Cześć
Trafiłem na to forum przypadkiem szukając jakiejkolwiek pomocy w internecie.
Widzę, że jest tu sporo pomocnych ludzi i może tu znajdę choć trochę wytchnienia.
Sprawa dotyczy rozpadu mojego związku.
Zacznę po kolei…
Poznaliśmy się na studiach, prawdą jest, że praktycznie od razu coś zaiskrzyło, wiem, jak to brzmi ale poważnie to było coś takiego, to niesamowicie piękna kobieta. Pisaliśmy ze sobą jeszcze na starym portalu gadu-gadu (chyba już nieistniejącym)
Okazało się, ze jest to niesamowity człowiek, empatyczna, dobra osoba.
Owszem podobała mi się, ale traktowałem tę relację po koleżeńsku zważywszy na to iż miałem w tamtym okresie dziewczynę ona chłopaka.
Był to okres studiów zaraz po szkole średniej.
Zaprosiła mnie kiedyś do siebie i powiedziała bym ją pocałował, nie zrobiłem tego i po prostu wyszedłem.
Mieliśmy potem dalszy kontakt czy to wspomnień gadu gadu, sms, czy wizyty na uczelni, kilka razy wspólnie uczyliśmy się do egzaminów itd.
Po pierwszym roku studiów zrezygnowałem z tego kierunku, byłem młody, te studia okazały się dla mnie nieinteresujące.
Kontakt się urwał. Z moją ówczesną dziewczyną dalej się spotykałem, niestety ona wyjechała na drugi koniec Polski studiować, kontynuowaliśmy ten związek na odległość, choć przyjeżdżała do mnie lub ja do niej.
Koniec końców rozstaliśmy się, była to młodzieńcza miłość i już nad tym się nie ma sensu rozwodzić, fakt przeżyłem to ciężko jako młody chłopak, szukałem pocieszenia u innych dziewczyn które przez to tylko skrzywdziłem.
Zostałem sam, mieszkając u rodziców.
Po około roku odezwała się ona, dziewczyna z czasów studiów o której jest ten wpis.
Pisała, że rozstała się z chłopakiem itd. Flirtowaliśmy jakiś czas ale kontakt się w końcu urwał.
Mijały lata. Ja pracowałem, ciułając kasę na własny kąt.
Ona znowu się odezwała po latach.
Zaczęliśmy ze sobą pisać dzień w dzień, całymi dniami, wyznała mi wtedy, że Kochała mnie przez te wszystkie lata, ale wróciła do chłopaka z którym była już nie licząc przerwy 11 lat(!)
Trochę zbiło mnie to z tropu, ale brnąłem w to, bo prawda jest taka, że ja też się w niej kochałem tylko nie brałem jakoś podświadomie tego, że może coś z tego tak naprawdę wyniknąć.
Stało się, spotkaliśmy się całowaliśmy, ona dalej miała tego faceta, postawiłem ultimatum, albo on albo ja bo tak być nie może. Zerwała z nim praktycznie z dnia na dzień.
Odtąd zostaliśmy parą, ona mieszkała w innym mieście ale oddalonym tylko 40 km, z racji, że tam pracowała a ja tu spotykaliśmy się co weekend.
W końcu rzuciła wszystko i przeprowadziła się do mnie, mieszkaliśmy u moich rodziców około roku a ja kupiłem własne mieszkanie z pieniędzy które zgromadziłem przez lata.
Zamieszkaliśmy razem.
Okazała się osobą bardzo dobrą, No wspaniałą.
Ja miałem pracę w której był straszliwie toksyczne środowisko (pracowałem z ludźmi sztuki), dochodziło do tego, że byłem tam szantażowany i zastraszany. Tkwiłem w tym i wyżywałem się na najbliższym otoczeniu coraz bardziej zamykając się w sobie.
W końcu rzuciłem to wszystko i zmieniłem zajęcie, pracę na inną (która jest super). Jednak nie wiem co się ze mną zadziało, stałem się oschły, wulgarny i odrażający, potrafiłem awanturować się o byle co, choć ona też miała dużo nawyków które mnie denerwowały.
Kłóciliśmy się coraz bardziej, pominę już szczegóły tych kłótni bo w złości wygaduje się bzdury często nie myśląc co się mówi.
