Witajcie
piszę na forum, bo prawdę mówiąc liczę na to, że może ktoś wytłumaczy mi logicznie moją sytuację. Rozstałam się z chłopakiem. W sumie nic nadzwyczajnego. Tyle że facet rozchodząc się ze mną nie był w stanie wyjaśnić mi dlaczego do rozstania doszło, a samo rozstanie było ogólnie "niespodzianką". Byliśmy ze sobą 9 miesięcy. Wcześniej znaliśmy się ok. 2 lata - przyjaźniliśmy się. To on zaangażował mnie w związek. Przez te 8 miesięcy nosił mnie na rękach. Zdobywając się na największy obiektywizm na jaki mnie stać nie mogę złego słowa powiedzieć na niego. O jego uczuciach świadczyły nie tylko deklaracje, że kocha, ale przede wszystkim czyny. Pomagał mi we wszystkim co tylko możliwe (remont mieszkania, kupowanie mebli, zawiezienie przez pół Polski do rodziców gdy zaszła taka potrzeba itp.), miał dla mnie zawsze mnóstwo czasu, przedstawił mnie swojej rodzinie i znajomym, zabierał na rodzinne uroczystości, wspólnie wyjeżdżaliśmy, pomieszkiwaliśmy u siebie itd. Ja również z czasem się bardzo zaangażowałam. Przez pół roku trwała sielanka - mimo jego osobistych kłopotów w pracy wciąż byliśmy sobie bliscy. Nawet nie zdążyliśmy się porządnie pokłócić... Ale widziałam też jak od marca on się powoli zmieniał - z człowieka któremu chciało się żyć, który miał w sobie optymizm i chęć do działania, zaczął zamieniać się w wiecznie zmęczonego, sfrustrowanego, narzekającego na wszystko faceta, który poza szukaniem nowej posady, siedzi tylko w domu i zamula przed komputerem (coraz mniej wychodził gdzieś nie tylko ze mną ale w ogóle, również sam). Wspierałam go jak mogłam i widziałam że to przynosiło skutek, bo trochę się ożywił w kwietniu. Na początku maja pojawił się problem, kiedy jedziemy na wakacje - on ze względu na zmianę pracy niezbyt miał ochotę na wyjazdy ale długo nie chciał mi powiedzieć tego wprost, a ja nie wiedząc o co chodzi naciskałam na podjęcie decyzji. Ale wyjaśniliśmy to sobie - powiedziałam też wtedy, że widzę co się z nim dzieje, spytałam o co chodzi. Zapytałam czy chce się rozstać - odpowiedział, że nie. Powiedział również że wie, że mnie zaniedbuje ale to przez tę sytuacje z pracą itp. Że martwi się, że się oddalimy i jak to będzie, jeśli jednak dostanie tę pracę o jakiej marzy (miała to być praca w innym mieście, 300 km od naszego). Zapewniłam, że rozumiem jego obawy i że przecież jeśli zajdzie taka potrzeba to wszystko sobie poukładamy i zorganizujemy, żeby nie martwił się na zapas (zadeklarowałam już wcześniej możliwość wyjazdu z nim). Myślałam że po takiej rozmowie opadnie z niego napięcie. Skoro twierdził że mu zależy, to że wobec mojej chęci współpracy postara się o ten związek tak jak ja. No i tu się mocno rozczarowałam, bo zrobił dokładnie odwrotnie. Z dnia na dzień wycofał się, zrobił bierny, oschły i przestał się angażować. Po dwóch tygodniach takiego zachowania doszło do rozstania.
Co powiedział gdy zapytałam o przyczyny jego zachowania? Że sam nie wie co się stało, że nie jest mi w stanie wytłumaczyć dlaczego się ode mnie odizolował. Zapytałam wprost, czy znalazł sobie kogoś innego - zarzekał się na wszystkie świętości, że to nie o to chodzi. Ale o co mu chodzi też nie wiedział. Dwa dni po rozstaniu zadzwonił z informacją, że ma jeszcze moje pudełko na lunch i że może mi je jakoś odda - sądzę, że czuł się winny i chciał wybadać czy u mnie wszystko w porządku, bo przy okazji zagadywał co u mnie słychać. Podczas kolejnej rozmowy gdzie jeszcze coś tam mieliśmy między sobą rozliczyć, ponownie wypytywał jak mi mija czas i przepraszał że zachowywał się wobec mnie nie w porządku przez ostatnie dwa tygodnie (jakby dopiero teraz to zauważył). Jak zapytałam dlaczego tak się zmienił to odpowiedział, że miał wrażenie że tak będzie dobrze.
Nie piszę tego, bo liczę na powrót. Nie chcę żeby wracał. Ale chcę znać przyczynę tego rozstania, bo uważam że każdy związek i rozstanie czegoś uczą. A tutaj nic nie rozumiem. Był maksymalnie zaangażowany, a potem w ciągu zaledwie 3 tygodni zamienił się w emocjonalny głaz. I to w momencie kiedy zapewniłam go o wsparciu i zrozumieniu. Przestraszył się czegoś? Nie kłóciliśmy się, nie było wyrzutów, szantaży, złośliwości itp. Sam przy rozmowie stwierdził że nie ma do mnie zastrzeżeń. No to do czego ma? Czy okłamał mnie w sprawie innej kobiety - zawsze istnieje taka możliwość ale prawdę mówiąc musiałby łgać non stop, bo byliśmy w stałym kontakcie, a wiele z tego co mi mówił/pisał zweryfikowało się w rzeczywistości jako prawda...
Może wy z boku jakoś to zinterpretujecie, może ja czegoś nie widzę... Chciałabym wiedzieć dlaczego świetny związek skończył się jak za dotknięciem różdżki, a nie zostać z samymi znakami zapytania. Z nim będę się musiała skontaktować w jeszcze jednej sprawie, zresztą powiedział że się odezwie po zakończeniu rekrutacji, czy dostał tą pracę. Tylko nie wiem czy jest sens jeszcze go o coś pytać...