Dziurawsercu napisał/a:Znamy sie od 11 lat, malzenstwem jestesmy od 7. Ja po przejsciach w sensie rozwodu, z malzenstwa gdzie nie bylo dzieci, ale byla przemoc fizyczna i psychiczna. On po paru zwiazkach, mniej lub bardziej szczesliwych, oboje przed 40 stka.
Ja na wysokim stanowisku, kobieta - robiaca kariere, znana i lubiana w srodowisku. Sytuacja finansowa lepiej niz dobra ( pisze to wszystko, zebyscie poznaly otoczke, od ktorej musze zaczac/
On praktycznie non stop bezrobotny czesciowo z wyboru, czesciowo z przymusu, zajmowal sie domem.
Domek, ogrodek i wakacje co roku na Karaibach - jak ja to mowie. Nieistotne szczegoly, a moze jednak....to tylko dobra materialne....
Czy na tym etapie nie przeszkadzało wam, że ty jesteś główną żywicielką rodziny a on panem domowym? Mogę sobie wyobrazić, że oboje akceptowaliście i byliście zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Ale mogę sobie też wyobrazić, że któreś z was ta sytuacja uwierała. Jak wyglądało wasze partnerstwo poza kwestiami utrzymania i ogarnięcia domu? Jak podejmowaliście decyzje?
Dziurawsercu napisał/a:Przed slubem - ja - tylko kariera zadnych dzieci, on- duza rodzina i wiele dzieci.
Po slubie- ja ewentualnie jedno dziecko? , on zadnych dzieci.
Dlugo po slubie- ja - duzo dzieci, on - zadnych dzieci.....
Mysle ze to zaczatki naszych nieporozumien......
Nie wiem, jak mogliście zdecydować się na małżeństwo, skoro mieliście totalnie rozbieżne poglądy w kwestii tak fundamentalnej jak posiadanie dzieci. Przecież tu nie ma wiele miejsca do negocjacji. Jak dwie osoby chcą kilkoro dzieci, to mogą się dogadać czy kilkoro znaczy 2 czy 4, czy ileśtam. Ale jak jedna strona mówi "koniecznie", a druga "nie ma mowy", to tylko jedna ma szansę zrealizować swoją potrzebę. Chcieć dziecka i nie mieć go - to tragedia. Nie chcieć dziecka i mieć je - to tragedia. W każdym możliwym scenariuszu jedno z was realizuje swoje potrzeby, a drugie cierpi. To zdecydowanie jest źródło waszych problemów - i to podwójne. Raz - jako źródło szantażu "dzieci albo rozwód". Dwa - pokazuje, że od początku żadne z was nie brało pod uwagę potrzeb tego drugiego, ignorowaliście kwestie sporne i liczyliście, że jakoś to będzie (zapewne każde, że będzie po jego myśli). Na takich fundamentach zdrowego związku po prostu nie da się zbudować.
Dziurawsercu napisał/a:Pierwsze dziecko- ciezki porod, ciezka depresja z mojej strony, nieradzenie sobie z cala sytuacja, mysli samobojcze, brak opieki nad dzieckiem w fazie poczatkowej /depresja/
On wowczas - praca na pol etatu plus opieka nad dzieckiem, kiedy wraca do domu.
Wielki kryzys , ze lataja noze. Ale zyjemy dalej razem.
Skoro piszesz, że on już po ślubie zmienił zdanie co do posiadania dzieci, to czy tego pierwszego chciał? Czy odechciało mu się po tym jak zachorowałaś na depresję poporodową? - i to tak ciężką, że miałaś myśli samobójcze. Czy jego niechęć wynikła z twojej choroby i z tego, że na jakiś czas został sam z dzieckiem, chorą żoną, domem i pracą na głowie? Czy też już do tego pierwszego dziecka nie był przekonany, ale zgodził się na odczepnego?
Nie pytam, jak ty reagowałaś na sytuację - znam depresję z autopsji, także rozumiem, że byłaś chora. Nikt o twoje zachowanie w tym czasie nie powinien mieć pretensji. Jestem tylko ciekawa, czy poszłaś z tym do lekarza, czy czekałaś aż samo przejdzie. Chciałabym wiedzieć jak reagował on? Skąd te kłótnie, skąd ta agresja? O co mieliście do siebie wtedy pretensje?
Dziurawsercu napisał/a:Potem moj dalszy rozwoj zawodowy, on siedzi w domu, dziecko dorasta , sytuacja sie normuje, jest ok.
