecznej nawet jeśli wygra sprawę i będzie niewinny. Szczególnie w przypadku takim jak mój kiedy stary dziad kręci się wokół młodej dziewczyny. To nawet wyglądać musiało żałośnie i niemal obleśnie kiedy próbowałem do niej zagadywać.

Czym ryzykowałem w takich miejscach poza byciem okradzionym czy poza jakimś wyłudzeniem? Salony masażu to legalne lokale gdzie wszystko zawsze było prawnie uregulowane. Nigdy w żadnym salonie nie spotkałem się z jakimkolwiek przypadkiem niejasności, nieporozumienia, podejrzanego zachowania ze strony osób tam pracujących czy jakiegoś oszustwa, zawsze był pełny profesjonalizm. Nigdy nie byłem w salonie, który nie byłby oficjalnie istniejącym lokalem. W agencji tym bardziej nigdy nie byłem. Z mojej perspektywy zagadywanie do totalnie obcej dziewczyny, na siłowni gdzie ubrania potrafią sporo odsłaniać lub mocno uwydatniać kształty, dodatkowo jeszcze wyraźnie młodszej ode mnie jest dużo bardziej ryzykowne niż korzystanie z usług takiego salonu masażu.

Bardzo chętnie bym przestał ale nie mam pojęcia jak. Dodatkowo miałem niedawno chyba najlepszy przykład tego, że można się wpakować w bardzo duże problemy przez jakąś drobnostkę.

Znasz jakiegoś faceta który miał problemy prawne lub z policją za zagadywanie do dziewczyn?
A przecież często jest odwrotna sytuacja, że to sporo dziewczyn nie zgłasza gwałtu na policje, czyli już realnego naruszenia czyjejś nietykalności. Ale w Twojej rzeczywistości to za "cześć" już grozi kryminał i to pewnie jeszcze dożywocie.

Powiem Ci szczerze, że wydaje mi się, że sam się boisz zrobić ten pierwszy krok i zagadać i sam starasz się bronić przed tym stresem właśnie wmawiając sobie rzeczy w stylu, że problemy prawne, że obleśne jak stary dziad (masz na myśli siebie) zagaduje młodą kobiete. Sam takim mysleniem torpedujesz pomysł zagadania do dziewczyny w normalny sposób.

Więc już sa trzy duże problemy:

- atakujesz samego siebie (dziad, łysy, obleśny) przed ewentualnym pierwszym krokiem
- wymyślasz jakieś nie racjonalne zewnętrzne problemy (prawo, policja), które blokują zagadanie
- traktujesz atrakcyjną kobiete po sekundzie jak potencjalną partnerkę lub jak sam pisałeś o tancerkach na festynie jak kawałek mięsa

Ja wiem, że czujesz się samotny z tym problemem mimo rozmów na forum i widziałem, że nie raz pisałeś, że "syty" głodnego nie zrozumie i że atrakcyjna kobieta mogąca mieć co dzień innego również tego problemu nie zrozumie. I po części masz racje. Ciężko aby piękność, która ma codziennie nowe propozycje rozumiała taki problem, albo jakiś przystojniak, który co wyjście na imprezę wraca z inną dziewczyną na mieszkanie. Ja również miałem w młodym wieku problem z zagadaniem i przez to czułem się beznadziejnie. Ale mi z czasem to przeszło, nie było łatwo, bo wymagało wyjścia ze strefy komfortu ale zdecydowanie było warto. Chociaż do dziś żałuje wieku 15-20 kiedy często jest nastoletnia miłość i nieraz słyszałem od kobiet że to piękny czas, najpiękniejszy seks, bo nowy, bo trzeba się chować, bo coś tam coś tam. Ale wiem, że później też może być fajnie.

A to, że każda kolejna to potencjalna partnerka....kobiety to wyczuwają i strzelasz sobie w kolano, bo desperacja to jedna z najgorszych cech w oczach kobiet i nawet jak się spodobasz dziewczynie ale będzie widziała, że jesteś niezdrowo zdesperowany to... no jest to problem.

Zagadanie powinno być przyjemnością samą z siebie. Pozatym Ty również nie wiesz jaka jest ta dziewczyna? Może totalnie nie pasuje do Ciebie? Może jest les? Może XXXX milion innych rzecz? A Ty nie zamieniając z nią słowa widzisz ją jako potencjalną partnerkę?

Sam przeprowadzasz dywersje na własne działania.
Widać, że seks jest dla Ciebie ważny i go szukasz. Postaraj się bardziej, to może uda Ci się go znaleźć i Twoja frustracja spadnie w dół. Patrząc, że masz już doświadczenie w jakimś stopniu z kobietami bo jednak miałeś i zwykłą kobiete, jak i za pieniądze. Nie mówie, że to wielkie doświadczenie, ale zawsze coś. Seks i kobiety powinny być dla Ciebie już odczarowane bo z nie jednego pieca chleb jadłeś, nie jedną kobiete nago widziałeś. Powinieneś przestać myśleć, że kobieta jest boską istotą do której nie można zagadać. Nie jest takim samym człowiekiem jak Ty.

Odp: Co to znaczy żyć?

Widzę Shini, że nie odpowiadasz na mój post sprzed tygodnia. Na pewno przeoczyłeś, a ja nie jestem od tego by nie przypomnieć big_smile









RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Jak najbardziej jest możliwe powiedzieć sobie STOP.
Tylko że Ty nawet nie próbujesz.
Piszę o małych krokach, co z premedytacją ignorujesz.

W wiedzy o tym, że sam jesteś przyczyną swojego zachowania, nie chodzi o obwinianie się.

Masz tak jak masz na tę chwilę, wiele czynników się na to złożyło.
Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.

Biorąc odpowiedzialność za swój sposób myślenia, przestajac szukać usprawiedliwień, wreszcie dojdziesz do wniosku że Ci to nie służy i chcesz to zmienić.
Poradników jak to zrobić jest mnóstwo. W tym temacie wiedzy jest mnóstwo.
Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
Pisząc wprost, masz chujowy software, który sprawia degradację całego systemu.

Dobra wiadomosc- Ty możesz to sam zmienić. Przed czym się dosyć zawzięcie bronisz.

Zmiana na każdym etapie życia i w każdym wieku ma sens, jeśli służy dobremu.

Ty ledwie zacząłeś dorosłe życie. Choć w tym się zgadzam, możesz długo nie pożyć jeśli tak to będzie wyglądać następne lata a Ty nic nie zrobisz ani na zewnątrz, ani z konfliktem wewnętrznym.

Zmianę warunków możesz sobie zafundować sam- np wyjeżdżając na prace sezonowe z granicę czy w pl.

Na wolontariat tez- mnóstwo freaków z zajawką na małe bio-eko komuny, szuka pomocy w np zakładaniu siedlisk czy uprawianiu roli.

Zgromadzenia religijne i wyjazdy z nimi.

Długo by wymieniać, podałem pierwsze z brzegu sposoby, by totalnie zmienić środowisko i wybić się z utartego rytmu.


Jesteś inteligentny.
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.
Tutaj w swoich racjonalizacjach i sposobie pisania pokazujesz, że Ci inteligencji nie brakuje.
Problem pogłębia się id kilku lat, a Ty już zakładasz że tak pozostanie zamiast skupić się na tym, co REALNIE mógłbyś zrobić.


Nie napisałem że jesteś przebiegły.
Nie sugeruję nigdzie że celowo i świadomie próbujesz manipulować ludźmi, forum.
To są nieświadome mechanizmy.


Jeśli jesteś jak piszesz, uzależniony od komputera, to SUPER!
Dlatego, że widzisz problem i umiesz się do niego przyznać. Od reszty są specjaliści, gdybyś chciał z tym coś zrobić. Chcesz?


W ostatnim swoim akapicie dobitnie pokazujesz, jak bardzo nie przyjmujesz tego co się do Ciebie pisze.
Nigdzie nie przedstawiłem wymagań odnośnie pracy. To jest Twoje a nie moje.
Wyraźnie i kilka razy powtarzałem, że chodzi o wyjście z głowy i zaczęcie REALNYCH działań.
Takich, które sam uznasz za możliwe- to Ty decydujesz. To Ty masz sobie realnie ustawić poprzeczkę.
Ba, najlepiej ustawić ją sporo poniżej i udowadniać sobie że potrafisz, karmić się swoimi codziennymi sukcesami, które będą Cię napędzały by sobie poprzeczkę podnosić.

Wpierdoliles się w szambo i nikt nie oczekuje że jednym susem z niego wyskoczysz. Ale jeden cm dziennie to niemal dwa metry w pół roku.
Nie chciałbyś za pół roku mieć trochę więcej komfortu w życiu, zadowolenia, spokoju w głowie?
Do zrobienia, ale trzeba robić. Choć trochę.


Na początek spróbuj zaakceptować stan obecny. Skończyć z niemożliwymi wymaganiani, których nie masz szans spełnić.
Zrzucić to z siebie.
Obecny styl życia to też jakiś sposób i tak też ludzie żyją.
Przez tydzień rób to co robisz, świadomie.

Marnuj czas, czasem dorabiaj, luz. Nawet miesiąc, w perspektywie życia to nic. Świadomie i uznając, że teraz tak żyjesz i możesz tak żyć całe życie- nic się nie stanie. To powinno uspokoić konflikt wewnętrzny.

Po czasie, który sobie z góry założysz, zrobisz sobie podsumowanie i podejmiesz decyzję co dalej.

Sama świadomość że obecny styl życia też jest ok, powinna być uwalniająca.
W ten sposób powinieneś spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na swoje życie i to, jak chciałbyś by ono wyglądało- realnie a nie w megalomańskich marzeniach.

Jestes w punkcie, gdzie możesz wszystko.

Nikt Ci głowy nie urwie jeśli niczego nie zmienisz, ale będzie to świadome. Czyli, już bez narzekań że np nie masz pracy ani dziewczyny.
Nie masz, bo niczego nie robisz by mieć, bo tak wolisz- no i ok.

A jeśli spróbujesz ruszyć, masz tu kilka osób które będą Cię wspierać. Dobrze byłoby, gdybyś wreszcie zaczął szukać informacji nt tego, jak sam możesz to robić- wspierać sam siebie. Zmieniać swoje myślenie, przekonania.






Odniosę się do posta kierowanego do mnie, w odpowiedzi na ten cytowany powyżej, choć wyraźnie widać że udzielanie się tutaj prowadzi tylko do tego, do czego prowadziło do tej pory.
No nic, don Kichot nadchodzi ponownie!


Shini, tak sprytnie to poobracałeś, że znów jesteśmy w dokładnie tym samym miejscu.

Ludzie dają Ci rozwiązania, Ty na każde z nich wyszukujesz problem.




Shinigami napisał/a:

Nie próbuję bo nie mogę sobie nawet wyobrazić by to było możliwe.

Rozumiem, że Twoja wyobraźnia o tym decyduje?
Zostało Ci wyłożone jak krowie na rowie- POWINIENEŚ WYJSĆ Z GLOWY I RUSZYĆ.
Tylko tak możesz coś zmienić. Małymi krokami.
To one będą Ci pokazywać że się da.

Siedząc w fotelu przed kompem i mieląc w kółko beznadzieję swojego życia, tego nie doświadczysz.
Za to bardzo skutecznie sobie to życie obrzydzisz. Póki co, jesteś na dobrej drodze do tego.
Rozumiem że masz świadomość dokąd prowadzi tą droga?
Takiej chcesz dla siebie?







Shinigami napisał/a:

Tu nie mogę się zgodzić. Warunki zewnętrzne teraz nie są dobre, wcześniej jeszcze bardziej nie były dobre. Tu nie chodzi tylko o warunki bytowe. Chodzi też, a może przede wszystkim o warunki psychiczne i rozwój na tym poziomie, który u mnie praktycznie nie istniał.


Przestań manipulować. Warunki zewnętrzne, czyli ciepło, dach nad głową, bliscy którzy podstawią talerz pod nos.
Nie masz długów, jesteś zdrowy fizycznie, itd itp.

To jest bardzo dużo.

To Twoja głowa nie dowozi, ale z tym też się da zrobić porządek. Sam masz na to wpływ, na sposób swojego myślenia.
Sam możesz je przeprogramować.

Do tego potrzeba Twojej decyzji by ruszyć. By ROBIĆ. Nikt Ci nie zmieni myślenia za Ciebie.





Shinigami napisał/a:

To kim jestem teraz jest efektem tego co oddziaływało na mnie wcześniej. Rodzice, szkoła, internet, gry, anime, totalnie toksyczni i przemocowi rówieśnicy, niemal całkowity brak relacji damsko-męskich w latach szkolnych i studenckich i mógłbym tak jeszcze dalej wymieniać.



No i?
To już się stało i tego nie zmienisz.

Możesz zmienić siebie, bo to co sie stało CIEBIE NIE DEFINIUJE.





Shinigami napisał/a:

Obwiniam się głównie o to, że tak późno poszedłem na terapię i tak późno dowiedziałem się tego wszystkiego co wiem teraz. Dowiedziałem się tego dopiero kiedy mój stan psychiczny zaczął być na krawędzi życia. Jednak chyba najbardziej obwiniam się o stratę dziewczyny, być może jedynej na całe życie tak bliskiej osoby, która dawała też możliwość zmiany otoczenia. Niby wiem, że nie mogłem nic zrobić ale przyrzekłem jej, że nie zniknę bez słowa i będę ją chronił. Nie pomyślałem tylko o tym, że musiałbym ją chronić przed nią samą. I o to, że nie o tym nie pomyślałem obwiniam się chyba najbardziej.


Shini, skończ pierdolić.
Obwiniasz się o stratę dziewczyny, kombinując jakby tu capnąć następną?

Co Ci daje to obwinianie? Aż tak bardzo to lubisz, że nie szukasz sposobów by przestać?

Co Ci niby dala wiedza, którą nabyłeś? Jesteś cały czas w czarnej dupie, bo to co robisz (a raczej nie robisz), jest nieskuteczne.

Kiedy ludzie podają Ci rozwiązania które działają, masz dziesiątki wymówek by ich nie podejmować.

Niektórych z nich małe dziecko wstydziłoby się użyć.





Shinigami napisał/a:

Ja już dawno doszedłem do wniosku, że to wszystko mi nie służy i chcę to zmienić, a mimo to nie jestem w stanie. Z tym software lepiej bym tego nie ujął tylko nadal ta wiedza i świadomość nic nie dają. Odkąd zacząłem tą terapię obalam moje negatywne przekonania i to też nie daje efektów w dalszej perspektywie.



Choćbyś pozjadał wszystkie rozumy, posiadł całą wiedzę, dalej będziesz gdzie jesteś.

Wiedzy trzeba używać do DZIAŁANIA, żeby mogła, nomen omen, działać.

Ty sobie rozważasz. Na pewno od tego przyjdzie zmiana.





Shinigami napisał/a:

Tu też nie mogę się zgodzić, nie mogę sam tego zmienić. Mając wsparcie w postaci dziewczyny dałoby się to zrobić, mam na myśli zmianę otoczenia.


Mając- ale nie masz. Więc po co w ogóle tracić czas na pisanie o tym 

Tylko i wyłącznie Ty możesz coś zmienić.
Skoro brakuje Ci motywacji by to zrobić samemu i dla siebie, najwyraźniej jeszcze nie osiągnąłeś wystarczającego punktu dyskomfortu.

Być może on przyjdzie kiedy rodzice wystawią Cię za drzwi, albo ich zabraknie. Wtedy skończą się cieplarniane warunki, pozwalające na bezczynność i dywagacje bez końca.

Będziesz musiał zarabiać, zajmować się domem, itp.
I wtedy się nagle okaże, że te rzeczy są możliwe do zrobienia. Że się da.









Shinigami napisał/a:

Wybacz ale ja jakoś nie widzę sensu w zmianie na przykład po 50. Wtedy już będzie o wiele za późno na tworzenie swojej rodziny, majątku czy doświadczanie i przeżywanie różnych rzeczy.


Wybaczem.
Sensu to ja nie widzę w Twoim pisaniu. Ludzie w tym wieku robią to wszystko i cieszą się życiem, zaczynając je od nowa.
Gdyby posluchali Ciebie, powinni sobie zamawiac trumny i sie w nich powoli mościć.



Shinigami napisał/a:

Dorosłe życie zaczęło się dawno temu, a raczej powinno się zacząć bo tak naprawdę ono nigdy się nie zaczęło. Nawet nie chodzi o moje zdrowie, ja po prostu nie mogę sobie wyobrazić jakiegokolwiek życia w takim wieku. Teraz bez rodziców bym sobie nie poradził i po paru miesiącach możliwe, że wylądowałbym na ulicy. Oni wiecznie żyć nie będą więc możliwe, że ja umrę razem z nimi. Oczywiście o ile ten cały stres, stan psychiczny i narastająca nienawiść do siebie nie wykończą mnie wcześniej.


Może tak być. To wciąż Twoja decyzja.






Shinigami napisał/a:

Gdyby nie dziewczyna nawet na tydzień bym nie wyjechał z domu, a ty piszesz o wyjeździe za granicę na o wiele dłużej do pracy? Ja nawet na wakacje nie jestem w stanie sam wyjechać i nie chodzi tu o kwestie finansowe. Spokojnie byłoby mnie stać na kilka wyjazdów do krajów jakie zawsze chciałem zobaczyć ale sam nie jestem w stanie nawet zaplanować takiego wyjazdu. Z dziewczyną razem usiedliśmy i w jeden dzień mieliśmy ogarnięty wyjazd na tydzień.



Biedactwo. Ludzie, zaplanujcie mu bo on nie umie. A najlepiej dajcie mu dziewczynę, niech mu życie planuje. 
A wyjazd do sąsiedniego miasta połączony z wizytą w kinie, teatrze, zwiedzaniem to wciąż za dużo dla Ciebie?
Na JEDEN dzień?

A może w następnym kroku na dwa? Nocleg w hotelu?

Tyle razy było powtarzane. MAŁE KROKI.
Pojeździsz po okolicy to w końcu wybierzesz się dalej.
Ale nie, bo przecież lepiej jojczeć że się nie da.





Shinigami napisał/a:

O tych bio-eko komunach, siedliskach itd nigdy w życiu nie słyszałem, będę musiał sprawdzić o co z tym chodzi.



No no, jasne. Już za pół roku czy za rok na pewno otworzysz taką kartę w wyszukiwarce.




Shinigami napisał/a:

Co do zgromadzeń religijnych mam pytanie. Wiem, że jest w tym sporo dziewczyn tylko zawsze się zastanawiałem czy na coś takiego może pójść ktoś kto nie jest wierzący? To znaczy więżący w sposób w jaki naucza kościół. Czy to od razu nie wyjdzie kiedy niemalże ateista znajdzie się w gronie ludzi turbo wierzących? Co do samej wiary to ja wierzę w Boga ale moim zdaniem nie ma on zbyt wiele wspólnego z tym jak opisuje go kościół.


Szukasz towarzystwa czy nie?
To jest jedna z opcji, gdzie Cię przyjmą i będą z Tobą rozmawiać, niezależnie od tego jak wyobrażasz sobie Boga.
Bedziesz móg z nimi dyskutować, mieć interakcję- a to jedna z Twoich wyraznych, niezaspokojonych potrzeb.






Shinigami napisał/a:

I znowu, kolejna osoba wyjeżdża z tą moją inteligencją, która moim zdaniem nie istnieje. Terapeutka powtarza mi to samo i zawsze się z nią o to kłócę. Człowiek inteligentny nie wpakowałby się w sytuację taką jak moja lub szybko znalazłby z niej wyjście. U mnie jeszcze nigdy nic nie działało jak powinno. Szkołę skończyłem z ledwo przeciętnymi ocenami. Na studia poszedłem bo rodzice kazali, ja nie chciałem iść. Tyle tylko, że okazały się całkiem ciekawe więc je skończyłem z nienajgorszymi wynikami. Pracę dostałem po rodzinie bo to była jedyna opcja jaką miałem, nie dało się jej nie dostać. Możliwe, że gdyby nie to to do dziś nie miałbym żadnego doświadczenia zawodowego ani żadnych swoich pieniędzy. Jestem dobry jedynie w analizowaniu i pisaniu, no i w treningu nienajgorszy. Poza tym chyba jestem całkiem dobrym człowiekiem ale to przecież nie ma żadnego znaczenia w świecie dorosłych.


Blablabla

Ludzie mówią jak Cię postrzegają, ale Ty jak zwykle mądrzejszy.






Shinigami napisał/a:

Widzę ten problem o dawna, byłem już u specjalisty od uzależnień. Jedyne co mógłbym zrobić to posiedzieć trochę w ośrodku dla uzależnionych, niestety tego typu uzależnienia nie ma na NFZ, a prywatnie to koszt daleko wykraczający poza moje możliwości.


Możesz zrobić o wiele więcej, ale ja Ci nie będę wyszukiwał możliwości, które Ty będziesz obalał.

Sam sobie poszukasz kiedy przyjdzie odpowiedni moment.

Zresztą, podstawowym błędem ludzi tutaj, też moim,  jest podawanie Ci rozwiązań. Wyraźnie widać co z tym robisz.




Shinigami napisał/a:

Terapeutka też mi powiedziała, że nie raz jej nie słucham i odpalam się z automatu przerywając jej głównie kiedy mówi, że coś mam lub coś mi się udało. Nie ma takiej poprzeczki, która byłaby dla mnie możliwa do przeskoczenia czy tym bardziej podniesienia. Dla mnie cały czas jest wszystko albo nic. Albo idealny sukces albo błąd zakończony śmiercią. Terapeutka powiedziała, że największa krzywda jaką sobie robię to nie pozwalanie sobie na błędy, a ja nie potrafię tego zmienić choćbym nie wiem jak próbował.



A konkretnie- jak wygląda te próby? KONKRETNIE 






Shinigami napisał/a:

Nie ma opcji by akceptacja obecnego stanu rzeczy uspokoiła konflikt wewnętrzny. Tak się nie da przez całe życie, a dla mnie każdy miesiąc może być ostatnim. Wybacz ale nie widzę teraz możliwości uspokojenia tego konfliktu czy tym bardziej nie odczuwania nienawiści do siebie. Naprawdę chciałbym by dało się zrobić jak piszesz ale nie potrafię.

Z czasem jest tylko gorzej.




Nie potrafisz?
A co KONKRETNIE robisz w tym kierunku?






Shinigami napisał/a:

Nie będzie uwalniająca bo obecny styl życia nie jest ani trochę ok. Nie da się zaakcentować czegoś co jest jedynie jednym wielkim błędem i ogromną porażką na chyba każdy poziomie życia. Jestem śmieciem, który nie potrafił pomóc ani bliskiej osobie ani samemu sobie, który nie potrafił pokonać demonów z przeszłości i pójść swoją świadomą drogą przez co zmarnował sobie życie. Wierz mi, że naprawdę chciałbym spojrzeć na to wszystko w sposób jaki opisujesz ale tego też nie potrafię, próbowałem wielokrotnie.



Jak próbowałeś? KONKRETY

Nie wierzę Ci za grosz, dlatego dopytuję.
Wielokrotnie udowodniłeś, że nie robisz niczego w tych kwestiach.

Jeśli się mylę, odnieś się konkretnie do moich pytań, podaj sytuacje, sposoby i techniki których używałeś, a które nie zadziałały.







Shinigami napisał/a:

Raczej jestem w punkcie gdzie już niezbyt wiele mogę. Mój stan psychiczny zaszedł za daleko, moje przekonania są zbyt silne, moje otoczenie zbyt toksyczne. Nawet jeśli mam możliwości to nie potrafię z nich skorzystać.

Może i nikt mi nie urwie głowy, ale ja sam na pewno. Całe życie ktoś czegoś ode mnie wymagał, teraz ja wymagam od siebie jeszcze więcej niż kiedykolwiek ktoś inny. Ja tak naprawdę cały czas żyje próbując spełniać wymagania rodziców, nauczycielek i kolegów ze szkoły, a do tego trzeba być idealnym. Nie mam bo nie jestem w stanie się nawet zbliżyć do tego ideału, którego wyobrażam sobie, że świat ode mnie wymaga. Nie potrafię pozwolić sobie na błąd i naukę na nim, a już zwłaszcza na to by ktoś to zobaczył i oceniał, tak jak to zawsze było w domu i w szkole. Nie wolę tak i to nie jest ok.




To Twoje ego. JA JA JA JA JA. 

Zbyt dumny by ponieść porażkę, by próbować. Musi być ideał albo nic.
Stosujesz mechanizm znany i ograny. Głos innych z przeszłości przyjąłeś za swój.

Efekt- porażka.
Myślenie do wymiany. To jest do o zrobienia, ale trzeba robić.






Shinigami napisał/a:

Nadal trudno mi uwierzyć, że istnieją ludzie, którym na mnie zależy. Jednak faktycznie tak jest, widzę to tu na forum, widzę to u terapeutki i widziałem to u dziewczyny. Żeby nie było wyłącznie źle to też nie jest tak, że nic nie robię. Poza treningiem czytam książkę, którą poleciła mi terapeutka, cały czas szukam informacji jak cokolwiek zmienić, pytałem o kilka kwestii AI. Próbowałem już wielu sposobów na zmianę myślenia i przekonań, jak dotąd żaden nie zadziałał ale wciąż szukam kolejnych i sprawdzam.


Jakich sposobów? Jakie konkretnie kroki wykknywałeś, jakie ćwiczenia? Jak długo?

KON-KRE-TY



Shinigami napisał/a:

Znów się rozpisałem dłużej niż planowałem ale ja po prostu to lubię, lubię pisać i lubię dyskusję, której mi brakuje w codziennym życiu. Na razie tyle wystarczy, na inne posty odpowiem następnym razem.


No pewnie że lubisz. Fajna formą ucieczki przed działaniem.

WYJDŹ DO ŻYCIA



.


.

.


Shinigami napisał/a:

Obecny styl życia to nie życie tylko wegetacja i to wyjątkowo marna. Dla mnie każde wymaganie jest niemożliwe, a to co teoretycznie byłoby możliwe nie widnieje jako coś mający jakikolwiek wpływ na większą zmianę. Mimo to postaram się choć spróbować zastosować się do tego co tu piszesz.



Konkretnie- co masz zamiar zrobić?


