Co to znaczy żyć? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Strony Poprzednia 1 41 42 43 44 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 2,731 do 2,795 z 2,870 ]

2,731 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-08-26 23:53:47)

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Tak, to jest właśnie bachata, ale Anka Lewandowska zrobiła jej niedźwiedzią przysługę, bo mnóstwo ludzi teraz bachatę kojarzy właśnie z nią i - delikatnie mówiąc - nie są to najlepsze skojarzenia wink. A przecież Anka wcale nie tańczy jakoś szczególnie dobrze, a do tego wybrała dość specyficzny styl tego tańca, a jest ich kilka. Ja sama tańczę moderno i dominikańską, natomiast ten, który ona pokazuje, to sensual - styl, który z założenia tańczy się z jednym, stałym partnerem. Nawiasem mówiąc, salsy też jest kilka stylów i warto się z nimi zapoznać, zanim wybierze się coś dla siebie. 

Skoro jednak wysłałeś swój post, to trzymam kciuki, powodzenia! Myślę, że to jest bardzo komfortowa forma szukania czegoś dla siebie.

Zastanawia mnie czemu ona aż tak to pokazywała gdzie tylko się dało. Nawet długo po powstaniu tych wszystkich memów nadal pojawiały się kolejne zdjęcia i kolejne informacje na ten temat, podobno nawet pojechała na wakacje z tym trenerem, a nie z Robertem. Co do samego tańca to faktycznie zdanie o nim stało się z jej powodu niezbyt dobre. Właśnie cały czas się zastanawiam czego bardziej szukać, salsy, bachaty czy jeszcze czegoś innego.

Jak na razie marny efekt tego mojego posta.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Dostałeś mnóstwo rad i wsparcia, masz tu wszystko by ruszyć.
Wszyscy są zgodni, że jedyną możliwością byś zmienił swoją sytuację, to skończenie z 'analizowaniem', które tak naprawdę jest formą autosabotażu i konkretne ruszenie się z miejsca.
Piszą Ci to ludzie tutaj, piszę AI, mówi psycholog.

Co Ty robisz? Zaczynasz od nowa 'analizować' i narzekać. Opisywać mechanizmy, które już tu dziesiątki razy opisywałeś.

My to już wszystko wiemy. Wystarczy.

Co masz zamiar realnie robić w kierunku zmiany swojej sytuacji?
Jakie postanowienia, zamiary?
Kiedy?

Czy może nie znalazłeś jeszcze czasu by to przemyśleć, zajęty przepalaniem czasu przed ekranem?

To akurat prawda, informacji mam już wystarczająco. To, że powinienem skończyć z analizowaniem to też prawda tyle, że to nie jest takie proste jak się wydaje. Nadal patrzysz na to wszystko z typowo męskiej perspektywy. "Wiem co robić i to robię" niestety to tak nie działa w przypadku tak silnych blokad psychicznych i lęków. Posiadanie wiedzy nie wystarczy by wcielić ją w życie, tak samo jak chcieć to nie znaczy móc.

Wszyscy to już wiedzą i nadal to niczego nie zmienia.

Serio pytasz o postanowienia i zamiary? Po nastaniu nowego roku mnóstwo ludzi ma postanowienia, które się kończą po miesiącu. Chyba każdy ma zamiar by być bogatym ale udaje się to bardzo nielicznym. Postanowienia i zamiary nie mają sensu bo i tak nie uda się ich zrealizować. Tak samo podawanie jakichś dat bo tego nigdy nie można być całkowicie pewnym. Nadal jedyne co mogę zrobić mając aktualne możliwości fizyczne i psychiczne to kontynuować terapię, brać leki, szukać pracy w oparciu o wszystko czego się dowiedziałem od doradczyni i z forum, szukać nowych kontaktów i relacji społecznych. I co najważniejsze starać się trzymać stabilny stan psychiczny i iść dalej w tym wszystkim co właśnie wymieniłem. Raczej nic więcej nie mogę zrobić. Mogę sobie postawić jakiś konkretny cel z konkretną datą jego realizacji, a na kilka dni przed tą datą mieć tak słaby stan psychiczny, że będę myślał tylko o tym jak najlepiej uwolnić się z tego łez padołu.


Dziś przejrzałem 10 stron ofert pracy, jedynie 6 z nich mnie zainteresowało samym tytułem z czego może ze dwa byłyby w ogóle sensowne do wysłania zgłoszenia. Co ciekawe napisałem maila do jednej państwowej instytucji z zapytaniem o staż. Odpowiedzieli, że ofert stażu nie mają ale mogę wysłać zgłoszenie na wolontariat. Myślicie, że byłoby warto to zrobić, że potem byłaby jakaś szansa by dostać tam pracę?

Jeszcze jedna kwestia. Niedawno byłem u psychiatry i powiedziała mi ciekawą rzecz. Powiedziała, że sam siebie torturuje mając totalnie nierealne oczekiwania względem siebie i tego jak powinno wyglądać moje życie. I właśnie dlatego tak okropnie się czuję, tak jak każda osoba torturowana. Terapeutka od dłuższego czasu stara się wyzwolić moją złość tak żebym jej nie tłumił. Jedyne co z tego wychodzi to coraz większa złość do samego siebie, coraz większa nienawiść i niemal pogarda do samego siebie. W żaden sposób nie popycha mnie to do działania, a jedynie do coraz większej nienawiści względem siebie. Nawet na siłowni zauważyłem ciekawą rzecz. Trenuję coraz ciężej bo chcę sobie jak najbardziej dowalić. Cały czas mam jakąś absurdalną nadzieję, że im więcej i ciężej będę trenował, im bardziej będę się zajeżdżał tym większa będzie szansa na to, że ktoś to zauważy i może się do mnie odezwie, może zagada, może nawet jakaś dziewczyna. Jednocześnie czuję się mega żałośnie widząc facetów, którzy trenują na siłowni z dziewczynami/żonami, a także widząc ludzi z dużo lepszą formą ode mnie, którzy na oko są ode nie młodsi. Cały czas mam jakieś debilne przekonanie, że gdybym był lepszy od nich wszystkich to nie byłbym samotny, ani w takiej sytuacji zawodowej jak obecnie. Kiedyś trening sprawiał mi przyjemność, teraz staje się narzędziem by jak najbardziej dowalić temu, którego najbardziej nienawidzę czyli sobie. Nie wiem czy właśnie o to chodzi w tym wyzwalaniu złości ale coraz częściej jestem wkurzony. Zamiast totalnej bezsilności coraz częściej czuję złość przede wszystkim na siebie i na jakąś siłę wyższą, która mnie umieściła w tej sytuacji. Mimo to nadal jestem kompletnie zablokowany w kwestii podjęcia jakiegoś konkretniejszego działania. Nie wiem czy to jeszcze za mało tego wyzwalania czy to nie działa. Jak na razie jedyny plus z tego taki, że zaczyna być widać pierwsze malutkie efekty tych coraz cięższych treningów. Tylko pytanie czy ciało w jakimś momencie nie będzie mieć dość.

Zobacz podobne tematy :

2,732

Odp: Co to znaczy żyć?

Cześć, czytam Twój temat od dawna, ale się nie udzielałem smile


Shinigami napisał/a:

Nie wiem czy właśnie o to chodzi w tym wyzwalaniu złości ale coraz częściej jestem wkurzony. Zamiast totalnej bezsilności coraz częściej czuję złość przede wszystkim na siebie i na jakąś siłę wyższą, która mnie umieściła w tej sytuacji.

Tylko z tej złości nie wpakuj się w jakieś problemy.

Shinigami napisał/a:

Jednocześnie czuję się mega żałośnie widząc facetów, którzy trenują na siłowni z dziewczynami/żonami, a także widząc ludzi z dużo lepszą formą ode mnie, którzy na oko są ode nie młodsi. Cały czas mam jakieś debilne przekonanie, że gdybym był lepszy od nich wszystkich to nie byłbym samotny, ani w takiej sytuacji zawodowej jak obecnie.

W wielu Twoich postach widziałem, że Ty idealizujesz ludzi obok, jesteś pewny, że mają super i szczęśliwe życie.

A skąd ta pewność, że Ci faceci mają tak super i lepiej? Skąd masz takie wnioski? Może oni w tym momencie myślą o Tobie tak jak Ty o nich?

2,733 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-08-27 16:35:38)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Serio pytasz o postanowienia i zamiary? Po nastaniu nowego roku mnóstwo ludzi ma postanowienia, które się kończą po miesiącu. Chyba każdy ma zamiar by być bogatym ale udaje się to bardzo nielicznym. Postanowienia i zamiary nie mają sensu bo i tak nie uda się ich zrealizować. Tak samo podawanie jakichś dat bo tego nigdy nie można być całkowicie pewnym.

Z takim nastawieniem to na pewno nie mają sensu.
Ja sama nie robię noworocznych postanowień, bo nie uważam, że to jest jakaś magiczna data, dlatego wydają mi się bardzo naciągane. To mi jednak zupełnie nie przeszkadza określać sobie celów w dowolnych terminach i jak już sobie coś postanowię, to się tego trzymam i realizuję. Ty zaś twierdzisz, że każdy cel po miesiącu się porzuca. Ciekawe dlaczego? wink
Aha, nigdy nie określiłam sobie celu: być bogatą. Zresztą, co to właściwie znaczy? Bogactwo to wartość względna i jednemu wystarczy, że martwi się czy wystarczy mu pieniędzy na realizację podstawowych potrzeb i jakieś wakacje, a inny ma tyle, że mógłby obdzielić pół miasta i wciąż będzie skupiał uwagę na zarabianiu.

Shinigami napisał/a:

Jeszcze jedna kwestia. Niedawno byłem u psychiatry i powiedziała mi ciekawą rzecz. Powiedziała, że sam siebie torturuje mając totalnie nierealne oczekiwania względem siebie i tego jak powinno wyglądać moje życie. I właśnie dlatego tak okropnie się czuję, tak jak każda osoba torturowana.

No patrz, sama co najmniej dwukrotnie napisałam coś łudząco podobnego, choć ujęłam to bardziej pod kątem usprawiedliwienia swojej bierności.

2,734

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Jeszcze jedna kwestia. Niedawno byłem u psychiatry i powiedziała mi ciekawą rzecz. Powiedziała, że sam siebie torturuje mając totalnie nierealne oczekiwania względem siebie i tego jak powinno wyglądać moje życie. I właśnie dlatego tak okropnie się czuję, tak jak każda osoba torturowana.

No patrz, sama co najmniej dwukrotnie napisałam coś łudząco podobnego, choć ujęłam to bardziej pod kątem usprawiedliwienia swojej bierności.

Wiesz, Priscilla, dla mnie jest ogromna różnica między "on sam siebie torturuje" a " on usprawiedliwia swoją bierność", podobieństwa jakoś nie dostrzegam.

2,735

Odp: Co to znaczy żyć?
sebastiannn napisał/a:

Cześć, czytam Twój temat od dawna, ale się nie udzielałem smile

Tylko z tej złości nie wpakuj się w jakieś problemy.

W wielu Twoich postach widziałem, że Ty idealizujesz ludzi obok, jesteś pewny, że mają super i szczęśliwe życie.

A skąd ta pewność, że Ci faceci mają tak super i lepiej? Skąd masz takie wnioski? Może oni w tym momencie myślą o Tobie tak jak Ty o nich?

Część, dobrze wiedzieć, że mój wątek interesuje jeszcze kogoś poza tymi osobami, które są ze mną od dawna.

To mi raczej nie grozi. Jak pisałem jestem zbyt słaby na podjęcie jakichś większych działań, a już zwłaszcza czegoś co mogłoby mnie wpakować w jakieś problemy prawne lub coś w tym stylu.

Pewny to za dużo powiedziane, mam podejrzenia, że najprawdopodobniej tak jest.

Fakt, że wyglądają lepiej ode mnie, jeżdżą lepszymi samochodami ode mnie i mają partnerki, które nie raz po nich przyjeżdżają świadczy o tym, że mają lepiej ode mnie. Przynajmniej na płaszczyznach finansowych i relacyjnych. Nie uwierzę w to, że ktoś chciałby mieć tak jak ja i nikomu, nawet najgorszemu wrogowi bym tego nie życzył.

Priscilla napisał/a:

Z takim nastawieniem to na pewno nie mają sensu. Ja sama nie robię noworocznych postanowień, bo nie uważam, że to jest jakaś magiczna data, dlatego wydają mi się bardzo naciągane. To mi jednak zupełnie nie przeszkadza określać sobie celów w dowolnych terminach i jak już sobie coś postanowię, to się tego trzymam i realizuję. Ty zaś twierdzisz, że każdy cel po miesiącu się porzuca. Ciekawe dlaczego? wink
Aha, nigdy nie określiłam sobie celu: być bogatą. Zresztą, co to właściwie znaczy? Bogactwo to wartość względna i jednemu wystarczy, że martwi się czy wystarczy mu pieniędzy na realizację podstawowych potrzeb i jakieś wakacje, a inny ma tyle, że mógłby obdzielić pół miasta i wciąż będzie skupiał uwagę na zarabianiu.

No patrz, sama co najmniej dwukrotnie napisałam coś łudząco podobnego, choć ujęłam to bardziej pod kątem usprawiedliwienia swojej bierności.

Ja teraz już nie robię żadnych bo to nie ma sensu. Mając postanowienia narzucałem sobie coraz większą presję, stresowałem się tym coraz bardziej przez coraz trudniejsze stawało się realizowanie tych postanowień. Jeszcze niedawno myślałem, że deadline to mogłoby być coś co by mi pomogło. Nie tylko nie pomaga ale jeszcze bardziej utrudnienia jakiekolwiek działania. Tylko na studiach to działało i zawsze robiłem wszystko w terminie. Nawet zaczynając od wiele później niż planowałem i tak jakoś mi się udawało wyrobić na czas i jeszcze dostać dobrą ocenę. Poza studiami to już nie działa. Chociaż nie, działa jeszcze w przypadku treningu. Jak postanowię, że danego dnia zrobię trening to zrobię no chyba, że wydarzy się coś nieprzewidzianego co dosłownie uniemożliwi zrobienie treningu. To też jest możliwe tylko dzięki wychodzeniu z domu, w domu nie byłem w stanie się tego trzymać.

Naprawdę mocno mnie kusi by się trochę pokłócić o to, że ktoś kto już jest bogaty nie ma celu by się takim stać. Jednak to nic dobrego by nie wniosło i nie chciałbym cię stąd stracić. To prawda, że każdy po swojemu definicje bogactwo ale większość ludzi mogłaby zgodnie powiedzieć, że chodzi o bezpieczeństwo finansowe. O to, że nie trzeba się martwić przeżyciem kolejnego miesiąca, spłatą kredytu, rachunków itd, a przy tym żyć na godnym poziomie. Dla mnie by to było posiadanie swojej nieruchomości, samochodu lepszego niż obecny, możliwość kupienia sobie nowej gry czy figurki z anime, możliwość wyjazdu na zagraniczne wakacje ze dwa razy w roku, możliwości pójścia do lekarza prywatnie jeśliby zaszła taka potrzeba i odkładanie czegokolwiek by po trochu zbierać na jakiś większy wydatek. I chyba co najważniejsze posiadanie jakichś perspektyw na podniesienie tego poziomu majątkowego. A jaka byłaby twoja definicja bogactwa?

Co do ostatniego fragmentu to Muqin dobrze odpowiedziała.

Muqin napisał/a:

Wiesz, Priscilla, dla mnie jest ogromna różnica między "on sam siebie torturuje" a " on usprawiedliwia swoją bierność", podobieństwa jakoś nie dostrzegam.

Ja też nie dostrzegam tych podobieństw. Chyba, że chodziło o to, że tortury służą do usprawiedliwienia siebie ale ja tego tak nie widzę. Zarówno terapeutka jak i psychiatra zauważyły, że to też działa u mnie automatycznie. Jestem tak przyczajony do niskiej samooceny, do wymagania od sobie rzeczy niemożliwych i do umniejszania sobie na każdym kroku jednocześnie wywyższając wszystkich innych, że dosłownie nie potrafię inaczej. Nawet przy dziewczynie to działało ale ona potrafiła dość szybko sprowadzić mnie na ziemię w kwestii moich przekonań i znała sposoby by mi pokazać, że jednak nie jestem taki zły jak sam siebie widzę.

2,736

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
sebastiannn napisał/a:

Cześć, czytam Twój temat od dawna, ale się nie udzielałem smile

Tylko z tej złości nie wpakuj się w jakieś problemy.

W wielu Twoich postach widziałem, że Ty idealizujesz ludzi obok, jesteś pewny, że mają super i szczęśliwe życie.

A skąd ta pewność, że Ci faceci mają tak super i lepiej? Skąd masz takie wnioski? Może oni w tym momencie myślą o Tobie tak jak Ty o nich?

Część, dobrze wiedzieć, że mój wątek interesuje jeszcze kogoś poza tymi osobami, które są ze mną od dawna.

To mi raczej nie grozi. Jak pisałem jestem zbyt słaby na podjęcie jakichś większych działań, a już zwłaszcza czegoś co mogłoby mnie wpakować w jakieś problemy prawne lub coś w tym stylu.

Pewny to za dużo powiedziane, mam podejrzenia, że najprawdopodobniej tak jest.

Fakt, że wyglądają lepiej ode mnie, jeżdżą lepszymi samochodami ode mnie i mają partnerki, które nie raz po nich przyjeżdżają świadczy o tym, że mają lepiej ode mnie. Przynajmniej na płaszczyznach finansowych i relacyjnych. Nie uwierzę w to, że ktoś chciałby mieć tak jak ja i nikomu, nawet najgorszemu wrogowi bym tego nie życzył.

Priscilla napisał/a:

Z takim nastawieniem to na pewno nie mają sensu. Ja sama nie robię noworocznych postanowień, bo nie uważam, że to jest jakaś magiczna data, dlatego wydają mi się bardzo naciągane. To mi jednak zupełnie nie przeszkadza określać sobie celów w dowolnych terminach i jak już sobie coś postanowię, to się tego trzymam i realizuję. Ty zaś twierdzisz, że każdy cel po miesiącu się porzuca. Ciekawe dlaczego? wink
Aha, nigdy nie określiłam sobie celu: być bogatą. Zresztą, co to właściwie znaczy? Bogactwo to wartość względna i jednemu wystarczy, że martwi się czy wystarczy mu pieniędzy na realizację podstawowych potrzeb i jakieś wakacje, a inny ma tyle, że mógłby obdzielić pół miasta i wciąż będzie skupiał uwagę na zarabianiu.

No patrz, sama co najmniej dwukrotnie napisałam coś łudząco podobnego, choć ujęłam to bardziej pod kątem usprawiedliwienia swojej bierności.

Ja teraz już nie robię żadnych bo to nie ma sensu. Mając postanowienia narzucałem sobie coraz większą presję, stresowałem się tym coraz bardziej przez coraz trudniejsze stawało się realizowanie tych postanowień. Jeszcze niedawno myślałem, że deadline to mogłoby być coś co by mi pomogło. Nie tylko nie pomaga ale jeszcze bardziej utrudnienia jakiekolwiek działania. Tylko na studiach to działało i zawsze robiłem wszystko w terminie. Nawet zaczynając od wiele później niż planowałem i tak jakoś mi się udawało wyrobić na czas i jeszcze dostać dobrą ocenę. Poza studiami to już nie działa. Chociaż nie, działa jeszcze w przypadku treningu. Jak postanowię, że danego dnia zrobię trening to zrobię no chyba, że wydarzy się coś nieprzewidzianego co dosłownie uniemożliwi zrobienie treningu. To też jest możliwe tylko dzięki wychodzeniu z domu, w domu nie byłem w stanie się tego trzymać.

Naprawdę mocno mnie kusi by się trochę pokłócić o to, że ktoś kto już jest bogaty nie ma celu by się takim stać. Jednak to nic dobrego by nie wniosło i nie chciałbym cię stąd stracić. To prawda, że każdy po swojemu definicje bogactwo ale większość ludzi mogłaby zgodnie powiedzieć, że chodzi o bezpieczeństwo finansowe. O to, że nie trzeba się martwić przeżyciem kolejnego miesiąca, spłatą kredytu, rachunków itd, a przy tym żyć na godnym poziomie. Dla mnie by to było posiadanie swojej nieruchomości, samochodu lepszego niż obecny, możliwość kupienia sobie nowej gry czy figurki z anime, możliwość wyjazdu na zagraniczne wakacje ze dwa razy w roku, możliwości pójścia do lekarza prywatnie jeśliby zaszła taka potrzeba i odkładanie czegokolwiek by po trochu zbierać na jakiś większy wydatek. I chyba co najważniejsze posiadanie jakichś perspektyw na podniesienie tego poziomu majątkowego. A jaka byłaby twoja definicja bogactwa?

Co do ostatniego fragmentu to Muqin dobrze odpowiedziała.

Muqin napisał/a:

Wiesz, Priscilla, dla mnie jest ogromna różnica między "on sam siebie torturuje" a " on usprawiedliwia swoją bierność", podobieństwa jakoś nie dostrzegam.

Ja też nie dostrzegam tych podobieństw. Chyba, że chodziło o to, że tortury służą do usprawiedliwienia siebie ale ja tego tak nie widzę. Zarówno terapeutka jak i psychiatra zauważyły, że to też działa u mnie automatycznie. Jestem tak przyczajony do niskiej samooceny, do wymagania od sobie rzeczy niemożliwych i do umniejszania sobie na każdym kroku jednocześnie wywyższając wszystkich innych, że dosłownie nie potrafię inaczej. Nawet przy dziewczynie to działało ale ona potrafiła dość szybko sprowadzić mnie na ziemię w kwestii moich przekonań i znała sposoby by mi pokazać, że jednak nie jestem taki zły jak sam siebie widzę.

Musisz ćwiczyć pewnosc siebie

2,737

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Naprawdę mocno mnie kusi by się trochę pokłócić o to, że ktoś kto już jest bogaty nie ma celu by się takim stać. Jednak to nic dobrego by nie wniosło i nie chciałbym cię stąd stracić. To prawda, że każdy po swojemu definicje bogactwo ale większość ludzi mogłaby zgodnie powiedzieć, że chodzi o bezpieczeństwo finansowe. O to, że nie trzeba się martwić przeżyciem kolejnego miesiąca, spłatą kredytu, rachunków itd, a przy tym żyć na godnym poziomie. Dla mnie by to było posiadanie swojej nieruchomości, samochodu lepszego niż obecny, możliwość kupienia sobie nowej gry czy figurki z anime, możliwość wyjazdu na zagraniczne wakacje ze dwa razy w roku, możliwości pójścia do lekarza prywatnie jeśliby zaszła taka potrzeba i odkładanie czegokolwiek by po trochu zbierać na jakiś większy wydatek. I chyba co najważniejsze posiadanie jakichś perspektyw na podniesienie tego poziomu majątkowego. A jaka byłaby twoja definicja bogactwa?

Nie zrozumiałeś, co napisałam. Nigdy nie robiłam takich postanowień, bo pieniądze nigdy nie stanowiły dla mnie celu samego w sobie, więc moje cele zawsze dotyczyły czegoś innego - bardziej być niż mieć. Wyraźnie znowu przykładasz innych do swojej kalki.

I w tym kontekście nie bardzo rozumiem, o co chciałbyś się pokłócić. Samo przecież do mnie nie przyszło. Na wszystko, co mamy, ciężko zapracowaliśmy.

Poza tym dla mnie bogactwo oznacza posiadanie ogromnej ilości pieniędzy, a pomiędzy byciem biednym a bogatym jest też cała gama innych możliwości, jak choćby klasa średnia. W tym zestawieniu na pewno nie jestem bogata, pomimo że mam sporo więcej od Ciebie.

Dla formalności - słownik PWN podaje:

bogactwo
1. «ogół dóbr mających dużą wartość materialną; też: zasobność w te dobra»


Muqin napisał/a:

Wiesz, Priscilla, dla mnie jest ogromna różnica między "on sam siebie torturuje" a " on usprawiedliwia swoją bierność", podobieństwa jakoś nie dostrzegam.

Ale ja przecież nie napisałam, że to jest dokładnie to samo. Napisałam, że jest łudząco podobne. W obu przypadkach punktem wyjścia są nierealne oczekiwania wobec siebie i własnego życia, które mogą powodować dodatkowe cierpienie. Shini opisał to jako "torturowanie siebie", ja z kolei wcześniej pisałam o tym w kontekście usprawiedliwiania własnej bierności. Inny akcent, ale mechanizm jest niemal ten sam.

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Ale ja przecież nie napisałam, że to jest dokładnie to samo. Napisałam, że jest łudząco podobne. W obu przypadkach punktem wyjścia są nierealne oczekiwania wobec siebie i własnego życia, które mogą powodować dodatkowe cierpienie. Shini opisał to jako "torturowanie siebie", ja z kolei wcześniej pisałam o tym w kontekście usprawiedliwiania własnej bierności. Inny akcent, ale mechanizm jest niemal ten sam.

To są jednak inne mechanizmy.

W pierwszym, Shini używa swojej podświadomości, gdzie ma wszczepioną nienawiść do siebie, by sobie dowalać.
On siebie sam niszczy i będzie to robił dalej, jeśli nie powie sobie wreszcie STOP
Uzywa do tego różnych narzędzi, ale źródło jest jedno i liczy się efekt, którym jest coraz gorsze samopoczucie i coraz gorsza sytuacja.
O to mu chodzi tak naprawdę.

Usprawiedliwienie to sposób na to, by w tym wszystkim nie zwariować.
Bo On wie że źle robi, że sobie szkodzi. No ale nie umie się do tego przyznać, więc  uprawia racjonalizację do potęgi.


To najwyraźniej nie jest jeszcze moment na zmianę, nie dojrzał do tego by się na nią otworzyć.

Potrzebuje zmiany warunków, wstrząsu. To może być fala trudnych emocji, np utrata bliskich, albo tych uskrzydlających, np bliska relacja.

No ale tak sam z siebie, to ni huhu.
Robi wciąż to samo, ale bardziej się z tym tutaj czai. Zebrał bęcki za swoje zachowanie i to trochę przystopowało ciągłe narzekanie i pseudo intelektualne gaworzenie, którym przykrywa i usprawiedliwia swoją bezczynność i autosabotaż.

Nie widać by szukał sposobu, choć one tutaj podane na tacy.
Wciąż ma problem na każde rozwiązanie, ale jest z tym ostrożniejszy. Nie chce stracić rozmówców.

My mu poniekąd służymy do tego, by mógł się poczuć lepiej. Tyle, że używa nas nie do poprawy sytuacji, a do poprawy samopoczucia.

2,739

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Priscilla napisał/a:

Ale ja przecież nie napisałam, że to jest dokładnie to samo. Napisałam, że jest łudząco podobne. W obu przypadkach punktem wyjścia są nierealne oczekiwania wobec siebie i własnego życia, które mogą powodować dodatkowe cierpienie. Shini opisał to jako "torturowanie siebie", ja z kolei wcześniej pisałam o tym w kontekście usprawiedliwiania własnej bierności. Inny akcent, ale mechanizm jest niemal ten sam.

To są jednak inne mechanizmy.

W pierwszym, Shini używa swojej podświadomości, gdzie ma wszczepioną nienawiść do siebie, by sobie dowalać.
On siebie sam niszczy i będzie to robił dalej, jeśli nie powie sobie wreszcie STOP
Uzywa do tego różnych narzędzi, ale źródło jest jedno i liczy się efekt, którym jest coraz gorsze samopoczucie i coraz gorsza sytuacja.
O to mu chodzi tak naprawdę.

Usprawiedliwienie to sposób na to, by w tym wszystkim nie zwariować.
Bo On wie że źle robi, że sobie szkodzi. No ale nie umie się do tego przyznać, więc  uprawia racjonalizację do potęgi.


To najwyraźniej nie jest jeszcze moment na zmianę, nie dojrzał do tego by się na nią otworzyć.

Potrzebuje zmiany warunków, wstrząsu. To może być fala trudnych emocji, np utrata bliskich, albo tych uskrzydlających, np bliska relacja.

No ale tak sam z siebie, to ni huhu.
Robi wciąż to samo, ale bardziej się z tym tutaj czai. Zebrał bęcki za swoje zachowanie i to trochę przystopowało ciągłe narzekanie i pseudo intelektualne gaworzenie, którym przykrywa i usprawiedliwia swoją bezczynność i autosabotaż.

Nie widać by szukał sposobu, choć one tutaj podane na tacy.
Wciąż ma problem na każde rozwiązanie, ale jest z tym ostrożniejszy. Nie chce stracić rozmówców.

My mu poniekąd służymy do tego, by mógł się poczuć lepiej. Tyle, że używa nas nie do poprawy sytuacji, a do poprawy samopoczucia.

A skąd Ty sie na tym wszystkim znasz?

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

A skąd Ty sie na tym wszystkim znasz?

Ady nie znam się, udaję. Ale nie mów nikomu;)

2,741

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

A skąd Ty sie na tym wszystkim znasz?

Ady nie znam się, udaję. Ale nie mów nikomu;)

Dobra nic nie powiem big_smile

2,742

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Nie zrozumiałeś, co napisałam. Nigdy nie robiłam takich postanowień, bo pieniądze nigdy nie stanowiły dla mnie celu samego w sobie, więc moje cele zawsze dotyczyły czegoś innego - bardziej być niż mieć. Wyraźnie znowu przykładasz innych do swojej kalki.

I w tym kontekście nie bardzo rozumiem, o co chciałbyś się pokłócić. Samo przecież do mnie nie przyszło. Na wszystko, co mamy, ciężko zapracowaliśmy.

Poza tym dla mnie bogactwo oznacza posiadanie ogromnej ilości pieniędzy, a pomiędzy byciem biednym a bogatym jest też cała gama innych możliwości, jak choćby klasa średnia. W tym zestawieniu na pewno nie jestem bogata, pomimo że mam sporo więcej od Ciebie.

