Jestem mężatką od prawie trzech lat. Mój mąż mnie nie bije, nie pije ani też się ze mną nie kłóci. Czyli nie powinnam narzekać, hmm. A jednak. Doszłam do wniosku, że wszystko by było w porządku gdyby nie fakt, że się po prostu nie kochamy. Przynajmniej ja go nie kocham i co najgorsze, teraz myślę, że nigdy go nie kochałam. Wyszłam za mąż zbyt wcześnie (przynajmniej tak mi się wydaje - miałam 23 lata) i to wcale nie dlatego, że musieliśmy brać ślub. Nie mamy dzieci (może to i lepiej), chociaż ja o nich marzę. Ogólnie nic nas nie łączy i nigdy nie łączyło nas na tyle by czuć "motyle w brzuchu". Nie mogę sobie darować, że złożyłam przysięgę człowiekowi, który przed ślubem był bardziej moim przyjacielem niż mężczyzną. Ogólnie wiem, że mogę mieć pretensje tylko do siebie. Tylko jak dalej tak żyć? Żyjemy ze sobą bardzo dobrze. Troszczymy się o siebie. Jednak nie ma między nami czułości, pocałunków i od kilku miesięcy nawet nie sypiamy ze sobą. I to nie jest tak, że to ja "mam bóle głowy" czy "jestem zmęczona". Po prostu nie ma tego ognia ani chęci z jednej czy drugiej strony. Najgorsze jest to, że ostatnio ciągle myślę o mężczyźnie z którym byłam przed moim mężem. I sądzę, co gorsze, że z nim byłabym szczęśliwsza niż jestem teraz. To on, tak naprawdę, nauczył mnie czułości, miłości i namiętności. Ślub był życiową pomyłką (albo ucieczką). W domu jestem praczką, sprzątaczką, kucharką i służącą on nie robi nic. Myślę, że chcę mu moim "chodzeniem koło niego" wynagrodzić mój brak miłości. Tylko gdzie w tym wszystkim jestem ja? Od ślubu się nie zmieniłam (no, może przytyłam ze 2 kg). Wciąż staram się być atrakcyjna dla niego. Nie zdradzam go (chociaż o zdradzie wciąż myślę bo potrzebuję trochę bliskości). Gdyby on okazywał więcej zainteresowania moją osobą myślę, że i moje nastawienie by się zmieniło. Gdy go poznałam prawie nosił mnie na rekach a teraz chyba wolałby żebym to ja "go dźwigała". Faktycznie musiał się namęczyć nim zgodziłam się wyjść za niego, ale czy to znaczy że do końca życia mamy żyć obok siebie a nie ze sobą? Czy to znaczy, że tak już będzie zawsze??
To wszystko chyba nie jest normalne?! Czy ktoś przeżywał coś takiego? czy będzie lepiej?
Podobne tematy
Ja wyszlam za maz bo spodobal mi sie moj chlopak. Mieszkalismy razem na poczatku, bo chcialam go wyprobowac. Okazal sie dobrym chlopakiem, odpowiedzialnym, dobry w milosci, i dbal o mnie. Jest oszczednym chlopakiem, pracowitym, czasem pomaga mi przy sprzataniu. Moj maz jest z kraju Nepal, jest czasem miedzy nami roznica kulturowa ale milosc wszystko zmienia. Mialam wczesniej chlopaka, lecz zerwalam z nim bo nie bylo tego pozadania miedzy nami, bardziej jako starszy kolega, ale byl dobry i odpowiedzialny facet, tylko jednak nie ten. Z kolei Figa ma plus bo ma odpowiedzialnego meza, pracuje, nie pije. Mialam wczesniej do czynienie z chlopakiem ktory regularnie pil. I wtedy opadly mi rece.
Ja czułam dokładnie to samo co Ty...a właściwie nie czułam nic...nic do mojego przyszłego męża.POdeszłam od niego 4 miesiace przed ślubem.Wszyscy mnie za to znienawidzili.Dziś jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem.Co prawda mój M nie sprząta podłogi na kolanach, nie szykuje mi śniadanek do łóżka, nie 3ma mnie za rączkę 24h na dobę, nie kupuje mi kwiatków i często zapomina o rocznicach ale widać właśnie to nie było to skoro miałam takie cudo i źle mi było...
Gdybym tylko mogła cofnąć czas to nigdy bym nie wychodziła za mąż za mojego męża. Jednak kierowałam się bardziej rozumem niż sercem i teraz mam to co sobie wybrałam.
ja swojemu byłemu już narzeczonemu kiedyś powiedziałam, że nawet jeśli nie będę go kochała to zostanę z nim z rozsądku bo wiem, że nigdy nic złego mnie z nim nie spotka...ale jednak miłość wygrała ... poznałam kogoś i być może to mnie kochana uratowało od błedu.
Ja swoją wielką miłość w życiu przeżyłam i wychodząc za mąż kochałam innego ale rozsądek wygrał a ja przegrałam w tym wszystkim niestety.
Może nie ma się co załamywać może nie wszytsko stracone...macie dzieci??
