Jestem coraz mocniej przekonana, że należy wiązać się w "stosownym wieku" tj. 24-28 lat. Zresztą to kwestia wtórna i nie o to chodzi. Ja dobiegam 39 lat, więc jestem tzw "starą panną"
jakiś czas temu poznałam faceta - przystojny, inteligentny ale cóż ... wojujący ateista, podczas gdy ja jestem "katolem". Chodzi o to, że chodzę do kościoła w niedzielę i święta nakazane i ogólnie, gdybym miała dzieci chciałabym wychowywać je religijnie. Religia jest ważnym aspektem mojego życia. Do tego co jakiś czas zdarzają nam się dość ostre awantury - on jest cholerykiem i żąda aby wszystko działo się kiedy chce i jak chce. Przy wielu jego "cnotach" niektóre z jego wad mnie bardzo niepokoją. Chciałabym nawet powiedzieć, że boję się wspólnej przyszłości. Jak jest dobrze, jest dobrze, jak jest źle to jest źle ekstremalnie. Ja jestem dość wrażliwym sangwinikiem i te huśtawki mnie dobijają. Bardzo mozno mnie też zranił na jednym z weekendów, kiedy wspomniał, że gdybyśmy mieli dzieci, zrobiłby wszystko żeby nie były katolikami ... uraziło mnie to, że nie ma w nim otwarcia na dialog, co dla naszych ewentualnych dzieci byłoby lepsze i jak je wychowywać najlepiej. Widujemy się głównie w weekendy, niby jest ok, ale nie możemy podjąć decyzję o wspólnym zamieszkaniu - mieszkamy 50 km od siebie. Co jeszcze mnie niepokoi, to to że on nienawidzi swoich wszystkich poprzednich kobiet.... ja o moich partnerach mogę też pewnie powiedzieć kilka gorzkich słów, ale generalnie niczego nie żałuję i uważam, że związałam się z fajnymi ludźmi, a że nie wyszło .... no trudno ....
Poznałam jakiś czas temu faceta, który jest totalnym przeciwieństwem tego pierwszego; jest nastawiony bardzo na mnie, jest zaangażowany i opiekuńczy. Ja ciągle go trzymam na dystans, bo emocjonalnie jestem z tamtym, ale łamię się. Coraz częściej myślę z żalem, że "mój" facet taki nie jest..... Faceci czasem śmieją się z kobiet że są blachary, kobiety z mężczyzn że lecą na "dupy" (przepraszam za sformułowanie). Nie chodzi o to, że lecę na to, że jest zamożny (ja też nie cierpię na brak kasy i jestem "ustawiona"), ale on dałby mi bezpieczeństwo i szacunek, o który boję się że go nie będę miała z "pierwszym". Acha, nie jest jakiś brzydki, ale nie jest w moim typie. Nie czuję że mnie pociąga w sferze seksualnej, ale to i tak u mnie dość opornie przychodzi (jestem dość tradycjonalistyczna i bez więzi emocjonalnej o seksie nie ma mowy, a ja się na niego emocjonalnie nie otwieram). Kiedy się spotykamy jestem wesoła i normalna, wiem że mu się podobam, wiem że jest dobrym materiałem na partnera, jestem pewna obaw co do pierwszego ....
wiem że to blubry i piszą tu osoby z większymi dramatami. Może piszę bo chciałabym usłyszeć "wywal z życia tego pierwszego, bo zmarnujesz swoją przyszłość", ale autentycznie nie wiem co mam robić. Dzisiaj zapytałam pierwszego, czy razem zamieszkamy usłyszałam "może" .... czasem czuję że on mnie sam pcha do tego "drugiego"....
Chciałam to napisać, może też dlatego żeby to usłyszeć. Interesuje mnie co zrobiłyby kobiety na moim miejscu. Interesuje mnie to również dlatego, że dobiegam 40tki i chciałabym jeszcze o ile to możliwe mieć dzieci, a boję się, że pierwszy może w tym zakresie mocno mnie rozczarować. Jest jeszcze jedno - dość dużo pali ....... ja wiem, że ktoś powie że to idiotyczne, ale boli mnie że facet z którym jestem tak bezmyślnie sobie szkodzi. Jak mu zwracam uwagę delikatnie, żeby zastanowił się nad nałogiem, to mówi "e tam, niedługo umrę". Głupota wiem .... ale ja bym chciała żyć jak najdłużej dla mojego partnera i dzieci, nie chciałabym głupio narażać swojego zdrowia. On jakby nie rozumiał, że w związku jest się odpowiedzialnym nie tylko za siebie .....
co byście zrobiły na moim miejscu .....?