Dla formalności - słownik PWN podaje:

bogactwo
1. «ogół dóbr mających dużą wartość materialną; też: zasobność w te dobra»

Ale ja przecież nie napisałam, że to jest dokładnie to samo. Napisałam, że jest łudząco podobne. W obu przypadkach punktem wyjścia są nierealne oczekiwania wobec siebie i własnego życia, które mogą powodować dodatkowe cierpienie. Shini opisał to jako "torturowanie siebie", ja z kolei wcześniej pisałam o tym w kontekście usprawiedliwiania własnej bierności. Inny akcent, ale mechanizm jest niemal ten sam.

Jeśli tak było to jesteś wyjątkiem, dla większości ludzi celem są pieniądze same w sobie. Główny cel to właśnie być bogatym albo według nich dużo zarabiać. Ewentualnie kupić wszystko czego zawsze chcieli i tyle. Dlatego tak dużo ludzi nawet zdobywając pieniądze nie wiedzą co z nimi zrobić. Albo jak już będę mieli jakąś sumę to ich cel się przesuwa na kolejną sumę i tak bez końca.

Nie ważne co byś napisała ja i tak bym to wewnętrznie odrzucał i racjonalizował by nie dopuścić do siebie myśli jak wielkim jestem przegrywem kiedy nie stać mnie prawie na nic. Nie wiem czy piszesz prawdę o tym, że na to zapracowaliście ale pisząc w liczbie mnogiej jest to dla mnie bardziej wiarygodne. Nie zmienia to faktu, że dla mnie temat pieniędzy i ogólnie stanu majątkowego to jeden z najbardziej bolesnych i wywołujących najwięcej negatywnych emocji. Chyba nic nie dołuje tak bardzo jak świadomość, że poziom o jakim piszesz jest i pewnie zawsze będzie dla mnie poza zasięgiem.

Dla mnie bogactwem byłaby ta klasa średnia czyli to co ma większość ludzi czego ja mieć nie mogę. Posiadanie ogromnej ilości pieniędzy to fantasy na podobnym poziomie co posiadanie supermocy więc staram się nawet o tym nie myśleć w kategoriach czegoś realnego. Z mojej perspektywy każdy kto ma swoje mieszkanie/dom, porządny samochód, partnera/partnerkę, kogo stać na wyjazdy zagraniczne i inne wydatki na takim poziomie już jest bogaty. Pewnie gdybym to osiągnął to poziom bogactwa by mi się przesunął do większych ilości pieniędzy.

To jest tylko słownikowa definicja nie mająca zbyt wiele wspólnego z osobistymi odczuciami danej osoby. Dla człowieka na środku pustyni woda będzie największym bogactwem.

Ostatni fragment wprawdzie nie do mnie ale odpowiem. To nie ja użyłem określenia "torturowanie siebie", jako pierwsza użyła go psychiatra. Faktycznie stawianie sobie nierealnych wymagań może brzmieć podobnie do usprawiedliwiania ale wierz mi, że nawet przez chwilę o tym nie pomyślałem.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

To są jednak inne mechanizmy.

W pierwszym, Shini używa swojej podświadomości, gdzie ma wszczepioną nienawiść do siebie, by sobie dowalać.
On siebie sam niszczy i będzie to robił dalej, jeśli nie powie sobie wreszcie STOP
Uzywa do tego różnych narzędzi, ale źródło jest jedno i liczy się efekt, którym jest coraz gorsze samopoczucie i coraz gorsza sytuacja.
O to mu chodzi tak naprawdę.

Usprawiedliwienie to sposób na to, by w tym wszystkim nie zwariować.
Bo On wie że źle robi, że sobie szkodzi. No ale nie umie się do tego przyznać, więc uprawia racjonalizację do potęgi.

To najwyraźniej nie jest jeszcze moment na zmianę, nie dojrzał do tego by się na nią otworzyć.

Potrzebuje zmiany warunków, wstrząsu. To może być fala trudnych emocji, np utrata bliskich, albo tych uskrzydlających, np bliska relacja.

No ale tak sam z siebie, to ni huhu.
Robi wciąż to samo, ale bardziej się z tym tutaj czai. Zebrał bęcki za swoje zachowanie i to trochę przystopowało ciągłe narzekanie i pseudo intelektualne gaworzenie, którym przykrywa i usprawiedliwia swoją bezczynność i autosabotaż.

Nie widać by szukał sposobu, choć one tutaj podane na tacy.
Wciąż ma problem na każde rozwiązanie, ale jest z tym ostrożniejszy. Nie chce stracić rozmówców.

My mu poniekąd służymy do tego, by mógł się poczuć lepiej. Tyle, że używa nas nie do poprawy sytuacji, a do poprawy samopoczucia.

Zgadzam się z opisem tych mechanizmów choć też nie do końca. Gdyby było możliwe powiedzieć sobie STOP to już dawno bym spróbował, może terapia albo coś innego mi to umożliwi, sam raczej na pewno nie zdołam tego zrobić, o ile to jest w ogóle możliwe.

Wiem, że źle robię i wiem, że sobie szkodzę ale wciąż nie rozumiem co ty rozumiesz poprzez przyznanie tego. W każdej chwili mogę powiedzieć, że "tak to moja wina" i co w związku z tym, co to miałoby zmienić?

Jeśli to nie jest moment na zmianę to kiedy miałby on nastąpić? Jak będę miał 50 lat albo później kiedy jakakolwiek zmiana będzie już bez sensu? Chociaż ja i tak raczej nie dożyję więcej niż coś koło tej 50.

Potrzeba zmiany warunków jest totalnie oczywista i całkowicie bezsprzeczna. I niewykonalna w pojedynkę. Gdyby wydarzył się jakiś cud i pojawiła się ta bliska relacja wtedy zapewne doszłoby do jakichś zmian ale przecież nie mając pracy szanse na to są ekstremalnie niskie.

Trochę przesadzasz, nie jestem aż tak inteligentny i przebiegły żeby w jakiś sposób manipulować forum i jego użytkownikami. Gdybym potrafił takie rzeczy nie byłoby tego wątku, a ja nie tkwiłbym w aktualnej sytuacji. Ostatnio coraz więcej trenuję, jestem coraz bardziej zmęczony, dodatkowo moje uzależnienie od siedzenia przed komputerem wyczerpuje mnie na trochę inne sposoby niż wysiłek fizyczny. To też wiem, że mi szkodzi i wiem, że nie powinienem ale to także jeden z najlepszych sposobów by sobie dowalić. Żaden, nawet najcięższy trening nie sprawia, że czuję się tak obolały i zmęczony jak kilka godzin siedzenia przed komputerem. Przez to wszystko nie mam energii na wymyślanie coraz bardziej skomplikowanych rzeczy do pisania na forum więc piszę bardziej prosto. Ostrożność to akurat jeden z automatycznych mechanizmów obronnych, nawet nie zauważyłem kiedy zacząłem pisać bardziej ostrożnie. Mam tak od zawsze kiedy tylko widzę, że rozmowa robi się ostrzejsza lekko się wycofuje i wracam z większą ostrożnością. Wszystko byle tylko utrzymać iluzję bycia opanowanym i okazującym jak najmniej emocji.

Byłoby cokolwiek co gdybym zrobił uznałbyś za poprawę sytuacji czy po prostu działanie? Mam wrażenie, że obojętnie co bym zrobił to by się nie liczyło jeśli nie byłoby to coś na poziomie ostatecznego na tą chwilę celu jak znalezienie pracy.

2,743

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Dla mnie bogactwem byłaby ta klasa średnia czyli to co ma większość ludzi czego ja mieć nie mogę. Posiadanie ogromnej ilości pieniędzy to fantasy na podobnym poziomie co posiadanie supermocy więc staram się nawet o tym nie myśleć w kategoriach czegoś realnego. Z mojej perspektywy każdy kto ma swoje mieszkanie/dom, porządny samochód, partnera/partnerkę, kogo stać na wyjazdy zagraniczne i inne wydatki na takim poziomie już jest bogaty. Pewnie gdybym to osiągnął to poziom bogactwa by mi się przesunął do większych ilości pieniędzy.

Można mówić wiele, ale tak samo jak 2000 lat temu tak i dziś, pieniądzę są jedną z absolutnie kluczowych kwestii w życiu. Zazwyczaj tendencje do umniejszania wpływu finansów na życie, mają ludzie z już pokaźnym majątkiem.

Jakbyśmy przyjeli, że są 3 kluczowe sprawy w życiu to pewnie wiele osób by powiedziało tak:

1. Zdrowie
2. Pieniądze
3. Relacje

I teraz popatrzmy jak pieniądze wpływają na pozostałe 2 punkty. Na zdrowie mają ogromy wpływ, redukcja stresu, spokój psychiczny, możliwość leczenia dzięki majątkowi. Oczywiście w tym przypadku może zadziałać siła wyższa i choroba w której nie pomogą żadne pieniądze. Nie są więc panaceum, ale mogą wiele pomóc.
Następnie relacje. Oczywistym jest, że każda kobieta wolała by aby jej facet był bogaty niż przeciwnie. Problemy finansowe powodują liczne kłótnie, pewnie wiele związków rozwaliło się, przez brak kasy. Do tego z zasobnym portfelem będąc zabezpieczonym, jesteś lepszym partnerem bo masz mniej stresu który wpływa na człowieka. Nikt nie mówi o luksusie, bo nie o to chodzi, chodzi o spokój.

I nie bądź taki pesymistyczny, realia nie są proste, ale może uda Ci się osiągnąć jakiś poziom spokoju finansowego.

2,744 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-08-30 23:52:21)

Odp: Co to znaczy żyć?
sebastiannn napisał/a:

Można mówić wiele, ale tak samo jak 2000 lat temu tak i dziś, pieniądzę są jedną z absolutnie kluczowych kwestii w życiu. Zazwyczaj tendencje do umniejszania wpływu finansów na życie, mają ludzie z już pokaźnym majątkiem.

Jakbyśmy przyjeli, że są 3 kluczowe sprawy w życiu to pewnie wiele osób by powiedziało tak:

1. Zdrowie
2. Pieniądze
3. Relacje

I teraz popatrzmy jak pieniądze wpływają na pozostałe 2 punkty. Na zdrowie mają ogromy wpływ, redukcja stresu, spokój psychiczny, możliwość leczenia dzięki majątkowi. Oczywiście w tym przypadku może zadziałać siła wyższa i choroba w której nie pomogą żadne pieniądze. Nie są więc panaceum, ale mogą wiele pomóc.
Następnie relacje. Oczywistym jest, że każda kobieta wolała by aby jej facet był bogaty niż przeciwnie. Problemy finansowe powodują liczne kłótnie, pewnie wiele związków rozwaliło się, przez brak kasy. Do tego z zasobnym portfelem będąc zabezpieczonym, jesteś lepszym partnerem bo masz mniej stresu który wpływa na człowieka. Nikt nie mówi o luksusie, bo nie o to chodzi, chodzi o spokój.

I nie bądź taki pesymistyczny, realia nie są proste, ale może uda Ci się osiągnąć jakiś poziom spokoju finansowego.

Na wszelki wypadek zaznaczę, że ja nigdzie nie napisałam, że pieniądze nie są ważne wink
Są, ale dla mnie jako środek do celu, a nie cel sam w sobie. Są tacy, którzy lubią je po prostu gromadzić - to są najczęściej ludzie, o których można powiedzieć, że są bogaci, ja z kolei lubię je mieć, by móc łatwiej i lepiej żyć. Wbrew pozorom to jest ogromna różnica.

2,745

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:
sebastiannn napisał/a:

Można mówić wiele, ale tak samo jak 2000 lat temu tak i dziś, pieniądzę są jedną z absolutnie kluczowych kwestii w życiu. Zazwyczaj tendencje do umniejszania wpływu finansów na życie, mają ludzie z już pokaźnym majątkiem.

Jakbyśmy przyjeli, że są 3 kluczowe sprawy w życiu to pewnie wiele osób by powiedziało tak:

1. Zdrowie
2. Pieniądze
3. Relacje

I teraz popatrzmy jak pieniądze wpływają na pozostałe 2 punkty. Na zdrowie mają ogromy wpływ, redukcja stresu, spokój psychiczny, możliwość leczenia dzięki majątkowi. Oczywiście w tym przypadku może zadziałać siła wyższa i choroba w której nie pomogą żadne pieniądze. Nie są więc panaceum, ale mogą wiele pomóc.
Następnie relacje. Oczywistym jest, że każda kobieta wolała by aby jej facet był bogaty niż przeciwnie. Problemy finansowe powodują liczne kłótnie, pewnie wiele związków rozwaliło się, przez brak kasy. Do tego z zasobnym portfelem będąc zabezpieczonym, jesteś lepszym partnerem bo masz mniej stresu który wpływa na człowieka. Nikt nie mówi o luksusie, bo nie o to chodzi, chodzi o spokój.

I nie bądź taki pesymistyczny, realia nie są proste, ale może uda Ci się osiągnąć jakiś poziom spokoju finansowego.

Na wszelkie wypadek zaznaczę, że ja nigdzie nie napisałam, że pieniądze nie są ważne wink
Są, ale dla mnie jako środek do celu, a nie cel sam w sobie. Są tacy, którzy lubią je po prostu gromadzić - to są najczęściej ludzie, o których można powiedzieć, że są bogaci, ja z kolei lubię je mieć, by móc łatwiej i lepiej żyć. Wbrew pozorom to jest ogromna różnica.

Dokładnie pieniadze szczęścia nie dają,tylko zakupy  big_smile

2,746 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-08-31 00:05:58)

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Dokładnie pieniadze szczęścia nie dają,tylko zakupy  big_smile

Ja bym raczej powiedziała, że dają możliwości i poczucie bezpieczeństwa.

2,747 Ostatnio edytowany przez RozrabiakaWmalinowymGaju (2026-08-31 12:57:15)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

To są jednak inne mechanizmy.

W pierwszym, Shini używa swojej podświadomości, gdzie ma wszczepioną nienawiść do siebie, by sobie dowalać.
On siebie sam niszczy i będzie to robił dalej, jeśli nie powie sobie wreszcie STOP
Uzywa do tego różnych narzędzi, ale źródło jest jedno i liczy się efekt, którym jest coraz gorsze samopoczucie i coraz gorsza sytuacja.
O to mu chodzi tak naprawdę.

Usprawiedliwienie to sposób na to, by w tym wszystkim nie zwariować.
Bo On wie że źle robi, że sobie szkodzi. No ale nie umie się do tego przyznać, więc uprawia racjonalizację do potęgi.

To najwyraźniej nie jest jeszcze moment na zmianę, nie dojrzał do tego by się na nią otworzyć.

Potrzebuje zmiany warunków, wstrząsu. To może być fala trudnych emocji, np utrata bliskich, albo tych uskrzydlających, np bliska relacja.

No ale tak sam z siebie, to ni huhu.
Robi wciąż to samo, ale bardziej się z tym tutaj czai. Zebrał bęcki za swoje zachowanie i to trochę przystopowało ciągłe narzekanie i pseudo intelektualne gaworzenie, którym przykrywa i usprawiedliwia swoją bezczynność i autosabotaż.

Nie widać by szukał sposobu, choć one tutaj podane na tacy.
Wciąż ma problem na każde rozwiązanie, ale jest z tym ostrożniejszy. Nie chce stracić rozmówców.

My mu poniekąd służymy do tego, by mógł się poczuć lepiej. Tyle, że używa nas nie do poprawy sytuacji, a do poprawy samopoczucia.

Zgadzam się z opisem tych mechanizmów choć też nie do końca. Gdyby było możliwe powiedzieć sobie STOP to już dawno bym spróbował, może terapia albo coś innego mi to umożliwi, sam raczej na pewno nie zdołam tego zrobić, o ile to jest w ogóle możliwe.

Wiem, że źle robię i wiem, że sobie szkodzę ale wciąż nie rozumiem co ty rozumiesz poprzez przyznanie tego. W każdej chwili mogę powiedzieć, że "tak to moja wina" i co w związku z tym, co to miałoby zmienić?

Jeśli to nie jest moment na zmianę to kiedy miałby on nastąpić? Jak będę miał 50 lat albo później kiedy jakakolwiek zmiana będzie już bez sensu? Chociaż ja i tak raczej nie dożyję więcej niż coś koło tej 50.

Potrzeba zmiany warunków jest totalnie oczywista i całkowicie bezsprzeczna. I niewykonalna w pojedynkę. Gdyby wydarzył się jakiś cud i pojawiła się ta bliska relacja wtedy zapewne doszłoby do jakichś zmian ale przecież nie mając pracy szanse na to są ekstremalnie niskie.

Trochę przesadzasz, nie jestem aż tak inteligentny i przebiegły żeby w jakiś sposób manipulować forum i jego użytkownikami. Gdybym potrafił takie rzeczy nie byłoby tego wątku, a ja nie tkwiłbym w aktualnej sytuacji. Ostatnio coraz więcej trenuję, jestem coraz bardziej zmęczony, dodatkowo moje uzależnienie od siedzenia przed komputerem wyczerpuje mnie na trochę inne sposoby niż wysiłek fizyczny. To też wiem, że mi szkodzi i wiem, że nie powinienem ale to także jeden z najlepszych sposobów by sobie dowalić. Żaden, nawet najcięższy trening nie sprawia, że czuję się tak obolały i zmęczony jak kilka godzin siedzenia przed komputerem. Przez to wszystko nie mam energii na wymyślanie coraz bardziej skomplikowanych rzeczy do pisania na forum więc piszę bardziej prosto. Ostrożność to akurat jeden z automatycznych mechanizmów obronnych, nawet nie zauważyłem kiedy zacząłem pisać bardziej ostrożnie. Mam tak od zawsze kiedy tylko widzę, że rozmowa robi się ostrzejsza lekko się wycofuje i wracam z większą ostrożnością. Wszystko byle tylko utrzymać iluzję bycia opanowanym i okazującym jak najmniej emocji.

Byłoby cokolwiek co gdybym zrobił uznałbyś za poprawę sytuacji czy po prostu działanie? Mam wrażenie, że obojętnie co bym zrobił to by się nie liczyło jeśli nie byłoby to coś na poziomie ostatecznego na tą chwilę celu jak znalezienie pracy.



Jak najbardziej jest możliwe powiedzieć sobie STOP.
Tylko że Ty nawet nie próbujesz.
Piszę o małych krokach, co z premedytacją ignorujesz.

W wiedzy o tym, że sam jesteś przyczyną swojego zachowania, nie chodzi o obwinianie się.

Masz tak jak masz na tę chwilę, wiele czynników się na to złożyło.
Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.

Biorąc odpowiedzialność za swój sposób myślenia, przestajac szukać usprawiedliwień, wreszcie dojdziesz do wniosku że Ci to nie służy i chcesz to zmienić.
Poradników jak to zrobić jest mnóstwo. W tym temacie wiedzy jest mnóstwo.
Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
Pisząc wprost, masz chujowy software, który sprawia degradację całego systemu.

Dobra wiadomosc- Ty możesz to sam zmienić. Przed czym się dosyć zawzięcie bronisz.

Zmiana na każdym etapie życia i w każdym wieku ma sens, jeśli służy dobremu.

Ty ledwie zacząłeś dorosłe życie. Choć w tym się zgadzam, możesz długo nie pożyć jeśli tak to będzie wyglądać następne lata a Ty nic nie zrobisz ani na zewnątrz, ani z konfliktem wewnętrznym.

Zmianę warunków możesz sobie zafundować sam- np wyjeżdżając na prace sezonowe z granicę czy w pl.

Na wolontariat tez- mnóstwo freaków z zajawką na małe bio-eko komuny, szuka pomocy w np zakładaniu siedlisk czy uprawianiu roli.

Zgromadzenia religijne i wyjazdy z nimi.

Długo by wymieniać, podałem pierwsze z brzegu sposoby, by totalnie zmienić środowisko i wybić się z utartego rytmu.


Jesteś inteligentny.
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.
Tutaj w swoich racjonalizacjach i sposobie pisania pokazujesz, że Ci inteligencji nie brakuje.
Problem pogłębia się id kilku lat, a Ty już zakładasz że tak pozostanie zamiast skupić się na tym, co REALNIE mógłbyś zrobić.


Nie napisałem że jesteś przebiegły.
Nie sugeruję nigdzie że celowo i świadomie próbujesz manipulować ludźmi, forum.
To są nieświadome mechanizmy.


Jeśli jesteś jak piszesz, uzależniony od komputera, to SUPER!
Dlatego, że widzisz problem i umiesz się do niego przyznać. Od reszty są specjaliści, gdybyś chciał z tym coś zrobić. Chcesz?


W ostatnim swoim akapicie dobitnie pokazujesz, jak bardzo nie przyjmujesz tego co się do Ciebie pisze.
Nigdzie nie przedstawiłem wymagań odnośnie pracy. To jest Twoje a nie moje.
Wyraźnie i kilka razy powtarzałem, że chodzi o wyjście z głowy i zaczęcie REALNYCH działań.
Takich, które sam uznasz za możliwe- to Ty decydujesz. To Ty masz sobie realnie ustawić poprzeczkę.
Ba, najlepiej ustawić ją sporo poniżej i udowadniać sobie że potrafisz, karmić się swoimi codziennymi sukcesami, które będą Cię napędzały by sobie poprzeczkę podnosić.

Wpierdoliles się w szambo i nikt nie oczekuje że jednym susem z niego wyskoczysz. Ale jeden cm dziennie to niemal dwa metry w pół roku.
Nie chciałbyś za pół roku mieć trochę więcej komfortu w życiu, zadowolenia, spokoju w głowie?
Do zrobienia, ale trzeba robić. Choć trochę.


Na początek spróbuj zaakceptować stan obecny. Skończyć z niemożliwymi wymaganiani, których nie masz szans spełnić.
Zrzucić to z siebie.
Obecny styl życia to też jakiś sposób i tak też ludzie żyją.
Przez tydzień rób to co robisz, świadomie.

Marnuj czas, czasem dorabiaj, luz. Nawet miesiąc, w perspektywie życia to nic. Świadomie i uznając, że teraz tak żyjesz i możesz tak żyć całe życie- nic się nie stanie. To powinno uspokoić konflikt wewnętrzny.

Po czasie, który sobie z góry założysz, zrobisz sobie podsumowanie i podejmiesz decyzję co dalej.

Sama świadomość że obecny styl życia też jest ok, powinna być uwalniająca.
W ten sposób powinieneś spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na swoje życie i to, jak chciałbyś by ono wyglądało- realnie a nie w megalomańskich marzeniach.

Jestes w punkcie, gdzie możesz wszystko.

Nikt Ci głowy nie urwie jeśli niczego nie zmienisz, ale będzie to świadome. Czyli, już bez narzekań że np nie masz pracy ani dziewczyny.
Nie masz, bo niczego nie robisz by mieć, bo tak wolisz- no i ok.

A jeśli spróbujesz ruszyć, masz tu kilka osób które będą Cię wspierać. Dobrze byłoby, gdybyś wreszcie zaczął szukać informacji nt tego, jak sam możesz to robić- wspierać sam siebie. Zmieniać swoje myślenie, przekonania.

2,748 Ostatnio edytowany przez Muqin (2026-08-31 14:01:54)

Odp: Co to znaczy żyć?

@ Shini

Jak tam ten wolontariat, zajrzałeś?  smile





RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.
(...)

Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
(...)
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.

Położenie czy raczej sytuacja Shiniego wynika z czynników różnych, twierdzenie, że czynniki zewnętrzne są "dobre" to woda na młyn do kolejnych racjonalizacji. To już było w tym wątku. Wielokrotnie.

Podobnie jak koncepcja działanie metodą małych kroków już została przećwiczona po kilkakroć w wykonaniu iluś osób, w tym niżej podpisanej. Co jakiś czas do tego wracamy.

Powtarzasz co już było, Rozrabiako. Nie żebym była wredna, może akurat tobie się uda. smile

Natomiast pozwolę sobie na małą obronę, nie Shiniego ale faktów.
Jest nieprawdą, że przez 20 lat działało OK,  i jest co najwyżej półprawdą, że Shini podjął pracę i ją utrzymywał.
Gdybyś czytał wątek, to być może byś to zauważył.

Nie działało OK od bardzo dawna i to na kilku frontach to raz. I wcale nie od skończenia studiów.

To, że Shini  z pracą poszedł po linii najsłabszego oporu to się znikąd nie wzięło, to niestety logiczny i przewidywalny skutek tego wszystkiego, co było "nie OK" wcześniej.
I on tej swojej pracy nie podjął, on w nią został wstawiony w ramach "chcącego dobrze" systemu rodzinnego. Nie wiem, co by musiał wywinąć, żeby tej akurat pracy nie "utrzymać", bo tak to działa w tego rodzaju rodzinnych systemach modelu wiejsko/podmiejskiego.  Teraz pracy tak naprawdę nie stracił i nie jest "pod ścianą" zarobkowo, tylko się tam u nich  przekształciło czyli szwagier formalnie zawiesił działalność, robią co robili, a Shini jest "na bezrobociu". To, że on naprawdę próbuje znaleźć inną pracę jest super, i oby znalazł. Ja to uważam, że lepiej jakąkolwiek , byle nie znowu "u szwagra".

Że Shini "potrzebuje wstrząsu" to też już było omawiane i to nie raz. Jak zwykle w tym wątku przez ileś osób, w tym niżej podpisaną.
Wstrząsy o odpowiedniej sile pojawiają się z zasady z zewnątrz, czyli samemu sobie nikt raczej takiego wstrząsu nie zafunduje. Są jednostki, które mają taką determinację, że same sobie to robią i różnie na tym wychodzą, ale to kraniec skali.

Zmiana pozytywna czyli uskrzydlająca i jednocześnie duża  - super, gdy się zdarzy, ale to się musi zdarzyć, siła woli i determinacja nie wystarczą, tu człek sprawczość własną ma ograniczoną. Nijak się nie da na przykład zakochać siłą woli i to jeszcze z wzajemnością, choć owszem, to uskrzydla. Wygrać w totka czyli uskrzydlenie finansowe też co najwyżej się może zdarzyć.

Silny wstrząs z tych utrudniających czy tragicznych zaś  albo człowieka wstawia w nowe, sensowniejsze i lepsze koleiny abo wykańcza. Sorki, taki real, Rozrabiako.
Ci, którym taki  rodzaj wstrząsu pomógł łatwo zapominają, że to nie działa jak automat.

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Powtarzasz co już było, Rozrabiako. Nie żebym była wredna, może akurat tobie się uda. smile

Już tu jakiś czas temu pisałem, że niczego nowego tu nie napiszę. To się tego konekwentnie trzymam;)

Pewne rzeczy powtarzane 100 razy, nie docierają. A powtórzone 101 raz, tak. Bo ktoś akurat był na to otwarty.
Sam lubię od kogoś czasem usłyszeć rzeczy, które dobrze znam. Ale które akurat potrzebuję usłyszeć.

Ty zaś, piszesz wciąż to samo i tak samo cały czas, więc chyba jesteś przekonana że Ci się uda tongue
Już pisałem kilka razy nt tego, co myślę o tym glaskaniu, całkowitym zdejmowaniu z niego odpowiedzialności za cokolwiek, za swoje wybory.

On żeby ruszyć, musi poczuć odpowiedzialność za siebie, a Ty mu tego nie ułatwiasz. Racjonalizujesz za niego bezczynność, bezwolność, choć miewasz rację co do meritum.

Dalej nie wchodzę w to, nawet w powtarzaniu się trzeba mieć umiar;)

2,750 Ostatnio edytowany przez Muqin (2026-09-01 00:27:58)

Odp: Co to znaczy żyć?

Widzę pewien postęp w Twoim do mnie podejściu, jakby ten stereotyp ciut zelżał, może kiedyś... smile

Tekst "on musi poczuć odpowiedzialność" - jasne. I teraz weź to przełóż na praktykę.
Jak zrobić, żeby ktoś coś poczuł?
Jest od strony racjonalnej całkiem świadom pewnych rzeczy. W tym tego, że to jego życie i nikt za niego pewnych rzeczy nie zrobi.
A niech tam, powtórzę się - motorem do działania są emocje, sam rozum racjonalny nie wystarczy, a emocje Shini ma jakie ma, to temat raczej dla terapeutki niż na forum.

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

może kiedyś... smile

....zrozumiesz swój błąd, kobieto!

big_smile

2,752

Odp: Co to znaczy żyć?

W błazenadę nie wchodzę, Rozrabiako, nie w tym wątku to na pewno. smile

2,753 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-01 18:09:23)

Odp: Co to znaczy żyć?

A propos naszej rozmowy o bogactwie - akurat wpadłam na taką grafikę. Myślę, że ona może nie dokładnie, ale dość dobrze oddaje również moje podejście do tematu:


                           https://puu.sh/KSbkL/ba23f5a360.jpg

2,754

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

A propos naszej rozmowy o bogactwie - akurat wpadłam na taką grafikę. Myślę, że ona może nie dokładnie, ale dość dobrze oddaje również moje podejście do tematu:


                           https://puu.sh/KSbkL/ba23f5a360.jpg

Myślę,ze wiekszosc jest w klasie średniej

2,755

Odp: Co to znaczy żyć?
sebastiannn napisał/a:

Można mówić wiele, ale tak samo jak 2000 lat temu tak i dziś, pieniądzę są jedną z absolutnie kluczowych kwestii w życiu. Zazwyczaj tendencje do umniejszania wpływu finansów na życie, mają ludzie z już pokaźnym majątkiem.

Jakbyśmy przyjeli, że są 3 kluczowe sprawy w życiu to pewnie wiele osób by powiedziało tak:

1. Zdrowie
2. Pieniądze
3. Relacje

I teraz popatrzmy jak pieniądze wpływają na pozostałe 2 punkty. Na zdrowie mają ogromy wpływ, redukcja stresu, spokój psychiczny, możliwość leczenia dzięki majątkowi. Oczywiście w tym przypadku może zadziałać siła wyższa i choroba w której nie pomogą żadne pieniądze. Nie są więc panaceum, ale mogą wiele pomóc.
Następnie relacje. Oczywistym jest, że każda kobieta wolała by aby jej facet był bogaty niż przeciwnie. Problemy finansowe powodują liczne kłótnie, pewnie wiele związków rozwaliło się, przez brak kasy. Do tego z zasobnym portfelem będąc zabezpieczonym, jesteś lepszym partnerem bo masz mniej stresu który wpływa na człowieka. Nikt nie mówi o luksusie, bo nie o to chodzi, chodzi o spokój.

