Próbuję w głowie poukładać sobie wszystko co się stało do tej pory i dochodzę do wniosku że stało się za dużo. Jedak we mnie ciągle jest cień nadziei. Całą tą "opowieść" zacznę od tego że całą winę biorę na siebie.
Przez moje życie przewinęło się do tej pory trzech mężczyzn. Mój pierwszy chłopak z którym byłam 2 lata. Ja podjęłam decyzję o rozstaniu, to było takie bardziej zauroczenie niż miłość. Drugi, cóż chwila słabości. Żonaty, mieszkający daleko ode mnie. I trzeci z którym rozstałam się w połowie kwietnia 2014 roku, byliśmy z sobą pół roku. Miałam przy sobie wyjątkową osobę, czułam się bezpieczna i kochana. Spędzaliśmy z sobą każdą wolną chwilę. Jak każda kobieta uwielbiałam kwiaty bez okazji, niezapowiedziane wycieczki. Nie brakowało Nam niczego. Kiedy Go poznałam wszyscy mówili że bardzo się zmieniłam, na lepsze. Było widać że jestem szczęśliwa do czasu aż tego wszystkiego nie straciłam przez własną głupotę. Mój chłopak bardzo chciał żebym zerwała kontakt z dwoma znajomymi. Chodziło mu o usunięcie ich ze znajomych na fb i zablokowanie numerów. Uważałam że nie robię nic złego bo to z Nim byłam, jemu mówiłam kocham cie. Nie rozmawiałam z nimi, nie spotykałam się. Denerwowały go komentarze pod zdjęciami, smsy z zaproszeniem na kawę. Jeden z nich to mój były chłopak który nie potrafił się pogodzić z rozstaniem i moim odejściem, a drugi to mężczyzna którego poznałam zupełnie przez przypadek, po jakimś czasie doszło między nami do zbliżenia. Miał żonę, nadal ją ma. Ja wtedy byłam sama. To była zwykła przyjemność bez żadnych zobowiązań. Po tym urwał Nam się kontakt. Kiedy zaczęło mi się układać, oboje wrócili. Ten żonaty stwierdził że chce się rozwieść bo nie kocha żony i nie może o mnie zapomnieć a były chłopak po prostu żeby trochę zamieszać mi w życiu postanowił mnie podenerwować. Ja nie odpisywałam na żadną wiadomość, nie odbierałam od niech telefonu. Mój chłopak jasno powiedział że mam zerwać kontakt z tym żonatym mężczyzną, ja się zdenerwowałam i powiedziałam że nie będzie wybierał mi znajomych. Oczywiście było to powiedziane w nerwach, mimo wszystko wiedziałam że muszę to zrobić i chciałam. I wtedy stało się. On nie wytrzymał i zerwał ze mną z dnia na dzień. Przestałam normalnie żyć, zamknęłam się w sobie. Na początku w ogóle nie chciał rozmawiać, nie odbierał telefonu, nie odpisywał. Dopiero po miesiącu powiedział że to już się zbierało w nim od jakiegoś czasu, miałam do niego pretensje że nie porozmawiał ze mną. Nigdy nie powiedział że coś jest nie tak, do ostatniego dnia było wszystko dobrze i zapewniał mnie o tym jak pytałam. Ja w tamtych miesiącach przeżywałam burzę hormonalną, zdarzało się że nie panowałam nad emocjami tak jakbym chciała. Ale nigdy nie przestałam mu mówić że bardzo Go kocham i jest dla mnie najważniejszy. Popełniłam w tamtym momencie błąd, nie dałam mu od siebie odpocząć. Mogłam nie pisać po rozstaniu lecz dla mnie walił się cały świat. Kiedy On już ochłonął kontakt wrócił, minimalny. Był to okres wakacyjny, który spędziliśmy razem. Wypady nad morze, wycieczki cieszyłam się jak głupia, myślałam że wszystko zaczyna się układać, że zrozumiał że to On jest najważniejszy. Nawet po rozstaniu uświadamiałam Go w moim uczuciu do Niego. Myślałam że potrzebuje czasu żeby to wszystko się unormowało. Przyszedł wrzesień i zaczęła się u mnie panika. Każde z Nas miało żyć w innym mieście, zastanawiałam się jak pogodzimy to wszystko. Zastanawiało mnie Jego zachowania, od czasu "powrotu" nie było już kwiatów, nie mówił że mnie kocha, po prostu był. I to mi wystarczało. Jego bliskość. W połowie września urwał ze mną kontakt bez słowa wyjaśnienia. Zachodziłam w głowię co zrobiłam źle, gdzie popełniłam błąd. Wiedziałam że bardzo się starałam, że nie mógł się zdenerwować o jakiś znajomych bo poświęcałam czas tylko Jemu. Dzwoniłam, nie odbierał, pisałam, zero odpowiedzi. Po 2 tygodniach zupełnie