Witacie. Założyłam konto, by ktoś z zewnątrz mógł mi pomóc. Zmagam się z trudną decyzją - jestem młodą mężatka, mam 26 lat, jestem niecałe 2 lata po ślubie. Chyba nie kocham już męża, źle go wybrałam, bałam się zmian. To mój pierwszy i jedyny chłopak. Zawsze miałam powodzenie, jestem atrakcyjna i miła, skończyłam prawo i mam dobrą pracę. W liceum Michał mi zaimponował. Przystojny, mądry, dostał się na medycynę. Taki nieśmiały, zawsze odstawał od innych, ale też nie był odludkiem. Przetrwałam z nim całe jego studia wspierając go i teraz, jak miało być dobrze, to zaczyna się sypać. Zapisałam nas na terapię małżeńską. Poniżej spisałam swoje myśli by wiedzieć co przedstawić terapeucie. Pomyślałam, że podzielę się też tym tutaj - o ile ktoś będzie miał siłę to przeczytać - może udzieli mi wsparcia. Może ktoś był w podobnej sytuacji - czy da się żałować że się jest z osobą niecałe 2 lata po ślubie, a potem by się to zmieniło i już być szczęśliwym?
Nasz małżeństwo się rozpada.
Czuję że nie kocham już mojego męża.
Jesteśmy razem ponad 7 lat. W kwietniu będziemy 2 lata po ślubie. Jesteśmy dla siebie pierwszymi i jedynymi osobami, z którymi kiedykolwiek byliśmy w związku. Mieliśmy kryzysy wcześniej i raz rozstaliśmy się na pół roku, ale wróciliśmy do siebie. Michał obiecał że się poprawi. Zasadniczo to powody rozstania były takie same jak tego kryzysu teraz. Wierzyłam, że Michał dorośnie i nabierze pewności siebie. Jednocześnie to nigdy nie była wielka miłość z mojej strony, nigdy nie byłam bardzo zakochana. Powoli się w nim zakochałam, jednak wiedziałam, że się bardzo różnimy. O mój powrót do niego zawsze walczył on, prosił bym wróciła i obiecywał poprawę.
Teraz ja już jednak straciłam nadzieję, że on się zmieni. Każda rzecz, która mi w nim przeszkadza, gdy się wydarzy, powoduje u mnie smutek i przygnębienie – od razu lawinowo przypomina mi się wszystko co mam mu do zarzucenia. Psuć tak naprawdę zaczęło się między nami gdzieś w okolicach sierpnia/września. Od ponad miesiąca już bardzo poważnie myślę o rozstaniu i jednocześnie bardzo tego nie chcę. Jednak nie wyobrażam sobie bym mogła być szczęśliwa i zaakceptować Michała takim jakim teraz jest. Kiedyś umiałam jakoś czymś sobie w głowie kompensować jego wady. Teraz przez to, co niedawno się wydarzyło – długi czas spędzony z moją rodziną i moimi przyjaciółmi – gdzie rozczarowywał mnie co chwila swoim zachowaniem i czułam że tak bardzo mnie nie rozumie i że do siebie nie pasujemy, już tak bardzo zwątpiłam w powodzenie naszego małżeństwa, że:
-chyba nabawiłam się depresji – nie mam siły nic robić, z trudem wstaję rano do pracy, jestem ciągle smutna i płaczliwa, nieustannie towarzyszy mi poczucie niepokoju i jestem skrajnie niezadowolona z mojego życia. Nie wyobrażam sobie już jak mogę być szczęśliwa z Michałem, a też nie chcę żyć bez niego – praktycznie nigdy nie byłam sama. Marzyłam o założeniu szybko rodziny, dzieciach, tymczasem teraz czuję, że jestem w związku z mężczyzną, z którym sama będę musiała być głową rodziny i nie chcę z nim mieć dzieci, bo w obecnym stanie naszego małżeństwa to byłoby sprowadzenie ich do piekła. Poza tym nie mam na nic siły i nie wiem jak mogłabym zatroszczyć się o dziecko, skoro nawet o siebie nie dbam. Jedyne co mi zaprząta głowę to myśl, czy powinnam się rozstać. Nie mogę spać i w pracy ciągle o tym też myślę.
-przez ciągłe czepianie się do Michała tylko mu obniżam jego samoocenę i samopoczucie. Oczekuję że się zmieni na bardziej pewnego siebie i zaradnego człowieka, ale nie pozwalam mu na to bo podkopuję jego samoocenę.
Utknęliśmy w patowej sytuacji.
Ja nie jestem w stanie zaakceptować tego, by mój mąż był narzekającym, wiecznie zbolałym pesymistą z trudnościami ze społecznymi interakcjami, nie dającym sobie rady w życiu. Dodatkowo łatwo denerwującym się i nie robiącym dla mnie nigdy nic romantycznego.
On nie chce taki być i obiecuje mi poprawę.
Po czym jednak się tak zachowuje.
Nie mogę powiedzieć, by nie miał żadnych zalet. Na pewno bardzo mnie kocha. Teraz jak mam taki zły okres to troszczy się o psa, sprząta, robi obiad. Codziennie rano robi mi kawę. Jest wobec mnie uczciwy. Wiem, że mnie nie zdradziłby. Ważna dla niego jest rodzina –tj. ja, nasz pies, pewnie kiedyś byłyby też ważne nasze dzieci. Jest mądry. Przystojny. Liczy się z moim zdaniem.
Ale
Ma jakieś blokady w psychice i bariery które nie pozwalają mu na przełamanie takiej blokady nieśmiałości i niepewności siebie w kontaktach z ludźmi.
