Lavida - ty nadal myslisz ze to byla milosc - z twojej strony to bylo i jest uzaleznienie. I to glebokie... Napisz troche o swoim dziecinstwie to moze cos bedzie mozna bardziej doradzic.
Przez te 6 lat powinnas juz poradzic sobie, rozwinac sie i dojrzec. Zmienic swoje wnetrze. Pamietaj zaden czlowiek nie ma takiej wladzy by zadac nam ten potworny bol - fundujesz go sama sobie, a przy okazji swojej coreczce. Myslalas o niej jak ona sie czuje majac matke, ktora jest uzalezniona - uzalezniona od potrzeby milosci...
Idz do psychologa, psychiatry, znachora.... kogokolwiek kto moze wyciagnac cie z tego uzaleznienia.
Poczytaj odpowiednie ksiazki... Jestes madra i wyksztalcona, nie funduj swojej coreczce takiego samego zycia. Wszystko zalezy tylko od ciebie.
Ktore z rodzicow odrzucilo cie w dziecinstwie? Co sie stalo ze tak reagujesz?
Nie byłam i nie jestem odrzucona przez swoich rodziców... Mój tato pracował za granicą kiedy byłam dzieckiem... Przyjeżdżał do domu dosyć często... Dawał mi i mojemu rodzenstwu poczucie miłości i ciepła rodzinnego... Nie czułam się nigdy odrzucona przez swoich rodziców...
W człowieku o którym pisze znalazłam wszystko czego pragnelam... Przynajmniej tak mi się wydawało... Pamiętam że jako dziecko już miałam takie poczucie że nie powinnam żyć w tych czasach... Poprzez to ze byłam i nadal jestem ogromnym romantykiem... On wyczuł to od razu... Pielegnowal we mnie... Potrafił wyczuć na odległość kiedy byłam smutna... Czytał ze mnie jak z otwartej książki... Tyle tylko że czasem wykorzystywał ta wiedzę o mnie przeciwko mnie... Niestety... Bolało tyle razy, że brakuje palców u obu dłoni... Ale znosilam ten ból w sobie niejednokrotnie obwiniajac siebie samą... Myślałam że jeśli dam mu całą siebie... Moja miłość... Moja troskę... Tęsknotę... Wrażliwość... Ciepło... To wystarczy... Przez całe 6 lat czekałam... Na to aż On wreszcie dojrzeje do tego aby podjąć decyzję... Podjął... W sierpniu mówił że kocha tak jak jeszcze nie kochał nikogo... A we wrześniu byłam już niepotrzebna... Dziś jestem nikim... Boli... Nie rozumiem... Jak można wyrzucić tak szybko wszystko co było i żyć spokojnie afiszujac się wszem i wobec... Jeśli można to dlaczego ja nie potrafię?
Czasem mam poczucie że zwariuje... Są dni kiedy jest dobrze... Dwa...trzy... A potem pojawiają się wyrzuty sumienia że tak mało myślałam o nim... O tym co było... Robię krok do przodu i dwa w tył... Czasem czuje ze dam rade... Ze podałam... A czasem wspomnienia bombarduja mój umysł i sciaskaja serce tak że aż parzy...
Staram się wypełnić swój czas na maksa... Pracuje... Biegam...Bardzo dużo poświęcam go córce... Absolutnie nie chcę Jej angażować w mój smutek... I te chwile są piękne... Takie nasze... Ale kiedy Ona zamyka oczy... Powracają te chwile... Noce stają się długie... Puste... Zimne... Wracają słowa... Gesty... Tęsknota...
Jestem zmęczona... Bardzo zmęczona....
Ale wierzę że kiedyś zaswieci duże i ciepłe słońce również dla mnie....