I nie bądź taki pesymistyczny, realia nie są proste, ale może uda Ci się osiągnąć jakiś poziom spokoju finansowego.

To prawda, że najwięcej o tym jak to pieniądze nie są najważniejsze w życiu mówią ci, którzy mają ich pod dostatkiem. Niby to logiczne bo skoro je mają to mogą rozumieć, że faktycznie nie czynią one ich szczęśliwszymi. Z drugiej strony nie martwią się tym czy będą mieli co jeść za miesiąc albo czy darzą radę opłacić rachunki więc z perspektywy tych, którzy się tym martwią są szczęśliwi.

Dla wielu ludzi pieniądze będą na wyższej pozycji niż zdrowie, do czasu aż zachorują. Dla mnie w tych trzech punktach pieniądze byłyby na ostatnim. Wolałbym mieć relację niż pieniądze ale niestety raczej nie da się mieć pierwszego bez drugiego.

Co do kwestii leczenia to nie ma z czym się kłócić, pełna racja. Co do rozpadania się związków przez pieniądze nie do końca się zgodzę. O wiele częściej związki się rozpadają przez różnice w zarobkach niż przez brak pieniędzy. W takich sytuacjach częściej dochodzi do zdrad czy jakiegoś olśnienia duchowego, które każe brać rozwód. Najbardziej stabilne związki są kiedy oboje pracują i zarabiają podobnie, może to być minimalna ale oboje muszą pracować i mniej więcej po równo dzielić się obowiązkami, opłatami itd. Związki gdzie facet jest bogaty, a kobieta albo nie pracuje albo zarabia mało chyba najczęściej się rozpadają. Zaraz za różnicami zarobkowymi są nierealne oczekiwania co do poziomu życia. I tu niestety częściej, przynajmniej według moich obserwacji kobiety mają te nierealne oczekiwania. Znam jeden związek, który się rozpadł bo dziewczyna chciała coraz wyższego poziomu życia, cisnęła chłopaka by pracował ponad normę, by poszedł na drugi etat, a on chciał po prostu sobie żyć na poziomie jaki już mieli, jemu to wystarczało. No i związek się rozpadł w efekcie czego oboje teraz żyją na niższym poziomie niż kiedy byli razem. To, że ktoś z zasobnym portfelem ma mniej stresu to też niespecjalnie prawda. Ludzie zarabiający dużo często mają tego stresu o wiele więcej niż biedaki. Znam jednego faceta, który zarabia chyba z 50k na miesiąc, jak mi opowiedział o swojej pracy to nawet za taką wypłatę nie chciałbym się z nim zamienić. Jeden jego błąd może spowodować wielomilionowe straty albo poważne problemy prawne zagrożone sporym wyrokiem. Właśnie tacy ludzie są najczęstszymi pacjentami/klientami psychiatrów i psychoterapeutów, oczywiście zaraz za dziećmi tych ludzi, którzy zwykle nie mają czasu ich wychowywać bo ciągle są w pracy. To też jest jeden z powodów dlaczego psychoterapia prywatnie potrafi mieć absurdalne ceny.

Najpierw musiałbym osiągnąć spokój umysłowy, a do tego bardzo daleko.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Jak najbardziej jest możliwe powiedzieć sobie STOP.
Tylko że Ty nawet nie próbujesz.
Piszę o małych krokach, co z premedytacją ignorujesz.

W wiedzy o tym, że sam jesteś przyczyną swojego zachowania, nie chodzi o obwinianie się.

Masz tak jak masz na tę chwilę, wiele czynników się na to złożyło.
Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.

Biorąc odpowiedzialność za swój sposób myślenia, przestajac szukać usprawiedliwień, wreszcie dojdziesz do wniosku że Ci to nie służy i chcesz to zmienić.
Poradników jak to zrobić jest mnóstwo. W tym temacie wiedzy jest mnóstwo.
Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
Pisząc wprost, masz chujowy software, który sprawia degradację całego systemu.

Dobra wiadomosc- Ty możesz to sam zmienić. Przed czym się dosyć zawzięcie bronisz.

Zmiana na każdym etapie życia i w każdym wieku ma sens, jeśli służy dobremu.

Ty ledwie zacząłeś dorosłe życie. Choć w tym się zgadzam, możesz długo nie pożyć jeśli tak to będzie wyglądać następne lata a Ty nic nie zrobisz ani na zewnątrz, ani z konfliktem wewnętrznym.

Zmianę warunków możesz sobie zafundować sam- np wyjeżdżając na prace sezonowe z granicę czy w pl.

Na wolontariat tez- mnóstwo freaków z zajawką na małe bio-eko komuny, szuka pomocy w np zakładaniu siedlisk czy uprawianiu roli.

Zgromadzenia religijne i wyjazdy z nimi.

Długo by wymieniać, podałem pierwsze z brzegu sposoby, by totalnie zmienić środowisko i wybić się z utartego rytmu.


Jesteś inteligentny.
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.
Tutaj w swoich racjonalizacjach i sposobie pisania pokazujesz, że Ci inteligencji nie brakuje.
Problem pogłębia się id kilku lat, a Ty już zakładasz że tak pozostanie zamiast skupić się na tym, co REALNIE mógłbyś zrobić.


Nie napisałem że jesteś przebiegły.
Nie sugeruję nigdzie że celowo i świadomie próbujesz manipulować ludźmi, forum.
To są nieświadome mechanizmy.


Jeśli jesteś jak piszesz, uzależniony od komputera, to SUPER!
Dlatego, że widzisz problem i umiesz się do niego przyznać. Od reszty są specjaliści, gdybyś chciał z tym coś zrobić. Chcesz?


W ostatnim swoim akapicie dobitnie pokazujesz, jak bardzo nie przyjmujesz tego co się do Ciebie pisze.
Nigdzie nie przedstawiłem wymagań odnośnie pracy. To jest Twoje a nie moje.
Wyraźnie i kilka razy powtarzałem, że chodzi o wyjście z głowy i zaczęcie REALNYCH działań.
Takich, które sam uznasz za możliwe- to Ty decydujesz. To Ty masz sobie realnie ustawić poprzeczkę.
Ba, najlepiej ustawić ją sporo poniżej i udowadniać sobie że potrafisz, karmić się swoimi codziennymi sukcesami, które będą Cię napędzały by sobie poprzeczkę podnosić.

Wpierdoliles się w szambo i nikt nie oczekuje że jednym susem z niego wyskoczysz. Ale jeden cm dziennie to niemal dwa metry w pół roku.
Nie chciałbyś za pół roku mieć trochę więcej komfortu w życiu, zadowolenia, spokoju w głowie?
Do zrobienia, ale trzeba robić. Choć trochę.


Na początek spróbuj zaakceptować stan obecny. Skończyć z niemożliwymi wymaganiani, których nie masz szans spełnić.
Zrzucić to z siebie.
Obecny styl życia to też jakiś sposób i tak też ludzie żyją.
Przez tydzień rób to co robisz, świadomie.

Marnuj czas, czasem dorabiaj, luz. Nawet miesiąc, w perspektywie życia to nic. Świadomie i uznając, że teraz tak żyjesz i możesz tak żyć całe życie- nic się nie stanie. To powinno uspokoić konflikt wewnętrzny.

Po czasie, który sobie z góry założysz, zrobisz sobie podsumowanie i podejmiesz decyzję co dalej.

Sama świadomość że obecny styl życia też jest ok, powinna być uwalniająca.
W ten sposób powinieneś spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na swoje życie i to, jak chciałbyś by ono wyglądało- realnie a nie w megalomańskich marzeniach.

Jestes w punkcie, gdzie możesz wszystko.

Nikt Ci głowy nie urwie jeśli niczego nie zmienisz, ale będzie to świadome. Czyli, już bez narzekań że np nie masz pracy ani dziewczyny.
Nie masz, bo niczego nie robisz by mieć, bo tak wolisz- no i ok.

A jeśli spróbujesz ruszyć, masz tu kilka osób które będą Cię wspierać. Dobrze byłoby, gdybyś wreszcie zaczął szukać informacji nt tego, jak sam możesz to robić- wspierać sam siebie. Zmieniać swoje myślenie, przekonania.

Nie próbuję bo nie mogę sobie nawet wyobrazić by to było możliwe.

Tu nie mogę się zgodzić. Warunki zewnętrzne teraz nie są dobre, wcześniej jeszcze bardziej nie były dobre. Tu nie chodzi tylko o warunki bytowe. Chodzi też, a może przede wszystkim o warunki psychiczne i rozwój na tym poziomie, który u mnie praktycznie nie istniał. To kim jestem teraz jest efektem tego co oddziaływało na mnie wcześniej. Rodzice, szkoła, internet, gry, anime, totalnie toksyczni i przemocowi rówieśnicy, niemal całkowity brak relacji damsko-męskich w latach szkolnych i studenckich i mógłbym tak jeszcze dalej wymieniać. Obwiniam się głównie o to, że tak późno poszedłem na terapię i tak późno dowiedziałem się tego wszystkiego co wiem teraz. Dowiedziałem się tego dopiero kiedy mój stan psychiczny zaczął być na krawędzi życia. Jednak chyba najbardziej obwiniam się o stratę dziewczyny, być może jedynej na całe życie tak bliskiej osoby, która dawała też możliwość zmiany otoczenia. Niby wiem, że nie mogłem nic zrobić ale przyrzekłem jej, że nie zniknę bez słowa i będę ją chronił. Nie pomyślałem tylko o tym, że musiałbym ją chronić przed nią samą. I o to, że nie o tym nie pomyślałem obwiniam się chyba najbardziej.

Ja już dawno doszedłem do wniosku, że to wszystko mi nie służy i chcę to zmienić, a mimo to nie jestem w stanie. Z tym software lepiej bym tego nie ujął tylko nadal ta wiedza i świadomość nic nie dają. Odkąd zacząłem tą terapię obalam moje negatywne przekonania i to też nie daje efektów w dalszej perspektywie.

Tu też nie mogę się zgodzić, nie mogę sam tego zmienić. Mając wsparcie w postaci dziewczyny dałoby się to zrobić, mam na myśli zmianę otoczenia. Samemu musiałbym się wznieść na wielokrotnie wyższy poziom finansowy niż kiedykolwiek żeby to było możliwe, a przecież to jest podstawa do jakiejkolwiek innej zmiany. I dlatego ta strata jest tak bolesna, mam wrażenie, że jedyna na całe życie szansa na tą zmianę otoczenia przepadła.

Wybacz ale ja jakoś nie widzę sensu w zmianie na przykład po 50. Wtedy już będzie o wiele za późno na tworzenie swojej rodziny, majątku czy doświadczanie i przeżywanie różnych rzeczy.

Dorosłe życie zaczęło się dawno temu, a raczej powinno się zacząć bo tak naprawdę ono nigdy się nie zaczęło. Nawet nie chodzi o moje zdrowie, ja po prostu nie mogę sobie wyobrazić jakiegokolwiek życia w takim wieku. Teraz bez rodziców bym sobie nie poradził i po paru miesiącach możliwe, że wylądowałbym na ulicy. Oni wiecznie żyć nie będą więc możliwe, że ja umrę razem z nimi. Oczywiście o ile ten cały stres, stan psychiczny i narastająca nienawiść do siebie nie wykończą mnie wcześniej.

Gdyby nie dziewczyna nawet na tydzień bym nie wyjechał z domu, a ty piszesz o wyjeździe za granicę na o wiele dłużej do pracy? Ja nawet na wakacje nie jestem w stanie sam wyjechać i nie chodzi tu o kwestie finansowe. Spokojnie byłoby mnie stać na kilka wyjazdów do krajów jakie zawsze chciałem zobaczyć ale sam nie jestem w stanie nawet zaplanować takiego wyjazdu. Z dziewczyną razem usiedliśmy i w jeden dzień mieliśmy ogarnięty wyjazd na tydzień.

O tych bio-eko komunach, siedliskach itd nigdy w życiu nie słyszałem, będę musiał sprawdzić o co z tym chodzi.

Co do zgromadzeń religijnych mam pytanie. Wiem, że jest w tym sporo dziewczyn tylko zawsze się zastanawiałem czy na coś takiego może pójść ktoś kto nie jest wierzący? To znaczy więżący w sposób w jaki naucza kościół. Czy to od razu nie wyjdzie kiedy niemalże ateista znajdzie się w gronie ludzi turbo wierzących? Co do samej wiary to ja wierzę w Boga ale moim zdaniem nie ma on zbyt wiele wspólnego z tym jak opisuje go kościół.

I znowu, kolejna osoba wyjeżdża z tą moją inteligencją, która moim zdaniem nie istnieje. Terapeutka powtarza mi to samo i zawsze się z nią o to kłócę. Człowiek inteligentny nie wpakowałby się w sytuację taką jak moja lub szybko znalazłby z niej wyjście. U mnie jeszcze nigdy nic nie działało jak powinno. Szkołę skończyłem z ledwo przeciętnymi ocenami. Na studia poszedłem bo rodzice kazali, ja nie chciałem iść. Tyle tylko, że okazały się całkiem ciekawe więc je skończyłem z nienajgorszymi wynikami. Pracę dostałem po rodzinie bo to była jedyna opcja jaką miałem, nie dało się jej nie dostać. Możliwe, że gdyby nie to to do dziś nie miałbym żadnego doświadczenia zawodowego ani żadnych swoich pieniędzy. Jestem dobry jedynie w analizowaniu i pisaniu, no i w treningu nienajgorszy. Poza tym chyba jestem całkiem dobrym człowiekiem ale to przecież nie ma żadnego znaczenia w świecie dorosłych.

Dokładnie, nie posunąłbym się do czegoś tak złego jak świadoma manipulacja nawet gdybym chciał.

Widzę ten problem o dawna, byłem już u specjalisty od uzależnień. Jedyne co mógłbym zrobić to posiedzieć trochę w ośrodku dla uzależnionych, niestety tego typu uzależnienia nie ma na NFZ, a prywatnie to koszt daleko wykraczający poza moje możliwości. 

Terapeutka też mi powiedziała, że nie raz jej nie słucham i odpalam się z automatu przerywając jej głównie kiedy mówi, że coś mam lub coś mi się udało. Nie ma takiej poprzeczki, która byłaby dla mnie możliwa do przeskoczenia czy tym bardziej podniesienia. Dla mnie cały czas jest wszystko albo nic. Albo idealny sukces albo błąd zakończony śmiercią. Terapeutka powiedziała, że największa krzywda jaką sobie robię to nie pozwalanie sobie na błędy, a ja nie potrafię tego zmienić choćbym nie wiem jak próbował.

Spokoju w głowie nie potrafię sobie nawet wyobrazić ale trochę więcej komfortu i zadowolenia oczywiście, że bym chciał. Póki co jedynym co mogę robić niemal codziennie co daje jakiekolwiek pozytywne efekty jest trening. Nie widzę żadnych innych możliwości czegoś co da się robić codziennie niezależnie od tego czy akurat mam robotę czy nie.

Obecny styl życia to nie życie tylko wegetacja i to wyjątkowo marna. Dla mnie każde wymaganie jest niemożliwe, a to co teoretycznie byłoby możliwe nie widnieje jako coś mający jakikolwiek wpływ na większą zmianę. Mimo to postaram się choć spróbować zastosować się do tego co tu piszesz.

Nie ma opcji by akceptacja obecnego stanu rzeczy uspokoiła konflikt wewnętrzny. Tak się nie da przez całe życie, a dla mnie każdy miesiąc może być ostatnim. Wybacz ale nie widzę teraz możliwości uspokojenia tego konfliktu czy tym bardziej nie odczuwania nienawiści do siebie. Naprawdę chciałbym by dało się zrobić jak piszesz ale nie potrafię.

Z czasem jest tylko gorzej.

Nie będzie uwalniająca bo obecny styl życia nie jest ani trochę ok. Nie da się zaakcentować czegoś co jest jedynie jednym wielkim błędem i ogromną porażką na chyba każdy poziomie życia. Jestem śmieciem, który nie potrafił pomóc ani bliskiej osobie ani samemu sobie, który nie potrafił pokonać demonów z przeszłości i pójść swoją świadomą drogą przez co zmarnował sobie życie. Wierz mi, że naprawdę chciałbym spojrzeć na to wszystko w sposób jaki opisujesz ale tego też nie potrafię, próbowałem wielokrotnie.

Raczej jestem w punkcie gdzie już niezbyt wiele mogę. Mój stan psychiczny zaszedł za daleko, moje przekonania są zbyt silne, moje otoczenie zbyt toksyczne. Nawet jeśli mam możliwości to nie potrafię z nich skorzystać.

Może i nikt mi nie urwie głowy, ale ja sam na pewno. Całe życie ktoś czegoś ode mnie wymagał, teraz ja wymagam od siebie jeszcze więcej niż kiedykolwiek ktoś inny. Ja tak naprawdę cały czas żyje próbując spełniać wymagania rodziców, nauczycielek i kolegów ze szkoły, a do tego trzeba być idealnym. Nie mam bo nie jestem w stanie się nawet zbliżyć do tego ideału, którego wyobrażam sobie, że świat ode mnie wymaga. Nie potrafię pozwolić sobie na błąd i naukę na nim, a już zwłaszcza na to by ktoś to zobaczył i oceniał, tak jak to zawsze było w domu i w szkole. Nie wolę tak i to nie jest ok.

Nadal trudno mi uwierzyć, że istnieją ludzie, którym na mnie zależy. Jednak faktycznie tak jest, widzę to tu na forum, widzę to u terapeutki i widziałem to u dziewczyny. Żeby nie było wyłącznie źle to też nie jest tak, że nic nie robię. Poza treningiem czytam książkę, którą poleciła mi terapeutka, cały czas szukam informacji jak cokolwiek zmienić, pytałem o kilka kwestii AI. Próbowałem już wielu sposobów na zmianę myślenia i przekonań, jak dotąd żaden nie zadziałał ale wciąż szukam kolejnych i sprawdzam.

Znów się rozpisałem dłużej niż planowałem ale ja po prostu to lubię, lubię pisać i lubię dyskusję, której mi brakuje w codziennym życiu. Na razie tyle wystarczy, na inne posty odpowiem następnym razem.

2,756

Odp: Co to znaczy żyć?

Muqin, zajrzałem i jak na razie jeszcze nic nie wybrałem ale cały czas mam otwartą stronę i regularnie sprawdzam.

Co do dalszej części nie trzeba nic dodawać.

Rozrabiaka, z tym powtarzaniem 101 razy się zgadzam, faktycznie może zadziałać.

Priscilla, co do tej grafiki to mam dość oczywiste pytanie. Na jakim poziomie jesteś?

Julka, klasa średnia według tych poziomów to 15k zarobków. Raczej mała część społeczeństwa tyle zarabia. Zdecydowana większość jest gdzieś pomiędzy biedą, a stabilnością przy czym raczej bliżej tego pierwszego.

2,757 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-02 21:58:16)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Obwiniam się głównie o to, że tak późno poszedłem na terapię i tak późno dowiedziałem się tego wszystkiego co wiem teraz.

Jednak chyba najbardziej obwiniam się o stratę dziewczyny, być może jedynej na całe życie tak bliskiej osoby, która dawała też możliwość zmiany otoczenia.

Tylko ta wiedza o stanie psychicznym niestety sluzy do uzasadniania tego co i jak robisz. Bo to teraz taki mechznizm "z gory" ktorego schemat poznales i nic nie mozesz zrobic. On Toba kieruje.  Nie da sie i już. Jeden taki zabawny przyklad. Piszesz do Muqin ze masz otwarta strone z wolontariatami. I sprawdzasz. Masz ja otwarta od 3 miesiecy? To lepiej juz zamknij bo to bez sensu. Tylko nie oczekuj od Muqin ze podesle Ci inna. Bo juz latwiej byc nie moze. Prosta decyzja

Gloryfikujesz zwiazek z panna. W zasadzie juz nie wiem czy o zwiazek Ci chodzi czy o to ze bez niego nie dasz rady stanac na nogi. Tak sobie wmowiles? A no tak - trzeba pietrzyc przeszkody. Zapewniam Cie ze bez zwiazku tez mozesz stanac. Nawet lepiej bo nikogo nie wcisniesz w role ratownika. To nie ta funkcja. Lekarz leczy, kierowca prowadzi, nauczyciel uczy a dziewczyna nie jest od wyciagania z bagna

2,758

Odp: Co to znaczy żyć?

Jeszcze jedna historia na koniec. Jak to bywa na koniec wakacji miał miejsce lokalny festyn. Poszedłem na niego mając nadzieję, że się trochę uspołecznię, może nawet poznam kogoś nowego i przy tym nie wpadnę na nikogo ze starej szkoły. To ostatnie się udało i tylko to. Takie wydarzenia są wręcz idealne by jeszcze bardziej znienawidzić siebie. Widok tylu bawiących się ludzi, tylu ładnych dziewczyn, z którymi nie mogę nawet pogadać potrafi nieźle dowalić. A w najbliższy weekend kolejny taki festyn, nawet większy i to jeszcze ten sam, na którym w poprzednim roku byłem z dziewczyną.

2,759

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Muqin, zajrzałem i jak na razie jeszcze nic nie wybrałem ale cały czas mam otwartą stronę i regularnie sprawdzam.

Shini, ja bywam upierdliwa smile

Kompletnie nie chodziło mi o to, że znalazłam jakąś stronę z wolontariatami, żebyś sobie sprawdzał smile Znaczy oczywiście możesz to robić, czemu nie, albo nie robić.

Widzisz, ja znalazłam całkiem konkretny wolontariat, sztuk jedna, który wydal mi się taki jakby go ktoś dla Ciebie wymyślił. Podesłałam Ci go raz, potem drugu raz, bo był jeszcze aktualny.

I teraz, Shini, skoro masz upodobanie do analizowania to weź pod mikroskop tą jedną, konkretną sytuację i spróbuj precyzyjnie odpowiedzieć na proste pytanie : czemu ja się nie zgłosiłem wstępnie przynajmniej na tej jeden, konkretny wolontariat?
Czas miałeś. Możliwość miałeś. Wolontariat konkretny tak, że bardziej się nie da.

Nie o to chodzi, ze ja mam jakieś pretensje co Ciebie, po prostu chciałabym zwyczajnie wiedzieć, jak to u Ciebie zadziałało, na konkrecie. Bez uogólnień. Taka czysta analiza konkretnego przypadku, konkretnej sytuacji w Twoim życiu.

2,760

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Tylko ta wiedza o stanie psychicznym nieststy sluzy do uzasadniania tego co i jak robisz. Bo to teraz taki mechznizm "z gory" ktorego schemat poznales i nic nie mozesz zrobic. On Toba kieruje.  Nie da sie i już. Jeden taki zabawny przyklad. Piszesz do Muqin ze masz otwarta strone z wolontariatami. I sprawdzasz. Masz ja otwarta od 3 miesiecy? To lepiej juz zamknij bo to bez sensu. Tylko nie oczekuj od Muqin ze podesle Ci inna. Bo juz latwiej byc nie moze. Prosta decyzja

Gloryfikujesz zwiazek z panna. W zasadzie juz nie wiem czy o zwiazek Ci chodzi czy o to ze bez niego nie dasz rady stanac na nogi. Tak sobie wmowiles? A no tak - trzeba pietrzyc przeszkody. Zapewniam Cie ze bez zwiazku tez mozesz stanac. Nawet lepiej bo nikogo nie wcisniesz w role ratownika. To nie ta funkcja. Lekarz leczy, kierowca prowadzi, nauczyciel uczy a dziewczyna nie jest od wyciagania z bagna

Chodziło o to, że gdybym wiedział to wszystko wcześniej, zanim zrobiło się tak źle jak jest teraz może udałoby mi się szybciej z tego wyjść i uniknąć tego co jest teraz. Ja mam takich stron otwartych ze 20, od wielu miesięcy, niektóre dużo więcej niż 3 miesiące.

Bez niego nie da się zmienić otoczenia. Nie wiem co dokładniej oznacza staniecie na nogi więc ciężko powiedzieć. Niezaprzeczalnym faktem jest, że będąc w związku byłem lepszą wersją siebie na chyba każdym możliwym polu. To dosłownie działało na mnie lecząco. To nie ona mnie wyciągała z bagna, ja sam z niego wychodziłem, tylko dzięki niej. Miałem dla kogo, miałem po co, miałem kogoś kto nie tylko na mnie liczył ale chyba przede wszystkim kogoś na kim mi zależało, pierwszy i jedyny raz w życiu.

Muqin napisał/a:

Shini, ja bywam upierdliwa smile

Kompletnie nie chodziło mi o to, że znalazłam jakąś stronę z wolontariatami, żebyś sobie sprawdzał smile Znaczy oczywiście możesz to robić, czemu nie, albo nie robić.

Widzisz, ja znalazłam całkiem konkretny wolontariat, sztuk jedna, który wydal mi się taki jakby go ktoś dla Ciebie wymyślił. Podesłałam Ci go raz, potem drugu raz, bo był jeszcze aktualny.

I teraz, Shini, skoro masz upodobanie do analizowania to weź pod mikroskop tą jedną, konkretną sytuację i spróbuj precyzyjnie odpowiedzieć na proste pytanie : czemu ja się nie zgłosiłem wstępnie przynajmniej na tej jeden, konkretny wolontariat?
Czas miałeś. Możliwość miałeś. Wolontariat konkretny tak, że bardziej się nie da.

Nie o to chodzi, ze ja mam jakieś pretensje co Ciebie, po prostu chciałabym zwyczajnie wiedzieć, jak to u Ciebie zadziałało, na konkrecie. Bez uogólnień. Taka czysta analiza konkretnego przypadku, konkretnej sytuacji w Twoim życiu.

Czemu się nie zgłosiłem na ten wolontariat? Odpowiedź nie będzie taka prosta.

Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nigdy nie wiem czy będę mieć wolny dzień czy nie, nie licząc weekendu. Praktycznie nie da się niczego zaplanować w tygodniu bo robota może być, a może nie. Cały czas jestem na wezwanie. Tylko w wyjątkowych sytuacjach typu wizyta u lekarza lub w urzędzie pracy jest inaczej.

Po drugie powód jest taki sam jak ten przez co nie jestem w stanie nawet pojechać na wakacje. To lęk przed podjęciem działania w pojedynkę.

2,761

Odp: Co to znaczy żyć?

Czesc Shinigami odswierzylem Twoj temat o masazach w ktorym opisywales swoje wizyty na masazach relaksacyjnych. Inni tez pisali wiec fajnie by bylo moze tam zdawac relacje. Ja chetnie opisze swoje wizyty. Jak cos to chetnie poczytam jak opiszesz swoje aktualne wizyty w tym temacie, bo widac po tamtym temacie ze masz naprawde duza wiedze na ten temat i byles chyba prekursorem masazy na tym forum

2,762

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Priscilla, co do tej grafiki to mam dość oczywiste pytanie. Na jakim poziomie jesteś?

A jakie to ma tak naprawdę znaczenie? Do czego ta wiedza jest Ci potrzebna?

Zupełnie obstrahując ode mnie, to na którym poziomie Ty umieściłbyś osobę, o której zgodnie z Twoim widzeniem tematu powiedziałbyś, że jest bogata? Pytam, to wcześniej operowałeś tym pojęciem zupełnie dowolnie i płynnie, a tutaj mamy już jakieś widełki, które bardziej przystają do realiów niż stricte subiektywne oceny. 

Bert444 napisał/a:

Gloryfikujesz zwiazek z panna. W zasadzie juz nie wiem czy o zwiazek Ci chodzi czy o to ze bez niego nie dasz rady stanac na nogi. Tak sobie wmowiles? A no tak - trzeba pietrzyc przeszkody. Zapewniam Cie ze bez zwiazku tez mozesz stanac. Nawet lepiej bo nikogo nie wcisniesz w role ratownika. To nie ta funkcja. Lekarz leczy, kierowca prowadzi, nauczyciel uczy a dziewczyna nie jest od wyciagania z bagna

W punkt. Pomijając fakt, że dziewczyna okazała się mieć sporo za uszami, to uzależnianie jakiegokolwiek działania od jakiejkowliek innej osoby jest ściąganiem z siebie odpowiedzialności i przerzucanie jej na drugą stronę. To jest, Shini, obciążające, a przy tym może być zwyczajnie toksyczne.

2,763

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Czemu się nie zgłosiłem na ten wolontariat? Odpowiedź nie będzie taka prosta.

Po pierwsze dlatego, że tak naprawdę nigdy nie wiem czy będę mieć wolny dzień czy nie, nie licząc weekendu. Praktycznie nie da się niczego zaplanować w tygodniu bo robota może być, a może nie. Cały czas jestem na wezwanie. Tylko w wyjątkowych sytuacjach typu wizyta u lekarza lub w urzędzie pracy jest inaczej.

Po drugie powód jest taki sam jak ten przez co nie jestem w stanie nawet pojechać na wakacje. To lęk przed podjęciem działania w pojedynkę.

Punkt pierwszy - odpada. Akurat w tym konkretnym wolontariacie mógłbyś spokojnie mieć do dyspozycji tylko weekendy.
Punkt drugi - ogólnik zamiast konkretu, Shini. Do bani z taką analizą smile
Czekam na dokładniejszą smile

2,764

Odp: Co to znaczy żyć?
DarekFDD napisał/a:

Czesc Shinigami odswierzylem Twoj temat o masazach w ktorym opisywales swoje wizyty na masazach relaksacyjnych. Inni tez pisali wiec fajnie by bylo moze tam zdawac relacje. Ja chetnie opisze swoje wizyty. Jak cos to chetnie poczytam jak opiszesz swoje aktualne wizyty w tym temacie, bo widac po tamtym temacie ze masz naprawde duza wiedze na ten temat i byles chyba prekursorem masazy na tym forum

Jeśli chcesz opisywać swoje masaże to tylko w tamtym wątku, tu nie jest miejsce na coś takiego. Ja nie już nie mam nic więcej do napisania na ten temat. Nie ma żadnych aktualnych wizyt, ostatnio byłem już parę lat temu, na długo przed poznaniem dziewczyny. Nie planuję kolejnych wizyt bo po pierwsze to za duży koszt, po drugie to nie będzie dorastało do pięt nawet zwykłemu przytuleniu się do ukochanej osoby, po trzecie i tak nie osiągnąłbym "zakończenia" charakterystycznego dla tych masaży więc poza chwilowym ucieszeniem oka nie miałbym z tego żadnych korzyści. To możliwe, że ja jako pierwszy napisałem na forum coś o masażach.