Pewnego dnia ona miała jechać do rodzinnego domu na około 2 tygodnie. Rano pogadaliśmy powiedziała, że mnie Kocha i bym o siebie dbał przez te dni.
Przez ten czas niewiele się odzywała, pomyślałem, że chce odetchnąć a ja też trochę samotności potrzebuję.
Wróciła. I tu zaczyna się moje osobiste piekło.
Oznajmiła, że odchodzi.
Po około 2 miesiącach spakowała swoje rzeczy i się wyprowadziła. Nie mogłem
Jej zatrzymać.
Rozstanie przebiegło w pokojowo, choć piszczały mi nerwy i płakałem ale nie
mogłem się opanować.
Powiedziała, że nie jestem takim człowiekiem jakim myślała, że jestem i że powinniśmy wpierw się dobrze poznać a nie wchodzić w związek z grubej rury. Ona otwiera się na innych i szuka partnera który do niej pasuje….
Ma też wsparcie praktycznie od wszystkich a ja zostałem całkowicie sam.
Powiem szczerze, że jest dramat, nie mogę jeść, spać, sporo schudłem, wracam do pustego domu wszystko nią pachnie i mi ją przypomina, leżę do rana płacząc, odczuwam
ogromny ból, cierpienie, wręcz fizycznie rozrywa mi duszę i serce.
Zapisałem się do psychologa ale nie widzę przyszłości w tym, idę do psychiatry po leki bo już serio nie daję rady, obwiniam się o rozpad tego związku przez to jak się zachowywałem, że nie potrafiłem się w porę opamiętać. Co mi zresztą jasno zakomunikowała, że to moja wina ale ona mi wybaczyła.
Próbowałem zawalczyć, nic to nie daje.
Właśnie straciłem resztki nadzieji, że przez własną głupotę straciłem miłość.
Boję się zasnąć, śni mi się po nocach, myślę o niej cały czas nie mogę przestać, jestem aż chory. Byliśmy razem 5 lat.
Weź się chłopie w garść.
Jak sam nie potrafisz to idź do psychologa.
To nie jest Twoja wina, tylko Was obojga.
I Ty i ona bardzo siebie nawzajem idealizowaliście. Widzieliście się trochę na studiach, potem kontakt Wam się urwał, a tak strasznie się kochaliście? Nie. Kochaliścje swoje wyobrażenia o tym, jaka jest ta druga strona i potem te wyobrażenia zderzyły się z rzeczywistością, a tego żaden związek nie wytrzyma.
Do tego ona nie jest jakoś bardzo stabilna. Rzucanie z dnia na dzień ex po to, żeby żyć z facetem, o którym mało wie, to trigger warning.
A Ty bardziej przeżywasz teraz zapewne koniec marzeń o niej jako idealnej partnerce. Idź do psychologa, jak potrzeba to idź do psychiatry i się zbieraj.
4 2022-10-14 13:05:49 Ostatnio edytowany przez Legat (2022-10-14 13:18:15)
Pewnie wróciła do tego, z kim była 11 lat. Zgodnie z powiedzeniem lepszy wróbel w garści. A tam przynajmniej siła przyzwyczajenia występuje.
Zastanów się z jakiego powodu ta Twoja rozpacz, bo wydaje mi się, że Loka ma rację, sugerując, że rozpaczasz za własnymi marzeniami a nie realną kobietą. Jak Ci na niej zależy, to ciesz się tym, że ona układa sobie życie, że ma szansę na szczęście. Przecież może się okazać, że tak właśnie miało być, a Ty ii ona znajdziecie osoby bardziej dla siebie odpowiednie, bo w istocie się dla siebie nie nadawaliście.