W zasadzie wszystko co tu zostało do Ciebie napisane, sprowadza się do jednej prostej rady- Zacznij oswajać dyskomfort, przed którym uciekasz rujnując sobie życie.
Powoli, spokojnie.


Jeśli podejmiesz próby, będę kibicował.


Jeśli będziesz robił to co dotychczas, miłego marnowania życia. Ja do tego już ręki nie będę przykładał.





Edit.
Nie będę się powtarzał- tutaj coś, co Cię może naprowadzi na dobre tory



https://www.netkobiety.pl/t137538.html#p4268505

2,813

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Widzę Shini, że nie odpowiadasz na mój post sprzed tygodnia. Na pewno przeoczyłeś, a ja nie jestem od tego by nie przypomnieć big_smile









RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Jak najbardziej jest możliwe powiedzieć sobie STOP.
Tylko że Ty nawet nie próbujesz.
Piszę o małych krokach, co z premedytacją ignorujesz.

W wiedzy o tym, że sam jesteś przyczyną swojego zachowania, nie chodzi o obwinianie się.

Masz tak jak masz na tę chwilę, wiele czynników się na to złożyło.
Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.

Biorąc odpowiedzialność za swój sposób myślenia, przestajac szukać usprawiedliwień, wreszcie dojdziesz do wniosku że Ci to nie służy i chcesz to zmienić.
Poradników jak to zrobić jest mnóstwo. W tym temacie wiedzy jest mnóstwo.
Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
Pisząc wprost, masz chujowy software, który sprawia degradację całego systemu.

Dobra wiadomosc- Ty możesz to sam zmienić. Przed czym się dosyć zawzięcie bronisz.

Zmiana na każdym etapie życia i w każdym wieku ma sens, jeśli służy dobremu.

Ty ledwie zacząłeś dorosłe życie. Choć w tym się zgadzam, możesz długo nie pożyć jeśli tak to będzie wyglądać następne lata a Ty nic nie zrobisz ani na zewnątrz, ani z konfliktem wewnętrznym.

Zmianę warunków możesz sobie zafundować sam- np wyjeżdżając na prace sezonowe z granicę czy w pl.

Na wolontariat tez- mnóstwo freaków z zajawką na małe bio-eko komuny, szuka pomocy w np zakładaniu siedlisk czy uprawianiu roli.

Zgromadzenia religijne i wyjazdy z nimi.

Długo by wymieniać, podałem pierwsze z brzegu sposoby, by totalnie zmienić środowisko i wybić się z utartego rytmu.


Jesteś inteligentny.
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.
Tutaj w swoich racjonalizacjach i sposobie pisania pokazujesz, że Ci inteligencji nie brakuje.
Problem pogłębia się id kilku lat, a Ty już zakładasz że tak pozostanie zamiast skupić się na tym, co REALNIE mógłbyś zrobić.


Nie napisałem że jesteś przebiegły.
Nie sugeruję nigdzie że celowo i świadomie próbujesz manipulować ludźmi, forum.
To są nieświadome mechanizmy.


Jeśli jesteś jak piszesz, uzależniony od komputera, to SUPER!
Dlatego, że widzisz problem i umiesz się do niego przyznać. Od reszty są specjaliści, gdybyś chciał z tym coś zrobić. Chcesz?


W ostatnim swoim akapicie dobitnie pokazujesz, jak bardzo nie przyjmujesz tego co się do Ciebie pisze.
Nigdzie nie przedstawiłem wymagań odnośnie pracy. To jest Twoje a nie moje.
Wyraźnie i kilka razy powtarzałem, że chodzi o wyjście z głowy i zaczęcie REALNYCH działań.
Takich, które sam uznasz za możliwe- to Ty decydujesz. To Ty masz sobie realnie ustawić poprzeczkę.
Ba, najlepiej ustawić ją sporo poniżej i udowadniać sobie że potrafisz, karmić się swoimi codziennymi sukcesami, które będą Cię napędzały by sobie poprzeczkę podnosić.

Wpierdoliles się w szambo i nikt nie oczekuje że jednym susem z niego wyskoczysz. Ale jeden cm dziennie to niemal dwa metry w pół roku.
Nie chciałbyś za pół roku mieć trochę więcej komfortu w życiu, zadowolenia, spokoju w głowie?
Do zrobienia, ale trzeba robić. Choć trochę.


Na początek spróbuj zaakceptować stan obecny. Skończyć z niemożliwymi wymaganiani, których nie masz szans spełnić.
Zrzucić to z siebie.
Obecny styl życia to też jakiś sposób i tak też ludzie żyją.
Przez tydzień rób to co robisz, świadomie.

Marnuj czas, czasem dorabiaj, luz. Nawet miesiąc, w perspektywie życia to nic. Świadomie i uznając, że teraz tak żyjesz i możesz tak żyć całe życie- nic się nie stanie. To powinno uspokoić konflikt wewnętrzny.

Po czasie, który sobie z góry założysz, zrobisz sobie podsumowanie i podejmiesz decyzję co dalej.

Sama świadomość że obecny styl życia też jest ok, powinna być uwalniająca.
W ten sposób powinieneś spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na swoje życie i to, jak chciałbyś by ono wyglądało- realnie a nie w megalomańskich marzeniach.

Jestes w punkcie, gdzie możesz wszystko.

Nikt Ci głowy nie urwie jeśli niczego nie zmienisz, ale będzie to świadome. Czyli, już bez narzekań że np nie masz pracy ani dziewczyny.
Nie masz, bo niczego nie robisz by mieć, bo tak wolisz- no i ok.

A jeśli spróbujesz ruszyć, masz tu kilka osób które będą Cię wspierać. Dobrze byłoby, gdybyś wreszcie zaczął szukać informacji nt tego, jak sam możesz to robić- wspierać sam siebie. Zmieniać swoje myślenie, przekonania.






Odniosę się do posta kierowanego do mnie, w odpowiedzi na ten cytowany powyżej, choć wyraźnie widać że udzielanie się tutaj prowadzi tylko do tego, do czego prowadziło do tej pory.
No nic, don Kichot nadchodzi ponownie!


Shini, tak sprytnie to poobracałeś, że znów jesteśmy w dokładnie tym samym miejscu.

Ludzie dają Ci rozwiązania, Ty na każde z nich wyszukujesz problem.




Shinigami napisał/a:

Nie próbuję bo nie mogę sobie nawet wyobrazić by to było możliwe.

Rozumiem, że Twoja wyobraźnia o tym decyduje?
Zostało Ci wyłożone jak krowie na rowie- POWINIENEŚ WYJSĆ Z GLOWY I RUSZYĆ.
Tylko tak możesz coś zmienić. Małymi krokami.
To one będą Ci pokazywać że się da.

Siedząc w fotelu przed kompem i mieląc w kółko beznadzieję swojego życia, tego nie doświadczysz.
Za to bardzo skutecznie sobie to życie obrzydzisz. Póki co, jesteś na dobrej drodze do tego.
Rozumiem że masz świadomość dokąd prowadzi tą droga?
Takiej chcesz dla siebie?







Shinigami napisał/a:

Tu nie mogę się zgodzić. Warunki zewnętrzne teraz nie są dobre, wcześniej jeszcze bardziej nie były dobre. Tu nie chodzi tylko o warunki bytowe. Chodzi też, a może przede wszystkim o warunki psychiczne i rozwój na tym poziomie, który u mnie praktycznie nie istniał.


Przestań manipulować. Warunki zewnętrzne, czyli ciepło, dach nad głową, bliscy którzy podstawią talerz pod nos.
Nie masz długów, jesteś zdrowy fizycznie, itd itp.

To jest bardzo dużo.

To Twoja głowa nie dowozi, ale z tym też się da zrobić porządek. Sam masz na to wpływ, na sposób swojego myślenia.
Sam możesz je przeprogramować.

Do tego potrzeba Twojej decyzji by ruszyć. By ROBIĆ. Nikt Ci nie zmieni myślenia za Ciebie.





Shinigami napisał/a:

To kim jestem teraz jest efektem tego co oddziaływało na mnie wcześniej. Rodzice, szkoła, internet, gry, anime, totalnie toksyczni i przemocowi rówieśnicy, niemal całkowity brak relacji damsko-męskich w latach szkolnych i studenckich i mógłbym tak jeszcze dalej wymieniać.



No i?
To już się stało i tego nie zmienisz.

Możesz zmienić siebie, bo to co sie stało CIEBIE NIE DEFINIUJE.





Shinigami napisał/a:

Obwiniam się głównie o to, że tak późno poszedłem na terapię i tak późno dowiedziałem się tego wszystkiego co wiem teraz. Dowiedziałem się tego dopiero kiedy mój stan psychiczny zaczął być na krawędzi życia. Jednak chyba najbardziej obwiniam się o stratę dziewczyny, być może jedynej na całe życie tak bliskiej osoby, która dawała też możliwość zmiany otoczenia. Niby wiem, że nie mogłem nic zrobić ale przyrzekłem jej, że nie zniknę bez słowa i będę ją chronił. Nie pomyślałem tylko o tym, że musiałbym ją chronić przed nią samą. I o to, że nie o tym nie pomyślałem obwiniam się chyba najbardziej.


Shini, skończ pierdolić.
Obwiniasz się o stratę dziewczyny, kombinując jakby tu capnąć następną?

Co Ci daje to obwinianie? Aż tak bardzo to lubisz, że nie szukasz sposobów by przestać?

Co Ci niby dala wiedza, którą nabyłeś? Jesteś cały czas w czarnej dupie, bo to co robisz (a raczej nie robisz), jest nieskuteczne.

Kiedy ludzie podają Ci rozwiązania które działają, masz dziesiątki wymówek by ich nie podejmować.

Niektórych z nich małe dziecko wstydziłoby się użyć.





Shinigami napisał/a:

Ja już dawno doszedłem do wniosku, że to wszystko mi nie służy i chcę to zmienić, a mimo to nie jestem w stanie. Z tym software lepiej bym tego nie ujął tylko nadal ta wiedza i świadomość nic nie dają. Odkąd zacząłem tą terapię obalam moje negatywne przekonania i to też nie daje efektów w dalszej perspektywie.



Choćbyś pozjadał wszystkie rozumy, posiadł całą wiedzę, dalej będziesz gdzie jesteś.

Wiedzy trzeba używać do DZIAŁANIA, żeby mogła, nomen omen, działać.

Ty sobie rozważasz. Na pewno od tego przyjdzie zmiana.





Shinigami napisał/a:

Tu też nie mogę się zgodzić, nie mogę sam tego zmienić. Mając wsparcie w postaci dziewczyny dałoby się to zrobić, mam na myśli zmianę otoczenia.


Mając- ale nie masz. Więc po co w ogóle tracić czas na pisanie o tym 

Tylko i wyłącznie Ty możesz coś zmienić.
Skoro brakuje Ci motywacji by to zrobić samemu i dla siebie, najwyraźniej jeszcze nie osiągnąłeś wystarczającego punktu dyskomfortu.

Być może on przyjdzie kiedy rodzice wystawią Cię za drzwi, albo ich zabraknie. Wtedy skończą się cieplarniane warunki, pozwalające na bezczynność i dywagacje bez końca.

Będziesz musiał zarabiać, zajmować się domem, itp.
I wtedy się nagle okaże, że te rzeczy są możliwe do zrobienia. Że się da.









Shinigami napisał/a:

Wybacz ale ja jakoś nie widzę sensu w zmianie na przykład po 50. Wtedy już będzie o wiele za późno na tworzenie swojej rodziny, majątku czy doświadczanie i przeżywanie różnych rzeczy.


Wybaczem.
Sensu to ja nie widzę w Twoim pisaniu. Ludzie w tym wieku robią to wszystko i cieszą się życiem, zaczynając je od nowa.
Gdyby posluchali Ciebie, powinni sobie zamawiac trumny i sie w nich powoli mościć.



Shinigami napisał/a:

Dorosłe życie zaczęło się dawno temu, a raczej powinno się zacząć bo tak naprawdę ono nigdy się nie zaczęło. Nawet nie chodzi o moje zdrowie, ja po prostu nie mogę sobie wyobrazić jakiegokolwiek życia w takim wieku. Teraz bez rodziców bym sobie nie poradził i po paru miesiącach możliwe, że wylądowałbym na ulicy. Oni wiecznie żyć nie będą więc możliwe, że ja umrę razem z nimi. Oczywiście o ile ten cały stres, stan psychiczny i narastająca nienawiść do siebie nie wykończą mnie wcześniej.


Może tak być. To wciąż Twoja decyzja.






Shinigami napisał/a:

Gdyby nie dziewczyna nawet na tydzień bym nie wyjechał z domu, a ty piszesz o wyjeździe za granicę na o wiele dłużej do pracy? Ja nawet na wakacje nie jestem w stanie sam wyjechać i nie chodzi tu o kwestie finansowe. Spokojnie byłoby mnie stać na kilka wyjazdów do krajów jakie zawsze chciałem zobaczyć ale sam nie jestem w stanie nawet zaplanować takiego wyjazdu. Z dziewczyną razem usiedliśmy i w jeden dzień mieliśmy ogarnięty wyjazd na tydzień.



Biedactwo. Ludzie, zaplanujcie mu bo on nie umie. A najlepiej dajcie mu dziewczynę, niech mu życie planuje. 
A wyjazd do sąsiedniego miasta połączony z wizytą w kinie, teatrze, zwiedzaniem to wciąż za dużo dla Ciebie?
Na JEDEN dzień?

A może w następnym kroku na dwa? Nocleg w hotelu?

Tyle razy było powtarzane. MAŁE KROKI.
Pojeździsz po okolicy to w końcu wybierzesz się dalej.
Ale nie, bo przecież lepiej jojczeć że się nie da.





Shinigami napisał/a:

O tych bio-eko komunach, siedliskach itd nigdy w życiu nie słyszałem, będę musiał sprawdzić o co z tym chodzi.



No no, jasne. Już za pół roku czy za rok na pewno otworzysz taką kartę w wyszukiwarce.




Shinigami napisał/a:

Co do zgromadzeń religijnych mam pytanie. Wiem, że jest w tym sporo dziewczyn tylko zawsze się zastanawiałem czy na coś takiego może pójść ktoś kto nie jest wierzący? To znaczy więżący w sposób w jaki naucza kościół. Czy to od razu nie wyjdzie kiedy niemalże ateista znajdzie się w gronie ludzi turbo wierzących? Co do samej wiary to ja wierzę w Boga ale moim zdaniem nie ma on zbyt wiele wspólnego z tym jak opisuje go kościół.


Szukasz towarzystwa czy nie?
To jest jedna z opcji, gdzie Cię przyjmą i będą z Tobą rozmawiać, niezależnie od tego jak wyobrażasz sobie Boga.
Bedziesz móg z nimi dyskutować, mieć interakcję- a to jedna z Twoich wyraznych, niezaspokojonych potrzeb.






Shinigami napisał/a:

I znowu, kolejna osoba wyjeżdża z tą moją inteligencją, która moim zdaniem nie istnieje. Terapeutka powtarza mi to samo i zawsze się z nią o to kłócę. Człowiek inteligentny nie wpakowałby się w sytuację taką jak moja lub szybko znalazłby z niej wyjście. U mnie jeszcze nigdy nic nie działało jak powinno. Szkołę skończyłem z ledwo przeciętnymi ocenami. Na studia poszedłem bo rodzice kazali, ja nie chciałem iść. Tyle tylko, że okazały się całkiem ciekawe więc je skończyłem z nienajgorszymi wynikami. Pracę dostałem po rodzinie bo to była jedyna opcja jaką miałem, nie dało się jej nie dostać. Możliwe, że gdyby nie to to do dziś nie miałbym żadnego doświadczenia zawodowego ani żadnych swoich pieniędzy. Jestem dobry jedynie w analizowaniu i pisaniu, no i w treningu nienajgorszy. Poza tym chyba jestem całkiem dobrym człowiekiem ale to przecież nie ma żadnego znaczenia w świecie dorosłych.


Blablabla

Ludzie mówią jak Cię postrzegają, ale Ty jak zwykle mądrzejszy.






Shinigami napisał/a:

Widzę ten problem o dawna, byłem już u specjalisty od uzależnień. Jedyne co mógłbym zrobić to posiedzieć trochę w ośrodku dla uzależnionych, niestety tego typu uzależnienia nie ma na NFZ, a prywatnie to koszt daleko wykraczający poza moje możliwości.


Możesz zrobić o wiele więcej, ale ja Ci nie będę wyszukiwał możliwości, które Ty będziesz obalał.

Sam sobie poszukasz kiedy przyjdzie odpowiedni moment.

Zresztą, podstawowym błędem ludzi tutaj, też moim,  jest podawanie Ci rozwiązań. Wyraźnie widać co z tym robisz.




Shinigami napisał/a:

Terapeutka też mi powiedziała, że nie raz jej nie słucham i odpalam się z automatu przerywając jej głównie kiedy mówi, że coś mam lub coś mi się udało. Nie ma takiej poprzeczki, która byłaby dla mnie możliwa do przeskoczenia czy tym bardziej podniesienia. Dla mnie cały czas jest wszystko albo nic. Albo idealny sukces albo błąd zakończony śmiercią. Terapeutka powiedziała, że największa krzywda jaką sobie robię to nie pozwalanie sobie na błędy, a ja nie potrafię tego zmienić choćbym nie wiem jak próbował.



A konkretnie- jak wygląda te próby? KONKRETNIE 






Shinigami napisał/a:

Nie ma opcji by akceptacja obecnego stanu rzeczy uspokoiła konflikt wewnętrzny. Tak się nie da przez całe życie, a dla mnie każdy miesiąc może być ostatnim. Wybacz ale nie widzę teraz możliwości uspokojenia tego konfliktu czy tym bardziej nie odczuwania nienawiści do siebie. Naprawdę chciałbym by dało się zrobić jak piszesz ale nie potrafię.

Z czasem jest tylko gorzej.




Nie potrafisz?
A co KONKRETNIE robisz w tym kierunku?






Shinigami napisał/a:

Nie będzie uwalniająca bo obecny styl życia nie jest ani trochę ok. Nie da się zaakcentować czegoś co jest jedynie jednym wielkim błędem i ogromną porażką na chyba każdy poziomie życia. Jestem śmieciem, który nie potrafił pomóc ani bliskiej osobie ani samemu sobie, który nie potrafił pokonać demonów z przeszłości i pójść swoją świadomą drogą przez co zmarnował sobie życie. Wierz mi, że naprawdę chciałbym spojrzeć na to wszystko w sposób jaki opisujesz ale tego też nie potrafię, próbowałem wielokrotnie.



Jak próbowałeś? KONKRETY

Nie wierzę Ci za grosz, dlatego dopytuję.
Wielokrotnie udowodniłeś, że nie robisz niczego w tych kwestiach.

Jeśli się mylę, odnieś się konkretnie do moich pytań, podaj sytuacje, sposoby i techniki których używałeś, a które nie zadziałały.







Shinigami napisał/a:

Raczej jestem w punkcie gdzie już niezbyt wiele mogę. Mój stan psychiczny zaszedł za daleko, moje przekonania są zbyt silne, moje otoczenie zbyt toksyczne. Nawet jeśli mam możliwości to nie potrafię z nich skorzystać.

Może i nikt mi nie urwie głowy, ale ja sam na pewno. Całe życie ktoś czegoś ode mnie wymagał, teraz ja wymagam od siebie jeszcze więcej niż kiedykolwiek ktoś inny. Ja tak naprawdę cały czas żyje próbując spełniać wymagania rodziców, nauczycielek i kolegów ze szkoły, a do tego trzeba być idealnym. Nie mam bo nie jestem w stanie się nawet zbliżyć do tego ideału, którego wyobrażam sobie, że świat ode mnie wymaga. Nie potrafię pozwolić sobie na błąd i naukę na nim, a już zwłaszcza na to by ktoś to zobaczył i oceniał, tak jak to zawsze było w domu i w szkole. Nie wolę tak i to nie jest ok.




To Twoje ego. JA JA JA JA JA. 

Zbyt dumny by ponieść porażkę, by próbować. Musi być ideał albo nic.
Stosujesz mechanizm znany i ograny. Głos innych z przeszłości przyjąłeś za swój.

Efekt- porażka.
Myślenie do wymiany. To jest do o zrobienia, ale trzeba robić.






Shinigami napisał/a:

Nadal trudno mi uwierzyć, że istnieją ludzie, którym na mnie zależy. Jednak faktycznie tak jest, widzę to tu na forum, widzę to u terapeutki i widziałem to u dziewczyny. Żeby nie było wyłącznie źle to też nie jest tak, że nic nie robię. Poza treningiem czytam książkę, którą poleciła mi terapeutka, cały czas szukam informacji jak cokolwiek zmienić, pytałem o kilka kwestii AI. Próbowałem już wielu sposobów na zmianę myślenia i przekonań, jak dotąd żaden nie zadziałał ale wciąż szukam kolejnych i sprawdzam.


Jakich sposobów? Jakie konkretnie kroki wykknywałeś, jakie ćwiczenia? Jak długo?

KON-KRE-TY



Shinigami napisał/a:

Znów się rozpisałem dłużej niż planowałem ale ja po prostu to lubię, lubię pisać i lubię dyskusję, której mi brakuje w codziennym życiu. Na razie tyle wystarczy, na inne posty odpowiem następnym razem.


No pewnie że lubisz. Fajna formą ucieczki przed działaniem.

WYJDŹ DO ŻYCIA



.


.

.


Shinigami napisał/a:

Obecny styl życia to nie życie tylko wegetacja i to wyjątkowo marna. Dla mnie każde wymaganie jest niemożliwe, a to co teoretycznie byłoby możliwe nie widnieje jako coś mający jakikolwiek wpływ na większą zmianę. Mimo to postaram się choć spróbować zastosować się do tego co tu piszesz.



Konkretnie- co masz zamiar zrobić?


W zasadzie wszystko co tu zostało do Ciebie napisane, sprowadza się do jednej prostej rady- Zacznij oswajać dyskomfort, przed którym uciekasz rujnując sobie życie.
Powoli, spokojnie.


Jeśli podejmiesz próby, będę kibicował.


Jeśli będziesz robił to co dotychczas, miłego marnowania życia. Ja do tego już ręki nie będę przykładał.





Edit.
Nie będę się powtarzał- tutaj coś, co Cię może naprowadzi na dobre tory



https://www.netkobiety.pl/t137538.html#p4268505

Przeciez ten komentarz jest taki dlugi,ze to po polowie czytania człowiek zapomina co bylo w pierwszym zdaniu big_smile

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Przeciez ten komentarz jest taki dlugi,ze to po polowie czytania człowiek zapomina co bylo w pierwszym zdaniu big_smile

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

2,815

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Przeciez ten komentarz jest taki dlugi,ze to po polowie czytania człowiek zapomina co bylo w pierwszym zdaniu big_smile

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

Ja potrafie łączyć kropki

I nie robie tu smietnika ... ja nigdy zadnego smietnika na forum nie robilam,tylko mnie robi Palec i Oczy smietnik w moich tematach,wiec wypraszam sobie to bez sensu pisanie

I smietnik robi Darek co pod każdym prawie tematem pisze o masazach 

Oni wszyscy kropki nie lacza razem z Toba xD

2,816

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Przeciez ten komentarz jest taki dlugi,ze to po polowie czytania człowiek zapomina co bylo w pierwszym zdaniu big_smile

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

Ja potrafie łączyć kropki

I nie robie tu smietnika ... ja nigdy zadnego smietnika na forum nie robilam,tylko mnie robi Palec i Oczy smietnik w moich tematach,wiec wypraszam sobie to bez sensu pisanie

I smietnik robi Darek co pod każdym prawie tematem pisze o masazach 

Oni wszyscy kropki nie lacza razem z Toba xD

Dlaczego klamiesz, nie pisze w 99% tematach

2,817

Odp: Co to znaczy żyć?
DarekFDD napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

Ja potrafie łączyć kropki

I nie robie tu smietnika ... ja nigdy zadnego smietnika na forum nie robilam,tylko mnie robi Palec i Oczy smietnik w moich tematach,wiec wypraszam sobie to bez sensu pisanie

I smietnik robi Darek co pod każdym prawie tematem pisze o masazach 

Oni wszyscy kropki nie lacza razem z Toba xD

Dlaczego klamiesz, nie pisze w 99% tematach

A gdzie ja napisalam 99% ? Nie dość,ze spamujesz to jeszcze masz halucynacje i widzisz jakies 99% którego nie ma  big_smile

I ja nie klamie

2,818

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:
DarekFDD napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Ja potrafie łączyć kropki

I nie robie tu smietnika ... ja nigdy zadnego smietnika na forum nie robilam,tylko mnie robi Palec i Oczy smietnik w moich tematach,wiec wypraszam sobie to bez sensu pisanie

I smietnik robi Darek co pod każdym prawie tematem pisze o masazach 

Oni wszyscy kropki nie lacza razem z Toba xD

Dlaczego klamiesz, nie pisze w 99% tematach

A gdzie ja napisalam 99% ? Nie dość,ze spamujesz to jeszcze masz halucynacje i widzisz jakies 99% którego nie ma  big_smile

I ja nie klamie

Piszac pod prawie kazdym to mozna wyciagnac wniosek ze masz na mysli 99% ale ok niech bedzie 98%

2,819

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Skupiasz się, Shini, nie na tym, co jest tutaj najważniejsze. Zupełnie niepotrzebnie usiłujesz te wszystkie zagadnienia tłumaczyć po swojemu, czyli jak Ty to widzisz, a to niczemu nie służy. Odbierasz sobie w ten sposób energię, którą możesz wykorzystać na zmianę. 

Jak wyżej - no i co z tego? Nie chodzi o przyczyny, ale o skutek, który wywołują te postawy.

A jakie to ma znaczenie, jeśli mowa jest o tym, w jaki sposób Twoje zachowanie odbierane zostaje przez drugą stronę?

Jak bardzo brutalnie to nie zabrzmi, to jest to Twój problem, a dziewczyny nie chcą być traktowane jak rozwiązanie Twojego problemu z brakiem bliskości, seksu, czułości czy związku. Nie chcą też mieć poczucia, że zostały obsadzone w roli potencjalnej partnerki, zanim w ogóle zdążyły zamienić z Tobą kilka zdań.