Priscilla napisał/a:

A jakie to ma tak naprawdę znaczenie? Do czego ta wiedza jest Ci potrzebna?

Zupełnie obstrahując ode mnie, to na którym poziomie Ty umieściłbyś osobę, o której zgodnie z Twoim widzeniem tematu powiedziałbyś, że jest bogata? Pytam, to wcześniej operowałeś tym pojęciem zupełnie dowolnie i płynnie, a tutaj mamy już jakieś widełki, które bardziej przystają do realiów niż stricte subiektywne oceny. 

W punkt. Pomijając fakt, że dziewczyna okazała się mieć sporo za uszami, to uzależnianie jakiegokolwiek działania od jakiejkowliek innej osoby jest ściąganiem z siebie odpowiedzialności i przerzucanie jej na drugą stronę. To jest, Shini, obciążające, a przy tym może być zwyczajnie toksyczne.

Żadne, to zwykła ciekawość.

Dla mnie osobiście poziom 2 to już jest bogactwo, poziomy od 4 wzwyż to już fantasy. 8k na rękę już spokojnie by wystarczyło by zmienić otoczenie więc dla mnie to byłoby bogactwo. Gdybym osiągnął ten poziom zapewne moja definicja bogactwa przesunęła by się na wyższy poziom. Nawet jeśli to tylko poziom 2 to dla mnie wciąż byłby to poziom wręcz nieporównywalnie wyższy niż kiedykolwiek.

Jak pisałem wielokrotnie ja nie wierzę w jej winę. To ona padła największą ofiarą tego w czym, moim zdaniem nieświadomie brała udział. Nigdy nawet nie próbowałem zrzucać na nią jakiejkolwiek odpowiedzialności, ona nie miała pojęcia o nawet połowie moich problemów, a ja na każdym kroku uważałem by niczym jej nie obarczyć. Nie chodziło o to, że ona mi w czymś pomagała czy robiła coś dla mnie lub tym bardziej za mnie. Sama jej obecność, sam fakt bycia w związku i tego, że prawdziwa dziewczyna mogła mnie pokochać dawał mi więcej energii i motywacji do działania niż cokolwiek innego przez całe dotychczasowe życie. Ona nie miała pojęcia jak duży wpływ na mnie miała i ile dla mnie znaczyła sama jej obecność, nie mówiąc już fizycznym kontakcie. Będąc przy niej nawet nie miałem czego na nią zrzucać ani czym ją obarczać bo większość problemów niemal magicznie znikała kiedy tylko ona była w pobliżu.

2,765

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Czemu się nie zgłosiłem na ten wolontariat? Odpowiedź nie będzie taka prosta.

A co z Twoim ogłoszeniem na wiadomej grupie? Napisałeś, że je umieściłeś, ale tak na 98% obstawiam, że jednak tego nie zrobiłeś. Nie mylę się, prawda?

2,766 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-02 23:30:44)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Dla mnie osobiście poziom 2 to już jest bogactwo, poziomy od 4 wzwyż to już fantasy. 8k na rękę już spokojnie by wystarczyło by zmienić otoczenie więc dla mnie to byłoby bogactwo. Gdybym osiągnął ten poziom zapewne moja definicja bogactwa przesunęła by się na wyższy poziom. Nawet jeśli to tylko poziom 2 to dla mnie wciąż byłby to poziom wręcz nieporównywalnie wyższy niż kiedykolwiek.

To co dla Ciebie stanowi bogactwo, w ujęciu realnym jeszcze nim nie jest. Naprawdę trudno się rozmawia, jeśli ktoś tworzy kolejne definicje na własne potrzeby.

Shinigami napisał/a:

Jak pisałem wielokrotnie ja nie wierzę w jej winę. To ona padła największą ofiarą tego w czym, moim zdaniem nieświadomie brała udział. Nigdy nawet nie próbowałem zrzucać na nią jakiejkolwiek odpowiedzialności, ona nie miała pojęcia o nawet połowie moich problemów, a ja na każdym kroku uważałem by niczym jej nie obarczyć. Nie chodziło o to, że ona mi w czymś pomagała czy robiła coś dla mnie lub tym bardziej za mnie. Sama jej obecność, sam fakt bycia w związku i tego, że prawdziwa dziewczyna mogła mnie pokochać dawał mi więcej energii i motywacji do działania niż cokolwiek innego przez całe dotychczasowe życie. Ona nie miała pojęcia jak duży wpływ na mnie miała i ile dla mnie znaczyła sama jej obecność, nie mówiąc już fizycznym kontakcie. Będąc przy niej nawet nie miałem czego na nią zrzucać ani czym ją obarczać bo większość problemów niemal magicznie znikała kiedy tylko ona była w pobliżu.

Za niewinność jej nie zamknęli i to w taki sposób. Ponadto podobno nie masz z nią kontaktu, zatem to wszystko to są tylko Twoje domniemania.
Weźmy też pod uwagę, że znaliście się zaledwie pół roku, więc chyba trudno budować na tym przekonanie, że znałeś ją na tyle dobrze, by wiedzieć, jaka naprawdę była.

I najważniejsze - zdajesz sobie, Shini, sprawę, że myśląc w taki sposób odbierasz sobie szansę na szczęśliwe życie? Zamiast potraktować tę historię jako dowód na to, że potrafisz być dla kogoś ważny i że związek może Cię zmotywować do zmiany, Ty zrobiłeś z niej coś w rodzaju jedynego źródła energii na całe życie, a przecież powinno być dokładnie odwrotnie.
Odwrotnie, czyli nie czekasz na kobietę, która Cię "naprawi” i sprawi, że nagle zachce Ci się żyć, tylko najpierw robisz coś ze sobą, swoim życiem i swoją atrakcyjnością, żeby mieć realną szansę na związek. U Ciebie natomiast wygląda to tak, jakbyś najpierw potrzebował związku, żeby w ogóle zacząć stawać się człowiekiem zdolnym do jego stworzenia. I to jest właśnie błędne koło.

Naprawdę nie widzisz, że zamiast budować sobie drogę do kolejnej relacji, to ustawiasz się w pozycji przegranej?

2,767

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Dla mnie osobiście poziom 2 to już jest bogactwo, poziomy od 4 wzwyż to już fantasy. 8k na rękę już spokojnie by wystarczyło by zmienić otoczenie więc dla mnie to byłoby bogactwo.

To w zasadzie jest duży plus że masz takie podejście. Bo to jest wykonalne w Twoim przypadku w dość szybkim czasie. Znasz się na stolarstwie plus Warszawa, to nawet z plusem ten drugi poziom możesz osiągnąć.

2,768 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-09-02 23:47:05)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Punkt pierwszy - odpada. Akurat w tym konkretnym wolontariacie mógłbyś spokojnie mieć do dyspozycji tylko weekendy.
Punkt drugi - ogólnik zamiast konkretu, Shini. Do bani z taką analizą smile
Czekam na dokładniejszą smile

Weekendy też ostatnio miałem zajęte niemal wszystkie na ponad miesiąc wstecz.

Nie bardzo wiem jak dokładniej to opisać. Wydaje mi się, że powodem jest właśnie lęk. Przed nieznanym, przed oceną, przed pytaniami rodziców. To jest ten sam mechanizm co przy szukaniu pracy. Jakby to był wolontariat u kogoś kogo znam to byłoby zupełnie co innego. A co jeśli jeszcze bardziej zaszkodzę komuś komu powinienem pomóc? A co jeśli popełnię jakiś błąd i ktoś to zobaczy? Co jeśli ktoś zapyta gdzie pracuję? Takich pytań miałbym dużo więcej i dręczą mnie nieustannie kiedy tylko chociaż pomyślę o zaangażowaniu się w coś takiego.

Priscilla napisał/a:

A co z Twoim ogłoszeniem na wiadomej grupie? Napisałeś, że je umieściłeś, ale tak na 98% obstawiam, że jednak tego nie zrobiłeś. Nie mylę się, prawda?

Umieściłem i zostałem totalnie olany. Dostałem dosłownie jeden komentarz z jakąś podejrzaną propozycją zostania agentem ubezpieczeniowym. Nawet tam okazałem się totalnie niewidzialny, zupełnie jak przez większość życia dla dziewczyn.

Priscilla napisał/a:

To co dla Ciebie stanowi bogactwo, w ujęciu realnym jeszcze nim nie jest. Naprawdę trudno się rozmawia, jeśli ktoś tworzy kolejne definicje na własne potrzeby.

Za niewinność jej nie zamknęli i to w taki sposób. Ponadto podobno nie masz z nią kontaktu, zatem to wszystko to są tylko Twoje domniemania.
Weźmy też pod uwagę, że znaliście się zaledwie pół roku, więc chyba trudno budować na tym przekonanie, że znałeś ją na tyle dobrze, by wiedzieć, jaka naprawdę była.

I najważniejsze - zdajesz sobie, Shini, sprawę, że myśląc w taki sposób odbierasz sobie szansę na szczęśliwe życie? Zamiast potraktować tę historię jako dowód na to, że potrafisz być dla kogoś ważny i że związek może Cię zmotywować do zmiany, Ty zrobiłeś z niej coś w rodzaju jedynego źródła energii na całe życie, a przecież powinno być dokładnie odwrotnie.
Odwrotnie, czyli nie czekasz na kobietę, która Cię "naprawi” i sprawi, że nagle zachce Ci się żyć, tylko najpierw robisz coś ze sobą, swoim życiem i swoją atrakcyjnością, żeby mieć realną szansę na związek. U Ciebie natomiast wygląda to tak, jakbyś najpierw potrzebował związku, żeby w ogóle zacząć stawać się człowiekiem zdolnym do jego stworzenia. I to jest właśnie błędne koło.

Naprawdę nie widzisz, że zamiast budować sobie drogę do kolejnej relacji, to ustawiasz się w pozycji przegranej?

Nic na to nie poradzę, dla nawet taki poziom to już bogactwo bo wykracza daleko poza to co miałem do tej pory.

To prawda, nie mam kontaktu, a jeszcze na dodatek jej siostra już mnie olewa i nawet nie odpisuje. Dla mnie te pół roku było ważniejsze niż całe dotychczasowe życie. W ciągu tego pół roku wyszedłem z domu więcej razy niż przez wcześniejsze 10 lat. Zdążyłem poznać jaką osobą była i prędzej uwierzyłbym w siebie niż w to, że z premedytacją zrobiła coś złego.

Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób więc ani trochę nie zdawałem sobie sprawy z tego co piszesz. Nadal nie do końca rozumiem co masz na myśli pisząc w ten sposób odbieram sobie szansę na szczęśliwe życie. W moim przypadku to jest niemożliwe w pojedynkę i właśnie ten związek mi to uświadomił. Potrafię być dla kogoś ważny ale tylko w związku. Dokładnie tak było, ona, a raczej sam związek był dla mnie takim źródłem energii, całkiem możliwe, że jedynym na całe życie. Ależ ja nie czekam na kobietę, która mnie naprawi. Ja czekam na kobietę, dla której to ja naprawię sam siebie. Dokładnie tak to wygląda jak piszesz. Trzeba najpierw wejść w związek i być w nim jakiś czas, na pewno dłuższy niż pół roku żeby się stać człowiekiem, który cokolwiek sobą reprezentuje. To jest błędne koło i dlatego tak ciężko jest w ten związek wejść.

Jedynym co mnie stawia w pozycji przegranej to brak pracy. Nic innego nie widzę. Nie da się samemu stać się idealnym, próbowałem przez całe życie i nigdy nawet się do tego nie zbliżyłem.

2,769 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-03 02:24:19)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Weekendy też ostatnio miałem zajęte niemal wszystkie na ponad miesiąc wstecz.

Nie bardzo wiem jak dokładniej to opisać. Wydaje mi się, że powodem jest właśnie lęk. Przed nieznanym, przed oceną, przed pytaniami rodziców. To jest ten sam mechanizm co przy szukaniu pracy. Jakby to był wolontariat u kogoś kogo znam to byłoby zupełnie co innego. A co jeśli jeszcze bardziej zaszkodzę komuś komu powinienem pomóc? A co jeśli popełnię jakiś błąd i ktoś to zobaczy? Co jeśli ktoś zapyta gdzie pracuję? Takich pytań miałbym dużo więcej i dręczą mnie nieustannie kiedy tylko chociaż pomyślę o zaangażowaniu się w coś takiego.

Przy takim podejściu z pracą będzie jeszcze trudniej. Tam również będzie: "co jeśli popełnię błąd?”, "co jeśli ktoś mnie oceni?”, "co jeśli zapyta, gdzie pracowałem?”, "co jeśli sobie nie poradzę?”. Można w nieskończoność wymyślać kolejne "co jeśli”, ale od tego lęk nie zniknie.

Mam wrażenie, że Ty czekasz, aż najpierw przestaniesz się bać, żeby móc zacząć działać, a - tu znowu - jest dokładnie odwrotnie, bo trzeba zacząć działać pomimo tego, że się boisz. Inaczej nie ruszysz z miejsca. No i zawsze znajdzie się wystarczająco dobry powód, żeby szukać pracy tak, żeby jej przypadkiem nie znaleźć.

Shinigami napisał/a:

Nic na to nie poradzę, dla nawet taki poziom to już bogactwo bo wykracza daleko poza to co miałem do tej pory.

To prawda, nie mam kontaktu, a jeszcze na dodatek jej siostra już mnie olewa i nawet nie odpisuje. Dla mnie te pół roku było ważniejsze niż całe dotychczasowe życie. W ciągu tego pół roku wyszedłem z domu więcej razy niż przez wcześniejsze 10 lat. Zdążyłem poznać jaką osobą była i prędzej uwierzyłbym w siebie niż w to, że z premedytacją zrobiła coś złego.

Wierzę, że to było bardzo ważne pół roku, ale... to nie było o tym, a o niej, o tym, co nawywijała i że Twoje przekonanie na jej temat a realia, to dwie zupełnie inne bajki.
Zresztą przypomnę, co napisałeś 2 lipca:

Shinigami napisał/a:

Moja dziewczyna też tak myślała, a przynajmniej ja tyle wiem i wpakowała się w tragiczną sytuację. Do dziś nie mogę sobie darować, że nie mogłem nic zrobić bo prawie nic nie wiedziałem. Cały czas się obwiniam o to czy to nie moja wina, czy to nie dlatego, że na przykład za mało zarabiałem, a ona chciała mieć więcej pieniędzy. Może gdybym był w stanie zapewnić jej trochę wyższy poziom życia to by się nie wydarzyło. Może gdybym bardziej cisnął ten temat to szybciej bym się zorientował, że coś było nie tak.

Sam spójrz - coś się działo, prawdopodobnie coś ważnego, a jednak Ty NIC o tym nie wiedziałeś, co znaczy, że coś przed Tobą ukrywała. I właśnie to pokazuje, że pół roku było zdecydowanie za krótkim czasem, żebyś mógł twierdzić, że naprawdę ją znałeś. 
Tak nie postępuje osoba, która jest z Tobą naprawdę blisko i traktuje Cię jak partnera. Bliska osoba mówi, że ma problem, że źle się dzieje albo że potrzebuje czegoś od związku. Ona tego NIE zrobiła.
Ponadto sama ta kwestia, że chodziło o pieniądze... No sorry, ale idealizujesz ją tylko dlatego, że wprowadzila do Twojego życia coś dobrego. 

Może więc problem polega właśnie na tym, że nie tyle straciłeś kobietę, którą znałeś, ile zderzyłeś się z tym, że kobieta, którą przez pół roku poznawałeś, okazała się kimś innym, niż Ci się wydawało, jednak za cholerę nie potrafisz tego do siebie dopuścić.

Shinigami napisał/a:

Nadal nie do końca rozumiem co masz na myśli pisząc w ten sposób odbieram sobie szansę na szczęśliwe życie. W moim przypadku to jest niemożliwe w pojedynkę i właśnie ten związek mi to uświadomił. Potrafię być dla kogoś ważny ale tylko w związku. Dokładnie tak było, ona, a raczej sam związek był dla mnie takim źródłem energii, całkiem możliwe, że jedynym na całe życie. Ależ ja nie czekam na kobietę, która mnie naprawi. Ja czekam na kobietę, dla której to ja naprawię sam siebie. Dokładnie tak to wygląda jak piszesz. Trzeba najpierw wejść w związek i być w nim jakiś czas, na pewno dłuższy niż pół roku żeby się stać człowiekiem, który cokolwiek sobą reprezentuje. To jest błędne koło i dlatego tak ciężko jest w ten związek wejść.

Tyle tylko, że to jest Twoje osobiste przekonanie, a w życiu wygląda to jednak inaczej.

Shinigami napisał/a:

Jedynym co mnie stawia w pozycji przegranej to brak pracy. Nic innego nie widzę. Nie da się samemu stać się idealnym, próbowałem przez całe życie i nigdy nawet się do tego nie zbliżyłem.

Sam ze sobą masz tyle problemów, że brak pracy być może jest najmniejszym z nich, jeśli mowa o możliwości stworzenia z kimś zdrowej relacji.

2,770 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-03 06:58:40)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Bez niego nie da się zmienić otoczenia. Nie wiem co dokładniej oznacza staniecie na nogi więc ciężko powiedzieć. Niezaprzeczalnym faktem jest, że będąc w związku byłem lepszą wersją siebie na chyba każdym możliwym polu. To dosłownie działało na mnie lecząco. To nie ona mnie wyciągała z bagna, ja sam z niego wychodziłem, tylko dzięki niej. Miałem dla kogo, miałem po co, miałem kogoś kto nie tylko na mnie liczył ale chyba przede wszystkim kogoś na kim mi zależało, pierwszy i jedyny raz w życiu.

Shini to tylko motywacja. Tylko chec dzialania. Ty chcesz czekac na panne zeby cos zrobic. Bo jak piszesz da sie ale narzuciles sobie warunek - jak bedzie panna wezme sie za siebie. Teraz nie mam dla kogo. Otorz masz - dla siebie

Jestes megaspecjalistą od kółek i zapętlania. Lubisz sobie związać ręce. 

Nie ma panny - nic robię (a mogę).

Jak dlugo nic nie robisz nie będziesz miał panny.

Nie ma panny - nic robię (a mogę).

Jak dlugo nic nie robisz nie będziesz miał panny.

Nie ma panny - nic robię (a mogę).

Jak dlugo nic nie robisz nie będziesz miał panny.

Sam poszukaj gdzie mozesz naruszyc ta strukture geometryczna

No nie moge - wybierz sie chociaz na ten weekendowy wolontariat. Za nieobecnosc mandatu nie dostaniesz. Skoncz z "nie" spróbuj choc w tej blahej sprawie "tak". Moje dzieci bawia sie w wolontariat - sprzatanie, zwierzeta itp. Ty jako dorosly mozesz wejsc w grubsze sprawy smile

2,771

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Muqin napisał/a:

Punkt pierwszy - odpada. Akurat w tym konkretnym wolontariacie mógłbyś spokojnie mieć do dyspozycji tylko weekendy.
Punkt drugi - ogólnik zamiast konkretu, Shini. Do bani z taką analizą smile
Czekam na dokładniejszą smile

Weekendy też ostatnio miałem zajęte niemal wszystkie na ponad miesiąc wstecz.

Nie bardzo wiem jak dokładniej to opisać. Wydaje mi się, że powodem jest właśnie lęk. Przed nieznanym, przed oceną, przed pytaniami rodziców. To jest ten sam mechanizm co przy szukaniu pracy. Jakby to był wolontariat u kogoś kogo znam to byłoby zupełnie co innego. A co jeśli jeszcze bardziej zaszkodzę komuś komu powinienem pomóc? A co jeśli popełnię jakiś błąd i ktoś to zobaczy? Co jeśli ktoś zapyta gdzie pracuję? Takich pytań miałbym dużo więcej i dręczą mnie nieustannie kiedy tylko chociaż pomyślę o zaangażowaniu się w coś takiego.

Nie bardzo wiesz, ale jednak jakoś to trochę dokładniej opisałeś i ok, , z wielce ogólnego "lęk" można już coś bardziej konkretnego poanalizować.

Lęk przed nieznanym zostawiamy, w tym nie ma co dłubać, bo każdy go odczuwa, tu kwestią jest skala. Tak, wiem, że u Ciebie jest bardzo duża, ale nadal nie ma co analizować, tego doświadcza każdy, który podejmuje coś nowego.

Lęk przed oceną - to też ma każdy, kwestia skali czyli jak wyżej, nie ma w czym dłubać na tym etapie.

Lęk przed pytaniami rodziców - a tu już jest w czym podłubać. Mógłbyś to rozwinąć?  Ja się różnych rzeczy domyślam, ale to Ty wiesz, o co biega.

A co, jeśli bardziej zaszkodzę temu komuś? Jak wyżej, spróbuj na przykładzie tego konkretnego wolontariatu przybliżyć mi, jak mianowicie mógłbyś zaszkodzić temu ( w tym momencie dosyć konkretnemu) komuś.

Co jeśli ktoś zapyta, gdzie pracujesz? a to proste akurat, mówisz, wyobraź sobie , zwyczajną prawdę. Jesteś bezrobotny, szukasz pracy i masz czasu więcej niż pracując, zatem chcesz robić coś pożytecznego dla innych. Skutkiem takiej Twojej odpowiedzi ten, który zapytał nabiera przekonania, ze dzisiejsi młodzi ludzie nie są aż tak egocentryczni jak to o nich piszą w mediach. smile

A co, jeśli popełnię jakiś błąd i ktoś to zobaczy - jak wyżej, spróbuj na przykładzie tego konkretnego wolontariatu , bez uogólniania.

Jeśli dręczą cię pytania to należy sobie na nie odpowiedzieć, to najprostsza droga. Odpowiedzieć, ale nie na poziomie ogólnym, tylko konkretu.


Przy okazji wyszło mi, że, choć zapewne tego nie dostrzegasz, że szwagier właśnie Cię ustawił z pracą w najgorszy z możliwych sposobów, zrobił sobie z Ciebie niewolnika.
O ile przedtem przynajmniej byłeś formalnie zatrudniony, co dawało Ci jakieś profity, o tyle teraz? Teraz to pierwsza lepsza praca w umownej "Biedronce" byłaby lepsza, tam może byś chociaż jakiegoś nowego kumpla poznał czy dziewczynę. I pensja by nie zależała tak w 100% od widzimisię szwagra.
Shini, ja wiem, jak to działa, z tymi rodzinnymi działalnościami i uwierz, wychodzisz na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle.  Masz z tego tylko uznaniową kasę na czarno, za to tracisz ileś możliwości zmian w życiu.

Jesteś w gotowości wedle życzeń szwagra i już prócz kasy "na czarno" NIC z tego nie masz. Pozbawił Cię nawet tego, co na bezrobociu byś miał czyli Twojego czasu.
Jak o tym akurat czytam to mnie wkurw bierze.

2,772

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Jak pisałem wielokrotnie ja nie wierzę w jej winę. To ona padła największą ofiarą tego w czym, moim zdaniem nieświadomie brała udział. Nigdy nawet nie próbowałem zrzucać na nią jakiejkolwiek odpowiedzialności, ona nie miała pojęcia o nawet połowie moich problemów, a ja na każdym kroku uważałem by niczym jej nie obarczyć. Nie chodziło o to, że ona mi w czymś pomagała czy robiła coś dla mnie lub tym bardziej za mnie. Sama jej obecność, sam fakt bycia w związku i tego, że prawdziwa dziewczyna mogła mnie pokochać dawał mi więcej energii i motywacji do działania niż cokolwiek innego przez całe dotychczasowe życie. Ona nie miała pojęcia jak duży wpływ na mnie miała i ile dla mnie znaczyła sama jej obecność, nie mówiąc już fizycznym kontakcie. Będąc przy niej nawet nie miałem czego na nią zrzucać ani czym ją obarczać bo większość problemów niemal magicznie znikała kiedy tylko ona była w pobliżu.

Jeśli nie wierzysz w jej winę i nadal chciałbyś aby wróciła do Ciebie i masz do niej uczucia to podejmujesz jakieś działania w jej kierunku? Aby zdobyć więcej informacji, być może w czymś pomóc. To już chyba długo trwa, przecież nie może to trwać latami.

2,773

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Przy okazji wyszło mi, że, choć zapewne tego nie dostrzegasz, że szwagier właśnie Cię ustawił z pracą w najgorszy z możliwych sposobów, zrobił sobie z Ciebie niewolnika.
O ile przedtem przynajmniej byłeś formalnie zatrudniony, co dawało Ci jakieś profity, o tyle teraz? Teraz to pierwsza lepsza praca w umownej "Biedronce" byłaby lepsza, tam może byś chociaż jakiegoś nowego kumpla poznał czy dziewczynę. I pensja by nie zależała tak w 100% od widzimisię szwagra.
Shini, ja wiem, jak to działa, z tymi rodzinnymi działalnościami i uwierz, wychodzisz na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle.  Masz z tego tylko uznaniową kasę na czarno, za to tracisz ileś możliwości zmian w życiu.

Jesteś w gotowości wedle życzeń szwagra i już prócz kasy "na czarno" NIC z tego nie masz. Pozbawił Cię nawet tego, co na bezrobociu byś miał czyli Twojego czasu.
Jak o tym akurat czytam to mnie wkurw bierze.

Nie wiem jak to możliwe, ale to mi chyba umknęło. Czy ja dobrze rozumiem, Shini, że szwagier wbrew deklaracjom nadal prowadzi swoją działalność, ale Tobie płaci na czarno? I jeszcze wymaga, abyś był w gotowości do stawienia się na wezwanie?

2,774

Odp: Co to znaczy żyć?

Priscilla, mnie z różnych fragmentów tego, co Shini pisał i z wiedzy tzw. ogólnej na temat taki się obrazek ułożył. Mogę się mylić, bo jednak układałam go z niewielkich fragmentów zawartych w jego postach, a i nieomylna nie jestem. Trudno rzec, czy Tobie coś umknęło czy ja ułożyłam (niechcący) obrazek nieprawdziwy i się nim podzieliłam. 
Sam Shini nic takiego wprost nie napisał.

2,775

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Przy takim podejściu z pracą będzie jeszcze trudniej. Tam również będzie: "co jeśli popełnię błąd?”, "co jeśli ktoś mnie oceni?”, "co jeśli zapyta, gdzie pracowałem?”, "co jeśli sobie nie poradzę?”. Można w nieskończoność wymyślać kolejne "co jeśli”, ale od tego lęk nie zniknie.

Mam wrażenie, że Ty czekasz, aż najpierw przestaniesz się bać, żeby móc zacząć działać, a - tu znowu - jest dokładnie odwrotnie, bo trzeba zacząć działać pomimo tego, że się boisz. Inaczej nie ruszysz z miejsca. No i zawsze znajdzie się wystarczająco dobry powód, żeby szukać pracy tak, żeby jej przypadkiem nie znaleźć.

Wierzę, że to było bardzo ważne pół roku, ale... to nie było o tym, a o niej, o tym, co nawywijała i że Twoje przekonanie na jej temat a realia, to dwie zupełnie inne bajki.

Sam spójrz - coś się działo, prawdopodobnie coś ważnego, a jednak Ty NIC o tym nie wiedziałeś, co znaczy, że coś przed Tobą ukrywała. I właśnie to pokazuje, że pół roku było zdecydowanie za krótkim czasem, żebyś mógł twierdzić, że naprawdę ją znałeś. 
Tak nie postępuje osoba, która jest z Tobą naprawdę blisko i traktuje Cię jak partnera. Bliska osoba mówi, że ma problem, że źle się dzieje albo że potrzebuje czegoś od związku. Ona tego NIE zrobiła.
Ponadto sama ta kwestia, że chodziło o pieniądze... No sorry, ale idealizujesz ją tylko dlatego, że wprowadzila do Twojego życia coś dobrego. 

Może więc problem polega właśnie na tym, że nie tyle straciłeś kobietę, którą znałeś, ile zderzyłeś się z tym, że kobieta, którą przez pół roku poznawałeś, okazała się kimś innym, niż Ci się wydawało, jednak za cholerę nie potrafisz tego do siebie dopuścić.

Tyle tylko, że to jest Twoje osobiste przekonanie, a w życiu wygląda to jednak inaczej.

Sam ze sobą masz tyle problemów, że brak pracy być może jest najmniejszym z nich, jeśli mowa o możliwości stworzenia z kimś zdrowej relacji.

Wiem, że lęk nie zniknie, w pracy bez wątpienia będzie jeszcze gorzej. W pracy nie można sobie pozwolić na nawet najmniejszy błąd. Nigdzie indziej nie trzeba być tak idealnym jak w pracy.

Jak zacząć działać mimo takiego lęku? To się wydaje całkowicie nierealne. Nie przy takim poziomie lęku.

To było najważniejsze pół roku w moim życiu.

Skoro to przede mną ukryła to znaczy, że nie ufała mi na tyle by o tym powiedzieć. To źle świadczy jedynie o mnie. Myślałem, że byłem dobrym partnerem ale jak widać nie dość dobrym. Dlatego tak bardzo się o to obwiniam. Gdybym był lepszym chłopakiem, gdybyśmy szybciej zamieszkali razem, gdybym bardziej drążył temat tych "inwestycji" pewnie by do tego nie doszło. Powinienem ją chronić, czy to nie jest rolą mężczyzny? Zawiodłem na całej linii jako jej chłopak i jako mężczyzna.

