Cześć, witam wszystkich.
Moje pytanie nie dotyczy tego co robić/co zmienić, bo wypróbowałem już wielu sposobów. Tylko pytanie brzmi czy brak seksu, to wystarczający powód do rozwodu jeśli wszystko inne gra? Jak uważasz? Nie pytam prawnie, tylko tak ogólnie, o odejściu.
A więc aby nie lać wody.
- małżeństwo trwa 1,5 roku
- po ślubie praktycznie całkowity brak seksu (tylko bardzo sporadyczne przypadki w pierwszym roku, ale to na palcach jednej ręki można policzyć)
- przed ślubem kilka miesięcy, zbliżenia codziennie, często wiele razy dziennie, inicjacja z obu stron 50 na 50.
Etapy:
1. Pierwsze 3 miesiące przed ślubem czekałem, myślałem, że to chwilowe.
2. Po tych 3 miesiącach rozpocząłem działanie, propozycje, randki itp Od czasu do czasu się zgodziła (bardzo sporadycznie) ale, w porównaniu do tego co było przed ślubem to 90% rzeczy/czynności seksualnych odpadało. Wyłącznie "po Bożemu" i popędzanie mnie. Trwało to 6 miesięcy z przerwami. W końcu zrezygnowałem z jakichkolwiek podchodów, bo taki seks mi również nie odpowiada i czułem się jak intruz.
3. Po powyższych w sumie 9 miesiącach nastąpił okres 3 miesięcy, gdzie już nie było seksu wcale i zero prób inicjacji z mojej strony z uwagi na powyższe złe doświadczenia. Jedynie próby rozmów, o co chodzi, co robię źle, co poprawić, aby wróciło do stanu sprzed ślubu. Co możemy razem zrobić, aby zwalczyć ten problem. Odpowiedzi zawsze te same, czyli "nic się nie dzieje" "wymyślasz" i tego typu, nigdy jakiś konkret. Z czasem zabroniła całkowicie poruszać ten temat. Więc już nie poruszałem, bo po tej jej deklaracji każde poruszenie tematu kończyło się nerwami i złą atmosferą.
4. Powyższe etapy trwały 12 miesięcy. Po nich nastąpił aktualny okres, który trwa 6 miesięcy. Czyli zero seksu, zero prób, podchodów, zero rozmów na ten temat. Po prostu sobie żyjemy z dnia na dzień, zgodnie bez kłótni, ale jak współlokatorzy bardziej, poza przytulaniem się jak śpimy (zawsze w nocy)
Tak więc uważam, że już trochę minęło i próbowałem różnych sposobów, od działania po całkowitą pasywność.
Mam 35 lat a żona 29 lat. Tak jak pisałem, żona przed ślubem miała wysokie libido. Z tego co mówiła jeszcze przed ślubem, w poprzednich związkach i znajomościach również miała.
Tak jak pisałem wcześniej, nigdy nie uzyskałem odpowiedzi, o co chodzi, co jest nie tak i co można ulepszyć. Ale mój wniosek z czytania między wierszami, zachowania, prawdopodobne, że błędny, ale takie coś mi się nasuwa, znając ją, jej historię i wyciągając wnioski z naszej znajomości, jest następujący. W małżeństwie, stałym stabilnym związku jej libido jest zerowe lub ujemne, potrzeba emocji, ryzyka, których w małżeństwie nie da się wzniecić, to zbyt "bezpieczne" środowisko. Drugi ewentualny, który również jest możliwy lub nie, ale to raz coś zasugerowała. Kiedyś bardzo wysokie libido, bo to był czas zabawy. A małżeństwo to czas stabilizacji, wspólnych planów a nie takich "rzeczy". Ale to moje domysły, tylko, mam zresztą już trochę dość domysłów.
Co do ewentualnych zdrad to uważam, że ich nie było. Nie dlatego, że mam jakieś romantyczne wizje związków, bo zdaje sobie sprawe, że masa kobiet i facetów się zdradza w małżeństwie. Ale my po prostu spędzamy praktycznie cały czas razem, lub blisko, również w kwestiach zawodowych. Nie mówię o kontroli, bo nikt nikogo nie kontroluje, tylko tak po prostu się życie ułożyło na ten moment.
Ogólnie małżeństwo jest udane. Kochamy się, pomagamy sobie, jak któreś z nas miało gorszy okres, zawsze mogło liczyć na drugie. Również nie było to małżeństwo z powodów finansowych z obu stron. Nie kłócimy się (bardzo sporadycznie i to są jakieś pomijalne tematy, więc można uznać, że nie).
Jednak już od kilku miesięcy myślę o rozwodzie. Bo mimo bardzo dobrych relacji między nami, praktycznie brak seksu przez 1,5 roku zaczyna mnie obciążać psychicznie coraz mocniej. Jednak mam pewne wyrzuty sumienia, czy to nie jest zbyt mały powód? Mam piękną żonę, mamy wspólne plany i niszczyć to przez brak seksu? Z drugiej strony seks to naturalna potrzeba człowieka i bez niego choćby nie wiem, jakbyśmy się dogadywali, to zawsze będzie czegoś brakować.
Tak więc proszę o opinie. Nie o to co zrobić, aby seks wrócił, bo już zrobiłem co miałem zrobić. Kolejne działania z zerową inicjatywą drugiej strony, nie interesują mnie.
Więc opcje są dwie:
1. Cieszyć się zgodnym małżeństwem i tłumić popęd (znaleźć optymalny sposób) i dalej żyć.
(w jakieś kochanki, zdrady nie chcę się bawić)
2. Rozwód w zgodzie (nie będzie trudny formalnie)
Waham się między obiema opcjami. Za pierwszym przemawia to, że nie chce rezygnować ze wspólnych rozmów, pasji, życia, planów, oparcia w sobie.
Za drugim przemawia to, że myślę, że może być coraz gorzej. Seks jest potrzebny, a do tego częste zadręczanie się co jest nie tak i duszenie w sobie na pewno nie wypływa dobrze na moją psychikę.