To, że Twoje ciało reaguje w taki sposób, dla Ciebie może być to bardzo trudne, ale z perspektywy dziewczyny, która staje się obiektem Twojego zainteresowania, nie ma to znaczenia, jeśli wyczuwa presję i określone oczekiwania. Jeśli zatem każda atrakcyjna kobieta staje się od razu potencjalną partnerką i odpowiedzią na Twoje braki, trudno Ci będzie potraktować ją po prostu jak człowieka, którego dopiero chcesz poznać.
I właśnie na to usiłuję Ci zwrócić uwagę, a zrobisz z tym, co chcesz.

Nie mam energii na niemal nic więcej niż pisanie i tłumaczenie poszczególnych zagadnień.

Piszesz jakby ten skutek nie miał nic wspólnego z przyczynami, a przecież bezpośrednio z nich wynika. Nie da się pisać o skutku bez pisania o przyczynach. To tak jakbyś pisała, że ktoś nie żyje i tyle, całkowicie pomijając fakt, że nie żyje bo został zabity.

Wręcz nie rozumiem twojego pytania.

Opisałem szersze zjawisko na swoim przykładzie odnosząc się ogólnie do tych wszystkich desperatów, o których wspominasz. Miałem zamiar jedynie wytłumaczyć zjawisko, a nie rozwodzić się nad moim prywatnym problemem. Następnym razem jeśli takowy będzie opiszę to na przykładzie kogoś innego.

Miło, że zauważasz fakt iż jest to trudne. Może być trudno w to uwierzyć ale ja wiem, że z perspektywy takiej dziewczyny nie ma to znaczenia co jeszcze bardziej mnie wkurza. W tym sensie, że to wiem ale i tak nie mogę z tym nic zrobić. Odnoszę wrażenie, że trochę przeceniasz zdolności wyczuwania i przewidywania u kobiet. Wątpię by to było aż tak widoczne jak opisujesz. Udało mi się chwilę pogadać z tą dziewczyną z siłowni, robiliśmy na zmianę jedno ćwiczenie na tym samym sprzęcie. I wiesz co? Kompletnie nic, ja wyobrażałem sobie wiele scenariuszy i jeszcze więcej tego co ona mogła o mnie myśleć po kilku ostatnich wizytach na siłowni. Jak już się jej zapytałem czy mogę razem z nią zrobić to ćwiczenie nie uciekła, nie zadzwoniła na policje i nie zwyzywała mnie od creepów czy tym podobnych. Odpowiedziała spokojnym i pełnym obojętności głosem, że spokojnie możemy robić to ćwiczenie na zmianę. Ja nie mogłem spać z obawy przed tym co ona o mnie myśli, a dla niej przez cały ten czas byłem totalnie obojętny, jak każdy losowy użytkownik siłowni. Była skupiona wyłącznie na treningu i nie wyrażała chęci na dłuższą rozmowę z kimkolwiek. Chyba nawet nie zauważyła mojego gapienia się, albo zauważyła ale postanowiła to olać. Dodam, że zdecydowanie jest sporo młodsza, przez tą chwilę rozmowy dało się wyczuć różnicę wręcz pokoleniową, raczej na pewno nie ma nawet 20 lat. Tak więc ten temat raczej jest do zamknięcia w kwestii matrymonialnej, może od czasu do czasu się pogada o treningu.

Co do traktowania jak człowieka to czym tak naprawdę jest takie traktowanie, jak to wygląda? Pytam bo najprawdopodbniej samego siebie nie traktuję w taki sposób i nie serio nie jestem pewny co to dokładniej oznacza.

Bert44 napisał/a:

Mam taki maly watek prywatny. Dwie rzeczy pasuja do tego watku. Pierwsza - jakie skutki przynosi dzialanie pomimo stresu i dyskomfortu a drugie o podtekscie matrymonialnym.

Pojechalismy na wakacje. W hotelu bylo niewiele rodzin z Polski. Corka szukala towarzystwa ale bala sie zagadac. To przeciez cringe. Ja tez wolalem zeby szwedala sie sie z kims w swoim wieku a nie ze starymi. No ale bala sie zagadac. Wiec ja wzialem i poszlismy zagadac jakas rodzinke z synem miej wiecej w jej wieku. Poznali sie. Na drugi dzien znalazla rodzine z dziewczynka i znow to samo - chodz tata zagadasz do nich chce ja poznac. I tak zrobilismy. Pozniej znow chciala ale jej powiedzialem ze wiecej tego nie zrobie i sama ma sobie radzic. W miedzyczasie pogadalismy na temat tego ze to zwykla rzecz, dlaczego sie stresuje itd. I poszla sama. Zagadala. Pozniej znow. Pozniej na wycieczce znow - patrze w lewo plywa z jakims chlopakiem, w prawo - skacze do wody z jakas dziewczyna. Cos peklo i stres zniknal.
Tydzien po rozpoczeciu szkoly mowi do mnie ze jest jakas bardziej otwarta. Ze jak jakas osoba wydaje jej sie ciekawa to po prostu zagaduje. Mowi ze zna juz mnostwo dzieciakow z nowego rocznika. I ze to fajne jest. Ale dlaczego tak sie stalo? Bo wykonala ten krok. Ten nieprzyjemny, potem raz jeszcze, raz jeszcze.

A teraz o celu matrymonialnym. Mowi ze najtrudniej jest z chlopakami bo oni od razu interpretuja to jako podryw. A ona chce poznac czlowieka. Niewielu chlopakow jjest w tej sytuacji nautralnych. Zeby bylo jasne - jest wolna, gotowa na chlopaka (taki czas taka moda) ale najpierw jak mowi musi ta osobe poznac. A nie od razu ze szuka chlopa. Jak jakis nawet moze byc potencjalnie matrymonialny to to jest dla niej nastepny etap. Unika tych ktorzy od razu ida w "badzmy razem"

Opisałeś całą historię, bardzo ciekawą i dającą do myślenia. Jednak czyżbyś sam nie zauważał rzeczy, która mi jako pierwsza najbardziej rzuciła się w oczy? Pozwolę sobie zacytować ponownie ten moim zdaniem najważniejszy fragment i pogrubić najważniejsze słowa. "No ale bala sie zagadac. Wiec ja wzialem i poszlismy zagadac jakas rodzinke z synem miej wiecej w jej wieku. Poznali sie. Na drugi dzien znalazla rodzine z dziewczynka i znow to samo - chodz tata zagadasz do nich chce ja poznac. I tak zrobilismy. Pozniej znow chciala ale jej powiedzialem ze wiecej tego nie zrobie i sama ma sobie radzic." Zrobiła to nie dlatego, że nagle, niewiadomo skąd wykrzesała siebie odwagę i motywację do przełamania lęku i wyjścia ze strefy komfortu tylko dlatego, że ty jej pomogłeś. Ty wykonałeś pierwszy krok i jak wynika z historii też drugi krok, a ona kolejne bo już wiedziała z czym to się wiąże, i że to nie jest tak niebezpieczne jak się wydawało. Gdybyś nie wykonał tych dwóch pierwszych kroków ona nie zrobiłaby kolejnych. Oczywiście wiadomo, że porównując dziecko z teoretycznie dorosłym zabrzmi to wręcz śmiesznie ale mechanizm działa tak samo niezależnie od wieku. Ja nie mam nikogo kto wykona pierwszy czy drugi krok tak bym ja mógł zrobić kolejne więc w moim przypadku taki schemat jak z twojej historii nie ma możliwości się wydarzyć. 

Pozwól, że o coś zapytam. Skoro chce poznać człowieka to czemu nie daje mu na to szansy? To oczywiste, że najpierw trzeba człowieka poznać tylko czemu jego podejście w stylu matrymonialnym jest w tym aż taką przeszkodą? Czemu nie powie takiemu chłopakowi czegoś w stylu "To miłe, że ci się podobam, i że patrzysz na mnie w taki sposób ale jeszcze się nie znamy więc zacznijmy od tego. Najpierw pogadajmy, spotkajmy się raz czy dwa, poznajmy trochę lepiej i wtedy zobaczymy czy może z tego być coś więcej". Oczywiście jeśli nie mówimy o jakiej nachalności, pisaniu codziennie po kilkadziesiąt wiadomości czy tym bardziej przekraczaniu jakichś granic. Poza tym chyba nie istnieją ludzie, którzy od razu idą w "bądźmy razem", a przynajmniej ja o takich nie słyszałem. To, że ktoś od początku patrzy na kogoś jak na potencjalnego partnera nie oznacza, że też nie chce poznać tej osoby i samemu się przekonać czy patrzenie na nią właśnie w taki sposób ma sens. Po pierwszej rozmowie może się okazać, że ta osoba jednak nie będzie potencjalnym partnerem bo kompletnie nie jest w naszym typie we wszystkim innym poza wyglądem. Zawsze najpierw trzeba poznać daną osobę, nawet ja tak miałem z dziewczyną. Co prawda my dość szybko znaleźliśmy wspólny język i szybko się nawzajem polubiliśmy na tyle by wejść w związek. Jednak mechanizm był taki sami, oboje pragnęliśmy nie być sami, oboje pragnęliśmy miłości i bliskości, oboje od początku patrzyliśmy na siebie jak potencjalnych partnerów i to wszystko było widać od samego początku. Mimo to najpierw się poznawaliśmy i świadomość tego, że patrzymy na siebie tak, a nie inaczej w niczym nie przeszkodziła, a wręcz pomogła. 

sebastiannn napisał/a:

Znasz jakiegoś faceta który miał problemy prawne lub z policją za zagadywanie do dziewczyn?
A przecież często jest odwrotna sytuacja, że to sporo dziewczyn nie zgłasza gwałtu na policje, czyli już realnego naruszenia czyjejś nietykalności. Ale w Twojej rzeczywistości to za "cześć" już grozi kryminał i to pewnie jeszcze dożywocie.

Powiem Ci szczerze, że wydaje mi się, że sam się boisz zrobić ten pierwszy krok i zagadać i sam starasz się bronić przed tym stresem właśnie wmawiając sobie rzeczy w stylu, że problemy prawne, że obleśne jak stary dziad (masz na myśli siebie) zagaduje młodą kobiete. Sam takim mysleniem torpedujesz pomysł zagadania do dziewczyny w normalny sposób.

Więc już sa trzy duże problemy:

- atakujesz samego siebie (dziad, łysy, obleśny) przed ewentualnym pierwszym krokiem
- wymyślasz jakieś nie racjonalne zewnętrzne problemy (prawo, policja), które blokują zagadanie
- traktujesz atrakcyjną kobiete po sekundzie jak potencjalną partnerkę lub jak sam pisałeś o tancerkach na festynie jak kawałek mięsa

Ja wiem, że czujesz się samotny z tym problemem mimo rozmów na forum i widziałem, że nie raz pisałeś, że "syty" głodnego nie zrozumie i że atrakcyjna kobieta mogąca mieć co dzień innego również tego problemu nie zrozumie. I po części masz racje. Ciężko aby piękność, która ma codziennie nowe propozycje rozumiała taki problem, albo jakiś przystojniak, który co wyjście na imprezę wraca z inną dziewczyną na mieszkanie. Ja również miałem w młodym wieku problem z zagadaniem i przez to czułem się beznadziejnie. Ale mi z czasem to przeszło, nie było łatwo, bo wymagało wyjścia ze strefy komfortu ale zdecydowanie było warto. Chociaż do dziś żałuje wieku 15-20 kiedy często jest nastoletnia miłość i nieraz słyszałem od kobiet że to piękny czas, najpiękniejszy seks, bo nowy, bo trzeba się chować, bo coś tam coś tam. Ale wiem, że później też może być fajnie.

A to, że każda kolejna to potencjalna partnerka....kobiety to wyczuwają i strzelasz sobie w kolano, bo desperacja to jedna z najgorszych cech w oczach kobiet i nawet jak się spodobasz dziewczynie ale będzie widziała, że jesteś niezdrowo zdesperowany to... no jest to problem.

Zagadanie powinno być przyjemnością samą z siebie. Pozatym Ty również nie wiesz jaka jest ta dziewczyna? Może totalnie nie pasuje do Ciebie? Może jest les? Może XXXX milion innych rzecz? A Ty nie zamieniając z nią słowa widzisz ją jako potencjalną partnerkę?

Sam przeprowadzasz dywersje na własne działania.
Widać, że seks jest dla Ciebie ważny i go szukasz. Postaraj się bardziej, to może uda Ci się go znaleźć i Twoja frustracja spadnie w dół. Patrząc, że masz już doświadczenie w jakimś stopniu z kobietami bo jednak miałeś i zwykłą kobiete, jak i za pieniądze. Nie mówie, że to wielkie doświadczenie, ale zawsze coś. Seks i kobiety powinny być dla Ciebie już odczarowane bo z nie jednego pieca chleb jadłeś, nie jedną kobiete nago widziałeś. Powinieneś przestać myśleć, że kobieta jest boską istotą do której nie można zagadać. Nie jest takim samym człowiekiem jak Ty.

Osobiście nie, znałem jedynie nie jednego, który został dość brutalnie potraktowany za próbę zagadania przez samą dziewczynę. Nie za samo słowo "cześć" tylko za to kto je wypowiada. Tu w grę wchodzi atrakcyjność i facet atrakcyjny mógłby powiedzieć niemal wszystko i zostałoby to mile potraktowane. Nieatrakcyjny za samo "cześć" mógłby zostać potraktowany jak napastnik. Ja raczej zaliczam się do tej drugiej grupy.

Oczywiście, że się tego boję z wielu różnych przyczyn, nie tylko tych prawnych.

Te trzy problemy:

- Oczywiście, że atakuję samego siebie bo tak właśnie wyglądam. Przez to łysienie wyglądam jak stary obleśny, dziad. Z włosami mam najgorsze możliwe połączenie czyli włosy rosną szybko ale tylko z tyłu i po bokach. Po szcześciopaku, który kiedyś był teraz nie ma śladu i wystaje mi brzuch, jeszcze dużo czasu na siłowni zanim uda mi się wrócić do dawnego wyglądu o ile w ogóle teraz to się uda.
- One nie są aż tak nieracjonalne. Dosłownie wczoraj mi wyskoczyła historia z jakiejś tinderowej afery gdzie dziewczyna chciała faceta oskarżyć o molestowanie bo ją olał kiedy ta okazała się kimś zupełnie innym niż na zdjęciach. Uratowało go chyba tylko to, że on pierwszy poszedł na policję i pokazał rozmowy z nią gdzie mu groziła, że go oskarży. Takich historii widuję znacznie więcej i choć wiem, że algorytm specjalnie mi je podsyła to i tak zostaje w głowie.
- A jak miałbym ją traktować inaczej skoro tak bardzo mi brakuje tego wszystkiego co wcześniej wymieniałem? Nie ma możliwości by zaspokoić te potrzeby i wypełnić te braki więc będą się tylko nasilać, a nie ma tych możliwości właśnie z ich powodu. Czy jest jakiekolwiek wyjście z takiej sytuacji?

Musiałeś wspominać o utraconej młodości, tym pięknym czasie, seksie itd? Chyba nic innego nie działa na mnie tak źle i tak depresyjnie jak to. Wystarczyło ledwie wspomnienie i już chciałbym się jutro nie obudzić. Każdy powinien przeżyć nastoletnią miłość, tą całą beztroskę, pierwsze randki, pierwsze pocałunki, pierwszy seks w latach kiedy miał najwięcej energii, kiedy jeszcze nie znał okrucieństw świata dorosłych, kiedy nikomu nie zależało na pieniądzach czy pozycji. Dlatego brak tego tak bardzo boli.

To jest coś czego chyba nigdy nie zrozumiem. Jak zagadywanie miałoby być przyjemne? Jak cokolwiek co powoduje taki stres i jest tak ryzykowne miałoby być przyjemne? To tak jakby ktoś miał się cieszyć rozbrajając bombę albo stając na minę. Jeśli podoba mi się z wyglądu to jak miałbym jej nie widzieć jako potencjalnej partnerki? Ja widzę to w taki sposób, że jeśli podoba mi się z wyglądu to zakładam, że mogłaby być tą partnerką ale muszę ją poznać żeby się przekonać czy faktycznie tak może być. Stawiam tezę, a potem próbuję ją potwierdzić, zawsze myślałem, że właśnie tak się powinno do tego podchodzić. Jeśli się okażę, że do mnie nie pasuje, że jest les albo te milion innych opcji to teza zostaje obalona, a ja przestaje patrzeć na taką osobę jak na potencjalną partnerkę. Z tego powodu nigdy nie miałem i raczej nie będę miał więcej niż jednej opcji na raz.

Oczywiście, że jest ważny, przed poznaniem dziewczyny nawet nie podejrzewałem, że to się okaże aż tak istotną częścią życia. Wcześniej mi tego brakowało ale nie wiedziałem czym to tak naprawdę jest. Kiedy się dowiedziałem zrozumiałem dlaczego dla większości ludzi to jest tak ważne. Z politowaniem patrzyłem na ludzi, którzy twierdzili, że już nie mogą wytrzymać bo od miesiąca czy roku nie uprawiali seksu bo ja przecież nie doświadczyłem tego przez całe wcześniejsze życie. Myślałem, że jedynie się nad sobą użalają, a ich ból nie jest nawet bliski tego co czuje taki 25+ prawiczek. Jednak kiedy ja już tego doświadczyłem zrozumiałem, że spróbowanie i utrata tego boli dużo bardziej. Moje doświadczenie w niczym nie pomaga bo jest po prostu za małe. To było o wiele za mało żeby odczarować ten temat, a powiedzenie, że z nie jednego pieca się chleb jadło jest grubo przesadzone. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile kobiet widziałem nago z czego tylko jedna to była partnerka, która rozebrała się bo sama tego chciała, a raczej pozwoliła bym ja to zrobił. Dla mnie nadal kobiety są boskimi istotami przy, których trzeba uważać na każde słowo i każdy czyn, a najmniejszy błąd kończy się śmiercią choć niekoniecznie dosłowną. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Od siebie sprzed poznania dziewczyny różnię się tylko tym, że teraz brak bliskości, czułości, seksu i po prostu czyjejś obecności w moim życiu boli znacznie bardziej.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Widzę Shini, że nie odpowiadasz na mój post sprzed tygodnia. Na pewno przeoczyłeś, a ja nie jestem od tego by nie przypomnieć big_smile

Niczego nie przeoczyłem. Twój post jest długi i porusza wiele kwestii, na które odpowiedź zajmie mi sporo czasu. Przez ostatni tydzień tego czasu nie miałem bo codziennie robota i treningi przez co nie miałem energii na nic, nie raz wręcz padałem na łóżko i zasypiałem, na przykład dziś tak miałem. Dodatkowo odpowiedź na twój post będzie wymagała sporej analizy, uporządkowania pewnych informacji i wybrania tych istotnych tak żeby odpowiedź miała sens. Odpowiem na niego choć nie wiem kiedy mi się to uda.

2,820

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

To cytowanie tasiemców jest ogromnie irytujące. Kiedyś już o tym wspomniałam, ale to jak krew w piach wink

2,821 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-12 00:42:10)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nie mam energii na niemal nic więcej niż pisanie i tłumaczenie poszczególnych zagadnień.

Piszesz jakby ten skutek nie miał nic wspólnego z przyczynami, a przecież bezpośrednio z nich wynika. Nie da się pisać o skutku bez pisania o przyczynach. To tak jakbyś pisała, że ktoś nie żyje i tyle, całkowicie pomijając fakt, że nie żyje bo został zabity.

Wręcz nie rozumiem twojego pytania.

Opisałem szersze zjawisko na swoim przykładzie odnosząc się ogólnie do tych wszystkich desperatów, o których wspominasz. Miałem zamiar jedynie wytłumaczyć zjawisko, a nie rozwodzić się nad moim prywatnym problemem. Następnym razem jeśli takowy będzie opiszę to na przykładzie kogoś innego.

Miło, że zauważasz fakt iż jest to trudne. Może być trudno w to uwierzyć ale ja wiem, że z perspektywy takiej dziewczyny nie ma to znaczenia co jeszcze bardziej mnie wkurza. W tym sensie, że to wiem ale i tak nie mogę z tym nic zrobić. Odnoszę wrażenie, że trochę przeceniasz zdolności wyczuwania i przewidywania u kobiet. Wątpię by to było aż tak widoczne jak opisujesz. Udało mi się chwilę pogadać z tą dziewczyną z siłowni, robiliśmy na zmianę jedno ćwiczenie na tym samym sprzęcie. I wiesz co? Kompletnie nic, ja wyobrażałem sobie wiele scenariuszy i jeszcze więcej tego co ona mogła o mnie myśleć po kilku ostatnich wizytach na siłowni. Jak już się jej zapytałem czy mogę razem z nią zrobić to ćwiczenie nie uciekła, nie zadzwoniła na policje i nie zwyzywała mnie od creepów czy tym podobnych. Odpowiedziała spokojnym i pełnym obojętności głosem, że spokojnie możemy robić to ćwiczenie na zmianę. Ja nie mogłem spać z obawy przed tym co ona o mnie myśli, a dla niej przez cały ten czas byłem totalnie obojętny, jak każdy losowy użytkownik siłowni. Była skupiona wyłącznie na treningu i nie wyrażała chęci na dłuższą rozmowę z kimkolwiek. Chyba nawet nie zauważyła mojego gapienia się, albo zauważyła ale postanowiła to olać. Dodam, że zdecydowanie jest sporo młodsza, przez tą chwilę rozmowy dało się wyczuć różnicę wręcz pokoleniową, raczej na pewno nie ma nawet 20 lat. Tak więc ten temat raczej jest do zamknięcia w kwestii matrymonialnej, może od czasu do czasu się pogada o treningu.

Co do traktowania jak człowieka to czym tak naprawdę jest takie traktowanie, jak to wygląda? Pytam bo najprawdopodbniej samego siebie nie traktuję w taki sposób i nie serio nie jestem pewny co to dokładniej oznacza.

Chyba nie zrozumiałeś, o co chodzi z tą energią. Poza tym mam wrażenie, że krążymy w kółko - Ty wciąż tłumaczysz, dlaczego tak masz, ja natomiast próbuję Ci powiedzieć, jaki jest skutek tego sposobu myślenia z perspektywy drugiej osoby. To, że jedno wynika z drugiego, jest oczywiste, ale samo szczegółowe opisywanie przyczyn nie przybliża Cię ani o krok do rozwiązania problemu.

I nie, nie przeceniam zdolności kobiet do wyczuwania męskiej desperacji. Nie twierdzę, że potrafią czytać Ci w myślach, tylko że napięcie, nienaturalne zachowanie, nadmierne staranie się czy nachalność mogą być zauważalne. Nie zawsze i nie przez każdą kobietę, ale mogą i często są.

Zresztą Twój przykład z siłowni pokazuje raczej coś innego: Ty przez kilka dni analizowałeś, co ona o Tobie myśli, nie mogłeś spać, wyobrażałeś sobie różne scenariusze, a ona po prostu zrobiła z Tobą ćwiczenie i wróciła do treningu. Czyli ogromna część tego, co tak Cię zajmowało, wydarzyła się przede wszystkim w Twojej głowie.
"Traktować kobietę jak człowieka" oznacza właśnie tyle, że nie trzeba z każdej atrakcyjnej kobiety robić potencjalnej partnerki, a z każdej interakcji potencjalnego początku historii miłosnej. Można po prostu pogadać, poćwiczyć czy pożartować, bez nadawania temu od razu większego znaczenia. Ty zaś zagadujesz tylko w jednym celu. Gdyby ten cel był inny, zapewne nie spinałbyś się tak, jak teraz się spinasz.

I chyba właśnie dlatego mam wrażenie, że bijemy pianę: Ty bardzo dokładnie opisujesz, dlaczego obecnie nie potrafisz tego zrobić, a ja próbuję Ci zwrócić uwagę, że właśnie to jest problem, nad którym warto pracować. Nie musisz mi kolejny raz tłumaczyć, dlaczego jest to dla Ciebie trudne.

2,822

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

To cytowanie tasiemców jest ogromnie irytujące. Kiedyś już o tym wspomniałam, ale to jak krew w piach wink

Jakich tasiemcow?

2,823

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Priscilla napisał/a:

Skupiasz się, Shini, nie na tym, co jest tutaj najważniejsze. Zupełnie niepotrzebnie usiłujesz te wszystkie zagadnienia tłumaczyć po swojemu, czyli jak Ty to widzisz, a to niczemu nie służy. Odbierasz sobie w ten sposób energię, którą możesz wykorzystać na zmianę. 

Jak wyżej - no i co z tego? Nie chodzi o przyczyny, ale o skutek, który wywołują te postawy.

A jakie to ma znaczenie, jeśli mowa jest o tym, w jaki sposób Twoje zachowanie odbierane zostaje przez drugą stronę?

Jak bardzo brutalnie to nie zabrzmi, to jest to Twój problem, a dziewczyny nie chcą być traktowane jak rozwiązanie Twojego problemu z brakiem bliskości, seksu, czułości czy związku. Nie chcą też mieć poczucia, że zostały obsadzone w roli potencjalnej partnerki, zanim w ogóle zdążyły zamienić z Tobą kilka zdań.

To, że Twoje ciało reaguje w taki sposób, dla Ciebie może być to bardzo trudne, ale z perspektywy dziewczyny, która staje się obiektem Twojego zainteresowania, nie ma to znaczenia, jeśli wyczuwa presję i określone oczekiwania. Jeśli zatem każda atrakcyjna kobieta staje się od razu potencjalną partnerką i odpowiedzią na Twoje braki, trudno Ci będzie potraktować ją po prostu jak człowieka, którego dopiero chcesz poznać.
I właśnie na to usiłuję Ci zwrócić uwagę, a zrobisz z tym, co chcesz.

Nie mam energii na niemal nic więcej niż pisanie i tłumaczenie poszczególnych zagadnień.

Piszesz jakby ten skutek nie miał nic wspólnego z przyczynami, a przecież bezpośrednio z nich wynika. Nie da się pisać o skutku bez pisania o przyczynach. To tak jakbyś pisała, że ktoś nie żyje i tyle, całkowicie pomijając fakt, że nie żyje bo został zabity.

Wręcz nie rozumiem twojego pytania.

Opisałem szersze zjawisko na swoim przykładzie odnosząc się ogólnie do tych wszystkich desperatów, o których wspominasz. Miałem zamiar jedynie wytłumaczyć zjawisko, a nie rozwodzić się nad moim prywatnym problemem. Następnym razem jeśli takowy będzie opiszę to na przykładzie kogoś innego.

