Ostatnio doszłam do dosyć niewygodnego dla mnie wniosku.
Przez długi czas praktycznie wszystko tłumaczyłam swoim chronicznym zmęczeniem. Nie chce mi się gdzieś wyjść – zmęczenie. Nie chce mi się czegoś zrobić – zmęczenie. Nie mam motywacji – zmęczenie. Odkładam coś kolejny tydzień – też zmęczenie.
I oczywiście nie twierdzę, że moje problemy ze zdrowiem są wymyślone. Naprawdę często jestem wyczerpana i są dni, kiedy zwyczajnie niewiele jestem w stanie zrobić. Tylko zaczęłam zauważać, że chyba zrobiłam z tego również wygodne usprawiedliwienie dla rzeczy, które niekoniecznie mają cokolwiek wspólnego ze zdrowiem.
Bo przecież chroniczne zmęczenie nie może być odpowiedzią na całe moje życie.
Mam córkę, mam obowiązki, mam mnóstwo rzeczy, które chciałabym zrobić. Chciałam nauczyć się pływać, myślałam o prawie jazdy, fizjoterapii, własnym biznesie, malowaniu obrazów, wcześniej nawet myślałam o wojsku czy zakonie. Cały czas mam jakieś pomysły, tylko problem polega na tym, że bardzo często kończy się właśnie na pomyśle.
I chyba zaczynam rozumieć, że czasami łatwiej powiedzieć sobie „nie mogę, bo jestem zmęczona”, niż spróbować i przekonać się, czy rzeczywiście nie mogę.
Mam też wrażenie, że przez ostatnie lata za bardzo czekałam na moment, w którym wreszcie poczuję się idealnie. Że któregoś dnia obudzę się pełna energii, będę miała motywację, wszystkie problemy zdrowotne znikną i wtedy zacznę normalnie żyć.
Tylko że taki idealny dzień może nigdy nie nadejść.
Może trzeba zacząć żyć trochę pomimo tego zmęczenia, oczywiście w granicach swoich możliwości. Zrobić jedną rzecz zamiast dziesięciu. Wyjść na krótki spacer zamiast całego dnia przesiedzieć w domu. Namalować jeden obraz zamiast od razu zakładać wielki biznes. Przeczytać kilka stron książki. Ugotować coś zdrowego. Pouczyć się czegoś przez pół godziny.
I chyba właśnie tego chcę się teraz nauczyć – odróżniać sytuacje, kiedy naprawdę nie mam siły, od tych, kiedy po prostu mi się nie chce, bo się przyzwyczaiłam do odkładania wszystkiego.
Nie chcę też popaść w drugą skrajność i udawać, że zdrowie nie ma znaczenia. Ma. Bardzo dużo. Ale nie chcę, żeby moje życie składało się wyłącznie z chorowania, odpoczywania, narzekania na zmęczenie i czekania na lepszy moment.
Ostatnio nawet pomyślałam sobie, że może zamiast pytać codziennie „czy mam dzisiaj wystarczająco dużo energii, żeby coś zrobić?”, powinnam czasami zapytać:
„Co mimo wszystko jestem dzisiaj w stanie zrobić?”
Może to niewielka różnica, ale dla mnie chyba bardzo ważna.
Bo życie mi przecież nie ucieka dlatego, że jestem zmęczona. Ono ucieka wtedy, kiedy przez całe miesiące niczego nie robię, czekając aż przestanę być zmęczona.
I chyba tego najbardziej nie chcę.
Czy Wy też kiedyś zauważyliście u siebie, że prawdziwy problem zdrowotny zaczął być jednocześnie wymówką do odkładania różnych rzeczy w życiu?