Nie wierzę w to, że ona była zupełnie inna niż to co widziałem przez te pół roku. To nie była osoba zdolna do manipulacji czy takich kłamstw, a jeśli była to robiła to mega dobrze. Oba była podobna do mnie, niepewna siebie, z niską samooceną, też się obwiniała o wiele rzeczy, też miała wiele lęków, też jej brakowało kontaktu, szczególnie fizycznego. Taka osoba nie jest zdolna do przestępstw z premedytacją.

Więc jak to wygląda w życiu?

Co może być większym problemem niż brak pracy jeśli chodzi o stworzenie relacji? Nie licząc oczywiście jakichś uzależnień typu alkohol albo bycie przemocowcem.

Bert44 napisał/a:

Shini to tylko motywacja. Tylko chec dzialania. Ty chcesz czekac na panne zeby cos zrobic. Bo jak piszesz da sie ale narzuciles sobie warunek - jak bedzie panna wezme sie za siebie. Teraz nie mam dla kogo. Otorz masz - dla siebie

Jestes megaspecjalistą od kółek i zapętlania. Lubisz sobie związać ręce. 

Nie ma panny - nic robię (a mogę).

Jak dlugo nic nie robisz nie będziesz miał panny.

Nie ma panny - nic robię (a mogę).

Jak dlugo nic nie robisz nie będziesz miał panny.

Nie ma panny - nic robię (a mogę).

Jak dlugo nic nie robisz nie będziesz miał panny.

Sam poszukaj gdzie mozesz naruszyc ta strukture geometryczna

No nie moge - wybierz sie chociaz na ten weekendowy wolontariat. Za nieobecnosc mandatu nie dostaniesz. Skoncz z "nie" spróbuj choc w tej blahej sprawie "tak". Moje dzieci bawia sie w wolontariat - sprzatanie, zwierzeta itp. Ty jako dorosly mozesz wejsc w grubsze sprawy smile

Nie mam bo ja nie jestem nic warty. Ona była warta wszystkiego bo zdołała pokochać kogoś takiego jak ja.

Gdybym był tym mega specjalistą to potrafiłbym na tym zarobić, a nie potrafię zarobić na niczym.

Dlatego od dawna pisałem, że to jedno z błędnych kół w jakich tkwię. Nic nie rozwija tak bardzo jak związek i posiadanie w pobliżu ukochanej osoby ale żeby taka osoba się pojawiła trzeba albo już być rozwiniętym albo mieć ogromne szczęście. Ja to drugie już miałem i straciłem. Pierwsze jest niemożliwe do osiągnięcia jak samo koło wskazuje. Jak miałbym naruszyć strukturę, w której nie ma żadnych luk?

Jak tylko będę miał jakiś wolny weekend to spróbuję, dwa najbliższe mam zajęte. Jakie grubsze sprawy to mogłyby być?

Muqin napisał/a:

[lNie bardzo wiesz, ale jednak jakoś to trochę dokładniej opisałeś i ok, , z wielce ogólnego "lęk" można już coś bardziej konkretnego poanalizować.

Lęk przed nieznanym zostawiamy, w tym nie ma co dłubać, bo każdy go odczuwa, tu kwestią jest skala. Tak, wiem, że u Ciebie jest bardzo duża, ale nadal nie ma co analizować, tego doświadcza każdy, który podejmuje coś nowego.

Lęk przed oceną - to też ma każdy, kwestia skali czyli jak wyżej, nie ma w czym dłubać na tym etapie.

Lęk przed pytaniami rodziców - a tu już jest w czym podłubać. Mógłbyś to rozwinąć?  Ja się różnych rzeczy domyślam, ale to Ty wiesz, o co biega.

A co, jeśli bardziej zaszkodzę temu komuś? Jak wyżej, spróbuj na przykładzie tego konkretnego wolontariatu przybliżyć mi, jak mianowicie mógłbyś zaszkodzić temu ( w tym momencie dosyć konkretnemu) komuś.

Co jeśli ktoś zapyta, gdzie pracujesz? a to proste akurat, mówisz, wyobraź sobie , zwyczajną prawdę. Jesteś bezrobotny, szukasz pracy i masz czasu więcej niż pracując, zatem chcesz robić coś pożytecznego dla innych. Skutkiem takiej Twojej odpowiedzi ten, który zapytał nabiera przekonania, ze dzisiejsi młodzi ludzie nie są aż tak egocentryczni jak to o nich piszą w mediach. smile

A co, jeśli popełnię jakiś błąd i ktoś to zobaczy - jak wyżej, spróbuj na przykładzie tego konkretnego wolontariatu , bez uogólniania.

Jeśli dręczą cię pytania to należy sobie na nie odpowiedzieć, to najprostsza droga. Odpowiedzieć, ale nie na poziomie ogólnym, tylko konkretu.

Przy okazji wyszło mi, że, choć zapewne tego nie dostrzegasz, że szwagier właśnie Cię ustawił z pracą w najgorszy z możliwych sposobów, zrobił sobie z Ciebie niewolnika.
O ile przedtem przynajmniej byłeś formalnie zatrudniony, co dawało Ci jakieś profity, o tyle teraz? Teraz to pierwsza lepsza praca w umownej "Biedronce" byłaby lepsza, tam może byś chociaż jakiegoś nowego kumpla poznał czy dziewczynę. I pensja by nie zależała tak w 100% od widzimisię szwagra.
Shini, ja wiem, jak to działa, z tymi rodzinnymi działalnościami i uwierz, wychodzisz na tym jak przysłowiowy Zabłocki na mydle.  Masz z tego tylko uznaniową kasę na czarno, za to tracisz ileś możliwości zmian w życiu.

Jesteś w gotowości wedle życzeń szwagra i już prócz kasy "na czarno" NIC z tego nie masz. Pozbawił Cię nawet tego, co na bezrobociu byś miał czyli Twojego czasu.
Jak o tym akurat czytam to mnie wkurw bierze.

W lęku przed pytaniami rodziców chodzi o to, że nie wiedziałbym jak wytłumaczyć pójście na coś takiego jak wolontariat. Przecież to nie praca, z tego nie ma pieniędzy, nie będzie późniejszej pracy. Dla rodziców to byłoby jedynie marnowanie czasu, który powinienem poświęcić na szukanie pracy. Nawet z późnych powrotów z siłowni musiałem się tłumaczyć więc co by było w tym przypadku. Kiedy byłem z dziewczyną wszystko było usprawiedliwione. Mogłem nie wracać po 2 dni i nic z tego nie było bo przecież byłem z dziewczyną czyli robiłem to co powinienem. Każde wyjście z domu muszę jakoś tłumaczyć i uzasadniać.

W tej chwili niestety nie pamiętam jaki to dokładnie był wolontariat. Mówiąc bardziej ogólnie w wolontariacie chodzi o pomaganie komuś lub robienie czegoś na korzyść czyjąś lub jakiejś organizacji czyż nie? Trzeba wiedzieć jak pomóc, co zrobić by faktycznie pomogło, a nie właśnie zaszkodziło. To się niewiele różni od pracy, błąd może sporo kosztować. Pomagając komuś choremu trzeba wiedzieć co jest tej osobie i czego nie robić żeby nie pogorszyć jej stanu.

Serio nie pomyślał bym, że ktokolwiek mógłby tak do tego podejść. Przecież bezrobotny chyba każdemu kojarzy się z leniem, nierobem, pasożytem albo jeszcze gorzej, z kimś kogo wywalają z każdej roboty. Szczególnie dla potencjalnej partnerki to byłby chyba najgorszy z możliwych redflagów. Bezrobotnego nie stać na randki, prezenty czy wakacje. Ktoś taki od razu się kojarzy z brakiem ambicji, możliwości i biedą. Gdyby ktokolwiek się dowiedział od razu byłbym kimś gorszej kategorii, szczególnie mając tyle lat ile mam. W tym wieku powinienem już mieć konkretną pozycję zawodową i budować majątek, a nie być na etapie nastolatka.

Co do błędu to wyżej już chyba wystarczająco opisałem.

Akurat w Biedronce pensja zapewne byłaby większa niż kiedykolwiek miałem, jak i w każdej innej pracy. Raczej na samym początku popełnił bym jakiś błąd przez co od początku stałbym się pośmiewiskiem dla współpracowników, lub co gorsza chłopcem do wykorzystywania. Sam fakt, że po kilka razy dziennie siedzę w toalecie już byłby sporym źródłem problemów. Nie zliczę ile razy sobie wyobrażałem różne opcje pracy, które to siedzenie w toalecie całkowicie by uniemożliwiło. W dotychczasowej pracy mogłem się utrzymać mimo tego chyba tylko dzięki temu, że to rodzina. Z każdej innej pewnie już dawno by mnie wyrzucili. Poza tym jest dokładnie jak piszesz, nie mam ani etatu, ani lepszych pieniędzy, ani czasu, ani energii.

sebastiannn napisał/a:

Jeśli nie wierzysz w jej winę i nadal chciałbyś aby wróciła do Ciebie i masz do niej uczucia to podejmujesz jakieś działania w jej kierunku? Aby zdobyć więcej informacji, być może w czymś pomóc. To już chyba długo trwa, przecież nie może to trwać latami.

Nie mogę nic zrobić. Nie mam znajomości w policji czy w prokuraturze. Jej siostra nie chce mi nawet odpisywać, jej najlepsza przyjaciółka tak samo. Nikt nie chce mi nic więcej powiedzieć. Z tego co wiem może to trwać rok, który minie w listopadzie. Oczywiście to tylko jeśli dobrze pójdzie bo w praktyce to może trwać kilka lat.

Priscilla napisał/a:

Nie wiem jak to możliwe, ale to mi chyba umknęło. Czy ja dobrze rozumiem, Shini, że szwagier wbrew deklaracjom nadal prowadzi swoją działalność, ale Tobie płaci na czarno? I jeszcze wymaga, abyś był w gotowości do stawienia się na wezwanie?

Całkiem dobrze rozumiesz. Jednak gdyby nie to nie miałbym żadnych pieniędzy, a oszczędności kiedyś by się skończyły. Poza tym gdyby nie robota i gdyby nie trening to niemal w ogóle nie wychodził bym z domu. Już lepiej pójść na robotę niż zmarnować cały dzień siedząc przed komputerem i dodatkowo jeszcze niszczyć sobie zdrowie. Już teraz mam coraz słabszy wzrok, niemal ciągły ból głowy i pleców, a i tak siedzę przed komputerem mniej niż chociażby przed pójściem na siłownię. Z tym stawieniem się na wezwanie wygląda to mniej więcej tak. Domyślnie robota jest codziennie ale zawsze może się okazać, że z jakiegoś powodu danego dnia jej nie będzie. Nie raz będąc gotowym do roboty o 7 rano dowiaduję się, że jednak tego dnia jej nie będzie. W ten sposób nie da się niczego zaplanować, a poza siłownią nie mam gdzie pójść bez wcześniejszego zaplanowania. Więc pozostaje tylko siedzieć w domu. Nie raz też jest tak, że nie wiem, o której godzinie robota się zacznie i czekam na telefon, nie wiadomo jak długo więc też mogę tylko siedzieć w domu i czekać na wezwanie.

Na koniec jeszcze historia z dziś. Obawiam się, że moja historia na siłowni może się skończyć równie szybko jak się zaczęła. Trening powinien wyzwalać pozytywne emocje i hormony, powinienem się czuć lepiej po treningu. Jednak już dawno nie czułem się tak źle jak dziś. Do tej znałem jedynie samotność w wersji totalnej czyli po prostu będąc samemu. Teraz coraz częściej zaczynam się przekonywać czym jest samotność w tłumie. Na siłowni jest sporo ludzi w tym wiele ładnych dziewczyn. Ci ludzie ze sobą rozmawiają, oni tam wszyscy się znają, inni faceci rozmawiają z tymi dziewczynami jakby się znali od dawna co pewnie jest prawdą. Ja ponownie jestem niewidzialny w tłumie. Czuję się niesamowicie źle bo chciałbym pogadać z tymi ludźmi, szczególnie z jakąś dziewczyną, a nie mogę bo jestem tam totalnie obcy. Nikogo nie znam spoza siłowni i z nikim nie mam nawet żadnego tematu do rozpoczęcia rozmowy. Jednak nie to jest najgorsze. Najgorsze jest kiedy patrzę w lustro, a na siłowni jest ich dużo. Nie mogę już nawet spojrzeć na siebie w lustrze, czuję do siebie coraz większą nienawiść ilekroć patrzę w lustro. Nawet zaczynam zauważać, że wyglądam dużo gorzej niż myślałem. Szczególnie ten brak włosów wręcz niesamowicie pogarsza mój ogólny wygląd. Dodatkowo broda i stale podkrążone oczy sprawiają, że wyglądam chyba z 10 lat starzej. Z włosami mam najgorsze możliwe połączenie bo z przodu i na środku ich nie mam, a pozostałe rosną dość szybko. Przez to cały czas wyglądam jak jakiś alkoholik po 40. Jak Jason Statham po roku w Rosji.

2,776

Odp: Co to znaczy żyć?

Specjalistą nie jestem ale słuchałem wywiadu z terapeutą dotyczącego lęku. Ponoć jest tylko jeden sposób na pokonanie go. Wystawianie sie na ten lęk tak długo aż zaczbie ustępować. Obawiasz się tego, tamtego - to działaj i wystawiaj sie na ten lęk. Lęk jak lęk - sytuacje go generujace mogą być bardziej lub mniej intensywne. Zacznij od mniejszych, powtarzaj, zwiększaj skalę a z czasem lęk osłabienie. Jako że dobrze analizujesz i świetnie opisujesz swoje lęki to teraz równie świetnie poszukaj niekomfortowych sytuacji generujacych ten stan i wystawiaj sie na nie. Świadomie. Zacznij od wersji "light". 

Nawet nie bede przykładów pisał bo i tak powiesz ze to niemożliwe - sam pomyśl

2,777

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Wiem, że lęk nie zniknie, w pracy bez wątpienia będzie jeszcze gorzej. W pracy nie można sobie pozwolić na nawet najmniejszy błąd. Nigdzie indziej nie trzeba być tak idealnym jak w pracy.

Jak zacząć działać mimo takiego lęku? To się wydaje całkowicie nierealne. Nie przy takim poziomie lęku.

Przede wszystkim musisz przestać ten lęk dokarmiać, a póki co dostarczasz mu całe tony pożywek.
I wybacz, ale jednak za bardzo się nad sobą użalasz i pomijając fakt, że na tym etapie chwilami jest to po prostu irytujące, to dla Ciebie niewątpliwie destrukcyjne, bo ściąga Cię na dno.

Shinigami napisał/a:

Skoro to przede mną ukryła to znaczy, że nie ufała mi na tyle by o tym powiedzieć. To źle świadczy jedynie o mnie. Myślałem, że byłem dobrym partnerem ale jak widać nie dość dobrym. Dlatego tak bardzo się o to obwiniam. Gdybym był lepszym chłopakiem, gdybyśmy szybciej zamieszkali razem, gdybym bardziej drążył temat tych "inwestycji" pewnie by do tego nie doszło. Powinienem ją chronić, czy to nie jest rolą mężczyzny? Zawiodłem na całej linii jako jej chłopak i jako mężczyzna.

Ja to widzę trochę inaczej, poprzednio napisałam jak i chyba nie czuję potrzeby, aby z Tobą polemizować, jeśli Twoja wersja jest dla Ciebie jedyną słuszną. 

Shinigami napisał/a:

Nie wierzę w to, że ona była zupełnie inna niż to co widziałem przez te pół roku. To nie była osoba zdolna do manipulacji czy takich kłamstw, a jeśli była to robiła to mega dobrze. Oba była podobna do mnie, niepewna siebie, z niską samooceną, też się obwiniała o wiele rzeczy, też miała wiele lęków, też jej brakowało kontaktu, szczególnie fizycznego. Taka osoba nie jest zdolna do przestępstw z premedytacją.

A Ty wiesz, że ludzie, którzy zdolni są do zaplanowanego morderstwa przez otoczenie bardzo często postrzegani są jako spokojni i uprzejmi, a pedofile to nierzadko ci mili wujkowie, o których rodzice ofiar nawet nie pomyślą, że są do tego zdolni? Tak tylko wspominam...

Raz jeszcze powtórzę: za coś ją jednak osadzili i to na takich zasadach, które jasno wskazują, że to musiała być bardzo gruba sprawa.

Shinigami napisał/a:

Więc jak to wygląda w życiu?

Co może być większym problemem niż brak pracy jeśli chodzi o stworzenie relacji? Nie licząc oczywiście jakichś uzależnień typu alkohol albo bycie przemocowcem.

O nie, nie dam się już na to nabrać wink Te tematy były już tak wiele razy tutaj poruszane, że... Ale może porusz to na terapii?

2,778

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

W pracy nie można sobie pozwolić na nawet najmniejszy błąd. Nigdzie indziej nie trzeba być tak idealnym jak w pracy.

Chyba trochę przesadzasz. Zwłaszcza, że szukasz zwykłej normalnej pracy, jak popełnisz błąd to nic, a jak popełnisz duży to co? Nie pójdziesz do więzienia tylko do innej pracy co najwyżej.

Shinigami napisał/a:

Nie mogę nic zrobić. Nie mam znajomości w policji czy w prokuraturze. Jej siostra nie chce mi nawet odpisywać, jej najlepsza przyjaciółka tak samo. Nikt nie chce mi nic więcej powiedzieć. Z tego co wiem może to trwać rok, który minie w listopadzie. Oczywiście to tylko jeśli dobrze pójdzie bo w praktyce to może trwać kilka lat.

Rozumiem, że mówisz o tym listopadzie, bo widzę, że trochę się to już ciągnie. To listopad już naprawdę niedługo.... może się ułoży.
Chociaż jak piszesz o kilku latach (że jest taka duża możliwość) w izolacji to już nie brzmi optymistycznie.

Shinigami napisał/a:

Nie raz też jest tak, że nie wiem, o której godzinie robota się zacznie i czekam na telefon, nie wiadomo jak długo więc też mogę tylko siedzieć w domu i czekać na wezwanie.

A masz jakieś dodatki, czy lepszą stawkę za to, że jesteś pod telefonem?

2,779

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Co może być większym problemem niż brak pracy jeśli chodzi o stworzenie relacji? Nie licząc oczywiście jakichś uzależnień typu alkohol albo bycie przemocowcem.

W lęku przed pytaniami rodziców chodzi o to, że nie wiedziałbym jak wytłumaczyć pójście na coś takiego jak wolontariat. Przecież to nie praca, z tego nie ma pieniędzy, nie będzie późniejszej pracy. Dla rodziców to byłoby jedynie marnowanie czasu, który powinienem poświęcić na szukanie pracy. Nawet z późnych powrotów z siłowni musiałem się tłumaczyć więc co by było w tym przypadku. Kiedy byłem z dziewczyną wszystko było usprawiedliwione. Mogłem nie wracać po 2 dni i nic z tego nie było bo przecież byłem z dziewczyną czyli robiłem to co powinienem. Każde wyjście z domu muszę jakoś tłumaczyć i uzasadniać.

W tej chwili niestety nie pamiętam jaki to dokładnie był wolontariat. Mówiąc bardziej ogólnie w wolontariacie chodzi o pomaganie komuś lub robienie czegoś na korzyść czyjąś lub jakiejś organizacji czyż nie? Trzeba wiedzieć jak pomóc, co zrobić by faktycznie pomogło, a nie właśnie zaszkodziło. To się niewiele różni od pracy, błąd może sporo kosztować. Pomagając komuś choremu trzeba wiedzieć co jest tej osobie i czego nie robić żeby nie pogorszyć jej stanu.

Serio nie pomyślał bym, że ktokolwiek mógłby tak do tego podejść. Przecież bezrobotny chyba każdemu kojarzy się z leniem, nierobem, pasożytem albo jeszcze gorzej, z kimś kogo wywalają z każdej roboty. Szczególnie dla potencjalnej partnerki to byłby chyba najgorszy z możliwych redflagów. Bezrobotnego nie stać na randki, prezenty czy wakacje. Ktoś taki od razu się kojarzy z brakiem ambicji, możliwości i biedą. Gdyby ktokolwiek się dowiedział od razu byłbym kimś gorszej kategorii, szczególnie mając tyle lat ile mam. W tym wieku powinienem już mieć konkretną pozycję zawodową i budować majątek, a nie być na etapie nastolatka.

Co do błędu to wyżej już chyba wystarczająco opisałem.

Akurat w Biedronce pensja zapewne byłaby większa niż kiedykolwiek miałem, jak i w każdej innej pracy. Raczej na samym początku popełnił bym jakiś błąd przez co od początku stałbym się pośmiewiskiem dla współpracowników, lub co gorsza chłopcem do wykorzystywania. Sam fakt, że po kilka razy dziennie siedzę w toalecie już byłby sporym źródłem problemów. Nie zliczę ile razy sobie wyobrażałem różne opcje pracy, które to siedzenie w toalecie całkowicie by uniemożliwiło. W dotychczasowej pracy mogłem się utrzymać mimo tego chyba tylko dzięki temu, że to rodzina. Z każdej innej pewnie już dawno by mnie wyrzucili. Poza tym jest dokładnie jak piszesz, nie mam ani etatu, ani lepszych pieniędzy, ani czasu, ani energii.

Co może być większym problemem w stworzeniu relacji niż brak pracy, Shini?
Twoje totalne podporządkowanie rodzicom/rodzinie czyli to, że jesteś w stanie robić tylko to, co ich zdaniem jest ok. To, że jesteś jak posłuszny chłopczyk, ktory robi , co mu każą i nie zrobi nic, jeśli dojdzie do wniosku, że rodzicom może się to nie spodobać.
To jest, obawiam się problem, którego nie widzisz.

Nie wiedziałbyś, jak wytłumaczyć rodzicom podjęcie wolontariatu?
Po pierwsze to człowiek dorosły nie tłumaczy się rodzicom ze swoich decyzji. Tak ogólnie.
Po drugie, już w odniesieniu do Ciebie - w ogóle mógłbyś im się z wolontariatu nie zwierzać, bo to Twój czas, Twoja sprawa i Twoje życie.  To nie jest ich sprawa, co Ty robisz ze swoim czasem.
I nie mów, że nic się nie da zaplanować - bo skoro na siłownię chodzisz to znaczy, że da się.  Czemu się da? Bo siłownię rodzice akceptują - Shini chodzi na siłownie.
Wolontariatu by nie zaakceptowali - Shini już w tym momencie rezygnuje z koncepcji bycia wolontariuszem. 

Funkcjonujesz w relacji z rodzicami  jak dziecko i to jest ogromny problem, także w ewentualnej przyszłej relacji z kobietą. Bo żadna kobieta tego nie zdzierży.

Shini, jesteś na etapie mocno podporządkowanego rodzicom nastolatka, mentalnie. I TO jest największy Twój problem na teraz. Jak to ruszysz, reszta pójdzie.

Nie pamiętasz, jaki to był wolontariat, ten, o którym mówimy? serio? Shini... ja się specjalnie skupiłam  na konkrecie i swoje już wiem w sprawie Twojego podejścia do wolontariatu - rodzicom by się to nie spodobało, tu się temat zaczyna i kończy.  Boisz się zrobić cokolwiek, co by nie zyskało aprobaty rodziców.

Z tą obecną Twoją sytuacją z pracą miałam ślad nadziei, ze się pomyliłam. Niestety nie. Jesteś ich niewolnikiem i tyle. sad

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Widzę pewien postęp w Twoim do mnie podejściu, jakby ten stereotyp ciut zelżał, może kiedyś... smile

Tekst "on musi poczuć odpowiedzialność" - jasne. I teraz weź to przełóż na praktykę.
Jak zrobić, żeby ktoś coś poczuł?
Jest od strony racjonalnej całkiem świadom pewnych rzeczy. W tym tego, że to jego życie i nikt za niego pewnych rzeczy nie zrobi.
A niech tam, powtórzę się - motorem do działania są emocje, sam rozum racjonalny nie wystarczy, a emocje Shini ma jakie ma, to temat raczej dla terapeutki niż na forum.


Emocje się pojawią kiedy zacznie działać. Ale to trzeba zacząć.

Jeśli nie zacznie prostować głowy i równocześnie działać w realu, nic się nie zmieni. A raczej zmieni na gorsze.
Jeśli zacznie, efekty powoli przyjdą i będą miały wpływ na jego samopoczucie. Dostanie te swoje emocje, które mu pomogą.
Ale zacząć musi bez nich. Ba, musi zacząć z emocjami które będą mu przeszkadzać. Cały czas to robią.



Póki co, on czeka i narzeka.

2,781 Ostatnio edytowany przez RozrabiakaWmalinowymGaju (2026-09-04 19:55:51)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Jak najbardziej jest możliwe powiedzieć sobie STOP.
Tylko że Ty nawet nie próbujesz.
Piszę o małych krokach, co z premedytacją ignorujesz.

W wiedzy o tym, że sam jesteś przyczyną swojego zachowania, nie chodzi o obwinianie się.

Masz tak jak masz na tę chwilę, wiele czynników się na to złożyło.
Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.

Biorąc odpowiedzialność za swój sposób myślenia, przestajac szukać usprawiedliwień, wreszcie dojdziesz do wniosku że Ci to nie służy i chcesz to zmienić.
Poradników jak to zrobić jest mnóstwo. W tym temacie wiedzy jest mnóstwo.
Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
Pisząc wprost, masz chujowy software, który sprawia degradację całego systemu.

Dobra wiadomosc- Ty możesz to sam zmienić. Przed czym się dosyć zawzięcie bronisz.

Zmiana na każdym etapie życia i w każdym wieku ma sens, jeśli służy dobremu.

Ty ledwie zacząłeś dorosłe życie. Choć w tym się zgadzam, możesz długo nie pożyć jeśli tak to będzie wyglądać następne lata a Ty nic nie zrobisz ani na zewnątrz, ani z konfliktem wewnętrznym.

Zmianę warunków możesz sobie zafundować sam- np wyjeżdżając na prace sezonowe z granicę czy w pl.

Na wolontariat tez- mnóstwo freaków z zajawką na małe bio-eko komuny, szuka pomocy w np zakładaniu siedlisk czy uprawianiu roli.

Zgromadzenia religijne i wyjazdy z nimi.

Długo by wymieniać, podałem pierwsze z brzegu sposoby, by totalnie zmienić środowisko i wybić się z utartego rytmu.


Jesteś inteligentny.
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.
Tutaj w swoich racjonalizacjach i sposobie pisania pokazujesz, że Ci inteligencji nie brakuje.
Problem pogłębia się id kilku lat, a Ty już zakładasz że tak pozostanie zamiast skupić się na tym, co REALNIE mógłbyś zrobić.


Nie napisałem że jesteś przebiegły.
Nie sugeruję nigdzie że celowo i świadomie próbujesz manipulować ludźmi, forum.
To są nieświadome mechanizmy.


Jeśli jesteś jak piszesz, uzależniony od komputera, to SUPER!
Dlatego, że widzisz problem i umiesz się do niego przyznać. Od reszty są specjaliści, gdybyś chciał z tym coś zrobić. Chcesz?


W ostatnim swoim akapicie dobitnie pokazujesz, jak bardzo nie przyjmujesz tego co się do Ciebie pisze.
Nigdzie nie przedstawiłem wymagań odnośnie pracy. To jest Twoje a nie moje.
Wyraźnie i kilka razy powtarzałem, że chodzi o wyjście z głowy i zaczęcie REALNYCH działań.
Takich, które sam uznasz za możliwe- to Ty decydujesz. To Ty masz sobie realnie ustawić poprzeczkę.
Ba, najlepiej ustawić ją sporo poniżej i udowadniać sobie że potrafisz, karmić się swoimi codziennymi sukcesami, które będą Cię napędzały by sobie poprzeczkę podnosić.

Wpierdoliles się w szambo i nikt nie oczekuje że jednym susem z niego wyskoczysz. Ale jeden cm dziennie to niemal dwa metry w pół roku.
Nie chciałbyś za pół roku mieć trochę więcej komfortu w życiu, zadowolenia, spokoju w głowie?
Do zrobienia, ale trzeba robić. Choć trochę.


Na początek spróbuj zaakceptować stan obecny. Skończyć z niemożliwymi wymaganiani, których nie masz szans spełnić.
Zrzucić to z siebie.
Obecny styl życia to też jakiś sposób i tak też ludzie żyją.
Przez tydzień rób to co robisz, świadomie.

Marnuj czas, czasem dorabiaj, luz. Nawet miesiąc, w perspektywie życia to nic. Świadomie i uznając, że teraz tak żyjesz i możesz tak żyć całe życie- nic się nie stanie. To powinno uspokoić konflikt wewnętrzny.

Po czasie, który sobie z góry założysz, zrobisz sobie podsumowanie i podejmiesz decyzję co dalej.

Sama świadomość że obecny styl życia też jest ok, powinna być uwalniająca.
W ten sposób powinieneś spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na swoje życie i to, jak chciałbyś by ono wyglądało- realnie a nie w megalomańskich marzeniach.

Jestes w punkcie, gdzie możesz wszystko.

Nikt Ci głowy nie urwie jeśli niczego nie zmienisz, ale będzie to świadome. Czyli, już bez narzekań że np nie masz pracy ani dziewczyny.
Nie masz, bo niczego nie robisz by mieć, bo tak wolisz- no i ok.

A jeśli spróbujesz ruszyć, masz tu kilka osób które będą Cię wspierać. Dobrze byłoby, gdybyś wreszcie zaczął szukać informacji nt tego, jak sam możesz to robić- wspierać sam siebie. Zmieniać swoje myślenie, przekonania.






Odniosę się do posta kierowanego do mnie, w odpowiedzi na ten cytowany powyżej, choć wyraźnie widać że udzielanie się tutaj prowadzi tylko do tego, do czego prowadziło do tej pory.
No nic, don Kichot nadchodzi ponownie!


Shini, tak sprytnie to poobracałeś, że znów jesteśmy w dokładnie tym samym miejscu.