Miło, że zauważasz fakt iż jest to trudne. Może być trudno w to uwierzyć ale ja wiem, że z perspektywy takiej dziewczyny nie ma to znaczenia co jeszcze bardziej mnie wkurza. W tym sensie, że to wiem ale i tak nie mogę z tym nic zrobić. Odnoszę wrażenie, że trochę przeceniasz zdolności wyczuwania i przewidywania u kobiet. Wątpię by to było aż tak widoczne jak opisujesz. Udało mi się chwilę pogadać z tą dziewczyną z siłowni, robiliśmy na zmianę jedno ćwiczenie na tym samym sprzęcie. I wiesz co? Kompletnie nic, ja wyobrażałem sobie wiele scenariuszy i jeszcze więcej tego co ona mogła o mnie myśleć po kilku ostatnich wizytach na siłowni. Jak już się jej zapytałem czy mogę razem z nią zrobić to ćwiczenie nie uciekła, nie zadzwoniła na policje i nie zwyzywała mnie od creepów czy tym podobnych. Odpowiedziała spokojnym i pełnym obojętności głosem, że spokojnie możemy robić to ćwiczenie na zmianę. Ja nie mogłem spać z obawy przed tym co ona o mnie myśli, a dla niej przez cały ten czas byłem totalnie obojętny, jak każdy losowy użytkownik siłowni. Była skupiona wyłącznie na treningu i nie wyrażała chęci na dłuższą rozmowę z kimkolwiek. Chyba nawet nie zauważyła mojego gapienia się, albo zauważyła ale postanowiła to olać. Dodam, że zdecydowanie jest sporo młodsza, przez tą chwilę rozmowy dało się wyczuć różnicę wręcz pokoleniową, raczej na pewno nie ma nawet 20 lat. Tak więc ten temat raczej jest do zamknięcia w kwestii matrymonialnej, może od czasu do czasu się pogada o treningu.

Co do traktowania jak człowieka to czym tak naprawdę jest takie traktowanie, jak to wygląda? Pytam bo najprawdopodbniej samego siebie nie traktuję w taki sposób i nie serio nie jestem pewny co to dokładniej oznacza.

Bert44 napisał/a:

Mam taki maly watek prywatny. Dwie rzeczy pasuja do tego watku. Pierwsza - jakie skutki przynosi dzialanie pomimo stresu i dyskomfortu a drugie o podtekscie matrymonialnym.

Pojechalismy na wakacje. W hotelu bylo niewiele rodzin z Polski. Corka szukala towarzystwa ale bala sie zagadac. To przeciez cringe. Ja tez wolalem zeby szwedala sie sie z kims w swoim wieku a nie ze starymi. No ale bala sie zagadac. Wiec ja wzialem i poszlismy zagadac jakas rodzinke z synem miej wiecej w jej wieku. Poznali sie. Na drugi dzien znalazla rodzine z dziewczynka i znow to samo - chodz tata zagadasz do nich chce ja poznac. I tak zrobilismy. Pozniej znow chciala ale jej powiedzialem ze wiecej tego nie zrobie i sama ma sobie radzic. W miedzyczasie pogadalismy na temat tego ze to zwykla rzecz, dlaczego sie stresuje itd. I poszla sama. Zagadala. Pozniej znow. Pozniej na wycieczce znow - patrze w lewo plywa z jakims chlopakiem, w prawo - skacze do wody z jakas dziewczyna. Cos peklo i stres zniknal.
Tydzien po rozpoczeciu szkoly mowi do mnie ze jest jakas bardziej otwarta. Ze jak jakas osoba wydaje jej sie ciekawa to po prostu zagaduje. Mowi ze zna juz mnostwo dzieciakow z nowego rocznika. I ze to fajne jest. Ale dlaczego tak sie stalo? Bo wykonala ten krok. Ten nieprzyjemny, potem raz jeszcze, raz jeszcze.

A teraz o celu matrymonialnym. Mowi ze najtrudniej jest z chlopakami bo oni od razu interpretuja to jako podryw. A ona chce poznac czlowieka. Niewielu chlopakow jjest w tej sytuacji nautralnych. Zeby bylo jasne - jest wolna, gotowa na chlopaka (taki czas taka moda) ale najpierw jak mowi musi ta osobe poznac. A nie od razu ze szuka chlopa. Jak jakis nawet moze byc potencjalnie matrymonialny to to jest dla niej nastepny etap. Unika tych ktorzy od razu ida w "badzmy razem"

Opisałeś całą historię, bardzo ciekawą i dającą do myślenia. Jednak czyżbyś sam nie zauważał rzeczy, która mi jako pierwsza najbardziej rzuciła się w oczy? Pozwolę sobie zacytować ponownie ten moim zdaniem najważniejszy fragment i pogrubić najważniejsze słowa. "No ale bala sie zagadac. Wiec ja wzialem i poszlismy zagadac jakas rodzinke z synem miej wiecej w jej wieku. Poznali sie. Na drugi dzien znalazla rodzine z dziewczynka i znow to samo - chodz tata zagadasz do nich chce ja poznac. I tak zrobilismy. Pozniej znow chciala ale jej powiedzialem ze wiecej tego nie zrobie i sama ma sobie radzic." Zrobiła to nie dlatego, że nagle, niewiadomo skąd wykrzesała siebie odwagę i motywację do przełamania lęku i wyjścia ze strefy komfortu tylko dlatego, że ty jej pomogłeś. Ty wykonałeś pierwszy krok i jak wynika z historii też drugi krok, a ona kolejne bo już wiedziała z czym to się wiąże, i że to nie jest tak niebezpieczne jak się wydawało. Gdybyś nie wykonał tych dwóch pierwszych kroków ona nie zrobiłaby kolejnych. Oczywiście wiadomo, że porównując dziecko z teoretycznie dorosłym zabrzmi to wręcz śmiesznie ale mechanizm działa tak samo niezależnie od wieku. Ja nie mam nikogo kto wykona pierwszy czy drugi krok tak bym ja mógł zrobić kolejne więc w moim przypadku taki schemat jak z twojej historii nie ma możliwości się wydarzyć. 

Pozwól, że o coś zapytam. Skoro chce poznać człowieka to czemu nie daje mu na to szansy? To oczywiste, że najpierw trzeba człowieka poznać tylko czemu jego podejście w stylu matrymonialnym jest w tym aż taką przeszkodą? Czemu nie powie takiemu chłopakowi czegoś w stylu "To miłe, że ci się podobam, i że patrzysz na mnie w taki sposób ale jeszcze się nie znamy więc zacznijmy od tego. Najpierw pogadajmy, spotkajmy się raz czy dwa, poznajmy trochę lepiej i wtedy zobaczymy czy może z tego być coś więcej". Oczywiście jeśli nie mówimy o jakiej nachalności, pisaniu codziennie po kilkadziesiąt wiadomości czy tym bardziej przekraczaniu jakichś granic. Poza tym chyba nie istnieją ludzie, którzy od razu idą w "bądźmy razem", a przynajmniej ja o takich nie słyszałem. To, że ktoś od początku patrzy na kogoś jak na potencjalnego partnera nie oznacza, że też nie chce poznać tej osoby i samemu się przekonać czy patrzenie na nią właśnie w taki sposób ma sens. Po pierwszej rozmowie może się okazać, że ta osoba jednak nie będzie potencjalnym partnerem bo kompletnie nie jest w naszym typie we wszystkim innym poza wyglądem. Zawsze najpierw trzeba poznać daną osobę, nawet ja tak miałem z dziewczyną. Co prawda my dość szybko znaleźliśmy wspólny język i szybko się nawzajem polubiliśmy na tyle by wejść w związek. Jednak mechanizm był taki sami, oboje pragnęliśmy nie być sami, oboje pragnęliśmy miłości i bliskości, oboje od początku patrzyliśmy na siebie jak potencjalnych partnerów i to wszystko było widać od samego początku. Mimo to najpierw się poznawaliśmy i świadomość tego, że patrzymy na siebie tak, a nie inaczej w niczym nie przeszkodziła, a wręcz pomogła. 

sebastiannn napisał/a:

Znasz jakiegoś faceta który miał problemy prawne lub z policją za zagadywanie do dziewczyn?
A przecież często jest odwrotna sytuacja, że to sporo dziewczyn nie zgłasza gwałtu na policje, czyli już realnego naruszenia czyjejś nietykalności. Ale w Twojej rzeczywistości to za "cześć" już grozi kryminał i to pewnie jeszcze dożywocie.

Powiem Ci szczerze, że wydaje mi się, że sam się boisz zrobić ten pierwszy krok i zagadać i sam starasz się bronić przed tym stresem właśnie wmawiając sobie rzeczy w stylu, że problemy prawne, że obleśne jak stary dziad (masz na myśli siebie) zagaduje młodą kobiete. Sam takim mysleniem torpedujesz pomysł zagadania do dziewczyny w normalny sposób.

Więc już sa trzy duże problemy:

- atakujesz samego siebie (dziad, łysy, obleśny) przed ewentualnym pierwszym krokiem
- wymyślasz jakieś nie racjonalne zewnętrzne problemy (prawo, policja), które blokują zagadanie
- traktujesz atrakcyjną kobiete po sekundzie jak potencjalną partnerkę lub jak sam pisałeś o tancerkach na festynie jak kawałek mięsa

Ja wiem, że czujesz się samotny z tym problemem mimo rozmów na forum i widziałem, że nie raz pisałeś, że "syty" głodnego nie zrozumie i że atrakcyjna kobieta mogąca mieć co dzień innego również tego problemu nie zrozumie. I po części masz racje. Ciężko aby piękność, która ma codziennie nowe propozycje rozumiała taki problem, albo jakiś przystojniak, który co wyjście na imprezę wraca z inną dziewczyną na mieszkanie. Ja również miałem w młodym wieku problem z zagadaniem i przez to czułem się beznadziejnie. Ale mi z czasem to przeszło, nie było łatwo, bo wymagało wyjścia ze strefy komfortu ale zdecydowanie było warto. Chociaż do dziś żałuje wieku 15-20 kiedy często jest nastoletnia miłość i nieraz słyszałem od kobiet że to piękny czas, najpiękniejszy seks, bo nowy, bo trzeba się chować, bo coś tam coś tam. Ale wiem, że później też może być fajnie.

A to, że każda kolejna to potencjalna partnerka....kobiety to wyczuwają i strzelasz sobie w kolano, bo desperacja to jedna z najgorszych cech w oczach kobiet i nawet jak się spodobasz dziewczynie ale będzie widziała, że jesteś niezdrowo zdesperowany to... no jest to problem.

Zagadanie powinno być przyjemnością samą z siebie. Pozatym Ty również nie wiesz jaka jest ta dziewczyna? Może totalnie nie pasuje do Ciebie? Może jest les? Może XXXX milion innych rzecz? A Ty nie zamieniając z nią słowa widzisz ją jako potencjalną partnerkę?

Sam przeprowadzasz dywersje na własne działania.
Widać, że seks jest dla Ciebie ważny i go szukasz. Postaraj się bardziej, to może uda Ci się go znaleźć i Twoja frustracja spadnie w dół. Patrząc, że masz już doświadczenie w jakimś stopniu z kobietami bo jednak miałeś i zwykłą kobiete, jak i za pieniądze. Nie mówie, że to wielkie doświadczenie, ale zawsze coś. Seks i kobiety powinny być dla Ciebie już odczarowane bo z nie jednego pieca chleb jadłeś, nie jedną kobiete nago widziałeś. Powinieneś przestać myśleć, że kobieta jest boską istotą do której nie można zagadać. Nie jest takim samym człowiekiem jak Ty.

Osobiście nie, znałem jedynie nie jednego, który został dość brutalnie potraktowany za próbę zagadania przez samą dziewczynę. Nie za samo słowo "cześć" tylko za to kto je wypowiada. Tu w grę wchodzi atrakcyjność i facet atrakcyjny mógłby powiedzieć niemal wszystko i zostałoby to mile potraktowane. Nieatrakcyjny za samo "cześć" mógłby zostać potraktowany jak napastnik. Ja raczej zaliczam się do tej drugiej grupy.

Oczywiście, że się tego boję z wielu różnych przyczyn, nie tylko tych prawnych.

Te trzy problemy:

- Oczywiście, że atakuję samego siebie bo tak właśnie wyglądam. Przez to łysienie wyglądam jak stary obleśny, dziad. Z włosami mam najgorsze możliwe połączenie czyli włosy rosną szybko ale tylko z tyłu i po bokach. Po szcześciopaku, który kiedyś był teraz nie ma śladu i wystaje mi brzuch, jeszcze dużo czasu na siłowni zanim uda mi się wrócić do dawnego wyglądu o ile w ogóle teraz to się uda.
- One nie są aż tak nieracjonalne. Dosłownie wczoraj mi wyskoczyła historia z jakiejś tinderowej afery gdzie dziewczyna chciała faceta oskarżyć o molestowanie bo ją olał kiedy ta okazała się kimś zupełnie innym niż na zdjęciach. Uratowało go chyba tylko to, że on pierwszy poszedł na policję i pokazał rozmowy z nią gdzie mu groziła, że go oskarży. Takich historii widuję znacznie więcej i choć wiem, że algorytm specjalnie mi je podsyła to i tak zostaje w głowie.
- A jak miałbym ją traktować inaczej skoro tak bardzo mi brakuje tego wszystkiego co wcześniej wymieniałem? Nie ma możliwości by zaspokoić te potrzeby i wypełnić te braki więc będą się tylko nasilać, a nie ma tych możliwości właśnie z ich powodu. Czy jest jakiekolwiek wyjście z takiej sytuacji?

Musiałeś wspominać o utraconej młodości, tym pięknym czasie, seksie itd? Chyba nic innego nie działa na mnie tak źle i tak depresyjnie jak to. Wystarczyło ledwie wspomnienie i już chciałbym się jutro nie obudzić. Każdy powinien przeżyć nastoletnią miłość, tą całą beztroskę, pierwsze randki, pierwsze pocałunki, pierwszy seks w latach kiedy miał najwięcej energii, kiedy jeszcze nie znał okrucieństw świata dorosłych, kiedy nikomu nie zależało na pieniądzach czy pozycji. Dlatego brak tego tak bardzo boli.

To jest coś czego chyba nigdy nie zrozumiem. Jak zagadywanie miałoby być przyjemne? Jak cokolwiek co powoduje taki stres i jest tak ryzykowne miałoby być przyjemne? To tak jakby ktoś miał się cieszyć rozbrajając bombę albo stając na minę. Jeśli podoba mi się z wyglądu to jak miałbym jej nie widzieć jako potencjalnej partnerki? Ja widzę to w taki sposób, że jeśli podoba mi się z wyglądu to zakładam, że mogłaby być tą partnerką ale muszę ją poznać żeby się przekonać czy faktycznie tak może być. Stawiam tezę, a potem próbuję ją potwierdzić, zawsze myślałem, że właśnie tak się powinno do tego podchodzić. Jeśli się okażę, że do mnie nie pasuje, że jest les albo te milion innych opcji to teza zostaje obalona, a ja przestaje patrzeć na taką osobę jak na potencjalną partnerkę. Z tego powodu nigdy nie miałem i raczej nie będę miał więcej niż jednej opcji na raz.

Oczywiście, że jest ważny, przed poznaniem dziewczyny nawet nie podejrzewałem, że to się okaże aż tak istotną częścią życia. Wcześniej mi tego brakowało ale nie wiedziałem czym to tak naprawdę jest. Kiedy się dowiedziałem zrozumiałem dlaczego dla większości ludzi to jest tak ważne. Z politowaniem patrzyłem na ludzi, którzy twierdzili, że już nie mogą wytrzymać bo od miesiąca czy roku nie uprawiali seksu bo ja przecież nie doświadczyłem tego przez całe wcześniejsze życie. Myślałem, że jedynie się nad sobą użalają, a ich ból nie jest nawet bliski tego co czuje taki 25+ prawiczek. Jednak kiedy ja już tego doświadczyłem zrozumiałem, że spróbowanie i utrata tego boli dużo bardziej. Moje doświadczenie w niczym nie pomaga bo jest po prostu za małe. To było o wiele za mało żeby odczarować ten temat, a powiedzenie, że z nie jednego pieca się chleb jadło jest grubo przesadzone. Na palcach jednej ręki mogę policzyć ile kobiet widziałem nago z czego tylko jedna to była partnerka, która rozebrała się bo sama tego chciała, a raczej pozwoliła bym ja to zrobił. Dla mnie nadal kobiety są boskimi istotami przy, których trzeba uważać na każde słowo i każdy czyn, a najmniejszy błąd kończy się śmiercią choć niekoniecznie dosłowną. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Od siebie sprzed poznania dziewczyny różnię się tylko tym, że teraz brak bliskości, czułości, seksu i po prostu czyjejś obecności w moim życiu boli znacznie bardziej.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Widzę Shini, że nie odpowiadasz na mój post sprzed tygodnia. Na pewno przeoczyłeś, a ja nie jestem od tego by nie przypomnieć big_smile

Niczego nie przeoczyłem. Twój post jest długi i porusza wiele kwestii, na które odpowiedź zajmie mi sporo czasu. Przez ostatni tydzień tego czasu nie miałem bo codziennie robota i treningi przez co nie miałem energii na nic, nie raz wręcz padałem na łóżko i zasypiałem, na przykład dziś tak miałem. Dodatkowo odpowiedź na twój post będzie wymagała sporej analizy, uporządkowania pewnych informacji i wybrania tych istotnych tak żeby odpowiedź miała sens. Odpowiem na niego choć nie wiem kiedy mi się to uda.

I MIALAM RACJE....KOMENTARZ ZA DLUGI  xD

2,824 Ostatnio edytowany przez RozrabiakaWmalinowymGaju (2026-09-12 16:20:28)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

(...)
Twój post jest długi i porusza wiele kwestii
(...)
Odpowiem na niego choć nie wiem kiedy mi się to uda.


Ok, luz
Tylko błagam- bez zbędnego pitolenia. Pisz krótko i zwięźle.
Nikomu się nie chce czytać całej historii Twojego życia po raz 4456655678 i nie jest to do niczego potrzebne. Kontekst zna każdy a Ty w swoich tłumaczeniach nie piszesz od lat nic nowego.
Po męsku Shini, bez kolejnej epopei.


Julia life in UK napisał/a:

I MIALAM RACJE....KOMENTARZ ZA DLUGI  xD

Julka, nie manipuluj. Długi, to nie znaczy za długi.
Do spowiedzi, bo kłamiesz bezczelnie!

.



.


Julia life in UK napisał/a:
Priscilla napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

A Ty celowo chcesz tu śmietnik robić, cytując takie długie posty by jedno zdanie napisać?

Zapominasz, bo masz jedną kropkę więc kropek nie umiesz łączyć bo się nie nauczyłaś tongue

To cytowanie tasiemców jest ogromnie irytujące. Kiedyś już o tym wspomniałam, ale to jak krew w piach wink

Jakich tasiemcow?


Ja pierdolę.

Robisz tu śmietnik, cytując długie posty po to by napisać jedno czy dwa zdania które z reguły nic nie wnoszą.
Cytuj Tylko te fragmenty do których się odnosisz. Przestań śmiecić i trollować.

2,825 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-12 17:50:26)

Odp: Co to znaczy żyć?

Te fragmenty co prawda nie były skierowane do mnie, ale pozwolę sobie na wtrącenie:

Shinigami napisał/a:

Pozwól, że o coś zapytam. Skoro chce poznać człowieka to czemu nie daje mu na to szansy? To oczywiste, że najpierw trzeba człowieka poznać tylko czemu jego podejście w stylu matrymonialnym jest w tym aż taką przeszkodą? Czemu nie powie takiemu chłopakowi czegoś w stylu "To miłe, że ci się podobam, i że patrzysz na mnie w taki sposób ale jeszcze się nie znamy więc zacznijmy od tego. Najpierw pogadajmy, spotkajmy się raz czy dwa, poznajmy trochę lepiej i wtedy zobaczymy czy może z tego być coś więcej". Oczywiście jeśli nie mówimy o jakiej nachalności, pisaniu codziennie po kilkadziesiąt wiadomości czy tym bardziej przekraczaniu jakichś granic. Poza tym chyba nie istnieją ludzie, którzy od razu idą w "bądźmy razem", a przynajmniej ja o takich nie słyszałem.

Nadal poruszasz się w obszarach "widzę w niej przyszłą partnerkę", dlatego tak trudno Ci ogarnąć, co od jakiegoś czasu usiłujemy Ci przekazać. Jesteś, Shini, zabetonowany we własnym widzeniu świata, dlatego tak trudno się z Tobą rozmawia.

Shinigami napisał/a:

Musiałeś wspominać o utraconej młodości, tym pięknym czasie, seksie itd? Chyba nic innego nie działa na mnie tak źle i tak depresyjnie jak to. Wystarczyło ledwie wspomnienie i już chciałbym się jutro nie obudzić. Każdy powinien przeżyć nastoletnią miłość, tą całą beztroskę, pierwsze randki, pierwsze pocałunki, pierwszy seks w latach kiedy miał najwięcej energii, kiedy jeszcze nie znał okrucieństw świata dorosłych, kiedy nikomu nie zależało na pieniądzach czy pozycji. Dlatego brak tego tak bardzo boli.

Coś mi się wydaje, że chcąc pomóc, cały czas robimy Ci niedźwiedzią przysługę, bo poprzez te dyskusje dajemy nieograniczone wręcz pole do taplania się w swoim regularnie podlewanym bagienku.

Wspomnę jeszcze, że pretensja do innych, że wspominają o seksie, miłości czy młodości, bo Tobie przypomina to o tym, czego nie miałeś, jest jednak dość absurdalna. Nikt nie ma obowiązku omijać tematów, które są dla Ciebie bolesne, żebyś mógł podtrzymywać swoją narrację o utraconym, najpiękniejszym okresie życia.

Co więcej, coraz bardziej wygląda to tak, jakbyś nie tyle opłakiwał coś, co bezpowrotnie straciłeś, ile konsekwentnie budował sobie mit cudownego życia, którego nigdy nie miałeś, a następnie cierpiał z powodu jego braku. I dopóki będziesz tę wizję nieustannie odtwarzał, idealizował i podlewał kolejnymi rozważaniami, dopóty będziesz miał coraz więcej powodów, żeby czuć się pokrzywdzonym przez życie. Rzecz w tym, że to już nie jest rozpamiętywanie przeszłości, ale aktywne produkowanie własnego nieszczęścia.

2,826

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Shinigami napisał/a:

(...)
Twój post jest długi i porusza wiele kwestii
(...)
Odpowiem na niego choć nie wiem kiedy mi się to uda.


Ok, luz
Tylko błagam- bez zbędnego pitolenia. Pisz krótko i zwięźle.
Nikomu się nie chce czytać całej historii Twojego życia po raz 4456655678 i nie jest to do niczego potrzebne. Kontekst zna każdy a Ty w swoich tłumaczeniach nie piszesz od lat nic nowego.
Po męsku Shini, bez kolejnej epopei.


Julia life in UK napisał/a:

I MIALAM RACJE....KOMENTARZ ZA DLUGI  xD

Julka, nie manipuluj. Długi, to nie znaczy za długi.
Do spowiedzi, bo kłamiesz bezczelnie!

.



.


Julia life in UK napisał/a:
Priscilla napisał/a:

To cytowanie tasiemców jest ogromnie irytujące. Kiedyś już o tym wspomniałam, ale to jak krew w piach wink

Jakich tasiemcow?


Ja pierdolę.

Robisz tu śmietnik, cytując długie posty po to by napisać jedno czy dwa zdania które z reguły nic nie wnoszą.
Cytuj Tylko te fragmenty do których się odnosisz. Przestań śmiecić i trollować.

Ja nie będę już trollowac... a czemu każesz Shiniemu pisać krótko i zwięźle skoro sam piszesz długie komentarze ?

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Ja nie będę już trollowac...

Super. Bardzo się cieszę że przestałaś cytować całe posty.

Julia life in UK napisał/a:

a czemu każesz Shiniemu pisać krótko i zwięźle skoro sam piszesz długie komentarze ?

On tak powinien w ramach terapii.
Ja tak powinienem w ramach terapii.

2,828 Ostatnio edytowany przez DarekFDD (2026-09-13 03:15:57)

Odp: Co to znaczy żyć?

Nie rozumiem czemu jak tak bardzo brakuje ci seksu i nie mozesz znalezc dziewczyny, a niestety wiem jak to jest i jest duza szansa ze nigdy nie bedziesz mial juz normalnej dziewczyny i seksu to... no w czym problem chodzic do tych agencji czy na masaz, kiedys chodzilas i w Twoim temacie widać jaki zadowolony byels i sie cieszyles.

jesli serio uwazasz ze nie masz szans na normalna kobiete to zabezpiecz w budzecie 1200 zl miesiecznie czyli 4 wizyty po 300 zl 2x masaz i 2x agencja i w kazdy piatek zacznij chodzic.

ja tez nie moglem latami znalezc dziewczyny i przestalem sie oklamywac, jak do 30 sie nie znajdzie to potem juz wiadomo.. do tego u faceta powoli zaczynaja sie problemy impotencja


ja do 30 myslalem ze znajde, tylko raz mialem normalna dziewczyne i to fartem a tak to lata szukania, gdyby nie masaze nadal bym siedzial sam i szukal kolejne lata bez skutku


zacznij regularnie chodzic do tych salonow to poziom nerwow i frustracji spadnie mozesz to traktowac jako lekarstwo

2,829 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-09-13 19:33:23)

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Chyba nie zrozumiałeś, o co chodzi z tą energią. Poza tym mam wrażenie, że krążymy w kółko - Ty wciąż tłumaczysz, dlaczego tak masz, ja natomiast próbuję Ci powiedzieć, jaki jest skutek tego sposobu myślenia z perspektywy drugiej osoby. To, że jedno wynika z drugiego, jest oczywiste, ale samo szczegółowe opisywanie przyczyn nie przybliża Cię ani o krok do rozwiązania problemu.

I nie, nie przeceniam zdolności kobiet do wyczuwania męskiej desperacji. Nie twierdzę, że potrafią czytać Ci w myślach, tylko że napięcie, nienaturalne zachowanie, nadmierne staranie się czy nachalność mogą być zauważalne. Nie zawsze i nie przez każdą kobietę, ale mogą i często są.