Jego ulubione słowo to „nie wiem”. Nigdy nic nie wie w kwestiach gdzie trzeba podjąć decyzję, przedstawić swoje zdanie na jakiś temat.
Michał jest pesymistą i wszystko przedstawia w ciemnych barwach – to jak wygląda praca lekarza, że źle mu idzie nauka, narzeka na staż, na wszystko co związane z pracą.
Jego zachowanie nie daje mi nadziei przypuszczać, że poradzi sobie w życiu, że zakasa rękawy jak będzie trudno i poradzi sobie. Nigdy nie pracował. Przez całe liceum i studia nie poszedł ani na jeden dzień do żadnej pracy. Ja pracowałam całe wakacje zawsze od liceum. Nie lubi załatwiać oficjalnych spraw, jak gdzieś jesteśmy to ja muszę zawsze wszystko załatwiać. Nie radzi sobie w stresujących sytuacjach, jak jest jakiś konflikt to robi się agresywny.Nie czuję poczucia bezpieczeństwa w naszym związku.
Mam wielkie obawy co różnić w naszym światopoglądzie.
Nie jest osobą rodzinną, nie zależy mu na kontakcie ze swoją rodziną.
Nie jest empatyczny i życzliwy dla ludzi, jest samolubny. Smutno mi gdy Michał kogoś osądza po pozorach, a zdarza się to bardzo często. Bardzo łatwo przychodzi mu krytyka innych.
Przestaliśmy ze sobą umieć rozmawiać, mam wrażenie że z każdym łatwiej mi rozmawiać niż z nim. Nie rozśmiesza mnie, czuje że nie mamy kompatybilne poczucie humoru. Nie umiem z niego wyciągnąć nic ciekawego żeby mi powiedział, nie może sobie przypomnieć żadnych wspomnień tak by o tym porozmawiać. Ja lubię śpiewać i się wygłupiać a on nie zaśpiewa nic nigdy i nie ma nigdy nastroju na żadne wygłupy.
Ciągle coś go boli albo jest chory. Naprawdę bez przerwy.
Nigdy nie robił dla mnie romantycznych rzeczy, nie podrywał mnie. Lubiliśmy się i jakoś tak się to przerodziło w związek. Brakuje mi czułych słów, gestów i poczucia, że się podobam mężowi.
Nie mam siły tyle inwestować w nasz związek dalej, nie otrzymując nic w zamian. Gotowałam, sprzątałam, zajmowałam się domem gdy on się dużo uczył cały nasz związek. Pracowałam w wakacje po nocach jako kelnerka, gdy on nie pracował. Kupowałam mu wszystkie jego ubrania i, bo on sam nie troczył się o swoją garderobę. Kupowałam mu rzeczy, które wiedziałam, że mu się spodobają, by sprawić mu przyjemność. Oglądałam filmy z nim takie jakie on lubi. Nigdy nie flirtowałam z żadnym innym mężczyzną w czasie naszego związku. To ja inicjowałam więcej razy po ślubie zbliżenia. Lubię się z jego znajomymi bardzo, jego rodzina mnie tez lubi. Jestem naprawdę sympatyczną osobą, która przez rozczarowanie mężem zmieniła się w płaczliwą czepialską zołzę.
Nie mam już siły być w takim destrukcyjnym dla mnie związku. Czuję, że nieszczęście i niepokój zjadają mnie od środka. Czuję, że zamiast mieć oparcie w mężu to mam w nim ciężar. Czuję, że zmieniam się przy nim w złą osobę.
On nie chce taki być i chce się strać. Ale tak jest od zawsze. Nie da się chyba tak zmienić. Kochałam go i przysłaniało mi to jego wady. Wydawało mi się że to ten jedyny, taki z wadami, ale mój Michaś. Tylko mój na zawsze. Jednak teraz nagromadziło się tak dużo rozczarowań, że nie czuję już wcale miłości.
Porównuję go, choć bym nie chciała, z innymi mężczyznami i okazuje się, że nie trzeba mieć tak jak ja, że można w związku mieć radość, a nie tylko marudzenie, ból i przygnębienie. Że facet może być wsparciem, motorem związku, proponować wyjścia, żartować, być w dobrym humorze i może myśleć o przyszłości i wiedzieć, że bycie mężem wymaga wydoroślenia. Michał tylko narzeka na swoje perspektywy. Czasem coś tam niby planuje ale to w takich odległych twierdzeniach „kiedyś może kupimy taki samochód, co?” „kiedyś wyjedziemy do Nowej Zelandii”. A ja nie mam siły czekać. Mieszkamy w mieszkaniu rodziców z jego bratem. Wiem, że jakakolwiek zmiana będzie wymagać inicjatywy ode mnie. To nie jest facet, który ogarnia życie sam. A ja jestem typem takiej kury domowej, kochanej żony, która by chciała zajmować się gromadą dzieci i domem, też bym chciała pracować, ale wiedząc, że mój mąż o nas się zatroszczy i zapewni nam byt. Potrzebuję czuć się zaopiekowana, kochana, doceniona i czuć się bezpiecznie. Nie czuję żadnej z tych rzeczy.
Chciałabym to uratować, bo mamy ślub, super przyjaciół, miliony wspólnych wspomnień i znamy się tak dobrze. Poza tym moja rodzina nie zaakceptuje rozwodu, będą mną bardzo zawiedzeni, są też religijni bardzo.
Ale też jeśli mam się tak czuć całe życie to wolę to zakończyć teraz, po 7 latach niż później. Chcę wiedzieć czy mogę znów pokochać mojego męża.