Z moim obecnym chłopakiem poznaliśmy się, gdy miał jeszcze świeżą ranę po poprzednim, 3-letnim związku. Na początku bezustannie opowiadał mi o swojej byłej dziewczynie, o ich relacji, a nawet o jej rodzinie, przez co w ogóle nie traktowałam go poważnie, w takim sensie, że dużo ze sobą rozmawialiśmy, spotykaliśmy się, ale wszystko na stopie czysto koleżeńskiej. Owszem, bardzo podobał mi się wizualnie (w końcu mogłam ubrać szpilki i facet nie wyglądał przy mnie jak krasnal ogrodowy :) ), miał pozytywne usposobienie, ale widmo byłej było dla mnie taką lampką ostrzegawczą, że to nie ten czas, aby wybić tą znajomość na poziom bardziej zaawansowany.
Wówczas singielką byłam od 1,5 roku i z perspektywy czasu stwierdzam, że zaczęłam szukać faceta trochę na siłę. Wtedy oczywiście wydawało mi się, że wolność mi służy i żaden facet do szczęścia nie jest mi potrzebny, ale teraz wiem, że wmawiałam to sobie, aby złagodzić tęsknotę za wspólnym oglądaniem telewizji w grubych skarpetach, za romantycznymi spacerami, czułymi gestami, wspólnym piciem grzańca i milionem innych rzeczy, które można robić razem. W moim przypadku znajomi nie byli lekarstwem na tę tęsknotę - czasem nieświadomie sprawiali mi przykrość. Przychodzili na spotkania parami, zakochani, szczęśliwi, a ja wtedy po prostu nie mogłam na nich patrzeć... Chciałam koniecznie kogoś mieć. Wymagania malały z dnia na dzień, poznawałam jakiś beznadziejnych kolesi, którzy summa summarum i tak szybko ode mnie uciekali, bo najzwyczajniej wyczuwali moją frustrację.
Lampka ostrzegawcza, o której pisałam w pierwszym akapicie, to rozsądek. Moje postępowanie opisane w drugim akapicie, nie ma z rozsądkiem nic wspólnego, ale to ono wzięło górę. Postanowiłam, że zabawię się w samarytankę i pokażę G. jak wygląda partnerski związek z prawdziwego zdarzenia. I to nic, że nie znając jego byłej wiedziałam o niej tyle, że mogłabym napisać biografię. To nic, że nadal bywał w jej domu rodzinnym, rozmawiał z jej rodzicami, odżywały wspomnienia... Nie działał na mnie żaden argument obstawiający za tym, aby dać spokój chłopakowi, bo to nie jest dla niego dobry moment na nowy związek. Szybko zaczęłam działać i - o dziwo - on również podjął inicjatywę i równie szybko zostaliśmy parą.
Miałam tego swojego chłopa i generalnie zamiast być lepiej, to było tylko gorzej. Popełniłam jeden z podstawowych błędów: nie dałam mu możliwości zawalczenia o mnie, o nas - sama powzięłam starania o niego i nasz związek. Jednym słowem, wykastrowałam chłopa, bo jak chłop nie zapoluje i nie upoluje, to nie doceni - najprawdziwsza z prawd, stara jak świat. Pozbawiłam jeden z najpiękniejszych etapów związku czaru i magii. Nie było romantycznych spacerów, wyjść do przytulnych knajpek, długich rozmów przy świetle księżyca na plaży, za to były moje zmarnowane godziny w kuchni i łazience. Biegałam pomiędzy jednym pomieszczeniem a drugim, aby mógł nacieszyć oko i zapełnić żołądek, a na koniec z wywieszonym jęzorem biegłam do pokoju, aby wszystko lśniło na błysk. Znosiłam porównywanie mnie do jego byłej, a nawet cieszyłam się, gdy zauważył korzystną dla mnie różnicę. Wyznałam zasadę: "najpierw obowiązki, a potem przyjemności", czyli że pierw nad nim popracuję, a potem będę zbierała plony swojej pracy.
3 dni temu minęło 9 miesięcy odkąd jesteśmy razem, a do mnie dopiero niedawno dotarło co narobiłam i za cholerę nie znam sposobu, aby to wszystko zmienić, bo zamiast soczystych plonów, mam takie oto zmizerniałe coś..:
Przez 9 miesięcy G. zabliźniły się rany. Mówi, że jest ze mną szczęśliwy i nie ma do mnie żadnych zarzutów. Wywalczyłam, że nie jeździ do domu rodzinnego byłej dziewczyny, a o niej samej wspomina sporadycznie... Wczoraj wybraliśmy nawet nasze nowe mieszkanko - przeprowadzka zaplanowana na styczeń... I teraz, gdy wszystko zaczyna się rozwijać, ja zaczynam się zwijać. Nie chce mi się już starać. Czuję się jak dziecko, które samo zbudowało wierzę z klocków i samo chce ją rozdupczyć. Mówiłam G. o tym ostatnio, a on tylko powiedział, że rozstaniem bym go zabiła. Wie, że w takim momencie nie myślałabym o nim, ale zaczęłabym myśleć, gdybym zobaczyła jego twarz...
Sęk w tym, że ja nie chcę tego zakańczać. Chcę, żeby nasz związek stał się w końcu partnerski, abyśmy mieli równy wkład w naszą relację. Chcę, żeby stał się wobec mnie bardziej czuły. Aby od czasu do czasu przeszło mu przez myśl, że w towarzystwie znajomych też może mnie przytulić, czy pocałować... To jeden z wielu aspektów, który mnie nurtuje: w towarzystwie zero kontaktu fizycznego, zaczyna się on dopiero po powrocie do domu. Nie jestem jedną z tych dziewczyn, które chciałyby być uwieszone na partnerze non stop, ale on ostatnio nie dał mi nawet buziaka na powitanie, gdy dołączyłam do niego i jego znajomych na piwko. Chciałabym, aby wyzbył się takich zachowań, poprzez które sugeruje, że tylko on ma rację i co tam sobie nie myślę, to on i tak zrobi to co uważa za stosowne. Chciałabym, aby czasem powstrzymał emocje, dał sobie coś przetłumaczyć i abyśmy podejmowali decyzje razem, partnersko.
Chciałabym, aby w końcu określił swoje uczucia. Bardzo często mówię mu, że go kocham, a on mi powiedział to zaledwie dwa razy: pierwszy raz na ślubie kolegi w kościele, w takiej tonacji, że mogłam to uznać za żart. Drugi raz, przy życzeniach urodzinowych. W tym przypadku z kolei poczułam się tak, jakbym na nim te słowa wymusiła. Powiedziałam ja, to on też musi, bo tak wypada. :(
Podobna sytuacja jest z komplementami. Nigdy nie usłyszałam od niego, że ładnie wyglądam, ale każda z pań przykładowo na teledyskach zawsze wygląda rewelacyjnie. Może i wyda się wam to śmieszne, ale strasznie mnie tu wkurza, gdy siedzimy z jego znajomymi, oglądamy telewizję, pojawi się na szklanym ekranie jakaś ładna dziewczyna, a jemu ślina po brodzie cieknie.
Chciałabym, aby był kochany nie tylko wtedy, gdy jestem o coś zła...
Dziewczyny, macie pomysł, jak naprostować sytuację? A może ja w ogóle przesadzam? G. uważa, że trochę demonizuję i zaczęłam się już pomału zastanawiać też nad tym, czy faktycznie nie ma racji... Może to jest normalne, a ja jeszcze nie wyrosłam z ideałów?
Pozdrawiam was ciepło i z góry dziękuję za każdą konstruktywną odpowiedź :)