Zresztą Twój przykład z siłowni pokazuje raczej coś innego: Ty przez kilka dni analizowałeś, co ona o Tobie myśli, nie mogłeś spać, wyobrażałeś sobie różne scenariusze, a ona po prostu zrobiła z Tobą ćwiczenie i wróciła do treningu. Czyli ogromna część tego, co tak Cię zajmowało, wydarzyła się przede wszystkim w Twojej głowie.
"Traktować kobietę jak człowieka" oznacza właśnie tyle, że nie trzeba z każdej atrakcyjnej kobiety robić potencjalnej partnerki, a z każdej interakcji potencjalnego początku historii miłosnej. Można po prostu pogadać, poćwiczyć czy pożartować, bez nadawania temu od razu większego znaczenia. Ty zaś zagadujesz tylko w jednym celu. Gdyby ten cel był inny, zapewne nie spinałbyś się tak, jak teraz się spinasz.

I chyba właśnie dlatego mam wrażenie, że bijemy pianę: Ty bardzo dokładnie opisujesz, dlaczego obecnie nie potrafisz tego zrobić, a ja próbuję Ci zwrócić uwagę, że właśnie to jest problem, nad którym warto pracować. Nie musisz mi kolejny raz tłumaczyć, dlaczego jest to dla Ciebie trudne.

Okazuje się, że tak na prawdę mało rzeczy rozumiem, a podobno jestem inteligentny. To prawda, że dalsze opisywanie przyczyn nie przybliża do rozwiązania problemu, nic do tego nie przybliża. Nie mam wpływu na to jaka będzie perspektywa drugiej osoby i jak ta osoba spojrzy na mnie i moje problemy. W większości przypadków to spojrzenie będzie zapewne obojętne i nikogo nie będą obchodzić moje problemy. Poza świadomością tego faktu nic więcej to nie zmieni ani też nie przybliży do rozwiązania choć jednego z moich problemów. Choćby na przykładzie tej dziewczyny z siłowni widać, że mój sposób myślenia nie ma żadnego znaczenia dla innych.

Pisałaś, że same w sobie nieśmiałość czy bycie spiętym nie musi być złym znakiem, a nawet może być sympatyczne. To samo tylko u desperata działa już na niekorzyść. Jak więc kobiety oceniają czy ktoś jest nieśmiały i spięty bo ta kobieta mu się podoba czy jest taki bo jest desperatem, który od razu dąży do związku? Przecież nikt nie ma nad głową wielkiego napisu "desperat" ani jak piszesz kobiety nie czytają w myślach. Powodów tego, że ktoś nie potrafi wejść w zwykłą relację może być więcej. Ktoś może mieć fobię społeczną, traumę lub inne zaburzenia działające w bardzo podobny sposób jak desperacja. Kobiety od razu na wstępie oceniają mężczyzn po tym czy przejawiają takie cechy? Nawet kogoś kto nie ma na to żadnego wpływu z powodu na przykład choroby? Bardzo często jest tak, że tylko samo pierwsze nawiązanie kontaktu jest tak trudne, a potem kiedy już jakoś się uda to taka osoba okazuje się całkiem w porządku człowiekiem. Ktoś może na samym początku wyglądać na desperata, a kiedy już uda mu się nawiązać kontakt i choć trochę poznać daną osobę to przestaje być desperatem i normalnie rozwija relację. Sam tego doświadczałem i nie raz widziałem po ludziach z otoczenia.

No tak, to były projekcje powstałe na skutek moich destrukcyjnych przekonań.
Mam wrażenie, że nie rozumiesz tego co już próbowałem tłumaczyć. Nie dziwie się bo to najprawdopodobniej jest jedna z tych rzeczy, których nie da się zrozumieć same nie znajdując się w takiej sytuacji. Z tym jest podobnie jak z myślami samobójczymi, tego też nie da się zrozumieć jeśli nigdy się ich nie miało. Piszesz, że na wszystko patrzę ze swojej perspektywy, a na to patrzysz ze swojej. Jesteś w stanie sobie wyobrazić co może czuć taki 30 letni prawiczek lub po prostu ktoś kto nigdy nie miał doświadczeń z płcią przeciwną lub miał ich bardzo mało? Ktoś kto patrzył jak znajomi wchodzili w związki już od gimnazjum, jak koledzy z liceum gadali o seksie, jak znajomi w tym samym wieku urządzali mieszkania lub budowali domy bo urodziły im się dzieci. Jak nie raz pisałem, ktoś kto ma tak wielkie braki nie ma możliwości by spojrzeć na atrakcyjną dla niego osobę inaczej niż jak na potencjalną partnerkę/partnera. Żadna terapia i żadne leki nie pomogą na coś takiego. Jedynym co może pomóc to wypełnienie tych braków, to doświadczenie tego wszystkiego co mieli ci znajomi. Dlatego nie raz pisałem, że jeśli ktoś nie znalazł partnera/partnerki w szkole lub najpóźniej na studiach będzie miał bardzo ciężko znaleźć kogoś później. Kiedy znika naturalne środowisko, które jednym miejscu umieszcza wielu ludzi w podobnym wieku różnych płci znalezienie kogoś do związku staje się wręcz ekstremalnie trudne. Sam fakt przebywania w otoczeniu ludzi płci przeciwnej ma ogromne znaczenie, a po skończeniu szkoły i studiów nawet z tym jest spory problem. Praca to nie to samo i nigdy nie będzie takie samo. I ponownie nie piszę teraz wyłącznie o mnie tylko szerzej o całej grupie ludzi, którym się nie udało w czasach szkolnych i studenckich. Moja sytuacja jest minimalnie inna bo jednak jakieś bardzo malutkie doświadczenie mam. Nic nie poradzę na to, że tak mi brakuje miłości, bliskości i samego towarzystwa drugiej osoby płci przeciwnej. Wierz mi, że gdybym mógł "wyłączyć uczucie braku tych rzeczy już dawno bym to zrobił.

Jeśli moje opisywanie wszystkiego tak dokładnie jest problemem to co by nim nie było?

Priscilla napisał/a:

Nadal poruszasz się w obszarach "widzę w niej przyszłą partnerkę", dlatego tak trudno Ci ogarnąć, co od jakiegoś czasu usiłujemy Ci przekazać. Jesteś, Shini, zabetonowany we własnym widzeniu świata, dlatego tak trudno się z Tobą rozmawia.

Coś mi się wydaje, że chcąc pomóc, cały czas robimy Ci niedźwiedzią przysługę, bo poprzez te dyskusje dajemy nieograniczone wręcz pole do taplania się w swoim regularnie podlewanym bagienku.

Wspomnę jeszcze, że pretensja do innych, że wspominają o seksie, miłości czy młodości, bo Tobie przypomina to o tym, czego nie miałeś, jest jednak dość absurdalna. Nikt nie ma obowiązku omijać tematów, które są dla Ciebie bolesne, żebyś mógł podtrzymywać swoją narrację o utraconym, najpiękniejszym okresie życia.

Co więcej, coraz bardziej wygląda to tak, jakbyś nie tyle opłakiwał coś, co bezpowrotnie straciłeś, ile konsekwentnie budował sobie mit cudownego życia, którego nigdy nie miałeś, a następnie cierpiał z powodu jego braku. I dopóki będziesz tę wizję nieustannie odtwarzał, idealizował i podlewał kolejnymi rozważaniami, dopóty będziesz miał coraz więcej powodów, żeby czuć się pokrzywdzonym przez życie. Rzecz w tym, że to już nie jest rozpamiętywanie przeszłości, ale aktywne produkowanie własnego nieszczęścia.

Ja usiłuję przekazać, że będąc w sytuacji takiej jak moja nie da się widzieć inaczej, to jest fizycznie niemożliwe bez pozbycia się źródeł takiego spojrzenia. Chyba nie tylko ja jestem zabetonowany w jednym widzeniu świata. Dla mnie ta rozmowa to sama przyjemność.

Dzięki tym dyskusjom jakoś się trzymam w jednym kawałku. Bez nich nie miałbym z kim porozmawiać na co dzień.

Czy ktoś wspomniał coś o pretensjach? Ja jedynie zapytałem czy musiał akurat o tym wspominać, nie mam tego za złe. Dla mnie to jest temat niemal traumatyczny i wolałbym go nie poruszać częściej niż to konieczne. Jakim sposobem doszłaś do podtrzymywania narracji? Przecież nie pisząc o tym ta narracja nie byłaby podtrzymywana, ja właśnie chciałem uniknąć jej podtrzymywania.

Wszyscy wiemy od jakiegoś czasu, że jestem największym producentem mojego nieszczęścia. Nienawiść i pogarda do siebie oraz tworzenie coraz większej ilości myśli, które je wzmagają to mechanizm działający u mnie od dawna. Dlatego wolałbym unikać treści, które powodują takie myśli. Ja nie jestem pokrzywdzony przez życie tylko przez innych ludzi, przez środowisko i przez siebie samego, który powstał jako efekt działań tych innych ludzi i tego środowiska. To nieustannie napędzająca się pętla złych i destrukcyjnych dla mnie rzeczy, w której jestem totalnie uwięziony i nie potrafię się uwolnić. 

DarekFDD, i niby jak według ciebie miałbym "zabezpieczyć" te 1200 zł miesięcznie na takie atrakcje? Skąd miałbym wziąć takie pieniądze nie mając stałej pracy nie mówiąc już o zarobkach pozwalających na usamodzielnienie się? Gdybym zarabiał tyle, że mógłbym sobie zabezpieczać 1200 zł każdego miesiąca to już dawno poszedłbym na swoje i pewnie z połowa moich problemów by się rozwiązała.

Pewnie masz rację, że poziom nerwów i frustracji znacząco by zmalał gdyby chodzić regularnie na masaże ale wciąż to nie może w dalszej perspektywie. Korzystanie z płatnych usług zadziałałoby jeszcze gorzej bo mając to częściej jeszcze bardziej bym za tym tęsknił, a świadomość, że mogę to mieć tylko kiedy zapłacę wywołałaby jeszcze większą tęsknotę. Poza tym jak nie raz już pisałem, żadna płatna usługa nie będzie nawet blisko tego co jest w relacji z ukochaną osobą, która też tego chce.

2,830 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-13 21:19:56)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Ja usiłuję przekazać, że będąc w sytuacji takiej jak moja ...........

Shini jak Ty pieknie i inteligentnie analizujesz tam gdzie Ci pasuje. Jak pieknie omijasz to co  niewygodne. Nie mam wplywu, nie jest mozliwe, nikt nie zrozumie itd

2,831

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Shini jak Ty pieknie i inteligentnie analizujesz tam gdzie Ci pasuje. Jak pieknie omijasz to co  niewygodne. Nie mam wplywu, nie jest mozliwe, nikt nie zrozumie itd

Co ominąłem? Odpowiedziałem na wszystko co się ostatnio pojawiło poza postem Rozrabiaki, na niego też odpowiem.

2,832 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-13 22:46:08)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Okazuje się, że tak na prawdę mało rzeczy rozumiem, a podobno jestem inteligentny. To prawda, że dalsze opisywanie przyczyn nie przybliża do rozwiązania problemu, nic do tego nie przybliża. Nie mam wpływu na to jaka będzie perspektywa drugiej osoby i jak ta osoba spojrzy na mnie i moje problemy. W większości przypadków to spojrzenie będzie zapewne obojętne i nikogo nie będą obchodzić moje problemy. Poza świadomością tego faktu nic więcej to nie zmieni ani też nie przybliży do rozwiązania choć jednego z moich problemów. Choćby na przykładzie tej dziewczyny z siłowni widać, że mój sposób myślenia nie ma żadnego znaczenia dla innych.

Pisałaś, że same w sobie nieśmiałość czy bycie spiętym nie musi być złym znakiem, a nawet może być sympatyczne. To samo tylko u desperata działa już na niekorzyść. Jak więc kobiety oceniają czy ktoś jest nieśmiały i spięty bo ta kobieta mu się podoba czy jest taki bo jest desperatem, który od razu dąży do związku? Przecież nikt nie ma nad głową wielkiego napisu "desperat" ani jak piszesz kobiety nie czytają w myślach. Powodów tego, że ktoś nie potrafi wejść w zwykłą relację może być więcej. Ktoś może mieć fobię społeczną, traumę lub inne zaburzenia działające w bardzo podobny sposób jak desperacja. Kobiety od razu na wstępie oceniają mężczyzn po tym czy przejawiają takie cechy? Nawet kogoś kto nie ma na to żadnego wpływu z powodu na przykład choroby? Bardzo często jest tak, że tylko samo pierwsze nawiązanie kontaktu jest tak trudne, a potem kiedy już jakoś się uda to taka osoba okazuje się całkiem w porządku człowiekiem. Ktoś może na samym początku wyglądać na desperata, a kiedy już uda mu się nawiązać kontakt i choć trochę poznać daną osobę to przestaje być desperatem i normalnie rozwija relację. Sam tego doświadczałem i nie raz widziałem po ludziach z otoczenia.

No tak, to były projekcje powstałe na skutek moich destrukcyjnych przekonań.
Mam wrażenie, że nie rozumiesz tego co już próbowałem tłumaczyć. Nie dziwie się bo to najprawdopodobniej jest jedna z tych rzeczy, których nie da się zrozumieć same nie znajdując się w takiej sytuacji. Z tym jest podobnie jak z myślami samobójczymi, tego też nie da się zrozumieć jeśli nigdy się ich nie miało. Piszesz, że na wszystko patrzę ze swojej perspektywy, a na to patrzysz ze swojej. Jesteś w stanie sobie wyobrazić co może czuć taki 30 letni prawiczek lub po prostu ktoś kto nigdy nie miał doświadczeń z płcią przeciwną lub miał ich bardzo mało? Ktoś kto patrzył jak znajomi wchodzili w związki już od gimnazjum, jak koledzy z liceum gadali o seksie, jak znajomi w tym samym wieku urządzali mieszkania lub budowali domy bo urodziły im się dzieci. Jak nie raz pisałem, ktoś kto ma tak wielkie braki nie ma możliwości by spojrzeć na atrakcyjną dla niego osobę inaczej niż jak na potencjalną partnerkę/partnera. Żadna terapia i żadne leki nie pomogą na coś takiego. Jedynym co może pomóc to wypełnienie tych braków, to doświadczenie tego wszystkiego co mieli ci znajomi. Dlatego nie raz pisałem, że jeśli ktoś nie znalazł partnera/partnerki w szkole lub najpóźniej na studiach będzie miał bardzo ciężko znaleźć kogoś później. Kiedy znika naturalne środowisko, które jednym miejscu umieszcza wielu ludzi w podobnym wieku różnych płci znalezienie kogoś do związku staje się wręcz ekstremalnie trudne. Sam fakt przebywania w otoczeniu ludzi płci przeciwnej ma ogromne znaczenie, a po skończeniu szkoły i studiów nawet z tym jest spory problem. Praca to nie to samo i nigdy nie będzie takie samo. I ponownie nie piszę teraz wyłącznie o mnie tylko szerzej o całej grupie ludzi, którym się nie udało w czasach szkolnych i studenckich. Moja sytuacja jest minimalnie inna bo jednak jakieś bardzo malutkie doświadczenie mam. Nic nie poradzę na to, że tak mi brakuje miłości, bliskości i samego towarzystwa drugiej osoby płci przeciwnej. Wierz mi, że gdybym mógł "wyłączyć uczucie braku tych rzeczy już dawno bym to zrobił.

Sorry, Shini, ale ja się poddaję. Nie czuję w sobie misji naprawiania Twojego świata, a przede wszystkim nie mam już energii na kolejne rundy tej samej dyskusji, w której Ty przedstawiasz następne argumenty wyjaśniające, dlaczego jest tak, jak jest, a ja po raz kolejny próbuję Ci pokazać, że samo ich mnożenie niczego nie zmienia.

Mam wrażenie, że ta dyskusja przestała być rozmową, a stała się kolejnym sposobem na analizowanie, uzasadnianie i rozpamiętywanie Twojego problemu. I szczerze mówiąc, nie chcę już w tym uczestniczyć. Co miałam do powiedzenia, powiedziałam - a co Ty z tym zrobisz, to już naprawdę Twoja sprawa.

Shinigami napisał/a:

Jeśli moje opisywanie wszystkiego tak dokładnie jest problemem to co by nim nie było?

Wyciąganie wniosków i wcielanie ich w życie.

Shinigami napisał/a:

Ja usiłuję przekazać, że będąc w sytuacji takiej jak moja nie da się widzieć inaczej, to jest fizycznie niemożliwe bez pozbycia się źródeł takiego spojrzenia. Chyba nie tylko ja jestem zabetonowany w jednym widzeniu świata.

Ja z kolei usiłuję przekazać, że to przekonywanie innych do niczego nie prowadzi. Zakładając hipotetycznie, że nawet nas wszystkich obecnych w tym wątku uda Ci się przekonać, że wszystko co dzieje się w Twoim życiu jest wynikiem okoliczności, a Ty sam na nic wpływu nie masz, to to niczego w Twoim życiu nie zmieni. Ludzie, których spotykasz, mają prawo nie chcieć tego analizować, za to będą oceniać to, co jest tu i teraz. Na to masz ogromny wpływ, ale w zasadzie nic z tym nie robisz.

2,833 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-13 22:43:10)

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Shini jak Ty pieknie i inteligentnie analizujesz tam gdzie Ci pasuje. Jak pieknie omijasz to co  niewygodne. Nie mam wplywu, nie jest mozliwe, nikt nie zrozumie itd

Bardzo trafnie to ująłeś. Widzę to dokładnie tak samo.

2,834

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Sorry, Shini, ale ja się poddaję. Nie czuję w sobie misji naprawiania Twojego świata, a przede wszystkim nie mam już energii na kolejne rundy tej samej dyskusji, w której Ty przedstawiasz następne argumenty wyjaśniające, dlaczego jest tak, jak jest, a ja po raz kolejny próbuję Ci pokazać, że samo ich mnożenie niczego nie zmienia.

Mam wrażenie, że ta dyskusja przestała być rozmową, a stała się kolejnym sposobem na analizowanie, uzasadnianie i rozpamiętywanie Twojego problemu. I szczerze mówiąc, nie chcę już w tym uczestniczyć. Co miałam do powiedzenia, powiedziałam - a co Ty z tym zrobisz, to już naprawdę Twoja sprawa.

Wyciąganie wniosków i wcielanie ich w życie.

Ja z kolei usiłuję przekazać, że to przekonywanie innych do niczego nie prowadzi. Zakładając hipotetycznie, że nawet nas wszystkich obecnych w tym wątku uda Ci się przekonać, że wszystko co dzieje się w Twoim życiu jest wynikiem okoliczności, a Ty sam na nic wpływu nie masz, to to niczego w Twoim życiu nie zmieni. Ludzie, których spotykasz, mają prawo nie chcieć tego analizować, za to będą oceniać to, co jest tu i teraz. Na to masz ogromny wpływ, ale w zasadzie nic z tym nie robisz.

Nikt na ciebie nie narzucał takiej misji, ani ja ani nikt inny. Oczywiście, że mnożenie ich niczego nie zmienia. Kto powiedział, że samo pisanie na forum ma coś zmienić? Ja już od dawna nie mam takiego celu będąc tutaj. Jak pisałem nie raz ja już wiem wystarczająco dużo, dostałem rad więcej niż jestem w stanie wypróbować. Ja chcę tylko rozmawiać.

Dla mnie to cały czas była i wciąż jest rozmowa.

Nie zliczę ile razy pisaliśmy o wcielaniu w życie wniosków i dlaczego to idzie tak wolno, a część z nich jest niemożliwa do wcielenia w życie.

Czemu miałbym chcieć was przekonywać, że to ja mam rację skoro od dawna wiemy, że w wielu kwestiach nie mam? Oczywiście, że takie przekonywanie niczego nie zmieni bo samo założenie błędne. Dokładnie jak piszesz nawet gdyby udało mi się wszystkich przekonać do mojej racji to i tak niczego by nie zmieniło. W większości tego co piszesz cię rozumiem ale w tej jednej kwestii ani trochę. Niby jaki miałbym mieć wpływ na to jak ktoś mnie oceni? Każdy ocenia jak chce, według swoich zasad i swojego upodobania. Przecież nie wejdę komuś do głowy i nie zmieni jego zasad ani upodobań. Czego bym nie robił każdy i tak oceni jak sam tego chce. Poza tym czy nie powinno się zmienić myślenia na takie by nie przejmować się oceną innych i nie porównywać się do nich? Czy to nie jest jedna z najgorszych krzywd jakie sam sobie robię?

Priscilla napisał/a:

Bardzo trafnie to ująłeś. Widzę to dokładnie tak samo.

Kompletnie was nie rozumiem. Co takiego pominąłem? Pisząc każdy post sprawdzam kilka razy czy na pewno na wszystko odpowiedziałem. Analizuję wszystko aż za bardzo, na każdą kwestię próbuję spojrzeć z kilku stron, wszędzie doszukuję się drugiego dna. Czytam każdy post po kilka razy żeby się upewnić, że nic mi nie umknęło. Odpisywanie nieraz zajmuje mi grubo ponad godzinę bo każdy fragment, każde zdanie analizuję i próbuję sformułować jak najlepszą odpowiedź. Mimo tego i tak zdarza się, że coś pominę więc całkowicie poważnie pytam. Co pominąłem w ostatnich postach?

2,835

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

niby jak według ciebie miałbym "zabezpieczyć" te 1200 zł miesięcznie na takie atrakcje? Skąd miałbym wziąć takie pieniądze nie mając stałej pracy nie mówiąc już o zarobkach pozwalających na usamodzielnienie się? Gdybym zarabiał tyle, że mógłbym sobie zabezpieczać 1200 zł każdego miesiąca to już dawno poszedłbym na swoje i pewnie z połowa moich problemów by się rozwiązała.

Pewnie masz rację, że poziom nerwów i frustracji znacząco by zmalał gdyby chodzić regularnie na masaże ale wciąż to nie może w dalszej perspektywie. Korzystanie z płatnych usług zadziałałoby jeszcze gorzej bo mając to częściej jeszcze bardziej bym za tym tęsknił, a świadomość, że mogę to mieć tylko kiedy zapłacę wywołałaby jeszcze większą tęsknotę. Poza tym jak nie raz już pisałem, żadna płatna usługa nie będzie nawet blisko tego co jest w relacji z ukochaną osobą, która też tego chce.


Z pensji minimalnej mieszkajac z rodzicami tyle dalo by sie wydawac
to nie jest tak duzo, pomysl ze ludzie zarabiajacy minimum i majacy dzieci płaca własnie 1200-1400 alimentow i daja rade

Ale jesli uwazasz ze duzo to moze co drugi tydzien chodzic, wtedy wychodzi 600 zł miesieczeni

Ja wydaje na to około 2000 a czasami 3000 miesiecznie i wiecej a tez bogaty nie jestem, jednak uwazam ze to warto bo to ratuje zycie, to lekarstwo

wiadomo ze to daleko to prawdziwego seksu przyznaje Ci, tez mialem w zyciu jedna dziewczyne w zktora mialem seks jak mialem 15-16 lat to bylo cos pieknego i niesamowitego, tyle ze jak sie rozsatlismy to do 31 roku zycia, czyli kilkanascie lat nie miałem i nie moglem znalezc kobiety oczywiscie ze wolał bym zwykle dziewczyny

Mam sąsiada, ktory sprowadza sobie co chwila nowe dziewczyny z imprez itp wiem ze duzo dziewczyn ładnych mu spamuje na tel a on je olewa, wiele lat chciałem tak samo ale zrozumialem ze nie kazdy tak moze i ze nigdy nie bede tak miał i wtedy zdecydowalem sie na płatne usługi

Ty zapewne masz duzo innych zalet ale jak do 30 nie idzie z kobietami to niestety , nie zycze Ci tego ale jest mozliwosc ze juz nigdy nie bedziesz mial normalnej kobiety i co masz zyc w celibacie?

NIE

dobrze wiesz ze na masazach sa piekne mlode kobiety, warto korzystac

wiadomo za darmo lepiej ale jak masz prawo jazdy to nigdy nie wsiadziesz do Renaulta bo to nie Ferrari?

trzeba mierzyc sily na zamiary i zaakceptowac to i cieszyc sie ze sa kobiety ktore tak pracuja i korzystac z nich a nie siedziec w cielibacie z nadzieja ze sie znajdzie dziecwzyne bo szansa mala

2,836 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-14 03:13:41)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nikt na ciebie nie narzucał takiej misji, ani ja ani nikt inny. Oczywiście, że mnożenie ich niczego nie zmienia. Kto powiedział, że samo pisanie na forum ma coś zmienić? Ja już od dawna nie mam takiego celu będąc tutaj. Jak pisałem nie raz ja już wiem wystarczająco dużo, dostałem rad więcej niż jestem w stanie wypróbować. Ja chcę tylko rozmawiać.

Nigdzie nie stwierdziłam, że ktoś mi narzucił jakąś misję. Stwierdziłam, że ja jej w sobie nie mam, dlatego odpuszczam.

Teraz dodatkowo okazuje się, że od dawna nie masz na celu dokonania zmiany, a skoro tak, to po co te wszystkie jałowe dyskusje, które rzekomo miały Cię do niej przybliżyć? Do tej pory utwierdzałeś nas w przekonaniu, że jesteś gotowy do działania, ale nie wiesz jak ruszyć z miejsca.

Tak, wiem, na pewno chciałeś po prostu rozmawiać, ale... zapomniałeś nas o tym poinformować, wykorzystując jak narzędzia do zaspokojenia swojej potrzeby.

Shinigami napisał/a:

Czemu miałbym chcieć was przekonywać, że to ja mam rację skoro od dawna wiemy, że w wielu kwestiach nie mam?

Nie wiem dlaczego to robisz, ale to robisz. Miało to miejsce choćby w ostatnich postach, w których jak mantrę w kółko powtarzałeś mniej więcej to samo, czekając aż zrozumiemy Twój punkt widzenia. Świadczy o tym m.in. kilka stwierdzeń, które się pojawiły. Tak to przynajmniej wygląda z mojej perspektywy.

W każdym razie to, co Ty nazywasz rozmową, dla mnie przestało być czymś, co na ten moment chcę kontynuować. Nie twierdzę, że zupełnie wychodzę z tego wątku, ale zwyczajnie zmęczyło mnie przebijanie się przez kolejne ściany tekstu, analizowanie razem z Tobą kolejnych rzeczy i spraw, które zabierają mój czas i energię, a nie prowadzą do niczego konstruktywnego.