Czy razem zadecydowaliście, że lepiej będzie jak ty wrócisz do pracy a on zostanie w domu (i rzuci pracę na pół etatu)? Czy też zmusiła was do tego sytuacja (np. on stracił pracę)? Jakie względy o tym zadecydowały? Czy nie było możliwości żebyście pracowali oboje? A może on pracować nie chciał, skoro ty byłaś w stanie utrzymać całą rodzinę? Czy oboje byliście zadowoleni z podziału ról w związku na tym etapie?
Dziurawsercu napisał/a:Dostaje parcia na kolejne dziecko, nie wyobrazam sobie zycia majac tylko jedno dziecko ( ja jedynaczka), on jest calkowicie PRZECIW. Nie wytrzymuje tego, mam straszne parcie na dziecko, proby zajscia w ciaze koncza sie kolejnymi 5 cioma stratami nienarodzonych dzieci. Lecze sie w klinice leczenia bezplodnosci. On nie chce wiecej dzieci. Ja szaleje, potem szantaz z mojej strony albo dziecko, albo odchodze od niego, zero sexu itd.
Ta sytuacja została już na forum przemaglowana we wszystkie strony, ale nie mogę jej olać. Przede wszystkim, ogromnie ci współczuję serii poronień - utrata każdego dziecka, nawet nienarodzonego, to tragedia. Czy w klinice leczenia niepłodności zaproponowano ci opiekę psychologiczną w związku z tym?
Są też inne kwestie. Po pierwsze, co wpłynęło na zmianę twojego podejścia do liczby dzieci? - przecież jedynaczką byłaś od zawsze. Po drugie, jak to jest możliwe, że twój mąż był całkowicie przeciw dzieciom, a jednak doszło do tych pięciu ciąży. Czy już wtedy go naciskałaś? Dlaczego, skoro on jasno mówił, że nie chce, ty parłaś do kolejnego dziecka? Czy liczyłaś na to, że jak zajdziesz w ciążę, to mąż zmieni zdanie (np. bo pierwsze dziecko kochał, to i to pokocha, jak już będzie)? Czy też wychodziłaś z założenia, że poradzisz sobie z ciążą dzieckiem i zapewnieniem mu miłości przez całe życie sama?
Powiedzmy też sobie szczerze - szantaż w związku jest poniżej wszelkiej krytyki zawsze. A szantaż w kwestii posiadania dziecka to prosta droga do tragedii z minimum 3 ofiarami - matką, ojcem i dzieckiem. I to nie jest tak, że jak facet nie chciał nowego dziecka, to mógł odejść. Był od ciebie uzależniony ekonomicznie, to raz (czy na własne życzenie, pytałam wcześniej). Kochał pierwsze dziecko i nie chciał ograniczenia z nim kontaktów - a przecież ono zostałoby z tobą, prawda? Mieszkać z dzieckiem w domu, a odwiedzać je w weekendy to dwie różne sprawy. Może też wciąż cię kochał i ciebie nie chciał stracić. Albo po prostu był uzależniony emocjonalnie. W każdym razie nie można powiedzieć, że to jego wina, że uległ szantażowi - szantaż jest zawsze winą szantażującego. To ty postawiłaś sprawę na ostrzu noża; to ty doszłaś do wniosku, że drugie dziecko jest ważniejsze od wszystkiego innego i jak się cała reszta spieprzy to trudno, dziecko to zrekompensuje - dostałaś to, czego sama chciałaś. Nawet jeśli szantażując nie przewidziałaś wszystkich późniejszych konsekwencji.
Dziurawsercu napisał/a: Zachodze w koncu w ciaze , ktora zakonczy sie szczesliwie. Jego to nie cieszy, ciaza jest bardzo skomplikowana, leze pare miesiecy, codziennie pare zastrzykow i garsc lekow.... On jest obok tego calego zdarzenia....
Na zewnatrz szczesliwa rodzinka, tak mowia o nas znajomi, wewnatrz - ja sama emocjonalnie z brzuchem, ktory chcialam tylko ja....warkniecia na siebie, oddalamy sie od siebie, nie kochamy sie ani fizycznie a psychicznke jestesmy tez daleko.