Doskonale wiem przez co przechodziłeś jeśli chodzi o toksyczne środowisko artystyczne. Doskonale rozumiem jak wjechało Ci to na psychikę i doskonale wiem, jak mogło Cię to przeczołgać. Czy miałeś prawo wyżywać się na wszystkich w trakcie i po? Nie. Ale wiem i rozumiem dlaczego się tak zachowywałeś. Twoje zachowanie po zmianie pracy było typowym odreagowywaniem wieloletniego stresu i mobbingu, który Cię dotykał. Aby dealować i wspierać osobę po takich przejściach jak Ty, druga strona musi mieć pełną wiedzę, mocną psychikę i ogromną cierpliwość. I teraz pytanie: Czy ona wiedziała dokładnie, co się w Twojej pracy działo i jak na Ciebie wpływało? Czy rozmawiałeś z nią dużo o tym? Bo jeśli tak, a ona jednak nie wytrzymała i odpuściła, to po prostu musisz to wziąć na klatę, bo dziewczyna nie jest wystarczająco mocna i stabilna, aby być wsparciem przy takich życiowych zakrętach. Natomiast jesli ona nie wie, tak naprawdę, co się działo w pracy, jak to na Ciebie wpływało i jakie piętno na Tobie odbiło, bo postanowiłeś dusić wszystko w sobie i jej nie obciążać, no to tutaj możesz mieć pretensje tylko do siebie. Jest jednak, być może szansa, że jeśli nie wiedziała, to spokojna, szczera i rzeczowa rozmowa z nią może by coś zmieniła. Być może zrozumiała by dlaczego tak się stało, że to wcale nie przez to, że jesteś taki czy inny, tylko sytuacja na Ciebie wpłynęła, że mają tę lekcję odrobioną raczej to się już nie powtórzy. Może trzeba jej pokazać szerszy obraz sytuacji. Bo ja doskonale wiem, przez co Ty przechodziłeś i doskonale wiem, przez co ona przechodziła, a jeśli nie wiedziała do końca co i dlaczego się dzieje, to przechodziła gehennę, w związku z tym wcale się nie dziwie, że rzuciła Cię w cholerę.
Tak więc jak to jest? Wiedziała, czy nie wiedziała?
Nawet jeżeli wiedziała to partner/partnerka nie jest chłopem do bicia i każdemu cierpliwość kiedyś się kończy.
Autorze dałeś ciała i obudziłeś dopiero gdy było już za późno. Niektórzy dostają lekcję życia the hard way. Jedyne co Ci zostało to wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jej daj już spokój (możesz co najwyżej przeprosić i wyjaśnić swoje zachowanie, nie licząc jednak na nic), bo nawet jeżeli byście do siebie wrócili, to co się między Wami wydarzyło już na zawsze będzie zadrą między Wami i będzie wracać.
Zresztą sądząc z jej opisu jaki przedstawiłeś ona jest pewna swojej decyzji i układa już sobie życie na nowo.
Ma też wsparcie praktycznie od wszystkich a ja zostałem całkowicie sam.
Zostałeś sam, bo odwrócili się od Ciebie wspólni znajomi po rozstaniu, czy może dla związku z nią zrezygnowałeś z innych znajomości? A może od zawsze jesteś samotnikiem? Tak czy inaczej, wydaje mi się, że dobrze się sam zdiagnozowałeś - potrzebujesz wsparcia, bo cierpienie po rozstaniu to nic nadzwyczajnego.
Nawet jeżeli wiedziała to partner/partnerka nie jest chłopem do bicia i każdemu cierpliwość kiedyś się kończy.
I tak i nie. W takim wypadku cierpliwości musi być bardzo dużo oraz odpowiednia siła perswazji by pchać pomalutku taką osobę do przodu, aby nie została w tej zgryzocie i traumie. To skomplikowany proces i nie każdy go wytrzymuje.
bo nawet jeżeli byście do siebie wrócili, to co się między Wami wydarzyło już na zawsze będzie zadrą między Wami i będzie wracać.
Dlaczego? Jakby świadomie podeszli do problemu, porządnie go obgadali i ustalili scenariusz na przyszłość, to wcale nie trzeba żyć z zadrą, która będzie wracać.
M!ri napisał/a:Nawet jeżeli wiedziała to partner/partnerka nie jest chłopem do bicia i każdemu cierpliwość kiedyś się kończy.
I tak i nie. W takim wypadku cierpliwości musi być bardzo dużo oraz odpowiednia siła perswazji by pchać pomalutku taką osobę do przodu, aby nie została w tej zgryzocie i traumie. To skomplikowany proces i nie każdy go wytrzymuje.
Cierpliwość? Serio?
