Witajcie.
Staram się być silną kobietą, ale chyba przechodzę kryzys, który trwa już kilka dni.
Nie mogę sobie poradzić, bądź po prostu sobie to wmawiam.
Opowiem Wam moją historię...
Byłam w związku od 8 lub 9 lat (straciłam rachubę z powodu, że czas tak szybko leciał), w każdym bądź razie poznaliśmy się jeszcze przed pójściem do szkoły średniej.
W związku bywało różnie - raz lepiej, raz gorzej - wiecie jak to jest, raz nawet rozstaliśmy się na rok czasu, aby wrócić do siebie i utwierdzić się w przekonaniu, że bardzo mocno się kochamy.
Byłam szczęśliwa.
Dwa lata temu wyjechaliśmy do Warszawy i z perspektywy czasu powiem Wam, że od tamtej pory w naszym związku coś zaczęło się psuć...
Ale cały czas byłam przekonana, że mimo różnicy zdań, kłótni, wyprowadzek bardzo się kochamy i nie możemy żyć bez siebie.
Nie ukrywam, że nie jestem bez winy, moja upartość, wredotą i robienie nazłość dolewały oliwy do ognia.
Chwilowo nasze relacje się poprawiły, ale od stycznia tego roku ON poszedł do nowej pracy, gdzie poznał nowych znajomych i jak się później okazało JĄ.
Nasze relacje gwałtownie się pogorszyły. Byłam wściekła, rozżalona i oszukana.
W okolicach kwietnia i maja, pozbierałam się w sobie, stałam się silniejsza, zaczęłam wychodzić do ludzi i stałam się tzw. zołzą.
Najśmieszniejsze w całej historii jest to, że do lipca bieżącego roku cały czas ze sobą mieszkaliśmy, więc widywaliśmy się praktycznie codziennie.
Jakiś miesiąc przed moja wyprowadzką zaczęliśmy ze sobą rozmawiać i spędzać trochę więcej czasu razem. Relacje choć chłodne, trochę się polepszyły.
Nie będę opisywać wszystkiego ze szczegółami, ale uważam, że oboje bardzo się kochaliśmy, były sytuacje, że oddziaływaliśmy na siebie samymi myślami (co chwilami było bardzo zaskakujące).
Dziś mijają już prawie 3 miesiące od mojej wyprowadzki. Myślałam, że potrzebujemy znów trochę czasu, aby wszystko sobie przemyśleć i poukładać. Uniosłam się honorem i postanowiłam się nie odzywać. ON napisał do już pod koniec pierwszego miesiąca, potem jeszcze raz i w połowie następnego miesiąca znów. Bez mojego odzewu do dnia dzisiejszego...
Podsumowując, nie tego się spodziewałam, myślałam (wręcz pragnęłam) aby o mnie walczył, a jego było stać tylko na 3 wiadomości... Czuje, że też mnie kocha, tęskni i cierpi tak samo jak ja, ale nie walczy...
Może to jeszcze za wcześnie? Może faceci dłużej "szukają rozumu"?
Zaczynam powoli mięknąć, mam chęć do niego napisać, ale nie tego oczekiwałam, chciałam, aby to on tym razem o mnie walczył jak lew, bo w sumie to z jego winy tym razem się rozstaliśmy.
Nie narzekam na brak zainteresowania płcią przeciwną, ale żaden nie ma tego czegoś, co miał on...
Nie mogę się pozbierać.
Nie będę walczyć.
Jak mam sobie poradzić?
Jak mam przyciągnąć go myślami?
Czy warto czekać?
Podobne tematy
Moim zdaniem dobrze ze się tak stało. Mam wrażenie że to nie miłość a przyzwyczajenie.
Też myślę ze słusznie się stało . Ten związek był na sile.
Autorko
przwcuez facet Ci napisał ze Cię nie kocha i nie chce byc z Tobą i to jest fakt. Staw tenu czoła.
Kochana kiedy mój były mnie zostawił, ja również myślałam, że wciąż bardzo mnie kocha i tęskni. Myślałam, że w końcu zawalczy, a jego stać było jedynie na wiadomość raz na miesiąc, później coraz rzadziej. W zależności czy mu się nudziło czy nie. Nie żyj złudnymi marzeniami, jeżeli nie walczy, nie tęskni, to znaczy że Cię nie kocha. Ja straciłam dwa lata czekając na faceta aż w końcu doszło do jego zaręczyn z kim innym.