To też zostało przemaglowane na wszystkie strony. Skoro dziecka nie chciał, został do niego zmuszony (nie gwałtem, groźbą utraty wszystkiego, co miał), to trudno żeby się cieszył. Rozumiem, że kobieta w ciąży oczekuje wsparcia swojego mężczyzny - to zupełnie normalne. Ale trudno oczekiwać, że mąż będzie cię wspierał w czymś, czego on nie chce. Jak ma się cieszyć, skoro właśnie spełnia się jego osobista tragedia. Bo mieć dziecko, którego się nie chce, to też jest tragedia. Bać się, że nie będzie się w stanie go pokochać, że się je odtrąci - to straszne. Poczytaj sobie, jak kobiety reagują na wiadomość o niechcianej ciąży - jak wiele z nich wypiera sytuację ze świadomości, mimo że nie da się uciec od własnego brzucha. Niby dlaczego mężczyzna miałby się zachowywać inaczej?
Dziurawsercu napisał/a:Potem umiera jego ojciec, ja na ile umiem pomagam mu, ale bardziej "organizacyjnie" niz psychicznie, bo mam zakaz od ginekologa "zaglebiania sie w smierc tescia" , zeby nie poronic 8 my raz....nie rozmawiam z nim o smierci jego ojca, ale bardzo przezywam wewnetrznie ten temat (byl mi baaardzo bliska osoba)
To do pewnego stopnia jestem w stanie zrozumieć. Skoro wytyczne ginekologa były takie a nie inne, ty obawiałaś się utraty dziecka, którego tak bardzo chciałam, to rozumiem, że próbowałaś się do sytuacji zdystansować emocjonalnie. Rozumiem też, że mężowi brakowało twojego wsparcia. Szczególnie, że ten brak wsparcia był spowodowany ciążą, której on nie chciał. Więc pewnie myślał, że jakby tego dziecka nie było, to byłoby lepiej. A potem wyrzucał sobie, że o własnym dziecku myśli, że lepiej jakby go nie było. Dla każdej, zdrowej emocjonalnie osoby takie myśli to piekło.
Dziurawsercu napisał/a:Oddalamy sie z dnia na dzien od siebie, zaczyna mieszkac moja mama z nami, ktora widzi jakim on jest mezem i facetem, nastawia mnie przeciwko niemu.
Jakim mężem i facetem on wtedy był? Nie wspierającym cię w ciąży - to już przedyskutowaliśmy. Przeżywającym żałobę po swoim ojcu - to też omówliśmy. Oba te zachowania mogły cię ranić, ale są absolutnie zrozumiałe z jego perspektywy. A może przestał wykonywać swoje obowiązki domowe? O tym, że dorosła kobieta - z własnym życiem i z własną rodziną - powinna mieć też własny rozum, a nie dawać się "nastawiać przeciwko mężowi" przez matkę, to już nie wspomnę. Na twoim miejscu zastanowiłabym się poważnie ile z pretensji i żalów, które w tym czasie czułaś do męża wynikało z nastawiania przez mamę (a więc z twojej niesamodzielności emocjonalnej), a ile z twoich własnych emocji, które teraz próbujesz przypisać wpływowi matki.
Dziurawsercu napisał/a:Zjazd klasowy po 20 stu latach, wypuszczam go (jak sie pozniej dowiem ze zlotej klatki) na ta impreze do innego miasta.
Bardzo mnie ciekawi, czy wcześniej nie miałaś choćby cienia przeczucia, że twój facet wcale nie jest szczęśliwy w roli męża domowego. Czy też nawet nie przyszło ci to do głowy? A może on się świetnie maskował? A może naprawdę się realizował w obowiązkach domowych, a próżniły was wyłącznie dzieci?
Czy to on ci powiedział, że go "wypuściłaś" czy też zawsze kontrolowałaś gdzie wychodzi, po co, z kim? - i uważałaś, że to normalne, że on najpierw musi mieć twoją zgodę.
Dziurawsercu napisał/a: Wraca CALKOWICIE zmieniony o 180*, nikt go nie poznaje, moja mama mowi, ze to inny czlowiek. Ja w ciazy jestem bardziej zajeta moim brzuchem niz obserwacja jego. Mam to gdzies... Przeicez nie zdradzilby mnie , kiedy jestem w ciazy- mysle i wierze w to. Zapewnia ze nic sie nie stalo.
Skupiona na ciąży przespałaś pierwsze wyraźne znaki, że coś jest między wami nie tak. Ale rozumiem, że nie oczekiwałaś zdrady w ciąży i rozumiem, że ciąża była dla ciebie priorytetem - tak jest u wielu kobiet, które nie mają obsesyjnego parcia na dziecko.