Nwm, nwm, ale to bliżej masochizmu jest niż cierpliwości takie przyjmowanie na siebie frustracji partnera, którą on przynosi do domu. Tja, mechanizm przemieszczenia złości jest nieśmiertelny, ale partner nie jest kubłem na pomyje, gdzie zlewa się to wszystko, gdzie indziej nie można/wypada :-/
Lepiej będzie dla autora jak zamknie tamten rozdział związku z ex zamiast karmić się złudną nadzieją. Jakby nie patrzeć, to ex partnerka powiedziała mu, że miała inne wyobrażenie jego osoby a z tą osobą, którą on się okazał nie chce tworzyć związku. Czy tu ma znacznie, jakie były motywy jego zachowań, to kwestia wtórna. Może lepiej by zrozumiała, co się z nim działo, ale to chyba tyle.
11 2022-10-14 16:20:44 Ostatnio edytowany przez SaraS (2022-10-14 16:22:33)
Doskonale wiem przez co przechodziłeś jeśli chodzi o toksyczne środowisko artystyczne. Doskonale rozumiem jak wjechało Ci to na psychikę i doskonale wiem, jak mogło Cię to przeczołgać. Czy miałeś prawo wyżywać się na wszystkich w trakcie i po? Nie. Ale wiem i rozumiem dlaczego się tak zachowywałeś. Twoje zachowanie po zmianie pracy było typowym odreagowywaniem wieloletniego stresu i mobbingu, który Cię dotykał. Aby dealować i wspierać osobę po takich przejściach jak Ty, druga strona musi mieć pełną wiedzę, mocną psychikę i ogromną cierpliwość. I teraz pytanie: Czy ona wiedziała dokładnie, co się w Twojej pracy działo i jak na Ciebie wpływało? Czy rozmawiałeś z nią dużo o tym? Bo jeśli tak, a ona jednak nie wytrzymała i odpuściła, to po prostu musisz to wziąć na klatę, bo dziewczyna nie jest wystarczająco mocna i stabilna, aby być wsparciem przy takich życiowych zakrętach. Natomiast jesli ona nie wie, tak naprawdę, co się działo w pracy, jak to na Ciebie wpływało i jakie piętno na Tobie odbiło, bo postanowiłeś dusić wszystko w sobie i jej nie obciążać, no to tutaj możesz mieć pretensje tylko do siebie. Jest jednak, być może szansa, że jeśli nie wiedziała, to spokojna, szczera i rzeczowa rozmowa z nią może by coś zmieniła. Być może zrozumiała by dlaczego tak się stało, że to wcale nie przez to, że jesteś taki czy inny, tylko sytuacja na Ciebie wpłynęła, że mają tę lekcję odrobioną raczej to się już nie powtórzy. Może trzeba jej pokazać szerszy obraz sytuacji. Bo ja doskonale wiem, przez co Ty przechodziłeś i doskonale wiem, przez co ona przechodziła, a jeśli nie wiedziała do końca co i dlaczego się dzieje, to przechodziła gehennę, w związku z tym wcale się nie dziwie, że rzuciła Cię w cholerę.
Tak więc jak to jest? Wiedziała, czy nie wiedziała?
No nie. "Kochanie, zrobiłem awanturę, ale musisz zrozumieć, że było mi trudno w pracy"? I miarą siły psychiki ma być znoszenie takiego traktowania?
Zgodzę się, że autor powinien był wyjaśnić, co i dlaczego się z nim dzieje/działo, ale takie wyjaśnienia absolutnie nie mogą oznaczać uzyskania przyzwolenia i wybaczania takich zachowań. To nie tak, że tylko ona ma sobie zdawać sprawę z przyczyn i wg tego działać; to przede wszystkim autor ma nie odgrywać się na partnerce. A to brzmi jak jakieś takie zrzucanie odpowiedzialności: zachowuję się brzydko, ale mam powody takie i takie, więc masz mnie wspierać mimo wszystko. Nie. Powinno być raczej: wiem, że mam problem, ale zrobię wszystko, żeby nie odbijał się na tobie, a ciebie proszę o wsparcie. A w tej historii działań ze strony autora zabrakło, więc to, czy partnerka wiedziała czy nie, nie ma znaczenia, a przypisywanie jej słabej psychiki ze względu na to, że nie godziła się na takie traktowanie, jest nieco nie na miejscu.
