Witajcie,
postanowiłam tu opisać swój problem, gdyż widzę, że wielu z Was orientuje się trochę w problemach emocjonalnych. Widzę u siebie pewne niepokojące mnie symptomy. Mam nadzieję, że komuś zechce się przeczytać to, co napiszę.
Zaczynając od początku: Mam 21 lat. Byłam wychowywana tylko przez mamę, ojciec nigdy mnie nie odwiedzał, nie kontaktował się w urodziny, święta. Mama jakoś nie miała szczęścia do mężczyzn - wielu było pijących, podejrzewam, że przyczyną był pijący ojciec, który to sam ją wychowywał (po alkoholu mu trochę odbijało, zdarzała się przemoc wobec Mamy i jej brata i siostry). Wszystko to sprawiło, że nie zaznałam ojcowskiej miłości. Jako że Mama musiała liczyć sama na siebie, nie miała wsparcia rodziny, gdy była w ciąży i po urodzeniu mnie to dużo pracowała, musiałam sama siedzieć w domu i nasz kontakt nie był jakiś idealny. Wiem, że mnie kochała, bo dbała o mnie, martwiła się, ale był deficyt, jeśli chodzi o czułość i rozmowy. Nie mówiła mi, że mnie kocha (ja też nie potrafiłam), rzadko przytulała - zapewne dlatego, że sama tego nie zaznała. Byłam skrytą osobą, więc to ona dużo mówiła, ja niewiele o sobie opowiadałam. Zawsze miała mnie za mądrą dziewczynkę, więc zwierzała się ze zwoich problemów itd., gdyż też nie miała zbyt wielu bliskich osób. Jak byłam mniejsza to święta spędzało się u prababci, ale zawsze kończyło się to awanturą dziadka jak już wypił za dużo, więc ograniczyliśmy z nim kontakt i od tamtej pory spędzałyśmy święta we dwójkę, co za tym idzie nie zaznałam szczęścia rodzinnego, nie było rodzinnych spotkań, wspólnego obchodzenia urodziń. Obecnie brat Mamy jest skłócony (po śmierci dziadka), ciocia jest na drugim końcu Polski, nie przyjeżdża, bo ma trójkę dzieci a my mieszkamy w 1 pokoju, a mama nie ma kiedy wziąć wolnego. To tyle jeśli chodzi o relacje rodzinne.
Jak byłam mała to byłam pulchna i się ze mnie wyśmiewano w szkole, do tego bardzo dobrze się uczyłam, więc wyzywano mnie od kujonów itd. Wiadomo, że wpłynęło to destrukcyjnie na poczucie własnej wartości. Mimo, że starałam się bawić z dziećmi na podwórku, to spotykałam się z odrzuceniem. W wakacje siedziałam w domu, pamiętam jak przesiedziałam przed telewizorem całe lato i jak wróciłam do szkoły to byłam strasznie blada...
Kiedy już poznałam swojego chłopaka (1 klasa liceum), to miałam z kim spędzać czas, to przed nim pierwszy raz byłam sobą, otworzyłam się, byłam radosna. Jak to nastolatka, miałam czasem wątpliwości, czy to jest to, bo nic nie 'czułam', ale jako że byłam bardzo przywiązana do niego, byliśmy podobni, lubiliśmy to samo itd. to byliśmy razem. Poza tym dużo czytałam o miłości (musiałam skądś czerpać wiedzę, skoro nie miałam w rodzinie ani jednego przykładu dobrego małżeństwa) i dowiadywałam się, że przecież emocje, to nie wszystko. Kiedy jednak poszliśmy na studia (1,5 roku temu) i jakiś chłopak zaczął się mną interesować, to ja zaczęłam z nim flirtować nie patrząc kompeltnie na konsekwencje. Zerwałam z moim chłopakiem, spotykałam się z tamtym, ale mimo to ciągle myślałam o swoim ex. Potem stwierdziłam, że to bez sensu i wróciłam do swojego byłego, który na szczęście mi wybaczył a ja nie mogłam pojąć, jak mogłam zrobić coś takiego osobie, którą kocham. Ja, która zawsze gardziła takim zachowaniem, która miała swoje zasady. Widocznie chęć dowartościowania się była silniejsza, że oto ktoś zwrócił na mnie uwagę.
Obecnie przeżywam jakiś kryzys. Mam zrójnowane poczucie własnej wartości, panicznie boję się śmierci mojej mamy (a jest jedyną moją rodziną) tego, że mnie chłopak zostawi, że zostanę sama na tym świecie, mam problemy z nawiązywaniem bliskich znajomości, odczuwam bezsens życia, od zawsze nie radziłam sobie z jego monotonią. Nie umiem się usamodzielnić, często jeżdżę do domu, zwłaszcze teraz, gdy boję się o moją mamę. Na szczęście więcej teraz rozmawiamy, przytulam się do niej, mówię, że ją kocham. Fakt, że jestem nieśmiała, że nie jestem przebojowa przyczynia się do przeświadczenia, że nie poradzę sobię w życiu, że tracę pieniądze i czas na studia, po których i tak nie będę pracowała w zawodzie. Tak bardzo boję się przyszłości... Przeraża mnie moja niestabilność emocjonalna, brak zwracania uwagi na konsekwencje swoich wyborów, czuję się jak jakieś dziecko, które potrzebuje wiecznego okazywania czułości i zainteresowania. Jak jestem sama w pokoju to mi odbija, ciągle muszę z kimś pisać albo rozmawiać, wychodzę na spacery, rozmawiam z obcymi ludźmi. Każdy odrzucenie ze strony znajomych, brak zainteresowania moją osobą przyczynia się do moich lęków i poczucia beznadziejności. Byłam u psychiatry, to powiedział, że mam zamieszkać z chłopakiem i zacząć korzystać z życia, w ogóle nie chciał słuchać o moim dzieciństwie i obecnych lękach.
Jestem młodą osobą, chcę normalnie żyć, a obawiam się, że mam nierówno pod sufitem... Przepraszam za chaos wypowiedzi.