Ludzie dają Ci rozwiązania, Ty na każde z nich wyszukujesz problem.




Shinigami napisał/a:

Nie próbuję bo nie mogę sobie nawet wyobrazić by to było możliwe.

Rozumiem, że Twoja wyobraźnia o tym decyduje?
Zostało Ci wyłożone jak krowie na rowie- POWINIENEŚ WYJSĆ Z GLOWY I RUSZYĆ.
Tylko tak możesz coś zmienić. Małymi krokami.
To one będą Ci pokazywać że się da.

Siedząc w fotelu przed kompem i mieląc w kółko beznadzieję swojego życia, tego nie doświadczysz.
Za to bardzo skutecznie sobie to życie obrzydzisz. Póki co, jesteś na dobrej drodze do tego.
Rozumiem że masz świadomość dokąd prowadzi tą droga?
Takiej chcesz dla siebie?







Shinigami napisał/a:

Tu nie mogę się zgodzić. Warunki zewnętrzne teraz nie są dobre, wcześniej jeszcze bardziej nie były dobre. Tu nie chodzi tylko o warunki bytowe. Chodzi też, a może przede wszystkim o warunki psychiczne i rozwój na tym poziomie, który u mnie praktycznie nie istniał.


Przestań manipulować. Warunki zewnętrzne, czyli ciepło, dach nad głową, bliscy którzy podstawią talerz pod nos.
Nie masz długów, jesteś zdrowy fizycznie, itd itp.

To jest bardzo dużo.

To Twoja głowa nie dowozi, ale z tym też się da zrobić porządek. Sam masz na to wpływ, na sposób swojego myślenia.
Sam możesz je przeprogramować.

Do tego potrzeba Twojej decyzji by ruszyć. By ROBIĆ. Nikt Ci nie zmieni myślenia za Ciebie.





Shinigami napisał/a:

To kim jestem teraz jest efektem tego co oddziaływało na mnie wcześniej. Rodzice, szkoła, internet, gry, anime, totalnie toksyczni i przemocowi rówieśnicy, niemal całkowity brak relacji damsko-męskich w latach szkolnych i studenckich i mógłbym tak jeszcze dalej wymieniać.



No i?
To już się stało i tego nie zmienisz.

Możesz zmienić siebie, bo to co sie stało CIEBIE NIE DEFINIUJE.





Shinigami napisał/a:

Obwiniam się głównie o to, że tak późno poszedłem na terapię i tak późno dowiedziałem się tego wszystkiego co wiem teraz. Dowiedziałem się tego dopiero kiedy mój stan psychiczny zaczął być na krawędzi życia. Jednak chyba najbardziej obwiniam się o stratę dziewczyny, być może jedynej na całe życie tak bliskiej osoby, która dawała też możliwość zmiany otoczenia. Niby wiem, że nie mogłem nic zrobić ale przyrzekłem jej, że nie zniknę bez słowa i będę ją chronił. Nie pomyślałem tylko o tym, że musiałbym ją chronić przed nią samą. I o to, że nie o tym nie pomyślałem obwiniam się chyba najbardziej.


Shini, skończ pierdolić.
Obwiniasz się o stratę dziewczyny, kombinując jakby tu capnąć następną?

Co Ci daje to obwinianie? Aż tak bardzo to lubisz, że nie szukasz sposobów by przestać?

Co Ci niby dala wiedza, którą nabyłeś? Jesteś cały czas w czarnej dupie, bo to co robisz (a raczej nie robisz), jest nieskuteczne.

Kiedy ludzie podają Ci rozwiązania które działają, masz dziesiątki wymówek by ich nie podejmować.

Niektórych z nich małe dziecko wstydziłoby się użyć.





Shinigami napisał/a:

Ja już dawno doszedłem do wniosku, że to wszystko mi nie służy i chcę to zmienić, a mimo to nie jestem w stanie. Z tym software lepiej bym tego nie ujął tylko nadal ta wiedza i świadomość nic nie dają. Odkąd zacząłem tą terapię obalam moje negatywne przekonania i to też nie daje efektów w dalszej perspektywie.



Choćbyś pozjadał wszystkie rozumy, posiadł całą wiedzę, dalej będziesz gdzie jesteś.

Wiedzy trzeba używać do DZIAŁANIA, żeby mogła, nomen omen, działać.

Ty sobie rozważasz. Na pewno od tego przyjdzie zmiana.





Shinigami napisał/a:

Tu też nie mogę się zgodzić, nie mogę sam tego zmienić. Mając wsparcie w postaci dziewczyny dałoby się to zrobić, mam na myśli zmianę otoczenia.


Mając- ale nie masz. Więc po co w ogóle tracić czas na pisanie o tym 

Tylko i wyłącznie Ty możesz coś zmienić.
Skoro brakuje Ci motywacji by to zrobić samemu i dla siebie, najwyraźniej jeszcze nie osiągnąłeś wystarczającego punktu dyskomfortu.

Być może on przyjdzie kiedy rodzice wystawią Cię za drzwi, albo ich zabraknie. Wtedy skończą się cieplarniane warunki, pozwalające na bezczynność i dywagacje bez końca.

Będziesz musiał zarabiać, zajmować się domem, itp.
I wtedy się nagle okaże, że te rzeczy są możliwe do zrobienia. Że się da.









Shinigami napisał/a:

Wybacz ale ja jakoś nie widzę sensu w zmianie na przykład po 50. Wtedy już będzie o wiele za późno na tworzenie swojej rodziny, majątku czy doświadczanie i przeżywanie różnych rzeczy.


Wybaczem.
Sensu to ja nie widzę w Twoim pisaniu. Ludzie w tym wieku robią to wszystko i cieszą się życiem, zaczynając je od nowa.
Gdyby posluchali Ciebie, powinni sobie zamawiac trumny i sie w nich powoli mościć.



Shinigami napisał/a:

Dorosłe życie zaczęło się dawno temu, a raczej powinno się zacząć bo tak naprawdę ono nigdy się nie zaczęło. Nawet nie chodzi o moje zdrowie, ja po prostu nie mogę sobie wyobrazić jakiegokolwiek życia w takim wieku. Teraz bez rodziców bym sobie nie poradził i po paru miesiącach możliwe, że wylądowałbym na ulicy. Oni wiecznie żyć nie będą więc możliwe, że ja umrę razem z nimi. Oczywiście o ile ten cały stres, stan psychiczny i narastająca nienawiść do siebie nie wykończą mnie wcześniej.


Może tak być. To wciąż Twoja decyzja.






Shinigami napisał/a:

Gdyby nie dziewczyna nawet na tydzień bym nie wyjechał z domu, a ty piszesz o wyjeździe za granicę na o wiele dłużej do pracy? Ja nawet na wakacje nie jestem w stanie sam wyjechać i nie chodzi tu o kwestie finansowe. Spokojnie byłoby mnie stać na kilka wyjazdów do krajów jakie zawsze chciałem zobaczyć ale sam nie jestem w stanie nawet zaplanować takiego wyjazdu. Z dziewczyną razem usiedliśmy i w jeden dzień mieliśmy ogarnięty wyjazd na tydzień.



Biedactwo. Ludzie, zaplanujcie mu bo on nie umie. A najlepiej dajcie mu dziewczynę, niech mu życie planuje. 
A wyjazd do sąsiedniego miasta połączony z wizytą w kinie, teatrze, zwiedzaniem to wciąż za dużo dla Ciebie?
Na JEDEN dzień?

A może w następnym kroku na dwa? Nocleg w hotelu?

Tyle razy było powtarzane. MAŁE KROKI.
Pojeździsz po okolicy to w końcu wybierzesz się dalej.
Ale nie, bo przecież lepiej jojczeć że się nie da.





Shinigami napisał/a:

O tych bio-eko komunach, siedliskach itd nigdy w życiu nie słyszałem, będę musiał sprawdzić o co z tym chodzi.



No no, jasne. Już za pół roku czy za rok na pewno otworzysz taką kartę w wyszukiwarce.




Shinigami napisał/a:

Co do zgromadzeń religijnych mam pytanie. Wiem, że jest w tym sporo dziewczyn tylko zawsze się zastanawiałem czy na coś takiego może pójść ktoś kto nie jest wierzący? To znaczy więżący w sposób w jaki naucza kościół. Czy to od razu nie wyjdzie kiedy niemalże ateista znajdzie się w gronie ludzi turbo wierzących? Co do samej wiary to ja wierzę w Boga ale moim zdaniem nie ma on zbyt wiele wspólnego z tym jak opisuje go kościół.


Szukasz towarzystwa czy nie?
To jest jedna z opcji, gdzie Cię przyjmą i będą z Tobą rozmawiać, niezależnie od tego jak wyobrażasz sobie Boga.
Bedziesz móg z nimi dyskutować, mieć interakcję- a to jedna z Twoich wyraznych, niezaspokojonych potrzeb.






Shinigami napisał/a:

I znowu, kolejna osoba wyjeżdża z tą moją inteligencją, która moim zdaniem nie istnieje. Terapeutka powtarza mi to samo i zawsze się z nią o to kłócę. Człowiek inteligentny nie wpakowałby się w sytuację taką jak moja lub szybko znalazłby z niej wyjście. U mnie jeszcze nigdy nic nie działało jak powinno. Szkołę skończyłem z ledwo przeciętnymi ocenami. Na studia poszedłem bo rodzice kazali, ja nie chciałem iść. Tyle tylko, że okazały się całkiem ciekawe więc je skończyłem z nienajgorszymi wynikami. Pracę dostałem po rodzinie bo to była jedyna opcja jaką miałem, nie dało się jej nie dostać. Możliwe, że gdyby nie to to do dziś nie miałbym żadnego doświadczenia zawodowego ani żadnych swoich pieniędzy. Jestem dobry jedynie w analizowaniu i pisaniu, no i w treningu nienajgorszy. Poza tym chyba jestem całkiem dobrym człowiekiem ale to przecież nie ma żadnego znaczenia w świecie dorosłych.


Blablabla

Ludzie mówią jak Cię postrzegają, ale Ty jak zwykle mądrzejszy.






Shinigami napisał/a:

Widzę ten problem o dawna, byłem już u specjalisty od uzależnień. Jedyne co mógłbym zrobić to posiedzieć trochę w ośrodku dla uzależnionych, niestety tego typu uzależnienia nie ma na NFZ, a prywatnie to koszt daleko wykraczający poza moje możliwości.


Możesz zrobić o wiele więcej, ale ja Ci nie będę wyszukiwał możliwości, które Ty będziesz obalał.

Sam sobie poszukasz kiedy przyjdzie odpowiedni moment.

Zresztą, podstawowym błędem ludzi tutaj, też moim,  jest podawanie Ci rozwiązań. Wyraźnie widać co z tym robisz.




Shinigami napisał/a:

Terapeutka też mi powiedziała, że nie raz jej nie słucham i odpalam się z automatu przerywając jej głównie kiedy mówi, że coś mam lub coś mi się udało. Nie ma takiej poprzeczki, która byłaby dla mnie możliwa do przeskoczenia czy tym bardziej podniesienia. Dla mnie cały czas jest wszystko albo nic. Albo idealny sukces albo błąd zakończony śmiercią. Terapeutka powiedziała, że największa krzywda jaką sobie robię to nie pozwalanie sobie na błędy, a ja nie potrafię tego zmienić choćbym nie wiem jak próbował.



A konkretnie- jak wygląda te próby? KONKRETNIE 






Shinigami napisał/a:

Nie ma opcji by akceptacja obecnego stanu rzeczy uspokoiła konflikt wewnętrzny. Tak się nie da przez całe życie, a dla mnie każdy miesiąc może być ostatnim. Wybacz ale nie widzę teraz możliwości uspokojenia tego konfliktu czy tym bardziej nie odczuwania nienawiści do siebie. Naprawdę chciałbym by dało się zrobić jak piszesz ale nie potrafię.

Z czasem jest tylko gorzej.




Nie potrafisz?
A co KONKRETNIE robisz w tym kierunku?






Shinigami napisał/a:

Nie będzie uwalniająca bo obecny styl życia nie jest ani trochę ok. Nie da się zaakcentować czegoś co jest jedynie jednym wielkim błędem i ogromną porażką na chyba każdy poziomie życia. Jestem śmieciem, który nie potrafił pomóc ani bliskiej osobie ani samemu sobie, który nie potrafił pokonać demonów z przeszłości i pójść swoją świadomą drogą przez co zmarnował sobie życie. Wierz mi, że naprawdę chciałbym spojrzeć na to wszystko w sposób jaki opisujesz ale tego też nie potrafię, próbowałem wielokrotnie.



Jak próbowałeś? KONKRETY

Nie wierzę Ci za grosz, dlatego dopytuję.
Wielokrotnie udowodniłeś, że nie robisz niczego w tych kwestiach.

Jeśli się mylę, odnieś się konkretnie do moich pytań, podaj sytuacje, sposoby i techniki których używałeś, a które nie zadziałały.







Shinigami napisał/a:

Raczej jestem w punkcie gdzie już niezbyt wiele mogę. Mój stan psychiczny zaszedł za daleko, moje przekonania są zbyt silne, moje otoczenie zbyt toksyczne. Nawet jeśli mam możliwości to nie potrafię z nich skorzystać.

Może i nikt mi nie urwie głowy, ale ja sam na pewno. Całe życie ktoś czegoś ode mnie wymagał, teraz ja wymagam od siebie jeszcze więcej niż kiedykolwiek ktoś inny. Ja tak naprawdę cały czas żyje próbując spełniać wymagania rodziców, nauczycielek i kolegów ze szkoły, a do tego trzeba być idealnym. Nie mam bo nie jestem w stanie się nawet zbliżyć do tego ideału, którego wyobrażam sobie, że świat ode mnie wymaga. Nie potrafię pozwolić sobie na błąd i naukę na nim, a już zwłaszcza na to by ktoś to zobaczył i oceniał, tak jak to zawsze było w domu i w szkole. Nie wolę tak i to nie jest ok.




To Twoje ego. JA JA JA JA JA. 

Zbyt dumny by ponieść porażkę, by próbować. Musi być ideał albo nic.
Stosujesz mechanizm znany i ograny. Głos innych z przeszłości przyjąłeś za swój.

Efekt- porażka.
Myślenie do wymiany. To jest do o zrobienia, ale trzeba robić.






Shinigami napisał/a:

Nadal trudno mi uwierzyć, że istnieją ludzie, którym na mnie zależy. Jednak faktycznie tak jest, widzę to tu na forum, widzę to u terapeutki i widziałem to u dziewczyny. Żeby nie było wyłącznie źle to też nie jest tak, że nic nie robię. Poza treningiem czytam książkę, którą poleciła mi terapeutka, cały czas szukam informacji jak cokolwiek zmienić, pytałem o kilka kwestii AI. Próbowałem już wielu sposobów na zmianę myślenia i przekonań, jak dotąd żaden nie zadziałał ale wciąż szukam kolejnych i sprawdzam.


Jakich sposobów? Jakie konkretnie kroki wykknywałeś, jakie ćwiczenia? Jak długo?

KON-KRE-TY



Shinigami napisał/a:

Znów się rozpisałem dłużej niż planowałem ale ja po prostu to lubię, lubię pisać i lubię dyskusję, której mi brakuje w codziennym życiu. Na razie tyle wystarczy, na inne posty odpowiem następnym razem.


No pewnie że lubisz. Fajna formą ucieczki przed działaniem.

WYJDŹ DO ŻYCIA



.


.

.


Shinigami napisał/a:

Obecny styl życia to nie życie tylko wegetacja i to wyjątkowo marna. Dla mnie każde wymaganie jest niemożliwe, a to co teoretycznie byłoby możliwe nie widnieje jako coś mający jakikolwiek wpływ na większą zmianę. Mimo to postaram się choć spróbować zastosować się do tego co tu piszesz.



Konkretnie- co masz zamiar zrobić?


W zasadzie wszystko co tu zostało do Ciebie napisane, sprowadza się do jednej prostej rady- Zacznij oswajać dyskomfort, przed którym uciekasz rujnując sobie życie.
Powoli, spokojnie.


Jeśli podejmiesz próby, będę kibicował.


Jeśli będziesz robił to co dotychczas, miłego marnowania życia. Ja do tego już ręki nie będę przykładał.





Edit.
Nie będę się powtarzał- tutaj coś, co Cię może naprowadzi na dobre tory



https://www.netkobiety.pl/t137538.html#p4268505

2,782

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Jak najbardziej jest możliwe powiedzieć sobie STOP.
Tylko że Ty nawet nie próbujesz.
Piszę o małych krokach, co z premedytacją ignorujesz.

W wiedzy o tym, że sam jesteś przyczyną swojego zachowania, nie chodzi o obwinianie się.

Masz tak jak masz na tę chwilę, wiele czynników się na to złożyło.
Twoje położenie nie wynika z czynników zewnętrznych, bo te są dobre. Wynika z tego, w jaki sposób myślisz.

Biorąc odpowiedzialność za swój sposób myślenia, przestajac szukać usprawiedliwień, wreszcie dojdziesz do wniosku że Ci to nie służy i chcesz to zmienić.
Poradników jak to zrobić jest mnóstwo. W tym temacie wiedzy jest mnóstwo.
Jednym ze sposobów jest rozpoczęcie DZIAŁANIA, od małych kroków.
W ten sposób możesz sobie udowodnić, że masz błędne przekonania.
Pisząc wprost, masz chujowy software, który sprawia degradację całego systemu.

Dobra wiadomosc- Ty możesz to sam zmienić. Przed czym się dosyć zawzięcie bronisz.

Zmiana na każdym etapie życia i w każdym wieku ma sens, jeśli służy dobremu.

Ty ledwie zacząłeś dorosłe życie. Choć w tym się zgadzam, możesz długo nie pożyć jeśli tak to będzie wyglądać następne lata a Ty nic nie zrobisz ani na zewnątrz, ani z konfliktem wewnętrznym.

Zmianę warunków możesz sobie zafundować sam- np wyjeżdżając na prace sezonowe z granicę czy w pl.

Na wolontariat tez- mnóstwo freaków z zajawką na małe bio-eko komuny, szuka pomocy w np zakładaniu siedlisk czy uprawianiu roli.

Zgromadzenia religijne i wyjazdy z nimi.

Długo by wymieniać, podałem pierwsze z brzegu sposoby, by totalnie zmienić środowisko i wybić się z utartego rytmu.


Jesteś inteligentny.
Wszystko u Ciebie do niedawna działało ok. Ponad dwadzieścia lat. Wykształciłeś się w kierunku, gdzie raczej nie można być głąbem.
Z pracą już gorzej, bo poszedłeś po lini najmniejszego oporu. Ale ją podjąłeś i przez lata utrzymywałeś.
Tutaj w swoich racjonalizacjach i sposobie pisania pokazujesz, że Ci inteligencji nie brakuje.
Problem pogłębia się id kilku lat, a Ty już zakładasz że tak pozostanie zamiast skupić się na tym, co REALNIE mógłbyś zrobić.


Nie napisałem że jesteś przebiegły.
Nie sugeruję nigdzie że celowo i świadomie próbujesz manipulować ludźmi, forum.
To są nieświadome mechanizmy.


Jeśli jesteś jak piszesz, uzależniony od komputera, to SUPER!
Dlatego, że widzisz problem i umiesz się do niego przyznać. Od reszty są specjaliści, gdybyś chciał z tym coś zrobić. Chcesz?


W ostatnim swoim akapicie dobitnie pokazujesz, jak bardzo nie przyjmujesz tego co się do Ciebie pisze.
Nigdzie nie przedstawiłem wymagań odnośnie pracy. To jest Twoje a nie moje.
Wyraźnie i kilka razy powtarzałem, że chodzi o wyjście z głowy i zaczęcie REALNYCH działań.
Takich, które sam uznasz za możliwe- to Ty decydujesz. To Ty masz sobie realnie ustawić poprzeczkę.
Ba, najlepiej ustawić ją sporo poniżej i udowadniać sobie że potrafisz, karmić się swoimi codziennymi sukcesami, które będą Cię napędzały by sobie poprzeczkę podnosić.

Wpierdoliles się w szambo i nikt nie oczekuje że jednym susem z niego wyskoczysz. Ale jeden cm dziennie to niemal dwa metry w pół roku.
Nie chciałbyś za pół roku mieć trochę więcej komfortu w życiu, zadowolenia, spokoju w głowie?
Do zrobienia, ale trzeba robić. Choć trochę.


Na początek spróbuj zaakceptować stan obecny. Skończyć z niemożliwymi wymaganiani, których nie masz szans spełnić.
Zrzucić to z siebie.
Obecny styl życia to też jakiś sposób i tak też ludzie żyją.
Przez tydzień rób to co robisz, świadomie.

Marnuj czas, czasem dorabiaj, luz. Nawet miesiąc, w perspektywie życia to nic. Świadomie i uznając, że teraz tak żyjesz i możesz tak żyć całe życie- nic się nie stanie. To powinno uspokoić konflikt wewnętrzny.

Po czasie, który sobie z góry założysz, zrobisz sobie podsumowanie i podejmiesz decyzję co dalej.

Sama świadomość że obecny styl życia też jest ok, powinna być uwalniająca.
W ten sposób powinieneś spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na swoje życie i to, jak chciałbyś by ono wyglądało- realnie a nie w megalomańskich marzeniach.

Jestes w punkcie, gdzie możesz wszystko.

Nikt Ci głowy nie urwie jeśli niczego nie zmienisz, ale będzie to świadome. Czyli, już bez narzekań że np nie masz pracy ani dziewczyny.
Nie masz, bo niczego nie robisz by mieć, bo tak wolisz- no i ok.

A jeśli spróbujesz ruszyć, masz tu kilka osób które będą Cię wspierać. Dobrze byłoby, gdybyś wreszcie zaczął szukać informacji nt tego, jak sam możesz to robić- wspierać sam siebie. Zmieniać swoje myślenie, przekonania.






Odniosę się do posta kierowanego do mnie, w odpowiedzi na ten cytowany powyżej, choć wyraźnie widać że udzielanie się tutaj prowadzi tylko do tego, do czego prowadziło do tej pory.
No nic, don Kichot nadchodzi ponownie!


Shini, tak sprytnie to poobracałeś, że znów jesteśmy w dokładnie tym samym miejscu.

Ludzie dają Ci rozwiązania, Ty na każde z nich wyszukujesz problem.




Shinigami napisał/a:

Nie próbuję bo nie mogę sobie nawet wyobrazić by to było możliwe.

Rozumiem, że Twoja wyobraźnia o tym decyduje?
Zostało Ci wyłożone jak krowie na rowie- POWINIENEŚ WYJSĆ Z GLOWY I RUSZYĆ.
Tylko tak możesz coś zmienić. Małymi krokami.
To one będą Ci pokazywać że się da.

Siedząc w fotelu przed kompem i mieląc w kółko beznadzieję swojego życia, tego nie doświadczysz.
Za to bardzo skutecznie sobie to życie obrzydzisz. Póki co, jesteś na dobrej drodze do tego.
Rozumiem że masz świadomość dokąd prowadzi tą droga?
Takiej chcesz dla siebie?







Shinigami napisał/a:

Tu nie mogę się zgodzić. Warunki zewnętrzne teraz nie są dobre, wcześniej jeszcze bardziej nie były dobre. Tu nie chodzi tylko o warunki bytowe. Chodzi też, a może przede wszystkim o warunki psychiczne i rozwój na tym poziomie, który u mnie praktycznie nie istniał.


Przestań manipulować. Warunki zewnętrzne, czyli ciepło, dach nad głową, bliscy którzy podstawią talerz pod nos.
Nie masz długów, jesteś zdrowy fizycznie, itd itp.

To jest bardzo dużo.

To Twoja głowa nie dowozi, ale z tym też się da zrobić porządek. Sam masz na to wpływ, na sposób swojego myślenia.
Sam możesz je przeprogramować.

Do tego potrzeba Twojej decyzji by ruszyć. By ROBIĆ. Nikt Ci nie zmieni myślenia za Ciebie.





Shinigami napisał/a:

To kim jestem teraz jest efektem tego co oddziaływało na mnie wcześniej. Rodzice, szkoła, internet, gry, anime, totalnie toksyczni i przemocowi rówieśnicy, niemal całkowity brak relacji damsko-męskich w latach szkolnych i studenckich i mógłbym tak jeszcze dalej wymieniać.



No i?
To już się stało i tego nie zmienisz.

Możesz zmienić siebie, bo to co sie stało CIEBIE NIE DEFINIUJE.





Shinigami napisał/a:

Obwiniam się głównie o to, że tak późno poszedłem na terapię i tak późno dowiedziałem się tego wszystkiego co wiem teraz. Dowiedziałem się tego dopiero kiedy mój stan psychiczny zaczął być na krawędzi życia. Jednak chyba najbardziej obwiniam się o stratę dziewczyny, być może jedynej na całe życie tak bliskiej osoby, która dawała też możliwość zmiany otoczenia. Niby wiem, że nie mogłem nic zrobić ale przyrzekłem jej, że nie zniknę bez słowa i będę ją chronił. Nie pomyślałem tylko o tym, że musiałbym ją chronić przed nią samą. I o to, że nie o tym nie pomyślałem obwiniam się chyba najbardziej.


Shini, skończ pierdolić.
Obwiniasz się o stratę dziewczyny, kombinując jakby tu capnąć następną?

Co Ci daje to obwinianie? Aż tak bardzo to lubisz, że nie szukasz sposobów by przestać?

Co Ci niby dala wiedza, którą nabyłeś? Jesteś cały czas w czarnej dupie, bo to co robisz (a raczej nie robisz), jest nieskuteczne.

Kiedy ludzie podają Ci rozwiązania które działają, masz dziesiątki wymówek by ich nie podejmować.

Niektórych z nich małe dziecko wstydziłoby się użyć.





Shinigami napisał/a:

Ja już dawno doszedłem do wniosku, że to wszystko mi nie służy i chcę to zmienić, a mimo to nie jestem w stanie. Z tym software lepiej bym tego nie ujął tylko nadal ta wiedza i świadomość nic nie dają. Odkąd zacząłem tą terapię obalam moje negatywne przekonania i to też nie daje efektów w dalszej perspektywie.



Choćbyś pozjadał wszystkie rozumy, posiadł całą wiedzę, dalej będziesz gdzie jesteś.

Wiedzy trzeba używać do DZIAŁANIA, żeby mogła, nomen omen, działać.

Ty sobie rozważasz. Na pewno od tego przyjdzie zmiana.





Shinigami napisał/a:

Tu też nie mogę się zgodzić, nie mogę sam tego zmienić. Mając wsparcie w postaci dziewczyny dałoby się to zrobić, mam na myśli zmianę otoczenia.


Mając- ale nie masz. Więc po co w ogóle tracić czas na pisanie o tym 

Tylko i wyłącznie Ty możesz coś zmienić.
Skoro brakuje Ci motywacji by to zrobić samemu i dla siebie, najwyraźniej jeszcze nie osiągnąłeś wystarczającego punktu dyskomfortu.

Być może on przyjdzie kiedy rodzice wystawią Cię za drzwi, albo ich zabraknie. Wtedy skończą się cieplarniane warunki, pozwalające na bezczynność i dywagacje bez końca.

Będziesz musiał zarabiać, zajmować się domem, itp.
I wtedy się nagle okaże, że te rzeczy są możliwe do zrobienia. Że się da.









Shinigami napisał/a:

Wybacz ale ja jakoś nie widzę sensu w zmianie na przykład po 50. Wtedy już będzie o wiele za późno na tworzenie swojej rodziny, majątku czy doświadczanie i przeżywanie różnych rzeczy.


Wybaczem.
Sensu to ja nie widzę w Twoim pisaniu. Ludzie w tym wieku robią to wszystko i cieszą się życiem, zaczynając je od nowa.
Gdyby posluchali Ciebie, powinni sobie zamawiac trumny i sie w nich powoli mościć.



Shinigami napisał/a:

Dorosłe życie zaczęło się dawno temu, a raczej powinno się zacząć bo tak naprawdę ono nigdy się nie zaczęło. Nawet nie chodzi o moje zdrowie, ja po prostu nie mogę sobie wyobrazić jakiegokolwiek życia w takim wieku. Teraz bez rodziców bym sobie nie poradził i po paru miesiącach możliwe, że wylądowałbym na ulicy. Oni wiecznie żyć nie będą więc możliwe, że ja umrę razem z nimi. Oczywiście o ile ten cały stres, stan psychiczny i narastająca nienawiść do siebie nie wykończą mnie wcześniej.


Może tak być. To wciąż Twoja decyzja.






Shinigami napisał/a:

Gdyby nie dziewczyna nawet na tydzień bym nie wyjechał z domu, a ty piszesz o wyjeździe za granicę na o wiele dłużej do pracy? Ja nawet na wakacje nie jestem w stanie sam wyjechać i nie chodzi tu o kwestie finansowe. Spokojnie byłoby mnie stać na kilka wyjazdów do krajów jakie zawsze chciałem zobaczyć ale sam nie jestem w stanie nawet zaplanować takiego wyjazdu. Z dziewczyną razem usiedliśmy i w jeden dzień mieliśmy ogarnięty wyjazd na tydzień.



Biedactwo. Ludzie, zaplanujcie mu bo on nie umie. A najlepiej dajcie mu dziewczynę, niech mu życie planuje. 
A wyjazd do sąsiedniego miasta połączony z wizytą w kinie, teatrze, zwiedzaniem to wciąż za dużo dla Ciebie?
Na JEDEN dzień?

A może w następnym kroku na dwa? Nocleg w hotelu?

Tyle razy było powtarzane. MAŁE KROKI.
Pojeździsz po okolicy to w końcu wybierzesz się dalej.
Ale nie, bo przecież lepiej jojczeć że się nie da.





Shinigami napisał/a:

O tych bio-eko komunach, siedliskach itd nigdy w życiu nie słyszałem, będę musiał sprawdzić o co z tym chodzi.



No no, jasne. Już za pół roku czy za rok na pewno otworzysz taką kartę w wyszukiwarce.