I nieważne, że - jak sam napisałeś - Ty czerpiesz z tego przyjemność. W sumie trudno się dziwić, skoro przez cały czas jesteś w centrum uwagi: możesz opowiadać o sobie, tłumaczyć swoje motywacje, analizować kolejne aspekty własnej sytuacji i dostawać kolejne porcje uwagi.

Shinigami napisał/a:

Kompletnie was nie rozumiem. Co takiego pominąłem? Pisząc każdy post sprawdzam kilka razy czy na pewno na wszystko odpowiedziałem. Analizuję wszystko aż za bardzo, na każdą kwestię próbuję spojrzeć z kilku stron, wszędzie doszukuję się drugiego dna. Czytam każdy post po kilka razy żeby się upewnić, że nic mi nie umknęło. Odpisywanie nieraz zajmuje mi grubo ponad godzinę bo każdy fragment, każde zdanie analizuję i próbuję sformułować jak najlepszą odpowiedź. Mimo tego i tak zdarza się, że coś pominę więc całkowicie poważnie pytam. Co pominąłem w ostatnich postach?

Napiszę tak: słuchasz, ale nie słyszysz.

Idąc dalej - już kilka osób, w tym ja, zwracało Ci uwagę, że ilość słów, których używasz, dla odbiorców jest męczaca i zupełnie niepotrzebna. Przede wszystkim jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie to uporczywe odnoszenie się do wszystkiego jest Twoim sposobem na omijanie sedna. Rozbierasz na czynniki pierwsze każde zdanie, dopowiadasz kolejne "ale”, tłumaczysz kolejne przyczyny i okoliczności, byle tylko nie zatrzymać się przy tym, co naprawdę wymagałoby od Ciebie działania i zmiany.

W tym miejscu mogłabym napisać coś jeszcze, ale skoro poinformowałeś nas, że działanie nie jest Twoim celem, to temat możemy uznać za zamknięty.

2,837 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-14 08:44:18)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

" Zrobiła to nie dlatego, że nagle, niewiadomo skąd wykrzesała siebie odwagę i motywację do przełamania lęku i wyjścia ze strefy komfortu tylko dlatego, że ty jej pomogłeś....

Shini temat przewałkowany sto razy. Pogódź sie ze stratą - nie będzie wparcia rodziców. Jesteś już na etapie drugim - czas na dzialanie realne. Realne interakcje społeczne, realne szukanie pracy, realny wolontariat. Bez analiz - dzialanie.

To nie konkurs i nie chce porównywac. Nieobecni ojcowie to plaga tamtych czasów.  To niemal standard.  I mimo tego trzeba żyć. I wielu rzeczy uczyć sie samemu

2,838

Odp: Co to znaczy żyć?
DarekFDD napisał/a:

Z pensji minimalnej mieszkajac z rodzicami tyle dalo by sie wydawac
to nie jest tak duzo, pomysl ze ludzie zarabiajacy minimum i majacy dzieci płaca własnie 1200-1400 alimentow i daja rade

Ale jesli uwazasz ze duzo to moze co drugi tydzien chodzic, wtedy wychodzi 600 zł miesieczeni

Ja wydaje na to około 2000 a czasami 3000 miesiecznie i wiecej a tez bogaty nie jestem, jednak uwazam ze to warto bo to ratuje zycie, to lekarstwo

wiadomo ze to daleko to prawdziwego seksu przyznaje Ci, tez mialem w zyciu jedna dziewczyne w zktora mialem seks jak mialem 15-16 lat to bylo cos pieknego i niesamowitego, tyle ze jak sie rozsatlismy to do 31 roku zycia, czyli kilkanascie lat nie miałem i nie moglem znalezc kobiety oczywiscie ze wolał bym zwykle dziewczyny

Mam sąsiada, ktory sprowadza sobie co chwila nowe dziewczyny z imprez itp wiem ze duzo dziewczyn ładnych mu spamuje na tel a on je olewa, wiele lat chciałem tak samo ale zrozumialem ze nie kazdy tak moze i ze nigdy nie bede tak miał i wtedy zdecydowalem sie na płatne usługi

Ty zapewne masz duzo innych zalet ale jak do 30 nie idzie z kobietami to niestety , nie zycze Ci tego ale jest mozliwosc ze juz nigdy nie bedziesz mial normalnej kobiety i co masz zyc w celibacie?

NIE

dobrze wiesz ze na masazach sa piekne mlode kobiety, warto korzystac

wiadomo za darmo lepiej ale jak masz prawo jazdy to nigdy nie wsiadziesz do Renaulta bo to nie Ferrari?

trzeba mierzyc sily na zamiary i zaakceptowac to i cieszyc sie ze sa kobiety ktore tak pracuja i korzystac z nich a nie siedziec w cielibacie z nadzieja ze sie znajdzie dziecwzyne bo szansa mala

Nie jeśli większość tej pensji się odkłada na większy wydatek typu lepszy samochód. Normalnie bym odkładał na wkład własny do kredytu ale to są po prostu za małe sumy by w ogóle była o tym mowa. Szczególnie, że na chwilę obecną nie mam nawet tej minimalnej. Jak ktoś zarabia minimalną i płaci 1400 alimentów to znaczy, że został ostro oszukany przed sąd i drugą osobę z byłego związku. Zresztą to się w ogóle wydaje nierealne by ktoś tyle płacił zarabiając minimalną. Minimalna to jakieś 3700 na rękę. Odejmując takie alimenty zostałoby ledwo ponad 2k. Jeśli ten ktoś nie ma swojego mieszkania lub domu i płaci za wynajem lub kredyt to musiałby nic nie jeść.

Dla mnie teraz każdy grosz się liczy. Bez stałego źródła dochodu muszę oszczędzać na czym tylko się da.

Jeśli cię stać żeby wydawać 3k miesięcznie tylko na masaże to jesteś bogaty. Powiem ci szczerze, że jeśli masz co miesiąc takie luźne 3k, które możesz sobie wydawać na coś co nie jest niezbędne do życia. Gdybym ja miał takie luźne 3k to wszystko bym odkładał na przykład na przeszczep włosów, na aparat i wybielanie zębów, na właśnie lepszy samochód albo bym to wydawała na porządnego dietetyka i trenera personalnego. Chociaż w sumie odkładając co miesiąc 3k w parę lat byłby ten wkład własny i mieszkanie w mieście. Jesteś o wiele bogatszy niż ci się zdaje.

To mnie trochę zaskakuje. Skoro miałeś pierwszą dziewczynę w wieku 15-16 lat i nawet doświadczyłeś wtedy seksu to jakim cudem później nie mogłeś nikogo znaleźć? Przecież głównym problemem w znalezieniu dziewczyny w latach szkolnych i studenckich jest właśnie brak doświadczenia, a ty je miałeś więc dlaczego? Skoro wtedy udało ci się z jedną to dalej powinno być łatwiej bo cały czas miałeś dziewczyny w bliskim otoczeniu.  Prawda jest taka, że większość chłopaków, którzy w latach szkolnych i studenckich nie mieli żadnych związków nie mieli ich dlatego, że nawet nie próbowali bo za bardzo bali się zagadać, za bardzo bali się odrzucenia, oceny czy wyśmiania albo mieli zbyt niską samoocenę żeby w ogóle się odezwać. Tobie się udało coś co jest niesamowicie cennym doświadczeniem w tamtych latach więc czemu później niczego nie było?

Powiem całkowicie szczerze, że nie mógłbym mieszkać obok kogoś takiego i mając możliwość mieszkania gdzieś indziej bym się przeprowadził.

Nawet jeśli mam jakieś zalety to muszą być same bezużyteczne bo w niczym nie pomagają w życiu. Może to zabrzmi dziwnie ale wolałbym ten celibat niż płacić za seks bo to by oznaczało przyznanie się do porażki. Nie poddam się i będę wierzył w to, że pojawi się dziewczyna, która będzie to ze mną robić z własnej woli i dla własnej przyjemności.

Masaż jeszcze by przeszedł ale do prostytutki nie pójdę.

Dla mnie za darmo to jedyna prawidłowa opcja. Poza tym i tak jak już pisałem nawet z dziewczyną udało się dopiero za trzecim razem. Gdybym skorzystał z płatnej opcji to tylko bym zmarnował pieniądze bo i tak moje ciało by odmówiło współpracy.

Priscilla napisał/a:

Nigdzie nie stwierdziłam, że ktoś mi narzucił jakąś misję. Stwierdziłam, że ja jej w sobie nie mam, dlatego odpuszczam.

Teraz dodatkowo okazuje się, że od dawna nie masz na celu dokonania zmiany, a skoro tak, to po co te wszystkie jałowe dyskusje, które rzekomo miały Cię do niej przybliżyć? Do tej pory utwierdzałeś nas w przekonaniu, że jesteś gotowy do działania, ale nie wiesz jak ruszyć z miejsca.

Tak, wiem, na pewno chciałeś po prostu rozmawiać, ale... zapomniałeś nas o tym poinformować, wykorzystując jak narzędzia do zaspokojenia swojej potrzeby.

Nie wiem dlaczego to robisz, ale to robisz. Miało to miejsce choćby w ostatnich postach, w których jak mantrę w kółko powtarzałeś mniej więcej to samo, czekając aż zrozumiemy Twój punkt widzenia. Świadczy o tym m.in. kilka stwierdzeń, które się pojawiły. Tak to przynajmniej wygląda z mojej perspektywy.

W każdym razie to, co Ty nazywasz rozmową, dla mnie przestało być czymś, co na ten moment chcę kontynuować. Nie twierdzę, że zupełnie wychodzę z tego wątku, ale zwyczajnie zmęczyło mnie przebijanie się przez kolejne ściany tekstu, analizowanie razem z Tobą kolejnych rzeczy i spraw, które zabierają mój czas i energię, a nie prowadzą do niczego konstruktywnego.

I nieważne, że - jak sam napisałeś - Ty czerpiesz z tego przyjemność. W sumie trudno się dziwić, skoro przez cały czas jesteś w centrum uwagi: możesz opowiadać o sobie, tłumaczyć swoje motywacje, analizować kolejne aspekty własnej sytuacji i dostawać kolejne porcje uwagi.

Napiszę tak: słuchasz, ale nie słyszysz.

Idąc dalej - już kilka osób, w tym ja, zwracało Ci uwagę, że ilość słów, których używasz, dla odbiorców jest męczaca i zupełnie niepotrzebna. Przede wszystkim jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie to uporczywe odnoszenie się do wszystkiego jest Twoim sposobem na omijanie sedna. Rozbierasz na czynniki pierwsze każde zdanie, dopowiadasz kolejne "ale”, tłumaczysz kolejne przyczyny i okoliczności, byle tylko nie zatrzymać się przy tym, co naprawdę wymagałoby od Ciebie działania i zmiany.

W tym miejscu mogłabym napisać coś jeszcze, ale skoro poinformowałeś nas, że działanie nie jest Twoim celem, to temat możemy uznać za zamknięty.

Potrzebujesz misji żeby sobie luźno popisać na forum, bez niej nie da rady?

Jak to możliwe, że piszemy tu tak długo i wciąż tak bardzo nie możemy się zrozumieć? Nigdzie nie napisałem, że nie mam na celu dokonać zmian w życiu. Napisałem jedynie, że to nie jest jedyny cel tej rozmowy bo z niej samej raczej już nie dowiem się niczego nowego, a poza tym sama wiedza niczego nie zmieni. Dokładnie tak jest z tym, że "gotowy" do działania to trochę za dużo powiedziane bo będąc gotowym raczej dałoby się ruszyć z miejsca. Po prostu informacji mam chyba wystarczająco dużo co nie znaczy, że nie może być ich jeszcze więcej. To nadal nie jest gotowość do zmiany, byłoby nią pozbycie się lęków, blokad i przekonań, które uniemożliwiają tą zmianę.

Chyba trochę przekombinowujesz, ja naprawdę nie myślę w tak wyrachowany i manipulujący sposób. Gdybym tak potrafił to tego wątku pewnie by nie było. Poza tym kiedy zapomniałem o tym poinformować? Przecież od dawna pisałem, że forum jest dla mnie jedyną formą życia towarzyskiego, a rozmowy na nim utrzymują mnie we w miarę stabilnym stanie psychicznym. Bardzo chętnie porozmawiałbym o czymś innym niż problemy społeczno-psychiczne ale nie wiem czy mielibyśmy jakiś inny wspólny temat do rozmowy. Problemy i dramaty zawsze najlepiej się klikają i na forum nie jest inaczej. Najwięcej wątków pojawiających się na forum dotyczy jakichś problemów. Wątpię by był tu ktoś z kim mógłbym porozmawiać o anime, grach, filmach, treningu czy tematach takich jak okultyzm albo mitologia japońska. Pozostaje więc psychologia, relacje i problemy w nich występujące, a jako, że sam jestem najlepszym przykładem do rozmów na takie tematy to ich większość skupia się na mnie. Po to zresztą powstał ten wątek, a do innych już prawie wcale się nie mieszam.

Serio trochę przesadzasz z interpretacją, jak pisałem nie ma sensu przekonywać kogokolwiek do czegokolwiek bo każdy i tak będzie miał swoje zdanie i oceni po swojemu według swoich osobistych standardów.

Ponownie nie rozumiem tych niemal pretensji o marnowanie czasu i energii. To forum publiczne, każdy może sobie tu wejść i wyjść w każdej chwili. Nawet ja odpisuję tylko kiedy mam czas, energii zbyt wiele mnie to nie kosztuje bo lubię pisać i analizować. Ty zdajesz się podchodzić do tego na zasadzie, że rozmowa z założenia musi prowadzić do czegoś konstruktywnego bo inaczej nie ma ona sensu i nie warto jej kontynuować. Dla mnie celem jest rozmowa sama w sobie, a jeśli przyniesie jakieś dodatkowe korzyści w postaci na przykład nowych informacji czy pomysłów jak coś zmienić to jeszcze lepiej ale nie jest to niezbędne by rozmowa miała sens.

Jeśli faktycznie wygląda to tak, że moim celem jest uzyskanie uwagi to musi to działać totalnie nieświadomie. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że robię to dla uwagi.

I nie dowiem się co dokładnie pominąłem?

Jak można odnosić się do wszystkiego i jednocześnie ominąć sedno? Przecież to totalna sprzeczność. Skoro ilość tekstu jaki piszę jest męcząca to dlaczego nikt tego po prostu nie napisał? Chyba tylko Rozrabiaka raz czy dwa wspomniał o tym, że nie muszę się odnosić do dosłownie wszystkiego. Nie sądziłem, że czytanie moich postów może być męczące z uwagi na ich długość.

Zarówno działanie jak i sama rozmowa to moje cele.

Bert44 napisał/a:

Shini temat przewałkowany sto razy. Pogódź sie ze stratą - nie będzie wparcia rodziców. Jesteś już na etapie drugim - czas na dzialanie realne. Realne interakcje społeczne, realne szukanie pracy, realny wolontariat. Bez analiz - dzialanie.

To nie konkurs i nie chce porównywać. Nieobecni ojcowie to plaga tamtych czasów. To niemal standard. I mimo tego trzeba żyć. I wielu rzeczy uczyć się samemu

To da się przejść od razu do etapu drugiego bez pierwszego?

Masz rację, porównywanie nie ma sensu. Tak samo nie ma sensu wymaganie od kogoś czegoś co ktoś inny miał dzięki czyjejś pomocy. Takie jest moje zdanie i dlatego nie mógłbym być na przykład szefem i mieć pracowników bo nie potrafiłbym od nich wymagać. Próbowałbym do każdego pochodzić indywidualnie co zapewne skończyłoby się kiepsko. I chyba właśnie to jest najlepsze w terapii, że do każdego jest indywidualne podejście. Pisałeś, że nie chcesz porównywać, a jednak piszesz o nieobecnych ojcach. Brzmi to tak jakbyś chciał napisać "wszyscy mieli słabo ale jakoś sobie poradzili". Tyle tylko, że nie wszyscy sobie poradzili. To, że komuś się udało zbudować dom czy kupić mieszkanie, wziąć ślub i mieć dzieci ale przy tym stał się alkoholikiem, narkomanem, przemocowcem, pracuje po 16h dziennie czy wpadł w depresję nie znaczy, że sobie poradził. Znam takich całkiem sporo i nie chciałbym się z nimi zamienić mimo iż oni mają partnerki, swoje mieszkania i stać ich na zagraniczne wakacje dwa razy w roku. Tak naprawdę bardzo niewielu ludzi sobie poradziło i oni zwykle nie mieli toksycznych wzorców w domach. Nie znam nikogo kto miał jakąś patologię czy tylko toksyczne wzorce w domu i cokolwiek mu się udało. Każdy powiela te wzorce wobec swoich partnerów i dzieci, zdecydowana większość ludzi staję się niemal kopiami swoich rodziców i robią dokładnie do samo co oni nawet wiedząc, że jest toksyczne dla całego ich otoczenia.

2,839 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-14 20:46:55)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

To da się przejść od razu do etapu drugiego bez pierwszego?

Masz rację, porównywanie nie ma sensu. Tak samo nie ma sensu wymaganie od kogoś czegoś co ktoś inny miał dzięki czyjejś pomocy. Takie jest moje zdanie i dlatego nie mógłbym być na przykład szefem i mieć pracowników bo nie potrafiłbym od nich wymagać. Próbowałbym do każdego pochodzić indywidualnie co zapewne skończyłoby się kiepsko. I chyba właśnie to jest najlepsze w terapii, że do każdego jest indywidualne podejście. Pisałeś, że nie chcesz porównywać, a jednak piszesz o nieobecnych ojcach. Brzmi to tak jakbyś chciał napisać "wszyscy mieli słabo ale jakoś sobie poradzili". Tyle tylko, że nie wszyscy sobie poradzili. To, że komuś się udało zbudować dom czy kupić mieszkanie, wziąć ślub i mieć dzieci ale przy tym stał się alkoholikiem, narkomanem, przemocowcem, pracuje po 16h dziennie czy wpadł w depresję nie znaczy, że sobie poradził. Znam takich całkiem sporo i nie chciałbym się z nimi zamienić mimo iż oni mają partnerki, swoje mieszkania i stać ich na zagraniczne wakacje dwa razy w roku. Tak naprawdę bardzo niewielu ludzi sobie poradziło i oni zwykle nie mieli toksycznych wzorców w domach. Nie znam nikogo kto miał jakąś patologię czy tylko toksyczne wzorce w domu i cokolwiek mu się udało. Każdy powiela te wzorce wobec swoich partnerów i dzieci, zdecydowana większość ludzi staję się niemal kopiami swoich rodziców i robią dokładnie do samo co oni nawet wiedząc, że jest toksyczne dla całego ich otoczenia.

A masz inne wyjscie niz przejsc do drugiego etapu? No masz - wlasnie je realizujesz. Stanie w miejscu.

O nieobecnych ojcach napisalem bo takiego mialem. Nie pamietam zadnej powaznej pouczajacej rozmowy. Jedynie przez mgle ze uczyl mnie na rowerze jezdzic. To tyle.  Nie chodzil ze mna zagadujac ludzi zebym wiedzial ze to nie jest straszne. A zagadac jednak potrafie.

Nie Shini - nie jestes jedynym ktory wyszedl z toksycznego domu. Za to jestes jednym z wielu ktorzy nic z tym nie chca zrobic. Albo moze i chca ale sie boja. U Ciebie jeszcze gorzej - bo masz duzy poziom swiadomosci co sie dzieje. Ale lek Cie przerasta. Tak jak pisza tu wszyscy do Ciebie - podejmij rekawice. Bez skrajnosci, powoli. Odpisz Rozrabiace bo tam jest pakiet waznych pytan w jednym poscie.

Tak - znam osoby ktore pozbieraly sie po wychowaniu w toksycznym domu. Jedna taka osobe znam bardzo dobrze. Wiem jaki strach byl w niej zeby ruszyc te sprawy. Jaki byl opór, obawa, okalmywanie sie, reakcje z grupy "wkurw", placz, wjezdzanie na sumienie itd. Ale jak okazalo sie ze zycie sie zaraz cale posypie to ta osoba ruszyla temat. Wszystkiego sie nie dalo naprawic ale na tyle zeby swobodnie i szczesliwie zyc wystarczylo

2,840 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-15 00:48:50)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Potrzebujesz misji żeby sobie luźno popisać na forum, bez niej nie da rady?

Tobie naprawdę każde zdanie trzeba tłumaczyć?
Właśnie dlatego, że nie mam w sobie żadnej misji, nie chce mi się bić piany, czyli w kółko pisać tego samego albo o tym samym. Gdybym ją miała, być może miałabym jeszcze motywację, żeby to ciągnąć.

I nie, nie muszę mieć do tego żadnej misji ani dodatkowego uzasadnienia, wystarczy, że mi to nie służy.

Shinigami napisał/a:

Jak to możliwe, że piszemy tu tak długo i wciąż tak bardzo nie możemy się zrozumieć?

Może dlatego, że ciągle zmieniasz wersje, dopasowując je do chwili? 

Shinigami napisał/a:

Ponownie nie rozumiem tych niemal pretensji o marnowanie czasu i energii. To forum publiczne, każdy może sobie tu wejść i wyjść w każdej chwili. Nawet ja odpisuję tylko kiedy mam czas, energii zbyt wiele mnie to nie kosztuje bo lubię pisać i analizować. Ty zdajesz się podchodzić do tego na zasadzie, że rozmowa z założenia musi prowadzić do czegoś konstruktywnego bo inaczej nie ma ona sensu i nie warto jej kontynuować. Dla mnie celem jest rozmowa sama w sobie, a jeśli przyniesie jakieś dodatkowe korzyści w postaci na przykład nowych informacji czy pomysłów jak coś zmienić to jeszcze lepiej ale nie jest to niezbędne by rozmowa miała sens.

I znowu się nie rozumiemy, a nie rozumiemy, bo na wszystko patrzysz przez pryzmat swojej osoby, nie wychodząc poza czubek własnego nosa.
Rozmowa nie musi być łatwa, lekka i przyjemna, nie musi też za każdym razem prowadzić do jakiegoś spektakularnego konstruktywnego wniosku, ale jeśli ktoś mówi Ci wprost, że dla niego TA rozmowa stała się męcząca, pochłania czas i energię, a przede wszystkim kręci się w kółko, to naprawdę nie ma sensu odpowiadać mu wyjaśnieniem, że Ty lubisz pisać, analizować i świetnie się przy tym bawisz. To nie jest odpowiedź na to, co zostało powiedziane. Nie ma w tym nawet cienia refleksji, jesteś tylko TY.

I to właśnie robisz niemal za każdym razem: zamiast przyjąć do wiadomości perspektywę drugiej osoby, tłumaczysz, dlaczego z Twojej perspektywy wszystko wygląda inaczej.

Shinigami napisał/a:

Skoro ilość tekstu jaki piszę jest męcząca to dlaczego nikt tego po prostu nie napisał? Chyba tylko Rozrabiaka raz czy dwa wspomniał o tym, że nie muszę się odnosić do dosłownie wszystkiego. Nie sądziłem, że czytanie moich postów może być męczące z uwagi na ich długość.

Seeerio nikt nie napisał??? Nie tylko Rozrabiaka, bo ja też, przecież wspomniałam o tym w poprzednim poście. Wtedy nawet się do tego odniosłeś, a teraz znowu udajesz, że nie wiesz o co chodzi.

Shinigami napisał/a:

Ja już od dawna nie mam takiego celu będąc tutaj. Jak pisałem nie raz ja już wiem wystarczająco dużo, dostałem rad więcej niż jestem w stanie wypróbować. Ja chcę tylko rozmawiać.

vs

Shinigami napisał/a:

Zarówno działanie jak i sama rozmowa to moje cele.

Ooo... Jeszcze chwilę temu pisałeś: "nie mam takiego celu" i "chcę tylko rozmawiać", a teraz nagle "rozmowa i działanie to moje cele”. To nie jest doprecyzowanie, tylko zmiana wersji po fakcie. Problem w tym, że przy takim przesuwaniu własnych tez trudno już dyskutować z Tobą o czymkolwiek, bo kiedy argument Ci nie pasuje, po prostu zmieniasz wersję.

2,841

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nie jeśli większość tej pensji się odkłada na większy wydatek typu lepszy samochód. Normalnie bym odkładał na wkład własny do kredytu ale to są po prostu za małe sumy by w ogóle była o tym mowa. Szczególnie, że na chwilę obecną nie mam nawet tej minimalnej. Jak ktoś zarabia minimalną i płaci 1400 alimentów to znaczy, że został ostro oszukany przed sąd i drugą osobę z byłego związku. Zresztą to się w ogóle wydaje nierealne by ktoś tyle płacił zarabiając minimalną. Minimalna to jakieś 3700 na rękę. Odejmując takie alimenty zostałoby ledwo ponad 2k. Jeśli ten ktoś nie ma swojego mieszkania lub domu i płaci za wynajem lub kredyt to musiałby nic nie jeść.

Dla mnie teraz każdy grosz się liczy. Bez stałego źródła dochodu muszę oszczędzać na czym tylko się da.

Jeśli cię stać żeby wydawać 3k miesięcznie tylko na masaże to jesteś bogaty. Powiem ci szczerze, że jeśli masz co miesiąc takie luźne 3k, które możesz sobie wydawać na coś co nie jest niezbędne do życia. Gdybym ja miał takie luźne 3k to wszystko bym odkładał na przykład na przeszczep włosów, na aparat i wybielanie zębów, na właśnie lepszy samochód albo bym to wydawała na porządnego dietetyka i trenera personalnego. Chociaż w sumie odkładając co miesiąc 3k w parę lat byłby ten wkład własny i mieszkanie w mieście. Jesteś o wiele bogatszy niż ci się zdaje.