No nie. "Kochanie, zrobiłem awanturę, ale musisz zrozumieć, że było mi trudno w pracy"? I miarą siły psychiki ma być znoszenie takiego traktowania?
To, o czym on pisze, to nie był "trudny dzień w pracy". Ja wiem, o czym on pisze i jak ktoś tego nie doświadczył, czy nie poznał tego środowiska, nie ma zielonego pojęcia o czym jest mowa. Z zewnatrz wydawać by się mogło, że facet przesadza, że mógł "sobie poradzić", że się użala i nie ma prawa do takich reakcji. Owszem, prawa nie ma, ale psychika swoje odreagowuje i zanim się człowiek zorientuje, to już jest niezły bałagan wkoło.
Zgodzę się, że autor powinien wyjaśnić, co i dlaczego się z nim dzieje/działo, ale takie wyjaśnienia absolutnie nie mogą oznaczać uzyskania przyzwolenia i wybaczania takich zachowań. To nie tak, że tylko ona ma sobie zdawać sprawę z przyczyn i wg tego działać; to przede wszystkim autor ma nie odgrywać się na partnerce. A to brzmi jak jakieś takie zrzucanie odpowiedzialności: zachowuję się brzydko, ale mam powody takie i takie, więc masz mnie wspierać mimo wszystko. Nie. Powinno być raczej: wiem, że mam problem, ale zrobię wszystko, żeby nie odbijał się na tobie, a ciebie proszę o wsparcie. A w tej historii działań ze strony autora zabrakło, więc to, czy partnerka wiedziała czy nie, nie ma znaczenia, a przypisywanie jej słabej psychiki ze względu na to, że nie godziła się na takie traktowanie, jest nieco nie na miejscu.
Tak, masz rację, w idealnym świecie z idealnie stabilną mocną psychiką tak powinno być. Ale rzeczywistość jest inna i ludzie są różni. Ponownie napiszę, że absolutnie nie pochwalam tego, jak się zachowywał, ale go rozumiem i wiem dlaczego tak się działo.
Cierpliwość? Serio?
Nwm, nwm, ale to bliżej masochizmu jest niż cierpliwości takie przyjmowanie na siebie frustracji partnera, którą on przynosi do domu. Tja, mechanizm przemieszczenia złości jest nieśmiertelny, ale partner nie jest kubłem na pomyje, gdzie zlewa się to wszystko, gdzie indziej nie można/wypada :-/
Tak, cierpliwość. I nigdzie nie pisałam, że trzeba przyjmować na siebie frustrację. Raczej trzeba ją od siebie odbijać i to wymaga dużej siły. W ogóle branie na siebie i przyjmowanie na siebie emocjonalnych wybuchów partnera jest złym pomysłem w jakimkolwiek związku. Wiem, że kobietom jest niezmiernie ciężko nie brać do siebie wielu rzeczy, bo są emocjonalne, ale dobrze się jest nauczyć takiej sztuczki ![]()
SaraS napisał/a:No nie. "Kochanie, zrobiłem awanturę, ale musisz zrozumieć, że było mi trudno w pracy"? I miarą siły psychiki ma być znoszenie takiego traktowania?
To, o czym on pisze, to nie był "trudny dzień w pracy". Ja wiem, o czym on pisze i jak ktoś tego nie doświadczył, czy nie poznał tego środowiska, nie ma zielonego pojęcia o czym jest mowa. Z zewnatrz wydawać by się mogło, że facet przesadza, że mógł "sobie poradzić", że się użala i nie ma prawa do takich reakcji. Owszem, prawa nie ma, ale psychika swoje odreagowuje i zanim się człowiek zorientuje, to już jest niezły bałagan wkoło.
Ja nie uważam, że przesadza czy że się użala. Owszem, sama tego nie doświadczyłam, więc mogę nie rozumieć siły emocji, ale sam mechanizm skomplikowany nie jest. Kto nigdy nie był zły na cokolwiek i nie czuł się zirytowany/nie miał ochoty warknąć na cokolwiek/kogokolwiek, kto akurat miał pecha pojawić się w zasięgu wzroku i może jeszcze się odezwać? ![]()
Ja tylko uważam, że to nie ma absolutnie żadnego znaczenia, zwłaszcza kiedy facet nic z tym nie robi. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla robienia awantur itp. Ba, partnerka wcale głupia być nie musi, prawdopodobnie przynajmniej do pewnego stopnia zdawała sobie sprawę z tego, co się działo. Tylko znowu: ona może to rozumieć, ale nadal nie musi (i nie powinna, jak sądzę) zgadzać się na takie traktowanie. I to powtórzę się: to nie ma nic wspólnego z silną psychiką autorki, prędzej z godnością i szacunkiem do samej siebie.