niespodziewanie zadzwonił i powiedział że spotkamy się wieczorem. Spotkaliśmy się, powiedział że kogoś poznał ale wie że z tego nic nie będzie bo oszukała go nie mówiąc że jest w związku od 3 lat. Ucieszyłam się, że wrócił, że widzi że życie nie jest takie kolorowe jak Jemu się wydaje. I wtedy usłyszałam "ale wiesz że to tylko seks". Zatkało mnie, nie wiedziałam co mam powiedzieć, zrobić. Kochałam Go zbyt mocno żeby powiedzieć "nie". Nie spodziewałam się tego ani po nim ani po sobie że się zgodzę na ten układ. Nie potrafiłam mu odmówić, nie potrafiłam przestać Go kochać. Na początku widzieliśmy się tylko w piątki na tyle pozwalały nam nasze obowiązki. W ciągu tygodnia normalny kontakt, smsy, telefony. On nie chciał przyjeżdżać do mnie kiedy moi rodzice byli w domu, właściwie się nie dziwię miał z nimi zawsze bardzo dobry kontakt. Moi rodzice polubili Go od samego początku, byli zaskoczeni że w moim pokoju zawsze są kwiaty, że ja chodzę uśmiechnięta. Z tygodnia na tydzień wszystko się poprawiało, spędzaliśmy z sobą coraz więcej czasu, zaczął przyjeżdżać jak byli rodzice. Ale nadal to był tylko seks. Pod koniec listopada mieliśmy mniej kontaktu. Ja miałam dużo nauki, tęskniłam za Nim. Jak wszystko się uspokoiło napisał że strasznie się za mną stęsknił, przyjechał wieczorem i zabrał mnie do siebie. Czułam że jestem w tym momencie najszczęśliwsza i że nic więcej nie potrzebuje. Miałam przy sobie wszystko czego potrzebowałam - Jego. Zasnęliśmy obok siebie, obudziłam się kilka razy w nocy bo nie wierzyłam że to się dzieje, że mam Go obok siebie. Obudził mnie rano śniadaniem do łóżka, było wszystko idealne. Kiedy poszedł się wykąpać coś mnie tknęło i wzięłam Jego telefon do ręki. Wiedziałam że nie powinnam tego robić ale to było silniejsze. Była tam rozmowa z facebooka z dziewczyną którą znam. Tak naprawdę nic nie znacząca rozmowa i inna rozmowa, a właściwie zdjęcie które dostał od jakiejś dziewczyny która stała naga przed lustrem. Łzy stanęły w oczach kiedy On wszedł do pokoju. Zapytał co się stało. Zaczęłam się w pospiechu ubierać i mówiłam żeby mi to wytłumaczył. On nie wiedział o co chodzi, wzięłam Jego telefon i mu pokazałam to zdjęcie. Zaczął się śmiać, spojrzał na mnie i powiedział że przesadziłam. Miałam się ubrać i wyjść. Ja się postawiłam i powiedziałam że nigdzie nie wyjdę dopóki mi tego nie wyjaśni. Czułam że się zapadam, miałam żal do siebie, do Niego. On siedział w kurtce, butach gotowy aby mnie odwieść do domu. Mówił że bez zaufania nic nie zrobimy, a on mi po prostu przez to nie ufa. Płakałam, przepraszałam, mówiłam że to była chwila, że normalnie bym tego nie zrobiła. Nigdy nie dotykałam Jego telefonu. Po godzinie płaczu przyszedł i powiedział że mam nigdy więcej tego nie robić, wytłumaczył jak to zdjęcie znalazło się w Jego telefonie. Przytulił mnie i powiedział żebym już nie płakała ale mam nigdy więcej tego nie robić. Powiedziałam że nigdy więcej nie dotknę jego telefonu i że bardzo Go kocham. Odwiózł mnie do domu, wszedł na moment i wtedy moi rodzice zobaczyli że jestem zapłakana. Tato nie wytrzymał powiedział że mamy coś zrobić, że on dłużej nie wytrzyma tego że ja ciągle płaczę a on nie wie co się dzieje. I żebyśmy byli razem albo mamy się rozstać i żyć normalnie. Stanęłam w Jego obronie i powiedziałam że to tylko i wyłącznie moja wina. Nie chciałam mówić co zrobiłam bo było mi wstyd. Mama przyłączyła sie do taty i też powiedziała że nie może patrzeć jak cierpię dodała że do miłości nikogo nie można zmusić. On w tym momencie odwrócił się w moją stronę i powiedział - widzisz, słuchaj. To wszystko działo się tak szybko. Myślałam że wejdzie chociaż na chwilę ale się myliłam. Odprowadziłam Go do auta, myślałam że coś powie i rzeczywiście powiedziała "nie płacz już tylko". Wsiadł do auta i odjechał. Wróciłam wściekła do domu, myślałam że jest zły. Ale kolejny raz urwał Nam się kontakt.
