Jak w temacie. Od dłuższego już czasu nie potrafię w ogóle określić swoich uczuć. Czy to tylko lubienie czy może coś więcej. Czy mam problem ze sobą, czy po prostu nie spotkałam właściwego faceta.
Jeśli komuś będzie się chciało to przeczytać, a przy okazji zostawić jakiś komentarz, to będę wdzięczna.
Rok temu rozstałam się z facetem, z którym spędziłam 7 lat. Rozstaliśmy się, bo coś się wypaliło i nasz związek nie miał już w ogóle sensu.
Od tego czasu spotykałam się z kilkoma osobami, przy czym były to takie zwykłe spotkania - spacer, kawa, kino. Z reguły po 1,2 czy maksymalnie 3 spotkaniach kończyłam znajomość, bo stwierdzałam, że to nie to czego szukam.
Obecnie utrzymuję kontakt z 2 facetami i w ogóle nie jestem w stanie określić swoich uczuć do nich. Czy obu tylko lubię, czy może z którymś mogłabym stworzyć jakiś fajny związek.
Osoba 1 - poznana przez internet, niestety mieszka za granicą. Jedyna osoba poznana w ten sposób, z którą swego czasu dużo rozmawiałam na portalach i nie miałam dosyć rozmowy po 5 minutach. Poznaliśmy się w ten sposób w czerwcu, pierwszy raz widzieliśmy się we wrześniu, drugi przed świętami Bożego Narodzenia, trzeci dzisiaj. Dobrze mi się z nim rozmawia, jest inteligentny, oczytany, pisze bez błędów, ale... Po pierwsze chyba nie do końca mi odpowiada wizualnie, po drugie ta odległość... Nie wyobrażam sobie raczej związku na odległość, zwłaszcza na początkowym etapie znajomości. On niby planuje wrócić do Polski, ale ja na razie tego nie widzę. Plus prawda jest taka, że nie chcę, żeby wracał dla mnie, bo ja sama nie wiem, o co mi chodzi, i jakby po dwóch dalszych spotkaniach nie wyszło, to nie chcę mieć na sumieniu tego, że wrócił dla mnie. Po naszym drugim spotkaniu, napisałam mu, że ja chyba wolałabym pozostać na etapie znajomych, i szczerze mówiąc na dzisiejszym spotkaniu się dużo lepiej czułam, bez tej presji, chociaż i tak on nie do końca sobie odpuścił.
Osoba 2 - znam go wiele lat, kolega byłego faceta, przez co swego czasu często spotykaliśmy się na jakichś imprezach. Lubię z nim spędzać czas, jest na miejscu, poświęca mi dużo (czasami nawet zbyt dużo) uwagi, często do mnie pisze, z pytaniem jak minął dzień, co słychać i w ogóle. Czasami męczą mnie te wiadomosci od niego, bo smsy to rozumiem, ale nie nadaję się do codziennych rozmów o pierdołach na fejsie. Ale z drugiej strony wiem, że mu na mnie zależy, co czasami też mnie przeraża, bo mam wrażenie, że ja nie jestem w stanie mu się zrewanżować. Lubię go, ale nie wiem, czy to ma szansę przerodzić się w coś więcej.
Ostatnimi czasy mam wrażenie, że jestem w jakiejś rozsypce. W ogóle nie potrafię poradzić sobie sama ze sobą, z tym co czuję, z tym czego chcę od życia. Z jednej strony doskwiera mi samotność, brakuje mi bliskości, chciałabym już założyć rodzinę itp, ale z drugiej strony doszłam ostatnio do wniosku, że ja mam jakieś straszne problemy z zaangażowaniem się. Dopóki jest luźna relacja, to wszystko jest fajnie, pięknie, ale jak tylko widzę, że facet chciałby coś więcej to ja od razu uciekam, kończę znajomość itp. Tak właśnie postąpiłam w przypadku osoby 1, w przypadku osoby 2, nawet kilka razy mówiłam, że chcę być tylko znajomymi. Ale prawda jest taka, że ja zawsze miałam takie problemy z zaangażowaniem się, nawet w przypadku faceta, z którym ostatecznie byłam kilka lat - najpierw byliśmy kolegami, wiele razy mówiłam mu, że nic z tego nie będzie, ale że on nie odpuszczał, to w końcu się zdecydowałam i byliśmy razem te kilka lat.
A teraz sama nie wiem? Czy po prostu powinnam teraz odpuścić obie te osoby i szukać dalej, bo to po prostu nie jest to, czy też po prostu po raz kolejny ujawnia się tutaj moja fobia. Z reguły wygląda to tak, że jak komuś powiem, że nic z tego nie będzie, to przez chwilę odczuwam wielką ulgę, ale po jakimś czasie zaczynam myśleć, czy czasem czegoś nie straciłam w ten sposób, czy nie straciłam szansy na szczęście.
Mam wrażenie, że ostatnio jak jestem w domu sama, to nie robię nic innego tylko myślę o tym wszystkim, wylewam masę łez i nie dochodzę do żadnych sensownych wniosków.