Zresztą, już tak na marginesie, uważam, że takie przedstawienie sprawy (została, zrozumiała = silną psychika, nie została = słaba psychika) jest krzywdzące i może zrobić więcej złego niż dobrego. Mało to takich, którzy krzywdzą partnera/partnerkę, a potem zrzucają winę na stres, zdenerwowanie czymś tam, trudną sytuację itd.? I mało to partnerek/partnerów, którzy grzecznie czekają na zmiany, wspierają, bo to przecież nie jego/jej wina, tylko [wstaw dowolne] zamiast zadbać o siebie i kopnąć przemocowca w tyłek? Niech jeszcze poczytają, że ich odejście będzie oznaką słabej psychiki, pewnie. ;p
SaraS napisał/a:Zgodzę się, że autor powinien wyjaśnić, co i dlaczego się z nim dzieje/działo, ale takie wyjaśnienia absolutnie nie mogą oznaczać uzyskania przyzwolenia i wybaczania takich zachowań. To nie tak, że tylko ona ma sobie zdawać sprawę z przyczyn i wg tego działać; to przede wszystkim autor ma nie odgrywać się na partnerce. A to brzmi jak jakieś takie zrzucanie odpowiedzialności: zachowuję się brzydko, ale mam powody takie i takie, więc masz mnie wspierać mimo wszystko. Nie. Powinno być raczej: wiem, że mam problem, ale zrobię wszystko, żeby nie odbijał się na tobie, a ciebie proszę o wsparcie. A w tej historii działań ze strony autora zabrakło, więc to, czy partnerka wiedziała czy nie, nie ma znaczenia, a przypisywanie jej słabej psychiki ze względu na to, że nie godziła się na takie traktowanie, jest nieco nie na miejscu.
Tak, masz rację, w idealnym świecie z idealnie stabilną mocną psychiką tak powinno być. Ale rzeczywistość jest inna i ludzie są różni. Ponownie napiszę, że absolutnie nie pochwalam tego, jak się zachowywał, ale go rozumiem i wiem dlaczego tak się działo.
W sumie napisałam wyżej. Partnerka autora też mogła rozumieć, ale to nadal nie powód, żeby robić za chłopca do bicia. Wymagać od kobiety tego, czego autor sam nie robi dla siebie? Wiedząc w dodatku, że odbędzie się to kosztem takiego traktowania? Fuj.
MagdaLena1111 napisał/a:Cierpliwość? Serio?
Nwm, nwm, ale to bliżej masochizmu jest niż cierpliwości takie przyjmowanie na siebie frustracji partnera, którą on przynosi do domu. Tja, mechanizm przemieszczenia złości jest nieśmiertelny, ale partner nie jest kubłem na pomyje, gdzie zlewa się to wszystko, gdzie indziej nie można/wypada :-/Tak, cierpliwość. I nigdzie nie pisałam, że trzeba przyjmować na siebie frustrację. Raczej trzeba ją od siebie odbijać i to wymaga dużej siły. W ogóle branie na siebie i przyjmowanie na siebie emocjonalnych wybuchów partnera jest złym pomysłem w jakimkolwiek związku. Wiem, że kobietom jest niezmiernie ciężko nie brać do siebie wielu rzeczy, bo są emocjonalne, ale dobrze się jest nauczyć takiej sztuczki
O wiele lepiej jest po prostu nie wiązanie się z osobą, która nie potrafi radzić sobie z własną frustracją inaczej niż wyżywając się na swoich bliskich zamiast „cierpliwego odbijania” od siebie takiego syfu. I chyba do tych wniosków doszła partnerka autora. Bardzo mądrze moim zdaniem, bo trzeba mieć coś nie tak pod kopułą, żeby czuć się komfortowo w związku z osobą, która traktuje partnera jak wspomniany kubeł do wylewania na nią własnych pomyj.