Shinigami napisał/a:

Co do zgromadzeń religijnych mam pytanie. Wiem, że jest w tym sporo dziewczyn tylko zawsze się zastanawiałem czy na coś takiego może pójść ktoś kto nie jest wierzący? To znaczy więżący w sposób w jaki naucza kościół. Czy to od razu nie wyjdzie kiedy niemalże ateista znajdzie się w gronie ludzi turbo wierzących? Co do samej wiary to ja wierzę w Boga ale moim zdaniem nie ma on zbyt wiele wspólnego z tym jak opisuje go kościół.


Szukasz towarzystwa czy nie?
To jest jedna z opcji, gdzie Cię przyjmą i będą z Tobą rozmawiać, niezależnie od tego jak wyobrażasz sobie Boga.
Bedziesz móg z nimi dyskutować, mieć interakcję- a to jedna z Twoich wyraznych, niezaspokojonych potrzeb.






Shinigami napisał/a:

I znowu, kolejna osoba wyjeżdża z tą moją inteligencją, która moim zdaniem nie istnieje. Terapeutka powtarza mi to samo i zawsze się z nią o to kłócę. Człowiek inteligentny nie wpakowałby się w sytuację taką jak moja lub szybko znalazłby z niej wyjście. U mnie jeszcze nigdy nic nie działało jak powinno. Szkołę skończyłem z ledwo przeciętnymi ocenami. Na studia poszedłem bo rodzice kazali, ja nie chciałem iść. Tyle tylko, że okazały się całkiem ciekawe więc je skończyłem z nienajgorszymi wynikami. Pracę dostałem po rodzinie bo to była jedyna opcja jaką miałem, nie dało się jej nie dostać. Możliwe, że gdyby nie to to do dziś nie miałbym żadnego doświadczenia zawodowego ani żadnych swoich pieniędzy. Jestem dobry jedynie w analizowaniu i pisaniu, no i w treningu nienajgorszy. Poza tym chyba jestem całkiem dobrym człowiekiem ale to przecież nie ma żadnego znaczenia w świecie dorosłych.


Blablabla

Ludzie mówią jak Cię postrzegają, ale Ty jak zwykle mądrzejszy.






Shinigami napisał/a:

Widzę ten problem o dawna, byłem już u specjalisty od uzależnień. Jedyne co mógłbym zrobić to posiedzieć trochę w ośrodku dla uzależnionych, niestety tego typu uzależnienia nie ma na NFZ, a prywatnie to koszt daleko wykraczający poza moje możliwości.


Możesz zrobić o wiele więcej, ale ja Ci nie będę wyszukiwał możliwości, które Ty będziesz obalał.

Sam sobie poszukasz kiedy przyjdzie odpowiedni moment.

Zresztą, podstawowym błędem ludzi tutaj, też moim,  jest podawanie Ci rozwiązań. Wyraźnie widać co z tym robisz.




Shinigami napisał/a:

Terapeutka też mi powiedziała, że nie raz jej nie słucham i odpalam się z automatu przerywając jej głównie kiedy mówi, że coś mam lub coś mi się udało. Nie ma takiej poprzeczki, która byłaby dla mnie możliwa do przeskoczenia czy tym bardziej podniesienia. Dla mnie cały czas jest wszystko albo nic. Albo idealny sukces albo błąd zakończony śmiercią. Terapeutka powiedziała, że największa krzywda jaką sobie robię to nie pozwalanie sobie na błędy, a ja nie potrafię tego zmienić choćbym nie wiem jak próbował.



A konkretnie- jak wygląda te próby? KONKRETNIE 






Shinigami napisał/a:

Nie ma opcji by akceptacja obecnego stanu rzeczy uspokoiła konflikt wewnętrzny. Tak się nie da przez całe życie, a dla mnie każdy miesiąc może być ostatnim. Wybacz ale nie widzę teraz możliwości uspokojenia tego konfliktu czy tym bardziej nie odczuwania nienawiści do siebie. Naprawdę chciałbym by dało się zrobić jak piszesz ale nie potrafię.

Z czasem jest tylko gorzej.




Nie potrafisz?
A co KONKRETNIE robisz w tym kierunku?






Shinigami napisał/a:

Nie będzie uwalniająca bo obecny styl życia nie jest ani trochę ok. Nie da się zaakcentować czegoś co jest jedynie jednym wielkim błędem i ogromną porażką na chyba każdy poziomie życia. Jestem śmieciem, który nie potrafił pomóc ani bliskiej osobie ani samemu sobie, który nie potrafił pokonać demonów z przeszłości i pójść swoją świadomą drogą przez co zmarnował sobie życie. Wierz mi, że naprawdę chciałbym spojrzeć na to wszystko w sposób jaki opisujesz ale tego też nie potrafię, próbowałem wielokrotnie.



Jak próbowałeś? KONKRETY

Nie wierzę Ci za grosz, dlatego dopytuję.
Wielokrotnie udowodniłeś, że nie robisz niczego w tych kwestiach.

Jeśli się mylę, odnieś się konkretnie do moich pytań, podaj sytuacje, sposoby i techniki których używałeś, a które nie zadziałały.







Shinigami napisał/a:

Raczej jestem w punkcie gdzie już niezbyt wiele mogę. Mój stan psychiczny zaszedł za daleko, moje przekonania są zbyt silne, moje otoczenie zbyt toksyczne. Nawet jeśli mam możliwości to nie potrafię z nich skorzystać.

Może i nikt mi nie urwie głowy, ale ja sam na pewno. Całe życie ktoś czegoś ode mnie wymagał, teraz ja wymagam od siebie jeszcze więcej niż kiedykolwiek ktoś inny. Ja tak naprawdę cały czas żyje próbując spełniać wymagania rodziców, nauczycielek i kolegów ze szkoły, a do tego trzeba być idealnym. Nie mam bo nie jestem w stanie się nawet zbliżyć do tego ideału, którego wyobrażam sobie, że świat ode mnie wymaga. Nie potrafię pozwolić sobie na błąd i naukę na nim, a już zwłaszcza na to by ktoś to zobaczył i oceniał, tak jak to zawsze było w domu i w szkole. Nie wolę tak i to nie jest ok.




To Twoje ego. JA JA JA JA JA. 

Zbyt dumny by ponieść porażkę, by próbować. Musi być ideał albo nic.
Stosujesz mechanizm znany i ograny. Głos innych z przeszłości przyjąłeś za swój.

Efekt- porażka.
Myślenie do wymiany. To jest do o zrobienia, ale trzeba robić.






Shinigami napisał/a:

Nadal trudno mi uwierzyć, że istnieją ludzie, którym na mnie zależy. Jednak faktycznie tak jest, widzę to tu na forum, widzę to u terapeutki i widziałem to u dziewczyny. Żeby nie było wyłącznie źle to też nie jest tak, że nic nie robię. Poza treningiem czytam książkę, którą poleciła mi terapeutka, cały czas szukam informacji jak cokolwiek zmienić, pytałem o kilka kwestii AI. Próbowałem już wielu sposobów na zmianę myślenia i przekonań, jak dotąd żaden nie zadziałał ale wciąż szukam kolejnych i sprawdzam.


Jakich sposobów? Jakie konkretnie kroki wykknywałeś, jakie ćwiczenia? Jak długo?

KON-KRE-TY



Shinigami napisał/a:

Znów się rozpisałem dłużej niż planowałem ale ja po prostu to lubię, lubię pisać i lubię dyskusję, której mi brakuje w codziennym życiu. Na razie tyle wystarczy, na inne posty odpowiem następnym razem.


No pewnie że lubisz. Fajna formą ucieczki przed działaniem.

WYJDŹ DO ŻYCIA



.


.

.


Shinigami napisał/a:

Obecny styl życia to nie życie tylko wegetacja i to wyjątkowo marna. Dla mnie każde wymaganie jest niemożliwe, a to co teoretycznie byłoby możliwe nie widnieje jako coś mający jakikolwiek wpływ na większą zmianę. Mimo to postaram się choć spróbować zastosować się do tego co tu piszesz.



Konkretnie- co masz zamiar zrobić?


W zasadzie wszystko co tu zostało do Ciebie napisane, sprowadza się do jednej prostej rady- Zacznij oswajać dyskomfort, przed którym uciekasz rujnując sobie życie.
Powoli, spokojnie.


Jeśli podejmiesz próby, będę kibicował.


Jeśli będziesz robił to co dotychczas, miłego marnowania życia. Ja do tego już ręki nie będę przykładał.





Edit.
Nie będę się powtarzał- tutaj coś, co Cię może naprowadzi na dobre tory



https://www.netkobiety.pl/t137538.html#p4268505

Tak właśnie małe kroki są najlepsze. Niby takie nic,ale się powoli idzie do przodu jak ten slimok,ale się idzie. Ja właśnie znowu dzisiaj zaczęłam psychoterapie i też właśnie przed chorobą od małych kroków zaczęłam. No od głupiego wstań z łóżka na 2 minuty czasu i potem mogłam do tego łóżka wrócić i Potem znowu trochę większe zadanie aż mnie sie utrwaliło i teraz mogę wykonać różne podstawowe czynności i wiem,że bedzie tylko stopniowo coraz lepiej... to Shini tez powinien zaczac od małych kroków,żeby osiągnąć swój cel niewiem np znaleźć sobie dziewczynę lub pracę jaka lubi

On ma dodatkowo wygodnie,bo mieszka z rodzicami,więc zgaduję że nawet obiady ma pod sam nos podstawiane  xD. Ja mimo depresji i atakow paniki plus realnych problemów ze zdrowiem to musze jednak zadbać o to by córka miała obiad i w miarę było czysto w domu i by spedzic z nią czas jakoś... Shini może nie chce się wyprowadzić,bo mu wygodnie

MALE KROPKI no właśnie musi się nauczyć łączyć małe kropki  big_smile

2,783 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-04 21:55:38)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Co może być większym problemem niż brak pracy jeśli chodzi o stworzenie relacji? Nie licząc oczywiście jakichś uzależnień typu alkohol albo bycie przemocowcem.

W lęku przed pytaniami rodziców chodzi o to, że nie wiedziałbym jak wytłumaczyć pójście na coś takiego jak wolontariat. Przecież to nie praca, z tego nie ma pieniędzy, nie będzie późniejszej pracy. Dla rodziców to byłoby jedynie marnowanie czasu, który powinienem poświęcić na szukanie pracy. Nawet z późnych powrotów z siłowni musiałem się tłumaczyć więc co by było w tym przypadku. Kiedy byłem z dziewczyną wszystko było usprawiedliwione. Mogłem nie wracać po 2 dni i nic z tego nie było bo przecież byłem z dziewczyną czyli robiłem to co powinienem. Każde wyjście z domu muszę jakoś tłumaczyć i uzasadniać.

W tej chwili niestety nie pamiętam jaki to dokładnie był wolontariat. Mówiąc bardziej ogólnie w wolontariacie chodzi o pomaganie komuś lub robienie czegoś na korzyść czyjąś lub jakiejś organizacji czyż nie? Trzeba wiedzieć jak pomóc, co zrobić by faktycznie pomogło, a nie właśnie zaszkodziło. To się niewiele różni od pracy, błąd może sporo kosztować. Pomagając komuś choremu trzeba wiedzieć co jest tej osobie i czego nie robić żeby nie pogorszyć jej stanu.

Serio nie pomyślał bym, że ktokolwiek mógłby tak do tego podejść. Przecież bezrobotny chyba każdemu kojarzy się z leniem, nierobem, pasożytem albo jeszcze gorzej, z kimś kogo wywalają z każdej roboty. Szczególnie dla potencjalnej partnerki to byłby chyba najgorszy z możliwych redflagów. Bezrobotnego nie stać na randki, prezenty czy wakacje. Ktoś taki od razu się kojarzy z brakiem ambicji, możliwości i biedą. Gdyby ktokolwiek się dowiedział od razu byłbym kimś gorszej kategorii, szczególnie mając tyle lat ile mam. W tym wieku powinienem już mieć konkretną pozycję zawodową i budować majątek, a nie być na etapie nastolatka.

Co do błędu to wyżej już chyba wystarczająco opisałem.

Akurat w Biedronce pensja zapewne byłaby większa niż kiedykolwiek miałem, jak i w każdej innej pracy. Raczej na samym początku popełnił bym jakiś błąd przez co od początku stałbym się pośmiewiskiem dla współpracowników, lub co gorsza chłopcem do wykorzystywania. Sam fakt, że po kilka razy dziennie siedzę w toalecie już byłby sporym źródłem problemów. Nie zliczę ile razy sobie wyobrażałem różne opcje pracy, które to siedzenie w toalecie całkowicie by uniemożliwiło. W dotychczasowej pracy mogłem się utrzymać mimo tego chyba tylko dzięki temu, że to rodzina. Z każdej innej pewnie już dawno by mnie wyrzucili. Poza tym jest dokładnie jak piszesz, nie mam ani etatu, ani lepszych pieniędzy, ani czasu, ani energii.

Co może być większym problemem w stworzeniu relacji niż brak pracy, Shini?
Twoje totalne podporządkowanie rodzicom/rodzinie czyli to, że jesteś w stanie robić tylko to, co ich zdaniem jest ok. To, że jesteś jak posłuszny chłopczyk, ktory robi , co mu każą i nie zrobi nic, jeśli dojdzie do wniosku, że rodzicom może się to nie spodobać.
To jest, obawiam się problem, którego nie widzisz.

Nie wiedziałbyś, jak wytłumaczyć rodzicom podjęcie wolontariatu?
Po pierwsze to człowiek dorosły nie tłumaczy się rodzicom ze swoich decyzji. Tak ogólnie.
Po drugie, już w odniesieniu do Ciebie - w ogóle mógłbyś im się z wolontariatu nie zwierzać, bo to Twój czas, Twoja sprawa i Twoje życie.  To nie jest ich sprawa, co Ty robisz ze swoim czasem.
I nie mów, że nic się nie da zaplanować - bo skoro na siłownię chodzisz to znaczy, że da się.  Czemu się da? Bo siłownię rodzice akceptują - Shini chodzi na siłownie.
Wolontariatu by nie zaakceptowali - Shini już w tym momencie rezygnuje z koncepcji bycia wolontariuszem. 

Funkcjonujesz w relacji z rodzicami  jak dziecko i to jest ogromny problem, także w ewentualnej przyszłej relacji z kobietą. Bo żadna kobieta tego nie zdzierży.

Shini, jesteś na etapie mocno podporządkowanego rodzicom nastolatka, mentalnie. I TO jest największy Twój problem na teraz. Jak to ruszysz, reszta pójdzie.

Nie pamiętasz, jaki to był wolontariat, ten, o którym mówimy? serio? Shini... ja się specjalnie skupiłam  na konkrecie i swoje już wiem w sprawie Twojego podejścia do wolontariatu - rodzicom by się to nie spodobało, tu się temat zaczyna i kończy.  Boisz się zrobić cokolwiek, co by nie zyskało aprobaty rodziców.

Z tą obecną Twoją sytuacją z pracą miałam ślad nadziei, ze się pomyliłam. Niestety nie. Jesteś ich niewolnikiem i tyle. sad

Nie wierze. Muqin wysiadasz

2,784 Ostatnio edytowany przez Shinigami (2026-09-04 22:54:29)

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Specjalistą nie jestem ale słuchałem wywiadu z terapeutą dotyczącego lęku. Ponoć jest tylko jeden sposób na pokonanie go. Wystawianie sie na ten lęk tak długo aż zaczbie ustępować. Obawiasz się tego, tamtego - to działaj i wystawiaj sie na ten lęk. Lęk jak lęk - sytuacje go generujace mogą być bardziej lub mniej intensywne. Zacznij od mniejszych, powtarzaj, zwiększaj skalę a z czasem lęk osłabienie. Jako że dobrze analizujesz i świetnie opisujesz swoje lęki to teraz równie świetnie poszukaj niekomfortowych sytuacji generujacych ten stan i wystawiaj sie na nie. Świadomie. Zacznij od wersji "light". 

Nawet nie bede przykładów pisał bo i tak powiesz ze to niemożliwe - sam pomyśl

Poszukam przykładów takich sytuacji, może AI mi w tym pomoże. Wątpię by istniała jakaś wersja light dla szukania pracy ale zobaczymy.

Jeśli nie chcesz pisać przykładów to chociaż odpowiedz na jedno pytanie. Czy próba zagadania do jednej dziewczyny z siłowni może być czymś takim o czym piszemy?

Priscilla napisał/a:

Przede wszystkim musisz przestać ten lęk dokarmiać, a póki co dostarczasz mu całe tony pożywek.
I wybacz, ale jednak za bardzo się nad sobą użalasz i pomijając fakt, że na tym etapie chwilami jest to po prostu irytujące, to dla Ciebie niewątpliwie destrukcyjne, bo ściąga Cię na dno.

Ja to widzę trochę inaczej, poprzednio napisałam jak i chyba nie czuję potrzeby, aby z Tobą polemizować, jeśli Twoja wersja jest dla Ciebie jedyną słuszną. 

A Ty wiesz, że ludzie, którzy zdolni są do zaplanowanego morderstwa przez otoczenie bardzo często postrzegani są jako spokojni i uprzejmi, a pedofile to nierzadko ci mili wujkowie, o których rodzice ofiar nawet nie pomyślą, że są do tego zdolni? Tak tylko wspominam...

Raz jeszcze powtórzę: za coś ją jednak osadzili i to na takich zasadach, które jasno wskazują, że to musiała być bardzo gruba sprawa.

O nie, nie dam się już na to nabrać wink Te tematy były już tak wiele razy tutaj poruszane, że... Ale może porusz to na terapii?

Coraz więcej trudnych rzeczy do ogarnięcia się tu pojawia. Dokarmianie lęku, czym dokładnie dokarmiam dany rodzaj lęku? Nie będzie łatwo na to odpowiedzieć.

Moja wersja nie jest jedyną słuszną tylko jedyną jaką jestem w stanie zaakceptować. Bardzo chętnie się dowiem skąd bierzesz swoją wersję. Znałem ją pół roku i taka wersja mi powstała. Ty nie poznałaś jej wcale, a masz inną wersję. Skąd ona ci się wzięła? Znasz kogoś kto miał podobną sytuację co ona?

To raczej działa tylko w przypadku ludzi grubo zaburzonych. Seryjni mordercy poza posiadaniem zestawu cech umożliwiających zabijanie ludzi bez mrugnięcia okiem często są również mistrzami manipulacji, a do tego bardzo inteligentnymi. Oni świadomie działają tak żeby ludzie ich postrzegali jako nieszkodliwych i godnych zaufania, żeby łatwiej było im zabijać. Podobnie jest z innymi rodzajami przestępców, którzy nie zostają złapani po pierwszym przestępstwie. Gdyby ona była super inteligentną manipulatorką działającą na zimno, z precyzją i premedytacją nie zostałaby tak łatwo złapana. To naiwna dziewczyna, która liczyła na łatwy zarobek i została oszukana w najgorszy sposób, a nie wyrachowana przestępczyni. Nie potrafiła się przyznać, że zrobiła coś bardzo glupiego i poprosić o pomoc przez co teraz płaci bardzo wysoką cenę. Najprawdopodobniej była tylko słupem, narzędziem w rękach prawdziwych przestępców, wszystko było na jej dane i dlatego to ona wydaje się tu najgorszą. Takich osób jak ona jest w całej tej sprawie więcej. Myśleli, że robią jakieś inwestycje, a tak naprawdę uczestniczyli w oszustwach jako ich nieświadomi sprawcy. Cała sprawa jest podobno bardzo gruba, podobno nawet międzynarodowa i było w nią zamieszanych dużo różnych ludzi. I na tym się kończy moja wiedza na ten temat.

sebastiannn napisał/a:

Chyba trochę przesadzasz. Zwłaszcza, że szukasz zwykłej normalnej pracy, jak popełnisz błąd to nic, a jak popełnisz duży to co? Nie pójdziesz do więzienia tylko do innej pracy co najwyżej.

Rozumiem, że mówisz o tym listopadzie, bo widzę, że trochę się to już ciągnie. To listopad już naprawdę niedługo.... może się ułoży.
Chociaż jak piszesz o kilku latach (że jest taka duża możliwość) w izolacji to już nie brzmi optymistycznie.

A masz jakieś dodatki, czy lepszą stawkę za to, że jesteś pod telefonem?

Mi nie chodzi o konsekwencje prawne czy finansowe tylko o społeczne w miejscu pracy. Każdy błąd może zostać wykorzystany przeciwko mnie przez współpracowników. Szef może przez to nie dać podwyżki lub awansu. Współpracownicy będą wypominać i się śmiać, będą uważać za nieudacznika. O to chodzi, każdy błąd niszczy wizerunek, który w pracy może być bardzo potrzebny.

No tak, chodzi o ten listopad. Niestety znając polski wymiar sprawiedliwości to może się ciągnąć znacznie dłużej. Średnio widzę to ułożenie się bo jak pisałem już nawet jej siostra nie chce mi odpisywać. Obawiam się, że nawet jeśli ją wypuszczą to już może nie chcieć się ze mną kontaktować.

Nie mam i nigdy nie miałem.

Muqin napisał/a:

Co może być większym problemem w stworzeniu relacji niż brak pracy, Shini?
Twoje totalne podporządkowanie rodzicom/rodzinie czyli to, że jesteś w stanie robić tylko to, co ich zdaniem jest ok. To, że jesteś jak posłuszny chłopczyk, ktory robi , co mu każą i nie zrobi nic, jeśli dojdzie do wniosku, że rodzicom może się to nie spodobać.
To jest, obawiam się problem, którego nie widzisz.

Nie wiedziałbyś, jak wytłumaczyć rodzicom podjęcie wolontariatu?
Po pierwsze to człowiek dorosły nie tłumaczy się rodzicom ze swoich decyzji. Tak ogólnie.
Po drugie, już w odniesieniu do Ciebie - w ogóle mógłbyś im się z wolontariatu nie zwierzać, bo to Twój czas, Twoja sprawa i Twoje życie.  To nie jest ich sprawa, co Ty robisz ze swoim czasem.
I nie mów, że nic się nie da zaplanować - bo skoro na siłownię chodzisz to znaczy, że da się.  Czemu się da? Bo siłownię rodzice akceptują - Shini chodzi na siłownie.
Wolontariatu by nie zaakceptowali - Shini już w tym momencie rezygnuje z koncepcji bycia wolontariuszem. 

Funkcjonujesz w relacji z rodzicami  jak dziecko i to jest ogromny problem, także w ewentualnej przyszłej relacji z kobietą. Bo żadna kobieta tego nie zdzierży.

Shini, jesteś na etapie mocno podporządkowanego rodzicom nastolatka, mentalnie. I TO jest największy Twój problem na teraz. Jak to ruszysz, reszta pójdzie.

Nie pamiętasz, jaki to był wolontariat, ten, o którym mówimy? serio? Shini... ja się specjalnie skupiłam  na konkrecie i swoje już wiem w sprawie Twojego podejścia do wolontariatu - rodzicom by się to nie spodobało, tu się temat zaczyna i kończy.  Boisz się zrobić cokolwiek, co by nie zyskało aprobaty rodziców.

Z tą obecną Twoją sytuacją z pracą miałam ślad nadziei, ze się pomyliłam. Niestety nie. Jesteś ich niewolnikiem i tyle. sad

Nie mogę zrobić niczego co się rodzicom nie spodoba bo jestem od nich zależny. Dodam, że kiedy byłem z dziewczyną czułem się znacznie pewniej i bez większego problemu potrafiłem się sprzeciwiać rodzicom. Zawsze stawałem po stronie dziewczyny. Wierz mi, że gdybym wciąż miał dziewczynę moja relacja z resztą rodziny wyglądałaby zupełnie inaczej. Wcześniej padło tu bardzo ciekawe określenie "stawianie sobie warunku". Dla mnie właśnie bycie w związku było takim warunkiem do wielu rzeczy. Sam fakt bycia w związku sprawiał, że robiłem rzeczy jakich normalnie nawet bym nie próbował. To był wyzwalacz, dosłownie.

Jak pisałem, ja muszę się tłumaczyć ze wszystkiego. Mieszkając z nimi nie istnieją takie pojęcia jak prywatność, swoje sprawy czy tym bardziej moje życie.  Musi być pełny raport gdzie, kiedy, z kim i na jak długo. Kto powiedział, że siłownię akceptują? Na początku kiedy zaczynałem na nią chodzić trochę się nasłuchałem, że to głupota, strata czasu itd. Po prostu trenuję od zawsze, mam w domu trochę sprzętu i jak kiedyś zaakceptowali, że trenowałem w domu to przenieść się na siłownię było łatwiej. Wolontariatu jeszcze nigdy nie próbowałem, dodatkowo teraz nie mam pracy. Nie zatrzymali by mnie siłą ale nie chciałbym słychać ciągłego gadania, że robię coś za darmo kiedy powinienem szukać pracy, zarabiać i piąć się coraz wyżej zawodowo.

Wiem i dlatego najpierw musiałbym mieć tą dziewczynę, zamieszkać z nią wyprowadzając się od rodziców i przestać być jak dziecko. Jednak z tego co wiele osób już tu pisało w tej kolejności się nie da więc powstaje błędne koło.

Dokładnie tak, terapeutka powiedziała to samo. Mimo 30 lat jestem na etapie nastolatka, który nie miał jeszcze pierwszej prawdziwej pracy ani nigdy nie żył na własny rachunek. Ponownie dokładnie jak piszesz, jak to się ruszy to reszta jakoś pójdzie. Wyprowadzka, tylko tyle powinno wystarczyć, przynajmniej na początek.

Oczywiście, że się tego boję nie dość, że to mogłoby się skończyć ciągłymi pretensjami, wypominaniem i zniechęceniem to jeszcze pieniądze mogłyby zacząć się kończyć. Kojarzysz taki tekst "utrzymuję cię więc masz mnie słuchać"? Słyszę to od czasów szkolnych i do dziś nic się w tej kwestii nie zmieniło. Zawsze zostawiam otwarte karty z jakichś linków, które dostaje na forum. Gdy chciałem teraz sprawdzić ten link to mnie wywaliło do strony głównej tych wolontariatów, nawet nie zauważyłem, że ta konkretna opcja może zniknąć. Byłem przekonany, że jak po miesiącu odpalę ten link to wyskoczy mi to samo. Serio nie zauważyłem, że to miało limit czasowy. Takich linków i otwartych kart mam już kilkadziesiąt i naprawdę je przeglądam, nawet po wielu miesiącach. Do tej pory mam otwarte karty z linków sprzed prawie roku. Przez moja przeglądarka ledwo żyje i działa dość wolno. Wracając do fragmentu posta to szczerze przyznam, że nie spodziewałem się twojej reakcji. Jak widać moim jedynym talentem jest wkurzanie i rozczarowywanie ludzi, nawet tych najbardziej wyrozumiałych. Wiedz, że ani przez chwilę nie było to moim zamiarem ale to pewnie żadne wytłumaczenie.

Dokładnie tak, jestem niewolnikiem i doskonale o tym wiem, od dawna. Jestem niewolnikiem nie tylko ich ale chyba przede wszystkim własnego umysłu, który nie pozwala mi się uwolnić od zewnętrznych źródeł mojego niewolnictwa. Przez całe dotychczasowe życie, przez całe te 30 lat tylko przez kilka dni nie byłem niewolnikiem, tylko przez kilka dni czułem się wolny. To było podczas wyjazdu z dziewczyną nad morze. Kilka dni kiedy nie czułem na sobie żadnego wpływu, żadnej kontroli, żadnej oceny, żadnych wymagań, żadnej presji i stresu. Spokój i jasność umysłu jakie wtedy miałem są nie do opisania. Czułem się odpowiedzialny, decyzyjny i jakbym choć trochę kontrolował swoje życie. Przez te kilka dni czułem się jakbym miał namiastkę swojej rodziny, za którą to ja byłem odpowiedzialny.

2,785 Ostatnio edytowany przez Muqin (2026-09-04 23:20:12)

Odp: Co to znaczy żyć?

Miły Shini, ja nie na Ciebie mam wkurwa ale na nich, hurtem. smile Bo są zwyczajnie głupi, wybacz ale są. Szkodzą chcąc dobrze.


Tekst "utrzymuję cię więc musisz mnie słuchać" jest powszechnie znany.

W pewnym momencie życia i w określonych sprawach nastolatek wali rodzicowi ( albo w twarz albo sam do siebie tak mówi) "to weź mnie zmuś" i zamiast tkwić w domu robi co uzna za słuszne, na przykład idzie w wolnym swym czasie psy do schroniska wyprowadzać, (albo coś innego robić)  po czym przekonuje się, że oprócz gadania to oni mogą mu naskoczyć. Niejeden informuje, że wychodzi i wróci za trzy godziny i odmawia składana wyjaśnień i co, na tortury go wezmą? Albo mówi "idę do kościoła" a idzie zupełnie gdzie indziej.
W pewnym momencie wychowywania potomstwa rodzic de facto staje się miejscami mocno bezradny, tak faktycznie. Może gadać i niewiele więcej. Co do niektórych rodziców z trudem dociera, fakt.
Taki real.
Oni też Ci, Shini, mogą naskoczyć, bo prócz gadania to co mogą? Otóż NIC, tak naprawdę. Nie dasz się wyzyskiwać szwagrowi i co ci zrobią? W kajdany zakują?
Każą ci się wynieść z domu? A ty się możesz zwyczajnie nie wynieść i co ci zrobią? Eksmitują z użyciem policji? Akurat, już to widzę... toż by ich zwyczajnie wyśmiano.

Powtórzę, zacznij od jakiejkolwiek pracy byle nie u szwagra. Choćby i na salowego do szpitala, kasa słaba ale za to dziewczyn każda ilość z uwagi na potworną feminizację zawodu pielęgniarki chociażby. Kibelki w szpitalu są, problem z Twoim chodzeniem do toalety odpada. A zamiatać to raczej umiesz.

