Ludzie ja już sama nie wiem co myśleć…
Z jednej strony niby coś się rusza do przodu, bo mam czasem lepsze dni, ale z drugiej strony to nadal nie jest to życie co kiedyś
Dalej mam te spadki energii, dalej potrafię pół dnia przeleżeć w łóżku i patrzeć w sufit i się zastanawiać co ze mną jest nie tak…
Do tego dochodzi ten stres o zdrowie, bo nawet jak jeden objaw znika to pojawia się drugi i człowiek już nie ma siły tego analizować.
Najgorsze jest to uczucie zawieszenia.
Ani nie jestem zdrowa, ani nie jestem jakoś „konkretnie” zdiagnozowana.
Tak jakbym była gdzieś pomiędzy.
I powiem wam szczerze, że zaczynam się bać, że ja już nigdy nie wrócę do normalności…
Do takiego życia gdzie:
– mam energię
– mogę wyjść do ludzi
– mogę coś zaplanować i to zrobić bez zastanawiania się czy dam radę
Bo teraz wszystko kręci się wokół tego czy mam siłę czy nie
Z drugiej strony widzę, że to wszystko mnie jakoś zmienia.
Zaczynam bardziej doceniać małe rzeczy, więcej myślę o Bogu, o sensie życia, o tym co jest naprawdę ważne…
I czasami się zastanawiam czy to wszystko nie ma jakiegoś głębszego sensu.
Ale zaraz potem przychodzi zmęczenie i myślę tylko: „ja chcę po prostu normalnie żyć…”
Czy ktoś z was miał tak, że był w takim stanie przez dłuższy czas i potem z tego wyszedł?
Czy to w ogóle wraca do normy?
Bo ja już naprawdę nie wiem czy mam się nastawiać na walkę o powrót do dawnego życia, czy uczyć się żyć na nowo w taki sposób jaki mam teraz…
Czasami mam wrażenie, że psychicznie bardziej mnie to wykańcza niż fizycznie
Napiszcie jak to u was wyglądało, bo czuję się z tym wszystkim strasznie sama…