Większość kinomaniaków ma swoje ulubione, ukochane, najcudowniejsze filmy, do których wraca się z regularnością bumerangu. Ja chciałabym zawęzić pole do dyskusji do ulubionych scen - macie takie? Sceny, w których zawiera się esencja dzieła, które w jakiś sposób najpełniej oddają to, co reżyser miał na myśli, albo po prostu te, które wryły się Wam w pamięć. Zdarza się, że film jest taki sobie, ale jest tam te 5 minut, dla których było warto.
Jedną z moich ulubionych scen filmowych jest scena pochodząca z filmu "Między słowami". Uwielbiam moment pierwsze rozmowy Charlotte i Boba - gdy siedzą przy barze i nieśmiało dopytują się o szczegóły życia. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze mnie rozczula to drobne zdenerwowanie i jednoczesna nieukrywana uszczypliwość obojga. Od pierwszych chwil widać, że oni się ze sobą dogadają. I to pytanie o Porsche ![]()