Bardziej mnie martwi to "mam to gdzieś". Bo co innego wierzyć, że wszystko jest w porządku i nie spodziewać się zdrady, a co innego być obojętnym na to, co się dzieje w związku. Ciekawi mnie, czy przez cały okres trwania waszej relacji choć raz zadałaś sobie pytanie - czy mojemu mężczyźnie pasuje nasze wspólne życie? Czy też pasowało tobie, więc zakładałaś, że i jemu powinno. W końcu krzywda mu się nie działa (poza szantażem ciążowym nie piszesz o żadnym terrorze z twojej strony, więc zakładam że faktycznie swojego faceta nie krzywdziłaś z premedytacją, utrzymywałaś go).
Dziurawsercu napisał/a:Miesiac przed porodem odkrywam, jak w tajemnicy przede mna rozmawia z jakims "kochaniem" przez telefon o 3 w nocy. Jeszcze tej nocy wywalam go z domu. Nad ranem wywaza drzwi i blaga na kolanach o szanse, argumentije, ze to tylko kolezanka, ze bal sie powiedziec, ze z nia telefonuje, ze bylabym zazdrosna o kolezanke z liceum...
Za niecaly miesiac rodze, on jest psychicznie nieobecny , obiecal ze nie beda telefonowac.
Odpuszczam, bo chce w to wierzyc, boje sie zaszkodzic dziecku wiec wierze mu, nie sprawdzam dalej nie szukam...
Przesypiasz kolejne znaki, dajesz się udobruchać, bo dziecko jest w tym momencie priorytetem, nie masz siły na żadne dodatkowe problemy i zawirowania. Rozumiem, nie dziwię się.
Dziurawsercu napisał/a:Dwa miesiace po porodzie, jestem na tyle silna psychicznie by zmierzyc sie z prawda ( moja mama w tle ciagle mi mowi jaka jest prawda i niestety jak sie okaze bedzie miala racje) , wynajmuje profesjonalistow, jeszcze w ten dzien wieczorem dowiaduje sie calej prawdy. Przestaje oddychac, swiat staje w miejscu.... Ja dla ktorej swiat ma albo bialy albo czarny kolor, ta, ktora miala scenariusz na kazda ewentualnosc zyciowa...twardo stapajaca po ziemi, zawsze wiedzaca co zrobic kobieta.... umieram z dwumiesiecznym dzieckiem na reku....
Dostaje plik korespondencji jego i pani szmaty, mam wszystko na pismie.... Wypiera sie dalej, dalej pieknie klamie, przysiega na wszystko co mu swiete. Przyznaje sie dopiero, gdy pokazuje mu to co mam. Nie moze uwierzyc, ze moglam do tego dojsc i jak.....
Placz, lzy, jego proba samobojcza, wyjezdzam z dziecmi do kolezanki, i chce zeby go nie bylo jak wroce.... Ale jest...
I wreszcie zamek z piasku, który sobie wybudowaliście, runął. Temu też się nie dziwię. Jeśli przeanalizować wasz związek na chłodno, to od samego początku nie miał żadnych sensownych fundamentów. Nigdy nie żyliście ze sobą a obok siebie - nie w codzienności (bo o niej niewiele piszesz), ale w sprawach fundamentalnych. Nigdy nie próbowaliście dojść do porozumienia, zawsze jedno narzucało swoją wolę drugiemu. Ewentualnie każdy robił swoje i liczył, że ostatecznie wyjdzie na jego.
Nie sądzę by zdrada emocjonalna bolała mniej niż fizyczna. Przeciwnie - wydaje mi się, że łatwiej wybaczyć przygodny skok w bok z kobietą, która dla faceta była tylko ładnym, chętnym ciałem. Myśl, że mój mężczyzna pokochał czy też zauroczył się inną, a w stosunku do mnie ostygł jest dla mnie dużo bardziej bolesna. Więc nie dziwię się twojemu cierpieniu, nie dziwię się pretensjom. I nie usprawiedliwiam twojego faceta - zrobił coś niedopuszczalnego.
Ale prawda jest taka, że nie znalazłaś się w tym miejscu w życiu, w którym jesteś, przypadkiem i niespodzianie. Oboje "zapracowaliście" na tę sytuację dzień po dniu, każdą kolejną decyzją. A póki nie zrozumiecie przyczyn sytuacji, nie będziecie w stanie jej naprawić - ani uniknąć w przyszłości.