W przeciwieństwie do buntów niewolników w czasach dawnych, które faktycznie były ryzykowne,  Ty możesz się zbuntować, a oni NIC ci zrobić nie mogą

2,786

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Poszukam przykładów takich sytuacji, może AI mi w tym pomoże. Wątpię by istniała jakaś wersja light dla szukania pracy ale zobaczymy.

Jeśli nie chcesz pisać przykładów to chociaż odpowiedz na jedno pytanie. Czy próba zagadania do jednej dziewczyny z siłowni może być czymś takim o czym piszemy?

To nie musi byc praca. Moze wolontariat (tu Cie mam smile), moze kajak, moze zagadanie do kogos na przystanku, moze pojscie na kurs tanca, moze do jakichs wspolnot, cokolwiek. Mozesz wystartowac do roboty jakiej nie chcesz a jak Cie wezma to odmówisz. Cokolwiek. Tak sie zamurowales ze wszystko bedzie jakims ruchem.

Zagadanie na silowni? Czemu nie. Zagadanie jak zagadanie - moze sie skonczyc pozytywnie, negatywnie albo neutralnie. Jak niezaleznie od wersji nie przetlumaczysz tego potem na "jestem zerem" to jak najbardziej. Chcesz zagadac tak "na lajcie", bez oczekiwan zeby po prostu zagadac? To spoko ale wez pod uwage ze mozesz trafic na rozne laski - rowniez niemile. Jak akceptujesz bez usmiercania siebie ze moze nie byc przyjemnie  to jak najbardziej.

2,787 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-09-05 01:22:32)

Odp: Co to znaczy żyć?
Sihigami napisał/a:

Coraz więcej trudnych rzeczy do ogarnięcia się tu pojawia. Dokarmianie lęku, czym dokładnie dokarmiam dany rodzaj lęku? Nie będzie łatwo na to odpowiedzieć.

Dokarmianie lęku to mechanizm, w którym nasze zachowania, myśli i sposoby reagowania nieświadomie podtrzymują albo nasilają lęk. Może to być np. ciągłe sprawdzanie, szukanie zapewnień, analizowanie sytuacji, unikanie tego, czego się boimy, czy choćby wielokrotne odtwarzanie w głowie czarnych scenariuszy. Dają chwilową ulgę lub poczucie kontroli, ale jednocześnie uczą mózg, że zagrożenie rzeczywiście istnieje i trzeba być na nie stale wyczulonym.

Czyli w skrócie - Ty dokarmiasz swoje lęki tym wszystkim, co robisz, żeby przestać się bać, ale ostatecznie obraca to się przeciwko Tobie, bo utwierdza Twój mózg w przekonaniu, że bać się trzeba.

Shinigami napisał/a:

Moja wersja nie jest jedyną słuszną tylko jedyną jaką jestem w stanie zaakceptować. Bardzo chętnie się dowiem skąd bierzesz swoją wersję. Znałem ją pół roku i taka wersja mi powstała. Ty nie poznałaś jej wcale, a masz inną wersję. Skąd ona ci się wzięła? Znasz kogoś kto miał podobną sytuację co ona?

Moja wersja w tym konkretnym aspekcie nie dotyczyła jej, ale Ciebie i Twojego obwiniania się za tę sytuację.

Ona jest dorosła i sama ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, nawet jeśli nie była w pełni świadoma, w co się pakuje. Napisałam już, że jeśli czuła, że z czymś sobie nie radzi albo dzieje się coś niedobrego i potrzebowała pomocy bądź wsparcia, to powinna była o tym powiedzieć, a jednak tego nie zrobiła. Skoro tak, to takie usilne szukanie winy w sobie nie ma żadnych podstaw ani nawet sensu. To jest zwykły emocjonalny masochizm.

Abstrahując jednak od tego jak rzeczywiście było, to dla mnie bardzo znamienne są Twoje słowa, że jedyną wersję na jej temat, jaką do siebie dopuszczasz, jest ta, którą jesteś w stanie zaakceptować. Dla mnie to znaczy, że nie jest dla Ciebie ważna żadna obiektywna prawda, jeśli burzy Twój wyidealizowany obraz jej osoby. Nie widzisz, jak samego siebie usiłujesz zmanipulować?

Swoją drogą, tak bardzo ufasz jej intencjom i w nią wierzysz, a nie zastanawia Cię, że nie szuka z Tobą żadnego kontaktu, choćby za pośrednictwem osób, z którymi ma widzenia?


P.S.
Przypomnę Ci przy okazji, a co mi tam, że miałeś tu rozkminy, że ona wcale nie jest tak wspaniała, jak to sobie wymarzyłeś i że boisz się, że jak już dzięki tej relacji zyskasz kilka punktów na rynku matrymonialnym, to ją wymienisz na kogoś, do kogo jest Ci bliżej pod względem oczekiwań.

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

P.S.
Przypomnę Ci przy okazji, a co mi tam, że miałeś tu rozkminy, że ona wcale nie jest tak wspaniała, jak to sobie wymarzyłeś i że boisz się, że jak już dzięki tej relacji zyskasz kilka punktów na rynku matrymonialnym, to ją wymienisz na kogoś, do kogo jest Ci bliżej pod względem oczekiwań.


A to fircyk malowany, kogucik. Filantrop

2,789

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Miły Shini, ja nie na Ciebie mam wkurwa ale na nich, hurtem. smile Bo są zwyczajnie głupi, wybacz ale są. Szkodzą chcąc dobrze.

Tekst "utrzymuję cię więc musisz mnie słuchać" jest powszechnie znany.

W pewnym momencie życia i w określonych sprawach nastolatek wali rodzicowi ( albo w twarz albo sam do siebie tak mówi) "to weź mnie zmuś" i zamiast tkwić w domu robi co uzna za słuszne, na przykład idzie w wolnym swym czasie psy do schroniska wyprowadzać, (albo coś innego robić)  po czym przekonuje się, że oprócz gadania to oni mogą mu naskoczyć. Niejeden informuje, że wychodzi i wróci za trzy godziny i odmawia składana wyjaśnień i co, na tortury go wezmą? Albo mówi "idę do kościoła" a idzie zupełnie gdzie indziej.
W pewnym momencie wychowywania potomstwa rodzic de facto staje się miejscami mocno bezradny, tak faktycznie. Może gadać i niewiele więcej. Co do niektórych rodziców z trudem dociera, fakt.
Taki real.
Oni też Ci, Shini, mogą naskoczyć, bo prócz gadania to co mogą? Otóż NIC, tak naprawdę. Nie dasz się wyzyskiwać szwagrowi i co ci zrobią? W kajdany zakują?
Każą ci się wynieść z domu? A ty się możesz zwyczajnie nie wynieść i co ci zrobią? Eksmitują z użyciem policji? Akurat, już to widzę... toż by ich zwyczajnie wyśmiano.

Powtórzę, zacznij od jakiejkolwiek pracy byle nie u szwagra. Choćby i na salowego do szpitala, kasa słaba ale za to dziewczyn każda ilość z uwagi na potworną feminizację zawodu pielęgniarki chociażby. Kibelki w szpitalu są, problem z Twoim chodzeniem do toalety odpada. A zamiatać to raczej umiesz.

W przeciwieństwie do buntów niewolników w czasach dawnych, które faktycznie były ryzykowne,  Ty możesz się zbuntować, a oni NIC ci zrobić nie mogą

Wiem, że są, moi rodzice nigdy nie powinni mieć dzieci. Zarówno ja jak i moja siostra jesteśmy porażkami, które nigdy nie powinny istnieć. Jednak ona przynajmniej przyczyniła się do minimalnej poprawy demografii w tym kraju. Ja z kolei jestem odpadem, który niczego nie wniesie do świata, i którego nikt nawet nie zapamięta. 

Doprawdy zadziwia mnie poziom twojego optymizmu i pozytywnego podejścia do życia. Nawet przez myśl by mi nie przeszło, że nastolatek kiedy się buntuje to idzie wyprowadzać psy ze schroniska. W takiej sytuacji ten nastolatek raczej zaczyna chlać albo ćpać.
"Bezradny rodzic", ponownie mnie to zadziwia. Przecież rodzice mają władzę absolutną nad dzieckiem, mogą zrobić z nim wszystko na co tylko pozwala prawo bo inaczej to dziecko nie miałoby nawet co jeść. Z perspektywy dziecka, a przynajmniej z mojej tak było, że brak podporządkowania to śmierć i tak jest do tej pory.
W kajdany mnie nie zakują ale stracę jedyne źródło dochodu, straciłbym też pewnie kontakt z tą częścią rodziny czyli z siostrą i jej dziećmi.
Nie kazaliby się wynieść z domu ale byłbym od nich jeszcze bardziej zależny.

Chwila, jak to salowego w szpitalu? Bez studiów medycznych czy choćby pielęgniarskich? To akurat prawda, że we wszelkiego rodzaju medycznych zawodach jest sporo ładnych dziewczyn. 

Mogą mnie zostawić samego, a wtedy moje życie potrwa tyle na ile mi starczy oszczędności czyli raczej niezbyt długo.

Bert44 napisał/a:

To nie musi byc praca. Moze wolontariat (tu Cie mam smile), moze kajak, moze zagadanie do kogos na przystanku, moze pojscie na kurs tanca, moze do jakichs wspolnot, cokolwiek. Mozesz wystartowac do roboty jakiej nie chcesz a jak Cie wezma to odmówisz. Cokolwiek. Tak sie zamurowales ze wszystko bedzie jakims ruchem.

Zagadanie na silowni? Czemu nie. Zagadanie jak zagadanie - moze sie skonczyc pozytywnie, negatywnie albo neutralnie. Jak niezaleznie od wersji nie przetlumaczysz tego potem na "jestem zerem" to jak najbardziej. Chcesz zagadac tak "na lajcie", bez oczekiwan zeby po prostu zagadac? To spoko ale wez pod uwage ze mozesz trafic na rozne laski - rowniez niemile. Jak akceptujesz bez usmiercania siebie ze moze nie byc przyjemnie  to jak najbardziej.

Wątpię by cokolwiek innego niż praca pozwoliło mi poczuć się choć minimalnie wartościowym czy atrakcyjnym ale chyba masz rację.

Poprawka, ta dziewczyna najprawdopodobniej jest sporo młodsza ode mnie więc nie wiem czy to bezpieczne by do niej zagadywać. Możliwe, że ona nawet jeszcze jest w szkole choć ta teoria powstała tylko na podstawie godzin jej widywania na siłowni. W sierpniu bywała tam zwykle przed południem. Przez ostatni tydzień czyli od początku września pojawiała się wieczorami. To może świadczyć, że wciąż się uczy co by oznaczało, że byłbym dla niej starym dziadem, o kwestiach prawnych nawet nie wspominając.

Priscilla napisał/a:

Dokarmianie lęku to mechanizm, w którym nasze zachowania, myśli i sposoby reagowania nieświadomie podtrzymują albo nasilają lęk. Może to być np. ciągłe sprawdzanie, szukanie zapewnień, analizowanie sytuacji, unikanie tego, czego się boimy, czy choćby wielokrotne odtwarzanie w głowie czarnych scenariuszy. Dają chwilową ulgę lub poczucie kontroli, ale jednocześnie uczą mózg, że zagrożenie rzeczywiście istnieje i trzeba być na nie stale wyczulonym.

Czyli w skrócie - Ty dokarmiasz swoje lęki tym wszystkim, co robisz, żeby przestać się bać, ale ostatecznie obraca to się przeciwko Tobie, bo utwierdza Twój mózg w przekonaniu, że bać się trzeba.
Moja wersja w tym konkretnym aspekcie nie dotyczyła jej, ale Ciebie i Twojego obwiniania się za tę sytuację.

Ona jest dorosła i sama ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, nawet jeśli nie była w pełni świadoma, w co się pakuje. Napisałam już, że jeśli czuła, że z czymś sobie nie radzi albo dzieje się coś niedobrego i potrzebowała pomocy bądź wsparcia, to powinna była o tym powiedzieć, a jednak tego nie zrobiła. Skoro tak, to takie usilne szukanie winy w sobie nie ma żadnych podstaw ani nawet sensu. To jest zwykły emocjonalny masochizm.

Abstrahując jednak od tego jak rzeczywiście było, to dla mnie bardzo znamienne są Twoje słowa, że jedyną wersję na jej temat, jaką do siebie dopuszczasz, jest ta, którą jesteś w stanie zaakceptować. Dla mnie to znaczy, że nie jest dla Ciebie ważna żadna obiektywna prawda, jeśli burzy Twój wyidealizowany obraz jej osoby. Nie widzisz, jak samego siebie usiłujesz zmanipulować?

Swoją drogą, tak bardzo ufasz jej intencjom i w nią wierzysz, a nie zastanawia Cię, że nie szuka z Tobą żadnego kontaktu, choćby za pośrednictwem osób, z którymi ma widzenia?

P.S.
Przypomnę Ci przy okazji, a co mi tam, że miałeś tu rozkminy, że ona wcale nie jest tak wspaniała, jak to sobie wymarzyłeś i że boisz się, że jak już dzięki tej relacji zyskasz kilka punktów na rynku matrymonialnym, to ją wymienisz na kogoś, do kogo jest Ci bliżej pod względem oczekiwań.

Dzięki za wyjaśnienie tego mechanizmu.

Czyli to kolejny przykład jednego z błędnych kół w jakich tkwię.

Piszesz, że w takim wypadku szukanie winy w sobie nie ma sensu, a ja widzę to kompletnie na odwrót. Skoro mi nie powiedziała to znaczy, że nie uważała mnie za godnego zaufania albo za zdolnego sobie z tym poradzić. Z tego wynika, że nie byłem dość dobry by zwrócić się do mnie o pomoc, że nie mogła na mnie polegać.

Całkiem możliwe, że nawet gdyby się okazało, że działała z premedytacją ja i tak bym ją przyjął z otwartymi ramionami. Na tą chwilę nic co mogłaby zrobić nie wydaje mi się gorsze niż jej brak. Ta samotność, tęsknota, potrzeba bliskości, poczucie bycia odmieńcem w społeczeństwie i poczucie bycia kompletnie niemęskim za bardzo bolą. Choćby się okazała psychopatką i tak wolałbym ją taką niż nie mieć jej wcale. Byłem na kolejnym lokalnym festynie, ponownie widziałem mnóstwo par, było kilka pokazów tanecznych, a więc i sporo dość atrakcyjnych kobiet. Ponownie czułem się jak ten odpad, który nigdy powinien znaleźć się wśród tych wszystkich ludzi. Te pary ze sobą tańczyły, przytulały się i trzymały za ręce. Niektóre z tych tancerek były tak ładne, że nie mogłem oderwać wzroku. Od razu przyszło mi do głowy porównanie do kogoś kto długo nic nie jadł, pomachali mu przed nosem kawałkiem mięsa i zabrali. Bardzo bym chciał nic nie czuć w takich sytuacjach, żeby widok par nie wzbudzał we mnie tęsknoty, żeby atrakcyjne dziewczyny nie robiły na mnie wrażenia. Niestety tego się nie da wyłączyć i to jest jedna z największych porażek natury czy biologii. Chciałbym tylko mieć taką atrakcyjną dla mnie dziewczynę, z którą mógłbym pójść na taki festyn. Więc nie dziw się, że idealizuję jedyną osobę w życiu, która mogła mi to umożliwić.

Zastanawia i jedyną sensowną teorią na to jest, że specjalnie tego nie robi żeby mnie w to nie wciągnąć, żebym nie miał przez nią problemów.

To prawda, nie była ani idealna ani wspaniała, takich ludzi nie ma. Jednak nigdzie nie wspominałem, że miałbym ją "wymienić" na kogoś innego, z tym już trochę przesadziłaś. Pisałem, że nie wiedziałbym co zrobić w sytuacji gdyby dzięki wejściu w związek moja atrakcyjność podskoczyła na tyle by pojawiła się jakaś inna dziewczyna chcąca na mnie chociaż spojrzeć. To była jedynie teoria powstała z obserwacji różnych znajomych, którzy jak weszli w swoje pierwsze związki nagle stali się atrakcyjni dla innych dziewczyn z ich otoczenia. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, nic tak bardzo nie dodaje mężczyźnie pewności siebie, odpowiedzialności, decyzyjności czy nawet atrakcyjności fizycznej jak kobieta. Chyba raczej nie ma się czym martwić bo teoria została bardzo szybko obalona. Zarówno w czasie kiedy miałem dziewczynę jak i teraz kiedy mam jakieś tam doświadczenie w kwestii mojej atrakcyjności nie zmieniło się nic albo teraz jest jeszcze gorsza niż przed wejściem w związek.

2,790

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Piszesz, że w takim wypadku szukanie winy w sobie nie ma sensu, a ja widzę to kompletnie na odwrót. Skoro mi nie powiedziała to znaczy, że nie uważała mnie za godnego zaufania albo za zdolnego sobie z tym poradzić. Z tego wynika, że nie byłem dość dobry by zwrócić się do mnie o pomoc, że nie mogła na mnie polegać.

Raz już napisałam, że widzę to inaczej, dodając, że skoro Ty masz jedyną słuszną wersję na to zagadnienie, to nie czuję potrzeby, aby z Tobą polemizować. Błędnie odczytałeś, do czego się to odnosiło, dlatego wyjaśniałam, ale trzymam się wersji, że nie będę Cię do niczego przekonywać. Nie będę, bo to nie ma sensu.

Shinigami napisał/a:

Zastanawia i jedyną sensowną teorią na to jest, że specjalnie tego nie robi żeby mnie w to nie wciągnąć, żebym nie miał przez nią problemów.

Nie, to nie jest jedyna sensowna teoria. To jest jedyna, którą jesteś w stanie do siebie dopuścić.

Shinigami napisał/a:

Całkiem możliwe, że nawet gdyby się okazało, że działała z premedytacją ja i tak bym ją przyjął z otwartymi ramionami. Na tą chwilę nic co mogłaby zrobić nie wydaje mi się gorsze niż jej brak. Ta samotność, tęsknota, potrzeba bliskości, poczucie bycia odmieńcem w społeczeństwie i poczucie bycia kompletnie niemęskim za bardzo bolą. Choćby się okazała psychopatką i tak wolałbym ją taką niż nie mieć jej wcale. (...)
Chciałbym tylko mieć taką atrakcyjną dla mnie dziewczynę, z którą mógłbym pójść na taki festyn. Więc nie dziw się, że idealizuję jedyną osobę w życiu, która mogła mi to umożliwić.

Idealizujesz nie ją, tylko własną desperację. Z osoby, która nie była z Tobą szczera, siedzi w więzieniu i obecnie nawet nie szuka z Tobą kontaktu, zrobiłeś sobie symbol utraconego szczęścia. To nie jest miłość. To jest rozpaczliwe dorabianie sobie legendy do własnej samotności.

Shinigami napisał/a:

To prawda, nie była ani idealna ani wspaniała, takich ludzi nie ma. Jednak nigdzie nie wspominałem, że miałbym ją "wymienić" na kogoś innego, z tym już trochę przesadziłaś. Pisałem, że nie wiedziałbym co zrobić w sytuacji gdyby dzięki wejściu w związek moja atrakcyjność podskoczyła na tyle by pojawiła się jakaś inna dziewczyna chcąca na mnie chociaż spojrzeć. To była jedynie teoria powstała z obserwacji różnych znajomych, którzy jak weszli w swoje pierwsze związki nagle stali się atrakcyjni dla innych dziewczyn z ich otoczenia. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, nic tak bardzo nie dodaje mężczyźnie pewności siebie, odpowiedzialności, decyzyjności czy nawet atrakcyjności fizycznej jak kobieta.

Przypomnę, co dokładnie pisałeś, a to nie jest jeszcze wszystko:

Shinigami napisał/a:

Wiem, że nie powinienem się tym przejmować ale niestety trochę to na mnie wpływa. Rodzice to jedno ale internet też robi swoje. Gdzieś tam wewnątrz ja też wykazuję spojrzenie podobne jak mnóstwo ludzi w dzisiejszych czasach. Mi też podobają się te wszystkie Insta modelki czy gwiazdy OF. Wiem, że są w dużej mierze sztuczne, że ich wizerunek jest jeszcze bardziej sztuczny ale i tak podobają mi się te wszystkie podrasowane kształty w ledwo zasłaniających ubraniach, najlepiej jeszcze na luksusowych wakacjach. Boję się, że nie będę w stanie docenić mojej dziewczyny tak jak powinienem i jak na to zasługuje.

Shinigami napisał/a:

To z trawą [przyp. red.: napisano, że trwa u sąsiada jest bardziej zielona] to prawda, od zawsze miałem ten problem. Z początku też się obawiałem, że w jakimś momencie zacznę ją traktować właśnie tak jak piszesz. Jednak jest inaczej. Nie myślę o kimś innym tylko chciałbym by to ona wyglądała jeszcze lepiej. Już teraz mi się podoba i nie chciałbym innej. Jest super osobą, dobrze się dogadujemy, dobrze się rozumiemy, mamy wiele podobieństw i czuję się przy niej swobodnie, ona przy mnie też. Tylko te sztuczne wzorce wyglądu, które przez wiele lat wchodziły do głowy mnie martwią. Obawiam się też tego zjawiska, że gdy facet tylko wejdzie w związek to od razu zainteresowanie jego osobą się zwiększa. Coś w stylu tego efektu pierścionka.

Jeśli ktoś wprost deklaruje, że jego parterka nie spełnia pewnych ważnych dla niego kryteriów i że obawia się samego siebie, co się zdarzy, jeśli pojawią się większe możliwości (czytaj: dostępne staną się bardziej atrakcyjne kobiety), to sorry, ale to ja przesadziłam czy jednak Ty usiłujesz wypierać się swoich własnych odczuć.
Zresztą po tych słowach co najmniej kilka osób zwróciło Ci wówczas uwagę, że wyraźnie jesteś z nią tylko dlatego, że to była jedyna możliwość, a nie dlatego, że ją świadomie wybrałeś.

I naprawdę nie chodzi mi o to, żeby Cię tym teraz atakować, ale żeby pokazać, jak bardzo zakrzywiasz rzeczywistość.

2,791

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Poprawka, ta dziewczyna najprawdopodobniej jest sporo młodsza ode mnie więc nie wiem czy to bezpieczne by do niej zagadywać. Możliwe, że ona nawet jeszcze jest w szkole choć ta teoria powstała tylko na podstawie godzin jej widywania na siłowni. W sierpniu bywała tam zwykle przed południem. Przez ostatni tydzień czyli od początku września pojawiała się wieczorami. To może świadczyć, że wciąż się uczy co by oznaczało, że byłbym dla niej starym dziadem, o kwestiach prawnych nawet nie wspominając.

Mówisz o kwestiach prawnych i bezpieczeństwie. Czyli bierzesz pod uwagę, że ma mniej niż 15 lat? Powiem szczerze, że brzmi to fatalnie.


Shinigami napisał/a:

Niektóre z tych tancerek były tak ładne, że nie mogłem oderwać wzroku. Od razu przyszło mi do głowy porównanie do kogoś kto długo nic nie jadł, pomachali mu przed nosem kawałkiem mięsa i zabrali. Bardzo bym chciał nic nie czuć w takich sytuacjach, żeby widok par nie wzbudzał we mnie tęsknoty, żeby atrakcyjne dziewczyny nie robiły na mnie wrażenia. Niestety tego się nie da wyłączyć i to jest jedna z największych porażek natury czy biologii.

To, że podobają Ci się atrakcyjne kobiety świadczy tylko o tym, że jesteś zdrowym facetem. To zupełnie normalne. Jednak czytając Twoje posty, również wcześniejsze widać, że problemem dla Ciebie jest też brak zaspokojenia seksualnego. To nie jest korzystne dla psychiki, jeśli dla kogoś to ważna część życia i brak tego powoduje frustracje to również rzutuje na inne dziedziny życia. Jeśli odczuwasz problem masz kilka rozwiązań, na pewno lepiej coś wymyślić aby przynajmniej zmniejszyć frustracje.

1. Zacząć REALNIE szukać dziewczyny. Nie musisz od razu wchodzić w związek, możesz pomyśleć o jakimś układzie, luźna znajomość. Na początku może to nie być proste, ale jakbyś się przełamał i zaczął zagadywać do większej ilości dziewczyn bez analizowania to w końcu któraś się Tobą zainteresuje.

2. Widziałem Twój temat w którym opisywałeś swoje wizyty w salonach. Da się odczuć, że bardzo Ci się podobało, również w tym temacie pisałeś, że byłeś bardzo zadowolony. Wydaje mi się, że z jednej strony chcesz wychodzić na porządnego, a z drugiej jednak ciągnie Cie do tego. Widać to było w postach w których broniłeś jak niepodległości tezy, że to nie jest usługa seksualna, tylko relaksacyjna czy tam zwał jak zwał. Więc kolejną opcją jest wznowić wizyty w salonach lub u prostytutek. Nie wiem czy to dobra opcja, po prostu ją wymieniam jako jedną z.

3. Mówisz, że to jedna z największych porażek biologi, że nie da się tego wyłączyć. No samemu się może nie da bez naprawdę silnej woli, ale jest farmakologia która może w dużym stopniu wyłączyć popęd.


Shinigami napisał/a:

Ja z kolei jestem odpadem, który niczego nie wniesie do świata, i którego nikt nawet nie zapamięta.

99,99% ludzi nic (długoterminowo) nie wnosi do świata i nikt ich nie zapamiętuje. Ileś lat po śmierci człowieka jest taki moment, że już nikt nawet nie wie, że taki człowiek kiedykolwiek istniał, wtedy to już jest całkowity niebyt i to dotyczy praktycznie wszystkich.

Shinigami napisał/a:

Chwila, jak to salowego w szpitalu? Bez studiów medycznych czy choćby pielęgniarskich? To akurat prawda, że we wszelkiego rodzaju medycznych zawodach jest sporo ładnych dziewczyn.

No i taka praca byłaby dla Ciebie super. Mając fajne atrakcyjne koleżanki może poczułbyś się lepiej.

2,792

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Wątpię by cokolwiek innego niż praca pozwoliło mi poczuć się choć minimalnie wartościowym czy atrakcyjnym ale chyba masz rację.

Ty watpisz a ja wiem. Jak nie spróbujesz nie dowiesz sie. Uwazam ze cokolwiek

Jeszcze z takich lekkich rzeczy przecwiczylbym 2 zdania wypowiadane do rodzicow:
- nie powiem bo jestem dorosly i to moja sprawa. Ja sam decyduje

2,793 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-09-06 08:12:22)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Poprawka, ta dziewczyna najprawdopodobniej jest sporo młodsza ode mnie więc nie wiem czy to bezpieczne by do niej zagadywać. Możliwe, że ona nawet jeszcze jest w szkole choć ta teoria powstała tylko na podstawie godzin jej widywania na siłowni. W sierpniu bywała tam zwykle przed południem. Przez ostatni tydzień czyli od początku września pojawiała się wieczorami. To może świadczyć, że wciąż się uczy co by oznaczało, że byłbym dla niej starym dziadem, o kwestiach prawnych nawet nie wspominając.

A moze jest nauczycielka? :)

Zalezy co masz na celu mowiac "zagadac". Na Twoim miejscu odpuscilbym na ta chwile cel matrymonialny i zrobil to o czym pisze wielu osob.  Male kroczki dla pokonania swoich lekow i lepszego samopoczucia. Dla nabrania wiatru w skrzydla. Dla beki. Dla zagadania. Cos lekkiego i neutralnego. Zebys mogl jej i innym osobom na silowni wchodzac mowic : cześć.  I mogl cos do tego czasem dorzucic. Ludzie nie przychodza tam na ploty ale jedno zdanie wymienic kazdy moze. I zagadaj czasem rowniez do faceta

2,794

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Chwila, jak to salowego w szpitalu? Bez studiów medycznych czy choćby pielęgniarskich?

Ty tak serio? Po co do sprzątania i ewentualnie wykonywania czynności pomocniczych studia medyczne? Wystarczy wykształcenie podstawowe oraz przeszkolenie i to wszystko.

Bert44 napisał/a:

Jeszcze z takich lekkich rzeczy przecwiczylbym 2 zdania wypowiadane do rodzicow:
- nie powiem bo jestem dorosly i to moja sprawa. Ja sam decyduje

W pełni się zgadzam, ale zrobiłabym to mniej defensywnie.

Jeśli celem tego ćwiczenia ma być nauka zdrowego stawiania rodzicom granic, można by je nieco przesunąć z defensywy w asertywność, na przykład: "Nie chcę o tym rozmawiać. Jestem dorosły, sam za siebie odpowiadam i sam podejmę tę decyzję.” lub w wersji "Podjąłem już tę decyzję i nie zmienię zdania".
Ewentualnie nieco łagodniej: "Rozumiem, że się interesujesz, doceniam to, ale to moja sprawa i sam o tym zdecyduję."
Tylko tyle i aż tyle.

2,795

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Chwila, jak to salowego w szpitalu? Bez studiów medycznych czy choćby pielęgniarskich?

Ty tak serio? Po co do sprzątania i ewentualnie wykonywania czynności pomocniczych studia medyczne? Wystarczy wykształcenie podstawowe oraz przeszkolenie i to wszystko.

Bert44 napisał/a:

Jeszcze z takich lekkich rzeczy przecwiczylbym 2 zdania wypowiadane do rodzicow:
- nie powiem bo jestem dorosly i to moja sprawa. Ja sam decyduje

W pełni się zgadzam, ale zrobiłabym to mniej defensywnie.

Jeśli celem tego ćwiczenia ma być nauka zdrowego stawiania rodzicom granic, można by je nieco przesunąć z defensywy w asertywność, na przykład: "Nie chcę o tym rozmawiać. Jestem dorosły, sam za siebie odpowiadam i sam podejmę tę decyzję.” lub w wersji "Podjąłem już tę decyzję i nie zmienię zdania".
Ewentualnie nieco łagodniej: "Rozumiem, że się interesujesz, doceniam to, ale to moja sprawa i sam o tym zdecyduję."
Tylko tyle i aż tyle.

Dobrze gadasz

Posty [ 2,731 do 2,795 z 2,870 ]

Strony Poprzednia 1 41 42 43 44 45 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024