Nie, nie mamy.
a czy rozmawiałaś kiedyś z mężem o tym co się dzieje??
wiem, ze moje pytania mogą wydawać sie głupie ale czasem zwykła rozmowa pomaga ...może On też czuje sie nieszczęsliwy nie umie czegoś wyrazić sam...
Mój mąż nie chce ze mną rozmawiać ogólnie nigdy nie potrafił rozmawiać na trudne tematy. Jeśli temat był dla niego niewygodny to go po prostu omijał. Ja jestem raczej bardzo temperamentną osobą. To co myślę to mówię i robię. On jest zupełnym przeciwieństwem. Jesteśmy jak ogień i woda. Rozmowy nic nie dają. Pomogło jedynie tylko to gdy zarządałam rozwodu, zabrałam swoje rzeczy i wyprowadziłam się z domu (tylko weekend wytrzymał). Przyjeżdżał, prosił i obiecywał wszystko czego tylko chce. Przekonał mnie a ja uwierzyłam że będzie lepiej. I przez chwilę było a teraz znów NIE JEST!!!
Mężczyźni często nie umieją rozmawiac o uczuciach i o trudnych sprawach, jednak jeśli uważasz, ze jest choć cien szansy na to aby cos uratować - ratuj.Może jakaś terapia..może wakacje...moze pomalujcie mieszkanie ale "z jajem" zabawcie sie.Coś was musiało łączyć skoro powiedzieliście sobie "TAK" nie rezygnuj.
Ale musicie oboje się starać. Może on też potrzebuje z twojej strony zachęty, może też chce widzieć, że chcesz ... Może Ty też jesteś oziębła, a raczej na pewno jesteś skoro uważasz, że go nie kochasz. Tutaj albo razem zagracie do jednej bramki albo do różnych, wszystko zależy od was. Rozmowa jest ważna, ale czyny ważniejsze. Przynajmniej dla mnie, bo obiecać można sobie wszystko ale już to zrobić to nie zawsze. Jeśli zobaczy, że Ty masz chęci to i On ich nabierze. Jeśli jednak to zdecydowanie nie to, to odejdź. Ale jeśli na pewno to nie to ! Bo jednak powiedziałaś "tak" a przygotowania na pewno Cię cieszyły, bo nikt Cię nie zmusił, ani sytuacja, jak to czasem bywa. Przemyśl to sama. Jeśli chcesz spróbować Was ratować to też musisz wiele z siebie dać.
Napisałaś, że przeprosił, że wróciłaś i że przez chwilę było fajnie a teraz już znowu tak nie jest. Było fajnie dlaczego ? Był taki jak chciałaś ? Ty też byłaś taka dla niego ? Czy może on się wystraszył, że Cię straci, starał się ale nie bardzo widział, że i Tobie na tym zależy i trochę mu energii uleciało... Nie wiem. To już wiesz Ty dlaczego było fajnie i dlaczego znów jest jak jest. Musisz to niestety sama dobrze przemyśleć.
Zobaczymy co z tego wyjdzie. Jeśli teraz nie naprawimy naszego małżeństwa to nie naprawimy go nigdy.
Mój mąż mnie nie bije, nie pije ani też się ze mną nie kłóci. Czyli nie powinnam narzekać, hmm.
Ciekawy wniosek... Widać, że w zasadzie niewiele potrzeba do małżeńskiego szczęścia... (?)
Jednak teraz mam już niemal pewność że tu nie ma czego ratować! Mam już serdecznie dość.
Jednak teraz mam już niemal pewność że tu nie ma czego ratować! Mam już serdecznie dość.
Może spróbuj go namówić, a właściwie nie, oznajmij mu że albo idziecie na terapię małżeńską albo koniec. Skoro próby rozmów nic nie dały, to może zewnętrzna pomoc coś da.
To nic nie da. Pozostaje mi tylko liczyć na to, że da mi rozwód. W co szczerze wątpię. Rozmowy dzisiejsze tylko pogorszyły tą naszą sytuację. Usłyszałam tylko że mi wiecznie coś nie pasuje, że robię sceny, że nic się złego nie dzieje w naszym małżeństwie itp.... Wczorajszy wieczór był dość miły (jaki dawno nie był) i owocny (!!!!). A DZIŚ ZNÓW JEST beznadziejnie... MASAKRA!!!!
a może faktycznie masz zbyt duże parcie , może powinnaś wyluzowac i odpuścić
Chyba masz rację, czas przestać się tak tym przejmować. Czas pokaże co będzie dalej. Albo będzie lepiej albo tak jak jest albo nie będzie w ogóle. Może ON przejrzy na oczy... A jeśli nie to tylko jego strata. Chyba czas zacząć myśleć o sobie i o tym by czuć się super samemu ze sobą...
Moim zdaniem jeżeli nie ma uczucia w małzeństwie to czy prędzej czy później natraficie (zarówno Ty jak i Twój mąż) na kogoś innego. Między wami nastapiło zmęczenie materiału.On uważa ze nie musi się starać, bo już Cie zdobył, bo nic się nie dzieje nowego w łózku, bo to, bo tamto... znacie się na wylot... może to jest powodem.