To mnie trochę zaskakuje. Skoro miałeś pierwszą dziewczynę w wieku 15-16 lat i nawet doświadczyłeś wtedy seksu to jakim cudem później nie mogłeś nikogo znaleźć? Przecież głównym problemem w znalezieniu dziewczyny w latach szkolnych i studenckich jest właśnie brak doświadczenia, a ty je miałeś więc dlaczego? Skoro wtedy udało ci się z jedną to dalej powinno być łatwiej bo cały czas miałeś dziewczyny w bliskim otoczeniu.  Prawda jest taka, że większość chłopaków, którzy w latach szkolnych i studenckich nie mieli żadnych związków nie mieli ich dlatego, że nawet nie próbowali bo za bardzo bali się zagadać, za bardzo bali się odrzucenia, oceny czy wyśmiania albo mieli zbyt niską samoocenę żeby w ogóle się odezwać. Tobie się udało coś co jest niesamowicie cennym doświadczeniem w tamtych latach więc czemu później niczego nie było?

Powiem całkowicie szczerze, że nie mógłbym mieszkać obok kogoś takiego i mając możliwość mieszkania gdzieś indziej bym się przeprowadził.

Nawet jeśli mam jakieś zalety to muszą być same bezużyteczne bo w niczym nie pomagają w życiu. Może to zabrzmi dziwnie ale wolałbym ten celibat niż płacić za seks bo to by oznaczało przyznanie się do porażki. Nie poddam się i będę wierzył w to, że pojawi się dziewczyna, która będzie to ze mną robić z własnej woli i dla własnej przyjemności.

Dla mnie za darmo to jedyna prawidłowa opcja. Poza tym i tak jak już pisałem nawet z dziewczyną udało się dopiero za trzecim razem. Gdybym skorzystał z płatnej opcji to tylko bym zmarnował pieniądze bo i tak moje ciało by odmówiło współpracy.


Pytanie: Dlaczego nie mógłbys mieszkac obok kogos takiego kto ma duzo dziewczyn i musiałbys sie az wyprowadzic? Nie do konca to rozumiem, chyba fajnie jak duzo pieknych dziewczyn się kreci w okolicy.

Jak sie boisz ze w płatnej opcji zmarnujesz pieniadze to idz do apteki po wspomaganie farmokologiczne

3k miesiecznie wolnych pieniedzy to nie jest bogactwo, zobacz ile teraz wszystko kosztuje nawte podstawy sa drogie, duzo to jak ktos ma z 20k wolnych miesiecznie i takich ludzi tez jest duzo

co do tej dziewczyny to mialem farta i nic wiecej mieszkala obok mnie a reszta znajomych troche dalej, czesto jak sie mialo te 15 lat nie chcialo sie isc/jechac i w lecie od wieku dziecego sie bawilismy budowalismy bazy, i jak przyszedł wiek kiedy ludzie zaczynaja uprawiac seks czyli powiedzmy te 15 lat to my znajac sie od piaskownicy jakos weszlismy tez w relacje intymna, jednak ona jak zaczela poznawac fajniejszych chlopakow a przedewszystkim sie wyprowadzila to mnie rzucila, wiec ok bylo fajnie ale ja nawet nie zagadalem nie staralem sie to po prostu sie wydazylo, wiec to nie znaczylo ze potem bede mial powodzenie

2,842

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

A masz inne wyjscie niz przejsc do drugiego etapu? No masz - wlasnie je realizujesz. Stanie w miejscu.

O nieobecnych ojcach napisalem bo takiego mialem. Nie pamietam zadnej powaznej pouczajacej rozmowy. Jedynie przez mgle ze uczyl mnie na rowerze jezdzic. To tyle.  Nie chodzil ze mna zagadujac ludzi zebym wiedzial ze to nie jest straszne. A zagadac jednak potrafie.

Nie Shini - nie jestes jedynym ktory wyszedl z toksycznego domu. Za to jestes jednym z wielu ktorzy nic z tym nie chca zrobic. Albo moze i chca ale sie boja. U Ciebie jeszcze gorzej - bo masz duzy poziom swiadomosci co sie dzieje. Ale lek Cie przerasta. Tak jak pisza tu wszyscy do Ciebie - podejmij rekawice. Bez skrajnosci, powoli. Odpisz Rozrabiace bo tam jest pakiet waznych pytan w jednym poscie.

Tak - znam osoby ktore pozbieraly sie po wychowaniu w toksycznym domu. Jedna taka osobe znam bardzo dobrze. Wiem jaki strach byl w niej zeby ruszyc te sprawy. Jaki byl opór, obawa, okalmywanie sie, reakcje z grupy "wkurw", placz, wjezdzanie na sumienie itd. Ale jak okazalo sie ze zycie sie zaraz cale posypie to ta osoba ruszyla temat. Wszystkiego sie nie dalo naprawic ale na tyle zeby swobodnie i szczesliwie zyc wystarczylo

Nawet nie zastanawiałem się czy mam inne wyjście czy nie. Patrzyłem na to w ten sposób, że jeśli nie da się zrealizować pierwszego etapu to o drugim w ogóle nie ma mowy.

Ja też nie przypominam sobie takiej rozmowy. Tak samo nie przypominam sobie nauki czegokolwiek użytecznego w życiu. Jazdy na rowerze kompletnie nie pamiętam jak się nauczyłem. Ze mną też nikt nie chodził zagadywać i tego nie potrafię.

Szczerze nie wierzę w to by istniał ktokolwiek kto nie chciałbym nic z tym zrobić. Każdy chce tylko lęki i traumy ich przerastają. U mnie jest jeszcze gorzej bo poza lękami i traumami są jeszcze bardzo destrukcyjne przekonania. Dopiszę jak tylko będę mieć trochę wolnego, teraz codziennie robota i trening.

Więc ponownie mamy różnicę środowisk, ja nie znam nikogo takiego. Co dokładniej oznaczało u tej osoby, że "życie się zaraz posypie"? Ja nigdy jeszcze nie widziałem by ktoś o kim wiem, że był z przemocowego lub toksycznego domu wyszedł z tego tak by jak piszesz "dało się swobodnie i szczęśliwie żyć". Za każdym to się ciągnie coraz dalej, albo nie są w stanie stworzyć żadnej trwałej relacji albo powielają toksyczne zachowania wobec partnerów i swoich dzieci. Osobiście znam dwoje ludzi, to brat i siostra, którzy wychowywali się w mocno toksycznym domu. Oboje znaleźli partnerów, wzięli śluby i mieli dzieci, a po kilku latach oba te małżeństwa się rozpadły. Oboje są tacy sami jak ich toksyczni rodzice dla swoich dzieci, które jestem wręcz pewny, że będą się bujać od terapii do terapii. Takich przykładów znam więcej, ogólnie więcej znam toksycznych związków, małżeństw i domów niż tych nietoksycznych. Zawsze miałem właśnie takie wzorce i pewnie dlatego tak ciężko mi uwierzyć, że to o czym piszesz może być możliwe. Jak wielokrotnie pisałem, bez zmiany otoczenia będzie bardzo ciężko o jakąkolwiek inną zmianę.

Priscilla napisał/a:

Tobie naprawdę każde zdanie trzeba tłumaczyć?
Właśnie dlatego, że nie mam w sobie żadnej misji, nie chce mi się bić piany, czyli w kółko pisać tego samego albo o tym samym. Gdybym ją miała, być może miałabym jeszcze motywację, żeby to ciągnąć.

I nie, nie muszę mieć do tego żadnej misji ani dodatkowego uzasadnienia, wystarczy, że mi to nie służy.

Może dlatego, że ciągle zmieniasz wersje, dopasowując je do chwili? 

I znowu się nie rozumiemy, a nie rozumiemy, bo na wszystko patrzysz przez pryzmat swojej osoby, nie wychodząc poza czubek własnego nosa.
Rozmowa nie musi być łatwa, lekka i przyjemna, nie musi też za każdym razem prowadzić do jakiegoś spektakularnego konstruktywnego wniosku, ale jeśli ktoś mówi Ci wprost, że dla niego TA rozmowa stała się męcząca, pochłania czas i energię, a przede wszystkim kręci się w kółko, to naprawdę nie ma sensu odpowiadać mu wyjaśnieniem, że Ty lubisz pisać, analizować i świetnie się przy tym bawisz. To nie jest odpowiedź na to, co zostało powiedziane. Nie ma w tym nawet cienia refleksji, jesteś tylko TY.

I to właśnie robisz niemal za każdym razem: zamiast przyjąć do wiadomości perspektywę drugiej osoby, tłumaczysz, dlaczego z Twojej perspektywy wszystko wygląda inaczej.

Seeerio nikt nie napisał??? Nie tylko Rozrabiaka, bo ja też, przecież wspomniałam o tym w poprzednim poście. Wtedy nawet się do tego odniosłeś, a teraz znowu udajesz, że nie wiesz o co chodzi.

Ooo... Jeszcze chwilę temu pisałeś: "nie mam takiego celu" i "chcę tylko rozmawiać", a teraz nagle "rozmowa i działanie to moje cele”. To nie jest doprecyzowanie, tylko zmiana wersji po fakcie. Problem w tym, że przy takim przesuwaniu własnych tez trudno już dyskutować z Tobą o czymkolwiek, bo kiedy argument Ci nie pasuje, po prostu zmieniasz wersję.

Gdybyś jej nie miała to by cię to tak nie wkurzało.

Jeśli ci nie służy to czemu po prostu nie zniknęłaś z tego wątku na jakiś czas tak jak to robią inni użytkownicy? Nie jesteś osobą, która tak po prostu coś odpuszcza dlatego nawet jeśli ci to nie służy i cię wkurza nadal tu jesteś i dalej drążysz temat próbując mnie przekonać, że nie mam racji. Nie powinno ci na tym zależeć skoro nie masz misji, a jednak ci zależy. Jesteś naprawdę dobrą osobą, nie możesz przejść obojętnie kiedy widzisz, że ktoś ma problem.

Nadal nie rozumiem gdzie widzisz to zmienianie wersji. Dla mnie to cały czas jest jedynie uzupełnianie, nie widzę tu nic co by sobie jasno przeczyło.

Skoro nie ma sensu odpowiadać wyjaśnieniem to w jaki sposób odpowiedzieć tak by nie urywać rozmowy? Jak powinienem odpowiedzieć żeby nie wyszło, że patrzę przez pryzmat własnej osoby?

po prostu przyjmując do wiadomości perspektywę drugiej osoby rozmowa by się zakończyła, a ja nie chcę jej kończyć.

Nikt wprost nie pisał, że moje posty są za długie i nikomu nie chce się ich czytać. Kto chciał to czytał i odpisywał, ten kto nie chciał nie robił tego. Teraz zresztą jest tak samo. Ja nie raz siedzę ponad godzinę pisząc jakiś post, a odpowiedź dostaje na mały jego fragment. Nie przeszkadza mi to choć pochłania czas, który przecież mógłbym przeznaczyć na coś innego ale ja chcę go przeznaczyć na pisanie.

Oczywiście, że to jest doprecyzowanie, trudno by mi było o lepszy przykład doprecyzowania niż coś takiego jak to.

2,843

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nawet nie zastanawiałem się czy mam inne wyjście czy nie. Patrzyłem na to w ten sposób, że jeśli nie da się zrealizować pierwszego etapu to o drugim w ogóle nie ma mowy.

Ja nigdy jeszcze nie widziałem by ktoś o kim wiem, że był z przemocowego lub toksycznego domu wyszedł z tego tak by jak piszesz "dało się swobodnie i szczęśliwie żyć".

Do pierwszego zdania - przecież sie nie da bo to juz przeszlosc i jest po frytkach. Tak samo jak miliony ludzi na swiecie musisz przejsc, a w zasadzie zaczac, od następnego etapu

Do drugiego zdania - poproś wujka googla zeby Ci podpowiedzial pare artykułów i sam poczytaj. Albo zapytaj po prostu AI. Albo Twoja terapeutke - najprosciej. Choc obawiam sie ze niewazne co powie i tak bedziesz wiedzial lepiej

2,844

Odp: Co to znaczy żyć?
DarekFDD napisał/a:

Pytanie: Dlaczego nie mógłbys mieszkac obok kogos takiego kto ma duzo dziewczyn i musiałbys sie az wyprowadzic? Nie do konca to rozumiem, chyba fajnie jak duzo pieknych dziewczyn się kreci w okolicy.

Jak sie boisz ze w płatnej opcji zmarnujesz pieniadze to idz do apteki po wspomaganie farmokologiczne

3k miesiecznie wolnych pieniedzy to nie jest bogactwo, zobacz ile teraz wszystko kosztuje nawte podstawy sa drogie, duzo to jak ktos ma z 20k wolnych miesiecznie i takich ludzi tez jest duzo

co do tej dziewczyny to mialem farta i nic wiecej mieszkala obok mnie a reszta znajomych troche dalej, czesto jak sie mialo te 15 lat nie chcialo sie isc/jechac i w lecie od wieku dziecego sie bawilismy budowalismy bazy, i jak przyszedł wiek kiedy ludzie zaczynaja uprawiac seks czyli powiedzmy te 15 lat to my znajac sie od piaskownicy jakos weszlismy tez w relacje intymna, jednak ona jak zaczela poznawac fajniejszych chlopakow a przedewszystkim sie wyprowadzila to mnie rzucila, wiec ok bylo fajnie ale ja nawet nie zagadalem nie staralem sie to po prostu sie wydazylo, wiec to nie znaczylo ze potem bede mial powodzenie

Z powodu przytłaczającego poczucia niższości i ciągłego porównywania się, a więc także najprostszej zazdrości. Nie mógłbym znieść tego, że ktoś obok mnie ma to wszystko czego mi tak brakuje bez wysiłku i na wyciągnięcie ręki, a ja nie mogę nawet dotknąć żadnej dziewczyny. To, że w okolicy kręci się tak dużo pięknych dziewczyn, na które możesz co najwyżej popatrzeć nie byłoby ani trochę fajne.

Tego wspomagania jeszcze mi trochę zostało z czasów kiedy była dziewczyna co nie zmienia faktu, że to brać leki idąc korzystać z płatnej usługi nawet brzmi totalnie żałośnie. Ja tak żałośnie bym się czuł.

Znaczna część całego społeczeństwa nie ma żadnych oszczędności nie wspominając już o odkładaniu sumy takiej jak 3k miesięcznie. Wolnych 20k może mieć ledwo kilka procent społeczeństwa. Nie mam pojęcia skąd masz swoje dane ale w życiu w to nie uwierzę póki nie zobaczę badań i statystyk. Dla mnie 3k to byłoby już dużo bo aktualnie nawet tyle nie zarabiam.

U mnie było w sumie podobnie. To jak poznałem dziewczynę nie wiem czy się liczy jako zagadanie. Po prostu staliśmy obok siebie w długiej kolejce i jakoś zaczęliśmy rozmawiać. Potem razem przeszliśmy się po targach, wzięliśmy numery telefonów. Najpierw odpaliliśmy wideorozmowę, potem już była pierwsza randka w realu. Na 3 albo 4 randce zdecydowaliśmy, że zobaczymy co z tego wyjdzie i oficjalnie weszliśmy w związek, a potem było coraz lepiej aż do nagłego końca. U ciebie brzmi to chyba jeszcze gorzej niż u mnie bo cię rzuciła. Mechanizm podobny, ja też nie musiałem się szczególnie starać. Od początku było widać, że oboje mamy problem z samotnością i oboje chcemy związku więc poszło łatwo i szybko. Nie musiałem robić na niej nie wiadomo jakiego wrażenia, nie musiałem udawać lepszego niż jestem, nie musiałem być bogaty ani jakiś super zaradny żeby jej się spodobać. Mogłem być taki jestem i to wystarczało. Wygląda na to, że obaj znaleźliśmy się w niesamowicie sprzyjających okolicznościach, mieliśmy ogromne szczęście, że udało nam się zdobyć te pierwsze doświadczenia. I jak widać w obu przypadkach to szczęście nie trwało długo. Z twojego opisu faktycznie brzmi to tak jakby nie dawało to zbyt dużego doświadczenia więc wybacz za wyciągnięcie pochopnych wniosków.

Bert44 napisał/a:

Do pierwszego zdania - przecież sie nie da bo to juz przeszlosc i jest po frytkach. Tak samo jak miliony ludzi na swiecie musisz przejsc, a w zasadzie zaczac, od następnego etapu

Do drugiego zdania - poproś wujka googla zeby Ci podpowiedzial pare artykułów i sam poczytaj. Albo zapytaj po prostu AI. Albo Twoja terapeutke - najprosciej. Choc obawiam sie ze niewazne co powie i tak bedziesz wiedzial lepiej

Brzmi sensownie, szkoda tylko, że nie mam żadnego przykładu tego z mojego otoczenia. Niby miliony ludzi, a ja nie znam nikogo takiego.

Pytałem i google i AI I terapeutki, wiele razy. Ani razu nie byłem w stanie uwierzyć w takie historie. Wydaje mi się, że jeśli nie zobaczę czegoś takiego na żywo to nie uwierzę.

2,845 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-16 22:34:39)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nie mógłbym znieść tego, że ktoś obok mnie ma to wszystko czego mi tak brakuje bez wysiłku i na wyciągnięcie ręki....

Pytałem i google i AI I terapeutki, wiele razy. Ani razu nie byłem w stanie uwierzyć w takie historie. Wydaje mi się, że jeśli nie zobaczę czegoś takiego na żywo to nie uwierzę.

Do pierwszego zdania - a jaki wysiłek Ty podejmujesz? Poza analizowaniem. Zrobisz coś co jest dla Ciebie "niewygodne"? Nie. Będziesz jojczył

Do drugiego zdania - przecież dobrze analizujesz. I jakie wnisoki możesz wyciągnąć z analizy Twojej wypowiedzi? Co powiedziałbyś o obcej osobie która tak mówi? Caly świat sie myli czy Ty? Wiadomo ze świat

Mam prosty przekaz - jak Ty bedziesz chcial to coś się sie zmieni. Jak nie będziesz to się nie zmieni. I nieważne co napiszesz od Ciebie wszystko zależy. A teraz czekam na analizę czemu się nie da

2,846

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Do pierwszego zdania - a jaki wysiłek Ty podejmujesz? Poza analizowaniem. Zrobisz coś co jest dla Ciebie "niewygodne"? Nie. Będziesz jojczył

Do drugiego zdania - przecież dobrze analizujesz. I jakie wnisoki możesz wyciągnąć z analizy Twojej wypowiedzi? Co powiedziałbyś o obcej osobie która tak mówi? Caly świat sie myli czy Ty? Wiadomo ze świat

Mam prosty przekaz - jak Ty bedziesz chcial to coś się sie zmieni. Jak nie będziesz to się nie zmieni. I nieważne co napiszesz od Ciebie wszystko zależy. A teraz czekam na analizę czemu się nie da

Skąd ci się wzięło to pytanie? Pisałem, że ktoś by coś miał bez wysiłku więc skąd pytanie o mój wysiłek? Co tu miałoby być "niewygodne" skoro mowa o nie robieniu niczego konkretnego by coś uzyskać?

Obcej osobie w przypadku, której nie miałbym żadnego potwierdzenia tego co mówi nie uwierzyłbym na słowo. Jeśli mamy jedną obcą osobę i mnie to są zaledwie dwie osoby o odmiennych zdaniach więc mylić się może tylko jedna z dwóch osób, a nie cały świat. Fakty są takie, że nie znam nikogo komu udałoby się to o czym cały czas piszesz. Jeśli poznam kogoś takiego osobiście to wtedy pewnie moje zdanie ulegnie zmianie. Poza tym co według ciebie miało być dać zaakceptowanie faktu, że się mylę? To nie sprawi, że nagle zniknie mój lęk i przekonania.

Chyba nigdy nie zrozumiem tego optymizmu, a raczej naiwności stojącej za powiedzeniem "chcieć to móc". To tak nie działa, nigdy nie działało i nie będzie działało. Gdyby same chęci wystarczyły tego wątku by nie było, a ja nigdy nie znalazłbym się o mojej obecnej sytuacji. Tu nie ma czego analizować bo to jest totalnie oczywista kwestia. Niewiele rzeczy ode mnie zależy, a już na pewno nie to co się działo w przeszłości. Tego nie da się już zmienić, a wywarło na mnie ogromny wpływ. Teraz jedyne co mogę to próbować zmniejszyć ten wpływ na przykład poprzez terapię. Jestem zniszczony przez otoczenie w jakim dotychczas przebywałem i tego nic nie zmieni, przeszłości nic nie zmieni. Jedynie zmiana samego otoczenia mogłaby zmienić jego przyszły wpływ.

2,847

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini jak mam być szczery, to patrząc na Twoje posty na początku, czyli 2022 rok, to przez te 4 lata za wiele w Twoim podejściu się nie zmieniło. Nadal masz to samo, trochę negatywne i negujące nastawienie. Rady dla Ciebie były takie same w 2022, 2023, 2024, 2025 i 2026.

Często mówisz, że stracony czas itp Teraz sobie pomyśl jak mogło by Twoje życie wyglądać, gdybyś się przynajmniej w 1/4 zmobilizował i wysłuchał szczerze rad  4 lata temu?

Pewnie zarabiałbyś znacznie więcej.

Pewnie poznałbyś kilka dziewczyn, miałbyś regularny seks, jakieś koleżanki, przyjaciółki

Może oszczędności już by jakieś były

Teraz już czasu nie cofniesz, ale może warto zrobić tak aby tak było w 2027?

2,848 Ostatnio edytowany przez Bert44 (Wczoraj 06:09:40)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

...Obcej osobie w przypadku, której nie miałbym żadnego potwierdzenia tego co mówi nie uwierzyłbym na słowo....

....Poza tym co według ciebie miało być dać zaakceptowanie faktu, że się mylę? .......

.....Chyba nigdy nie zrozumiem tego optymizmu, a raczej naiwności stojącej za powiedzeniem "chcieć to móc" to tak nie działa, nigdy nie działało i nie będzie działało.....

....Niewiele rzeczy ode mnie zależy......

....Teraz jedyne co mogę to próbować zmniejszyć ten wpływ na przykład poprzez terapię - KŁAMSTWO NIE MYSLISZ TAK

.... i tego nic nie zmieni.....


Piszę z komórki nie wiem jak robić komentarze do sekcji wiec pozwililem sobie dopisać parę wyrazów powyżej

Kiedyś napisałem ze powinieneś zmienić terapeutę bo nie widać postępów.  Po prostu coś nie klika. Za długo nie klika.

Prawda jest jednak taka ze petent na terapii musi minimum chciec popracowac nad problemem.  Ty nie wierzysz nawet terapeutce że praca ma sens. Ty wiesz lepiej.  Jak stwierdzisz że w Katowicach żyją jednorożce to też będziesz tego bronił do upadłego

Teraz wiem ze każdy terapeuta z wysiłku może jedynie hemoroidów dostać. Może kiedyś uwierzysz że terapia ma sens. Na dzień dzisiejszy odmawiasz współpracy więc nic sie nie zmieni. Może kiedyś?

PS. Nie odpowiedziałeś Rozrabiace

2,849

Odp: Co to znaczy żyć?
sebastiannn napisał/a:

Shini jak mam być szczery, to patrząc na Twoje posty na początku, czyli 2022 rok, to przez te 4 lata za wiele w Twoim podejściu się nie zmieniło. Nadal masz to samo, trochę negatywne i negujące nastawienie. Rady dla Ciebie były takie same w 2022, 2023, 2024, 2025 i 2026.

Często mówisz, że stracony czas itp Teraz sobie pomyśl jak mogło by Twoje życie wyglądać, gdybyś się przynajmniej w 1/4 zmobilizował i wysłuchał szczerze rad  4 lata temu?

Pewnie zarabiałbyś znacznie więcej.

Pewnie poznałbyś kilka dziewczyn, miałbyś regularny seks, jakieś koleżanki, przyjaciółki

Może oszczędności już by jakieś były

Teraz już czasu nie cofniesz, ale może warto zrobić tak aby tak było w 2027?

To nie takie dziwne, na terapii jestem trochę ponad rok.  Dopiero od tego czasu wiem o moich przekonaniach, umiem nazywać uczucia i odkrywać lęki. To nie jest tylko trochę negatywne i negujące podejście, jest takie dużo bardziej niż trochę.

Myślę o tym cały czas i nadal nie widzę żadnego lepszego scenariusza. Dosłownie nie mogę sobie wyobrazić, że sytuacja w jakiej się znajduję mogłaby się poprawić.

To jest możliwe ale nadal nie widzę żadnego możliwego scenariusza poza tym, że ktoś by mi załatwił dobrą pracę umożliwiającą te lepsze zarobki. To jedyny scenariusz haki jestem w stanie sobie wyobrazić i jak wiemy bardzo mało prawdopodobny.

Koleżanki może by się jakieś pojawiły, przyjaciółki szczerze wątpię. Regularny seks to fantasy i nie mam pojęcia skąd wziąłeś taki pomysł. Tylko stały związek mógłby to umożliwić, już taki miałem i wiesz co się z nim stało.

Oszczędności jakieś są ale o wiele za małe by mogły cokolwiek zmienić w życiu.

Byłoby bardzo fajnie gdyby dało się zrobić tak by następny rok wyglądał tak jak piszesz ale ponownie, nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. A raczej powinienem napisać, że nie potrafię sobie wyobrazić bym ja sam swoimi działaniami mógł do tego doprowadzić.

Bert44 napisał/a:

Piszę z komórki nie wiem jak robić komentarze do sekcji wiec pozwililem sobie dopisać parę wyrazów powyżej

Kiedyś napisałem ze powinieneś zmienić terapeutę bo nie widać postępów.  Po prostu coś nie klika. Za długo nie klika.

Prawda jest jednak taka ze petent na terapii musi minimum chciec popracowac nad problemem.  Ty nie wierzysz nawet terapeutce że praca ma sens. Ty wiesz lepiej.  Jak stwierdzisz że w Katowicach żyją jednorożce to też będziesz tego bronił do upadłego

Teraz wiem ze każdy terapeuta z wysiłku może jedynie hemoroidów dostać. Może kiedyś uwierzysz że terapia ma sens. Na dzień dzisiejszy odmawiasz współpracy więc nic sie nie zmieni. Może kiedyś?

PS. Nie odpowiedziałeś Rozrabiace

A ja nie raz pisałem, że to też nie zależy ode mnie. Mam tylko dwie opcje do wyboru, albo to co jest na NFZ albo wcale. Wielokrotnie rozmawiałem z terapeutką o tym, że nie widzę efektów terapii, że jest ze mną coraz gorzej. Ona odpowiada, że tego nie da się przyspieszyć, że ja muszę przejść przez to wszystko. Przypominam, że poprzednia terapeutka odpuściła na wcześniejszym etapie niż teraz jestem, po tej naprawdę widać, że jej zależy na tym by mi pomóc. Jak według ciebie powinna wyglądać ta terapia? Terapeutka powinna ode mnie wymagać robienia czegoś? Zupełnie jak nauczycielki ze szkoły co jest jedną z moich największych traum?

