Btw. Myślę, że takie czasy mamy, gdzie stawia się na piękno i doskonały wygląd, więc coraz więcej ludzi ma kompleksy, zwłaszcza obserwując plastikowy świat w social mediach. Chcą być najlepszą wersją samych siebie, żeby się podobać, by być akceptowanymi i żeby ich ktoś pokochał. Myślę, że potrzeba miłości jest tu głównym powodem, choć wielu się nie przyzna.
Każdy, normalny, zdrowy na umyśle człowiek powie, że najważniejsze dla niego to być w życiu szczęśliwym. A dla większości szczęście to przede wszystkim zdrowa relacja, gdzie jest szczera troska, czułość i miłość a potem reszta, czyli satysfakcjonująca praca, hobby itp. W szkołach, zamiast wbijać do głów cykle życia pantofelka i inne bzdury, powinni uczyć dzieci jak budować zdrowe relacje z innymi, jak radzić sobie ze stresem, z emocjami itp. Wtedy wszyscy byśmy na tym skorzystali a życie byłoby piękniejsze. A przygotowuje się dzieciaki do wyścigu szczurów, jest parcie na jakiś nieokreślony sukces, a gdy dorosną, zamieniają się w psychiczne wraki, które nie potrafią ułożyć sobie normalnego życia. Jaramy się lądowaniem na księżycu a nie potrafimy żyć tu na ziemi. Taki paradoks.
Mamy sztuczną inteligencję, zaawansowaną technikę, wynalazki i inne wodotryski... które są potrzebne, ale szczęścia nie dają. Tworzymy powierzchowne związki i zakładamy prowizoryczne rodziny, mamy dzieci, ale nie mamy dla nich czasu, które pozostawione samym sobie, wyrastają na nieprzystosowane do życia, zaburzone jednostki, wiedzę o świecie czerpiąc z tik toków a przygłupiastych influencerów mając za autorytety. Nic dziwnego, że coraz więcej ludzi ma depresję, jakieś zaburzenia i ogolnie miękiszony z nich straszne. Psycholodzy i terapeuci mnożą się jak grzyby po deszczu i mają ręce pelne roboty. Takie uroki cywilizacji i postępu...
Człowiek powinien ustalić w życiu priorytety i skupić się na rzeczach dla niego najważniejszych, nie można mieć wszystkiego, choć tendencja od dawna taka, że najszczęśliwszy człowiek to konsument i ludzie ulegają tej propagandzie goniąc za goownem jak kot za myszą.
No, ponarzekałam sobie przy niedzieli, od razu mi lepiej 