Pretensje miałam do rodziców, że naskoczyli na Niego choć nie wiedzieli co się stało. Powiedziałam mamie że ma go przeprosić. Zadzwoniła do niego i poprosiła żeby przyszedł na moment, zgodził się. Porozmawiała z nim i zapytała czy my jesteśmy razem, na co on odpowiedział że przecież pół roku temu zerwaliśmy. Dla mamy było wszystko jasne. Ja przez kilka dni nie odzywałam się do Niego, nie próbowałam kontaktować ale w końcu chciałam żeby mi powiedział swoją wersję jak wyglądało spotkanie z moją mamą. Przyjechał w piątek na przerwie w pracy tak jak zawsze żebym była sama w domu. Powiedział że to była spokojna rozmowa na niemiłe tematy. Nasza rozmowa skończyła się w łóżku. Wtedy postanowiłam zakończyć wszystko, na początku udawało mi się to. Mimo tego że myślałam o Nim, śnił mi się każdej nocy nie pisałam do Niego. Walczyłam sama z sobą, każdego wieczoru płakałam i prosiłam Boga żeby mi Go nie zabierał. W święta się dowiedziałam że spotyka się z jakąś dziewczyną która ma 17 lat. Nie potrafiłam cieszyć się świętami, rodziną. Niczym. W drugi dzień świąt spotkałam się ze znajomymi, jeden kolega odprowadził mnie na busa, było już ciemno nie chcieli żebym wracała sama. Jak doszliśmy na przystanek z którego odjeżdżały busy w stronę mojego miasteczka wtedy Go zobaczyłam. Wróciły wszystkie myśli, wspomnienia jak tylko Nasze oczy się spotkały. Z każdym krokiem uginały mi się bardziej kolana. Ten znajomy który był ze mną widział zauważył Go i na jego oczach przytulił mnie i mówił że jestem silna że dam radę i żebym mu nie pokazała swojej słabości. Trzęsłam się z nerwów, zimna ale wiedziałam że muszę znieść te 40 minut aby dojechać do domu. Poczekał ze mną 20 minut bo miałam jeszcze sporo czasu do odjazdu, przez ten czas nie wypuścił mnie z objęć. Ja prosiłam tylko o jedno, żeby mój były nie pomyślał że to jest jakiś mój nowy chłopak. Poprosiłam Go żeby już poszedł, wiedziałam że wtedy ja się uspokoję. Pocałował mnie w policzek i odszedł. Ja wsiadłam do busa, zajęłam pierwsze miejsce aby być blisko Jego. Widziałam że zamknął rozmowę na facebooku z tą dziewczyną. Nie odzywałam się całą drogę, cieszyłam się że jest ciemno i nie widzi moich łez. Nawet nie wiedział ile ból sprawia mi Jego obecność. Widziałam w lusterku że kilka razy zerknął na mnie. Droga strasznie mi się dłużyła, jak dojechałam i wysiadałam to buzia sama się otworzyła i powiedziałam - gratuluję nowej dziewczyny, szkoda że to jeszcze dziecko i wysiadłam. Jak doszłam do domu dostałam od Niego smsa, że mam przystojnego chłopaka który wygląda na inteligentnego więc pewnie się dogadam z nim. Odpisałam że nie mam chłopaka. Cała rozmowa zamieniła się w kłótnie. Na drugi dzień nie wytrzymaliśmy i znowu się spotkaliśmy, znowu się kochaliśmy. Jak wychodził ode mnie to powiedziałam żeby nie okłamywał tej drugiej dziewczyny i powiedział jej co robi ze mną, w ogóle żeby powiedział Jej prawdę że nie rozstał się ze mną na dobre pół roku temu. Bo cały ten czas byliśmy obok siebie. Przestraszył się że ja jej to powiem i prosił żebym nic nie mówiła nikomu. Przez te kilka dni mieliśmy znowu kontakt. W sylwestra przyjechał do mnie i powiedział że mnie zabiera do siebie. Powiedziałam że nigdzie nie jadę. Obiecałam że będę w domu. W głębi duszy bardzo chciałam jechać z nim, cała krzyczałam że tak bardzo chce z nim jechać. Kolejny raz wylądowaliśmy w łóżku... mimo to zostałam w domu, sama. Przepłakałam sylwestra, w nowy rok jeszcze chwilę popisaliśmy i kontakt znowu się urwał. Tym razem to już chyba na dobre. Zablokował mój numer w telefonie, smsy nie dochodzą, facebooka też zablokował.
Ot tak cała historia. Wybaczcie że tak długo, ale chyba musiałam się komuś wygadać niekoniecznie moim znajomym.
Wiem że niektórzy z Was mnie skrytykują i napiszą że mam to na co zasłużyłam. Nigdy nikogo tak nie kochałam. Może jestem głupia ale wybaczę mu wszystko. Moja prababcia mówiła że jak kogoś się naprawdę kocha to się wybacza, czasami szybciej czasami później ale wybacza. Co mam zrobić? Powiedzcie. Mój świat runął... Zapomnieć? Czekać cierpliwie? Co mam robić?