Nie wierzę, że to się może udać, a nie, że praca na sens. Raczej powinienem napisać, że nie dopuszczam do siebie faktu, że naprawdę może być tak jak mówi. Mój umysł nie jest w stanie zaakceptować faktu, że komuś mogło się udać wyjść z sytuacji takiej jak moja. Odpala mi się totalne zaprzeczenie. To mechanizm obronny żeby nie czuć się jeszcze gorzej. Gdybym zaakceptował ten fakt czułbym się jeszcze bardziej bezradny, bezsilny, byłaby jeszcze większa beznadzieja i nienawiść do siebie. Bo komuś się udało, a ja nie jestem w stanie i tracę coraz większą czasu.

Pisałem już, że mu odpowiem jak będę mieć trochę więcej czasu. Jego post jest długi, wymaga by do tego usiąść, przeanalizować i sformułować odpowiedź tak by to miało sens.

2,850

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

To da się przejść od razu do etapu drugiego bez pierwszego?

Tak, da się.

Celowo nie podaję przykładów, bo będziesz je analizował, próbował szukać luk i sposobów na zaprzeczenie im. Także tu stawiam na krótką i zwięzłą odpowiedź.

Shinigami napisał/a:

Nie znam nikogo kto miał jakąś patologię czy tylko toksyczne wzorce w domu i cokolwiek mu się udało.

No tutaj to już się poczułam urażona, Shini smile

2,851

Odp: Co to znaczy żyć?

Shini, nie męczy Cię już ta ciągła analiza? Nie znudziło Ci się siedzenie w kółko we wnętrzu własnej głowy?

I jeszcze tak trochę na marginesie. Trochę wkurzające jest czytanie, jak piszesz, że chcesz być taki lojalny wobec swojej dziewczyny, która nadal siedzi w areszcie i nie ma z nią kontaktu od wielu miesięcy, że honorowo poczekasz z ostateczną decyzją, a jednocześnie WSZYSTKO sprowadzasz do tego, jak w danym miejscu i podczas konkretnych czynności mogą odbierać Cię inne kobiety, czy tu albo tam będziesz mógł jakąś poznać i generalnie w wielu wypowiedziach piszesz jak poszukujący singiel. Nawet na siłowni próbowałeś zagadać do innej dziewczyny, bo wpadła Ci w oko.

Nie jest przypadkiem tak, że robisz sobie z tamtej dziewczyny plan B?
Czyli jak wyjdzie na wolność i będzie chciała odnowić kontakt, a Ty akurat nie będziesz miał jeszcze żadnego zastępstwa, to chętnie skorzystasz?
No ale głupio by było tak przyznać otwarcie, bo świadczyłoby to o wyrachowaniu i że wcale taki honorowy nie jesteś?

2,852

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

.... Mam tylko dwie opcje do wyboru, albo to co jest na NFZ albo wcale. Wielokrotnie rozmawiałem z terapeutką o tym, że nie widzę efektów terapii, że jest ze mną coraz gorzej. Ona odpowiada, że tego nie da się przyspieszyć, że ja muszę przejść przez to wszystko.....

Nie zrozumielismy sie. Miałem na myśli to że żaden terapeuta Ci nie pomoże. Dlatego że nie wierzysz że coś się może zmienić. Przecież piszesz ze nie uwierzysz chyba ze spotkasz osobę która poradziła sobie z problemami.  No to póki nie spotkasz to mielenie tematu z terapeuta - bo jak ma sie udac coś w co nie wierzysz? Uważasz za niemożliwe. Samo sie naprawi? Akurat do tego jesteś niezbędny.

2,853

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Nie wierzę, że to się może udać, a nie, że praca na sens.

Żeby się udało musi byc praca. A czym wg Ciebie ma być ta praca skoro uważasz ze ma sens?

2,854

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Nie wierzę, że to się może udać, a nie, że praca na sens.

Żeby się udało musi byc praca. A czym wg Ciebie ma być ta praca skoro uważasz ze ma sens?

Każda praca musi mieć sens i wszystko co robimy. Praca bez sensu,nie ma sensu

2,855

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:

Tak, da się.

Celowo nie podaję przykładów, bo będziesz je analizował, próbował szukać luk i sposobów na zaprzeczenie im. Także tu stawiam na krótką i zwięzłą odpowiedź.

No tutaj to już się poczułam urażona, Shini smile

Chciałbym móc w to uwierzyć.

Powinienem doprecyzować, nie znam nikogo kto SAM wyszedłby z takiej sytuacji nie mając wsparcia ze strony rodziny czy partnera/partnerki. Jestem pewny, że gdyby z dziewczyną nic się nie stało i bylibyśmy w związku do tej pory to ja byłbym teraz w zupełnie innym miejscu.

Mrs.Happiness napisał/a:

Shini, nie męczy Cię już ta ciągła analiza? Nie znudziło Ci się siedzenie w kółko we wnętrzu własnej głowy?

I jeszcze tak trochę na marginesie. Trochę wkurzające jest czytanie, jak piszesz, że chcesz być taki lojalny wobec swojej dziewczyny, która nadal siedzi w areszcie i nie ma z nią kontaktu od wielu miesięcy, że honorowo poczekasz z ostateczną decyzją, a jednocześnie WSZYSTKO sprowadzasz do tego, jak w danym miejscu i podczas konkretnych czynności mogą odbierać Cię inne kobiety, czy tu albo tam będziesz mógł jakąś poznać i generalnie w wielu wypowiedziach piszesz jak poszukujący singiel. Nawet na siłowni próbowałeś zagadać do innej dziewczyny, bo wpadła Ci w oko.

Nie jest przypadkiem tak, że robisz sobie z tamtej dziewczyny plan B?
Czyli jak wyjdzie na wolność i będzie chciała odnowić kontakt, a Ty akurat nie będziesz miał jeszcze żadnego zastępstwa, to chętnie skorzystasz?
No ale głupio by było tak przyznać otwarcie, bo świadczyłoby to o wyrachowaniu i że wcale taki honorowy nie jesteś?

Niewiele jest rzeczy, które mnie nie męczą. Jak miałbym walczyć z obecną sytuacją nie siedząc we wnętrzu głowy próbując przepracować te wszystkie przekonania i lęki.

Po pierwsze już nawet nie liczę na to, że wrócimy do tamtego związku. Szanse na to są bardzo małe z wielu po powodów. Prawdę mówiąc nie sądzę, że jeszcze kiedyś ją zobaczę ani nawet, że ona się jeszcze do mnie odezwie. Jej siostra nawet nie chce mi odpisać więc bardzo możliwe, że jej nagadała, że to ja urywam kontakt. Nie zdziwię się jak będzie myślała, że to ja ją olałem i nie będzie chciała mnie już widzieć.
Po drugie szukam kontaktów z innymi kobietami bo już coraz trudniej mi wytrzymać z tą samotnością, również fizyczną.

Raczej na odwrót, ona jest planem A. Inne potencjalne kontakty byłyby planem B gdy moje podejrzenia się potwierdziły. Nawet gdyby pojawiła się jakaś inna opcja to i tak nawet nie próbował bym wchodzić w związek do czasu wyjścia na wolność tamtej dziewczyny. Najpierw wyjaśnić jedną sprawę, a potem brać się za drugą. Teraz próbując nawiązać nowe kontakty z kobietami nie mam na myśli jeszcze romantycznych, na razie chodzi mi o zwykłą znajomość ale bez całkowitego zamykania drogi do bliższej relacji za jakiś czas.

Bert44 napisał/a:

Nie zrozumielismy sie. Miałem na myśli to że żaden terapeuta Ci nie pomoże. Dlatego że nie wierzysz że coś się może zmienić. Przecież piszesz ze nie uwierzysz chyba ze spotkasz osobę która poradziła sobie z problemami.  No to póki nie spotkasz to mielenie tematu z terapeuta - bo jak ma sie udac coś w co nie wierzysz? Uważasz za niemożliwe. Samo sie naprawi? Akurat do tego jesteś niezbędny.

Ależ ja to wiem od dawna. Nie raz pisałem, że moja prawdziwa terapia znacznie się dopiero kiedy zmienię otoczenie., a tego nie jestem w stanie zrobić. To jest to błędne koło, o którym cały czas piszę. Najpierw muszę się fizycznie uwolnić od toksycznych wzorców i wpływu z otoczenia w jakim się znajduję. A to zważywszy na ceny jakichkolwiek nieruchomości może się nigdy nie udać. Kolejność działań powinna być taka, najpierw znalezienie pracy umożliwiającej choćby wynajem kawalerki, a najlepiej wzięcie kredytu na mieszkanie. Potem wyprowadzka i nauka samodzielności. I dopiero potem prawdziwa terapia w celu przepracowania tego wszystkiego co siedzi w głowie. Niestety w tej kolejności się nie da bo żeby pierwsze było możliwe najpierw trzebaby było zrealizować ostatnie. Dlatego z tej sytuacji jest tak trudno wyjść. Bycie w związku jest wyjątkiem, który mógłby mi to umożliwić choćby z tego względu, że nie byłbym sam z kosztami. Punkt pierwszy nie miałby znaczenia i mógłbym od razu przejść do kolejnego, błędne koło zostałoby przerwane i dalej już by jakoś podejrzewam. Podejrzewam, że nawet całkiem nieźle mogłoby mi pójść. Uważam, że w pojedynkę to jest niemożliwe albo wymagałoby jakiegoś innego wyjątku.

Bert44 napisał/a:

Żeby się udało musi byc praca. A czym wg Ciebie ma być ta praca skoro uważasz ze ma sens?

O co dokładnie pytasz? Co robię na co dzień w sprawie zmiany co według mnie ma sens? Chodzi o to czy mimo pisania tego wszystkiego coś jednak robię czy nie?

2,856

Odp: Co to znaczy żyć?

Nie obraź się Shimi ale nie wiem czy ta terapia ma jakiś większy sens.

Trochę z wypowiedzi przypominasz mi moja nastoletnią córkę co też chodziła na terapię i słuchała porad jednym uchem a drugie wychodziło.
Kosztowało to mnóstwo kasy a efekt powiedzmy nikły big_smile

Psycholog też nie służy do rozwiązywania za nas problemów a jedynie na pomocy w znalezieniu sposób na usunięciu problemów przez nas samych ...

Szczerze mówiąc osobiście uważam że nie nadajesz się na związek i nigdy nie będziesz. Po prostu sam masz spore problemy ze sobą i w takim stanie nie wolno myśleć o jakimś "związku" bo to przepis na 100% porażkę i tragedię ...

Najpierw musisz zaakceptowac samego siebie ze swoimi wadami i zaletami. Polubić samego siebie.

Kup sobie może psa. Zajmuj się nim.

Co do zwalania winy na rodziców to jak nie była to rodzina patalogiczna z przemocą, alkoholem, narkotykami to jest to słabe.

Każdy rodzic stara się być najlepszym rodzicem dla swoich dzieci , ale uwierz nikt nie jest idealny i każdy popełnia błędy wychowawcze.
Czasami ludzie mają mało czasu, bo czasy gdy kiedyś ludzie mieli dzieci to czasy cieżkiej pracy i dorabiaia się, albo po prostu próby utrzymania rodziny.
Każdy stara sie jak może i jak czasami wychodzi mu to nieporadnie to nie robi tego specjalnie ...

Sam mam już dorosle dzieci i też idealnym rodzicem nie byłem, choć moje córki kocham i starałem się aby mialy jak najlepiej.

Podstawą jest samoakceptacja i nie patrzenie na innych. Szkoda czasu i nerwow aby się dobijać ...

2,857 Ostatnio edytowany przez Julia life in UK (Wczoraj 14:09:18)

Odp: Co to znaczy żyć?
Kaszpir007 napisał/a:

Nie obraź się Shimi ale nie wiem czy ta terapia ma jakiś większy sens.

Trochę z wypowiedzi przypominasz mi moja nastoletnią córkę co też chodziła na terapię i słuchała porad jednym uchem a drugie wychodziło.
Kosztowało to mnóstwo kasy a efekt powiedzmy nikły big_smile

Psycholog też nie służy do rozwiązywania za nas problemów a jedynie na pomocy w znalezieniu sposób na usunięciu problemów przez nas samych ...

Szczerze mówiąc osobiście uważam że nie nadajesz się na związek i nigdy nie będziesz. Po prostu sam masz spore problemy ze sobą i w takim stanie nie wolno myśleć o jakimś "związku" bo to przepis na 100% porażkę i tragedię ...

Najpierw musisz zaakceptowac samego siebie ze swoimi wadami i zaletami. Polubić samego siebie.

Kup sobie może psa. Zajmuj się nim.

Co do zwalania winy na rodziców to jak nie była to rodzina patalogiczna z przemocą, alkoholem, narkotykami to jest to słabe.

Każdy rodzic stara się być najlepszym rodzicem dla swoich dzieci , ale uwierz nikt nie jest idealny i każdy popełnia błędy wychowawcze.
Czasami ludzie mają mało czasu, bo czasy gdy kiedyś ludzie mieli dzieci to czasy cieżkiej pracy i dorabiaia się, albo po prostu próby utrzymania rodziny.
Każdy stara sie jak może i jak czasami wychodzi mu to nieporadnie to nie robi tego specjalnie ...

Sam mam już dorosle dzieci i też idealnym rodzicem nie byłem, choć moje córki kocham i starałem się aby mialy jak najlepiej.

Podstawą jest samoakceptacja i nie patrzenie na innych. Szkoda czasu i nerwow aby się dobijać ...

Tez tak uwazam,ale głównie dlatego,ze nadal zapewnie mieszka z rodzicami,a ktora mloda kobieta by chciała mieszkać pod jednym dachem z tesciowom ... plus faktycznie jak trochę go poczytalam to jakiekolwiek porady on jest na NIE i ma wymowki na cala strone A4 papieru  xD

2,858 Ostatnio edytowany przez Shinigami (Wczoraj 16:33:38)

Odp: Co to znaczy żyć?
Kaszpir007 napisał/a:

Nie obraź się Shimi ale nie wiem czy ta terapia ma jakiś większy sens.

Trochę z wypowiedzi przypominasz mi moja nastoletnią córkę co też chodziła na terapię i słuchała porad jednym uchem a drugie wychodziło.
Kosztowało to mnóstwo kasy a efekt powiedzmy nikły big_smile

Psycholog też nie służy do rozwiązywania za nas problemów a jedynie na pomocy w znalezieniu sposób na usunięciu problemów przez nas samych ...

Szczerze mówiąc osobiście uważam że nie nadajesz się na związek i nigdy nie będziesz. Po prostu sam masz spore problemy ze sobą i w takim stanie nie wolno myśleć o jakimś "związku" bo to przepis na 100% porażkę i tragedię ...

Najpierw musisz zaakceptowac samego siebie ze swoimi wadami i zaletami. Polubić samego siebie.

Kup sobie może psa. Zajmuj się nim.

Co do zwalania winy na rodziców to jak nie była to rodzina patalogiczna z przemocą, alkoholem, narkotykami to jest to słabe.

Każdy rodzic stara się być najlepszym rodzicem dla swoich dzieci , ale uwierz nikt nie jest idealny i każdy popełnia błędy wychowawcze.
Czasami ludzie mają mało czasu, bo czasy gdy kiedyś ludzie mieli dzieci to czasy cieżkiej pracy i dorabiaia się, albo po prostu próby utrzymania rodziny.
Każdy stara sie jak może i jak czasami wychodzi mu to nieporadnie to nie robi tego specjalnie ...

Sam mam już dorosle dzieci i też idealnym rodzicem nie byłem, choć moje córki kocham i starałem się aby mialy jak najlepiej.

Podstawą jest samoakceptacja i nie patrzenie na innych. Szkoda czasu i nerwow aby się dobijać ...

Każda terapia ma sens, szczególnie jeśli jest na NFZ.

Jak myślisz dlaczego twoja córka nie słuchała tego co było na terapii, a jej efekt był nikły?

Nie do końca się z tym zgodzę. Rola terapeuty to sprawić by pacjent zdołał pokonać swoje problemy i lęki. By przeanalizować i zdefiniować przekonania pacjenta, by dotrzeć do ich źródeł i dać pacjentowi narzędzia pozwalające walczyć z tymi przekonaniami. Terapia to praca wspólna i obie osoby w niej uczestniczące mają tak samo ważną robotę do wykonania.

Do tego nigdy mnie nie przekonasz, nikt mnie do tego nie przekona. Nie zrezygnuję z prób życia w związku i stworzenia swojej rodziny. Niezależnie od tego co ktoś tu napisze na temat mojej zdolności do bycia w związku nie poddam się. Mam w sobie mnóstwo czułości, opiekuńczości, może nawet miłości i nic nie sprawia mi większej przyjemności niż obdarowanie tym kogoś. Nie ma cudowniejszego uczucia niż światłość bycia kochanym, potrzebnym, i że komuś na mnie zależy. Miałbym już nigdy tego nie zaznać bo nie wpasowuje się w definicję związku kogoś z forum? Już nigdy nikogo nie przytulić, nigdy nie być dla kogoś ważnym, nigdy więcej nie zaznać seksu, nigdy nie usłyszeć ani nie powiedzieć "kocham cię", nigdy nie wyjechać na wspólne wakacje itd? Nie ma możliwości bym zaakceptował coś takiego, będę próbował aż się uda lub zginę próbując.

Ta dziewczyna była jedyną osobą, która mogła polubić mnie takiego jakim wtedy byłem. Kiedy ona mnie akceptowała to i ja samego siebie akceptowałem. Nie ufałem sobie tylko jej ufajacej mi. Ja nie mam możliwości zaakceptowania samego siebie bo nic w moim życiu nie jest tak jakbym chciał. Nawet gdybym osiągnął wszystko czego teraz bym chciał to pojawiłyby się nowe wymagania bez, których nie zaakceptuję siebie, i tak bez końca. Nie istnieje stan, w którym uznałbym, że jestem idealny. I tego nie rozumiem w tym co niektórzy tu piszą. Wszyscy piszą, że nie da się być idealnym i tylko robię sobie krzywdę wymagając tego od siebie. A ty teraz piszesz, że najpierw trzeba być idealnym by móc wejść w związek.

Mam dwa psy i dwa koty. Jednak dopóki nie będę mieszkał sam lub właśnie z partnerką żadne zwierzę nie będzie tylko moje. Te psy i koty należą po prostu do domu i każdy po trochu się nimi zajmuje. Nie ma możliwości by było inaczej mieszkając w tym domu.

Kto powiedział, że nie była? Przemocy psychicznej trochę było, alkoholu też było całkiem sporo.

Nie raz już tu czytałem, że dobre chęci to żadne usprawiedliwienie. Jeśli się nie ma możliwości, wiedzy ani odpowiednich wzorców do przekazania dzieciom to nie powinno się ich mieć. To nie jest kwestia nieporadności tylko właśnie skrzywdzenia dzieci kompletnym brakiem wiedzy i nie przygotowaniem do roli rodzica. Dlatego też ja nie zamierzam ich mieć bo tylko bym je skrzywdził. Nie zniosłabym tego, że moje dzieci mogłyby się stać takie jak ja.

Jeśli twoje córki są w lepszej sytuacji niż ja to znaczy, że byłeś całkiem blisko idealnego rodzica.

Znam tę podstawę od dawna jednak obawiam się iż to jest po prostu dla mnie niemożliwe samemu. Moje nerwy już dawno są w opłakanym stanie, już przestaje czuć różnicę.

2,859

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Kaszpir007 napisał/a:

Nie obraź się Shimi ale nie wiem czy ta terapia ma jakiś większy sens.

Trochę z wypowiedzi przypominasz mi moja nastoletnią córkę co też chodziła na terapię i słuchała porad jednym uchem a drugie wychodziło.
Kosztowało to mnóstwo kasy a efekt powiedzmy nikły big_smile

Psycholog też nie służy do rozwiązywania za nas problemów a jedynie na pomocy w znalezieniu sposób na usunięciu problemów przez nas samych ...

Szczerze mówiąc osobiście uważam że nie nadajesz się na związek i nigdy nie będziesz. Po prostu sam masz spore problemy ze sobą i w takim stanie nie wolno myśleć o jakimś "związku" bo to przepis na 100% porażkę i tragedię ...

Najpierw musisz zaakceptowac samego siebie ze swoimi wadami i zaletami. Polubić samego siebie.

Kup sobie może psa. Zajmuj się nim.

Co do zwalania winy na rodziców to jak nie była to rodzina patalogiczna z przemocą, alkoholem, narkotykami to jest to słabe.

Każdy rodzic stara się być najlepszym rodzicem dla swoich dzieci , ale uwierz nikt nie jest idealny i każdy popełnia błędy wychowawcze.
Czasami ludzie mają mało czasu, bo czasy gdy kiedyś ludzie mieli dzieci to czasy cieżkiej pracy i dorabiaia się, albo po prostu próby utrzymania rodziny.
Każdy stara sie jak może i jak czasami wychodzi mu to nieporadnie to nie robi tego specjalnie ...

Sam mam już dorosle dzieci i też idealnym rodzicem nie byłem, choć moje córki kocham i starałem się aby mialy jak najlepiej.

Podstawą jest samoakceptacja i nie patrzenie na innych. Szkoda czasu i nerwow aby się dobijać ...

Każda terapia ma sens, szczególnie jeśli jest na NFZ.

Jak myślisz dlaczego twoja córka nie słuchała tego co było na terapii, a jej efekt był nikły?

Nie do końca się z tym zgodzę. Rola terapeuty to sprawić by pacjent zdołał pokonać swoje problemy i lęki. By przeanalizować i zdefiniować przekonania pacjenta, by dotrzeć do ich źródeł i dać pacjentowi narzędzia pozwalające walczyć z tymi przekonaniami. Terapia to praca wspólna i obie osoby w niej uczestniczące mają tak samo ważną robotę do wykonania.

Do tego nigdy mnie nie przekonasz, nikt mnie do tego nie przekona. Nie zrezygnuję z prób życia w związku i stworzenia swojej rodziny. Niezależnie od tego co ktoś tu napisze na temat mojej zdolności do bycia w związku nie poddam się. Mam w sobie mnóstwo czułości, opiekuńczości, może nawet miłości i nic nie sprawia mi większej przyjemności niż obdarowanie tym kogoś. Nie ma cudowniejszego uczucia niż światłość bycia kochanym, potrzebnym, i że komuś na mnie zależy. Miałbym już nigdy tego nie zaznać bo nie wpasowuje się w definicję związku kogoś z forum? Już nigdy nikogo nie przytulić, nigdy nie być dla kogoś ważnym, nigdy więcej nie zaznać seksu, nigdy nie usłyszeć ani nie powiedzieć "kocham cię", nigdy nie wyjechać na wspólne wakacje itd? Nie ma możliwości bym zaakceptował coś takiego, będę próbował aż się uda lub zginę próbując.

Ta dziewczyna była jedyną osobą, która mogła polubić mnie takiego jakim wtedy byłem. Kiedy ona mnie akceptowała to i ja samego siebie akceptowałem. Nie ufałem sobie tylko jej ufajacej mi. Ja nie mam możliwości zaakceptowania samego siebie bo nic w moim życiu nie jest tak jakbym chciał. Nawet gdybym osiągnął wszystko czego teraz bym chciał to pojawiłyby się nowe wymagania bez, których nie zaakceptuję siebie, i tak bez końca. Nie istnieje stan, w którym uznałbym, że jestem idealny. I tego nie rozumiem w tym co niektórzy tu piszą. Wszyscy piszą, że nie da się być idealnym i tylko robię sobie krzywdę wymagając tego od siebie. A ty teraz piszesz, że najpierw trzeba być idealnym by móc wejść w związek.

Mam dwa psy i dwa koty. Jednak dopóki nie będę mieszkał sam lub właśnie z partnerką żadne zwierzę nie będzie tylko moje. Te psy i koty należą po prostu do domu i każdy po trochu się nimi zajmuje. Nie ma możliwości by było inaczej mieszkając w tym domu.

Kto powiedział, że nie była? Przemocy psychicznej trochę było, alkoholu też było całkiem sporo.

Nie raz już tu czytałem, że dobre chęci to żadne usprawiedliwienie. Jeśli się nie ma możliwości, wiedzy ani odpowiednich wzorców do przekazania dzieciom to nie powinno się ich mieć. To nie jest kwestia nieporadności tylko właśnie skrzywdzenia dzieci kompletnym brakiem wiedzy i nie przygotowaniem do roli rodzica. Dlatego też ja nie zamierzam ich mieć bo tylko bym je skrzywdził. Nie zniosłabym tego, że moje dzieci mogłyby się stać takie jak ja.

Jeśli twoje córki są w lepszej sytuacji niż ja to znaczy, że byłeś całkiem blisko idealnego rodzica.

Znam tę podstawę od dawna jednak obawiam się iż to jest po prostu dla mnie niemożliwe samemu. Moje nerwy już dawno są w opłakanym stanie, już przestaje czuć różnicę.

Ma sens jeżeli współpracuje się z psychoterapeuta

No możesz próbować być w związku tylko powtarzam,że żadnej młodej kobiecie nie będzie pasować mieszkanie z tesciami,więc jak chcesz mieć poważny związek to pomysł o wyprowadzce.  Chyba,że chcesz mieć dziewczynę weekendową i nie myślisz o tym,by ze sobą zamieszkac

2,860

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Ma sens jeżeli współpracuje się z psychoterapeuta

No możesz próbować być w związku tylko powtarzam,że żadnej młodej kobiecie nie będzie pasować mieszkanie z tesciami,więc jak chcesz mieć poważny związek to pomysł o wyprowadzce.  Chyba,że chcesz mieć dziewczynę weekendową i nie myślisz o tym,by ze sobą zamieszkac

Kojarzysz taką opcję jak wspólny wynajem lub wspólny kredyt, z naciskiem na słowo "wspólny"? Ja właśnie coś takiego mam na myśli. Najpierw mieć dziewczynę, a potem wspólnie zamieszkać dzieląc opłaty na dwoje.

Posty [ 2,796 do 2,860 z 2,870 ]

Strony Poprzednia 1 42 43 44 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024