Cześć, krotkie pytanie mam - bo z żoną mam ostatnio konflikt eskaluje jej impreze firmową.
Zona poszla na impreze firmową. Najpierw w firmie zabawa, potem przeniesli do klubu. Standardowo się zarzekala, że jest przemęczona robotą, wroci przed 23, pic nie bedzie itd. Znajac ja - niedowierzalem. Ja tego dnia pojechalem w delegacje - bylismy umowieni na telefon kolo polnocy.
Od dniej zero odzewu, wiec pisze o polnocy - tylko odczytala wiadomosc na fejsie o 0:35, ale z trudem sie dodzwonilem dopiero o 1:15. Belkot straszny, slychac że totalnie schlana. W tle odglosy imprezy - muzyka/krzyki, ale ona byla gdzies obok. Twierdzila ze w szatni, juz wychodzi i czeka na ubera. Poklocilismy sie oczywiscie.
Godzine potem nadal tam siedzi - jak sie dodzwonilem to faktycznie wracala, tj szla do taksy. Powrot na 3 do domu. Konto na uberze mamy wspolne - mozna latwo sprawdzic kto kiedy jezdzi.
Na drugi dzien probowalem wyjaśnić co tu sie stalo. Zarzekala się, ze ją scial jeden shot wodki i generalnie od 23 do 2 w nocy przelezala w kiblu pijana i spala. Tez mi sie to niespecjalnie podoba, ze mam zone o takich zachowaniach.
Generalnie mamy o to spor - jej zdaniem nic sie nie stalo i tu zupelnie normalne - mnie zwyczajnie odpycha i brzydzi. I tak ciagla przepychanka o to.
Kto Waszym zdaniem ma racje?