Czy popełniłam błąd zostając matką? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » WYCHOWANIE, ZDROWIE I EDUKACJA DZIECKA » Czy popełniłam błąd zostając matką?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 5 ]

1 Ostatnio edytowany przez Technoloszka (2022-06-21 11:29:51)

Temat: Czy popełniłam błąd zostając matką?

Witam,
Chciałabym poprosić o radę w problemie, którym przez presję społeczeństwa i oczekiwania wszystkich dookola, nie mam odwagi się z nikim podzielić.
Zanim 7 miesięcy temu urodziłam pierwsze dziecko, zawsze byłam bardzo aktywna. Skończyłam dwa kierunki, latałam po stażach, już na magisterce podjęłam pracę, a to wszystko utrzymując intensywne życie towarzysko-osobiste. Moi rodzice zawsze śmiali się ze mnie, że już każdego wszędzie znam bo z nim albo pracowałam albo imprezowałam. Uspokoiłam się trochę kiedy skończyłam studia i poznałam mojego męża, bo ograniczyłam się do jednej pracy, którą bardzo lubiłam, i przeciętnego życia towarzyskiego kobiety w związku (nielatającej po klubach dwa dni w tygodniu). Odpowiadało mi to, można powiedzieć że wyszalałam się jako dzieciak i byłam gotowa na stabilność (a przynajmniej tak mi się wydawało). Z tego też względu zdecydowaliśmy się w końcu na dziecko - ani wcześnie ani późno, urodziłam mając 28lat. Ciąża była długo wyczekana i wystarana, ale w ciąży czułam się już dobrze i do 7ego miesiąca pracowałam, tak długo jak mogłam, a później też jeszcze latałam - przygotowania, edukacja przedporodowa, "budowanie gniazda" wypełniały mi czas i nie dały odczuć nudy. Nie dało się jej również odczuć później, kiedy kiedy na świat przyszedł mój syn i wszystko wywróciło się do góry nogami. Zaczęło się od cesarki, którą w stosunku do innych przeszłam dość ciężko, kilka tygodni nie mogłam dojść do siebie, a później ze względu na anemię i porę roku co rusz łapałam jakąś infekcję i nie mogłam się doleczyć (wiadomo, przy karmieniu piersią nie można brać żadnych leków) przez co byłam w naprawdę kiepskiej formie. Pierwsze 3 miesiące życia małego to była walka o przetrwanie wśród ciągłych chorób, mocnych kolek małego i wszechobecnego burdelu. Nie było lekko, ale człowiek na to właśnie się nastawia spodziewając się narodzin dziecka, wspieraliśmy się więc z mężem (on widząc w jakim jestem stanie starał się mi wszystko jakoś ułatwiać) i jakoś przebrnęliśmy.
I w końcu przyszła wiosna, poprawiła się pogoda i stan mojego zdrowia, małemu przeszły kolki i zaczął lepiej sypiać, a mąż wrócił do pracy (wcześniej pracował zdalnie więc trochę mi pomagał w domu, a teraz wrócił do biura). Wszystko "wróciło na swoje miejsce" więc z każdej strony zaczęto ode mnie oczekiwać że wezmę się w garść, przyjmując rolę dbającej o dom, troskliwej żony i matki. I tu zaczął się mój problem, z którym nie wiem co robić - wygląda na to, że ja się do tego kompletnie nie nadaję.
Od tego ciągłego gnicia w domu sama z dzieckiem zaczynam już wariować z frustracji. Całe życie bardzo się rozwijałam i wykazywałam intelektualnie, a teraz całe dnie lulam, gugam i myje pupę, co doprowadza mnie na skraj obłędu. Nie mam praktycznie ani chwili żeby zrobić coś dla siebie, albo chociaż oderwać się od dziecka robiąc cokolwiek innego - w tygodniu całe dnie do opieki jestem tylko ja, mąż wraca wieczorem, więc zanim zje obiad i się ogarnie to już trzeba kłaść małego spać, co oczywiście też robię głównie ja, bo on np. zabierze psa na godzinę na spacer bo "przecież pies potrzebuje ruchu a nie tylko szybkie siku przy wózku". Generalnie znacznie bardziej chętny do pomocy jest przy innych obowiązkach domowych, (zwłaszcza tych mniej nieprzyjemnych) niż przy opiece nad dzieckiem, więc nawet jak jest w domu, także w weekendy, to mały i tak jest raczej na mojej głowie - a jednocześnie przecież nie mogę mu nic zarzucić bo coś tam pomaga, bezczynny nie jest. Od rodziców za dużo pomocy nie mam, bo wszyscy pracują i mają swoje życie, więc może 1-2 razy w miesiącu ktoś zajmie się małym parę godzin jak chcemy z kimś się umówić albo coś załatwić, a tak to jesteśmy raczej zdani na siebie. Znajomi i przyjaciele są w większości wciąż bezdzietni, więc średnio ich interesują nasze sprawy i problemy, a co dopiero jakbym miała prosić kogoś o pomoc przy dziecku. Także pomocy nie mam raczej żadnej, i wszyscy tylko stawiają oczekiwania - chcą grzecznego, pachnącego bobaska, wysprzątanego domu i parującego obiadu na stole, talii osy i perfekcyjnego stroju i fryzury, no i przede wszystkim ciepłego matczynego serduszka i szerokiego uśmiechu na ustach 24/7 bo to przecież "taki piękny czas w życiu kobiety". Tymczasem ja najwyraźniej nie nadaje się na te wspaniałą matkę której oczekują, jestem w takim stanie, że ciężko mi osiągnąć chociaż jeden z tych punktów, najgorzej oczywiście z uśmiechem na twarzy. Mam takie dni że jestem tak wściekła, zmęczona, sfrustrowana i zniechęcona, że nie mogę dosłownie patrzeć na swoje dziecko. Kiedy ma swoje humorki, i przez cały dzień praktycznie nie daje się odłożyć albo uśpić na dłużej niż 30min mam ochotę go wynieść do okna życia albo wyskoczyć z trzeciego piętra żeby wreszcie mieć chwilę świętego spokoju. Wściekam się o byle bzdurę, źle go traktuje. W większości przypadków kiedy mąż wraca z pracy widzi mnie na skraju załamania albo wybuchu złości, przez co atmosferę między nami daje się kroić nożem. Nie mówi mi tego, ale widzę że ma pretensje że cały czas chodzę wściekła. Uważa że sam robi co może i więcej już nie da rady, bo "przecież musi pracować", a ja swoje obowiązki muszę udźwignąć sama. Oficjalnie oczywiście bardzo mi współczuje że musiałam porzucić całe swoje życie dla dziecka, podczas kiedy on wrócił do swojego prawie niezmienionego (ba, jeszcze w pracy awansuje i go wychwalają jakim pozostał dobrym pracownikiem mimo bycia młodym ojcem), no ale "taki los matki". Rodzice i znajomi w zasadzie to samo, jak ośmiele się coś bąknąć o tym, że jestem rozczarowana macierzyństwem to każdy jest oburzony jak w ogóle mogę mówić takie rzeczy bo mam przecież żywy skarb w domu. Oczywiście gorąco współczują że mi ciężko, ale no "każdy nosi swój krzyż", muszę zacisnąć zęby i stanąć na wysokości zadania, nie mam przecież innych opcji. I jeszcze walą standardowe teksty typu "jak ty możesz na małego narzekać, przecież to taki aniołeczek" albo mój ulubiony "powinnaś się cieszyć że masz zdrowe dziecko i bezpieczny dom dla niego, nie wszyscy mają to szczęście". Nie wiem już co mam robić bo do końca daleko a widzę, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. Coraz częściej myślę o tym że popełniłam błąd, że jestem egoistką która nie nadaje się na takie poświęcenie, że po prostu nie nadaje się na matkę - ale przecież jest już za późno, nie cofnę tego że dziecko jest na świecie. Boję się jak to wszystko się na nim odbija, bo on przecież czuje te moje emocje i doskonale wie że jestem rozczarowana i nieszczęśliwa. Nie chcę żeby moje dziecko miało jakąś traumę przez to, że nie potrafiłam być dobrą matką. Jak próbuję się komuś pożalić i poprosić o jakieś wsparcie dowiaduje się, że muszę wziąć się w garść. A najlepsze w tym wszystkim jest to że mój mąż liczy na to, że kiedy miną zalecane dwa lata od cesarki będziemy starać się o drugie dziecko bo przecież "tak planowaliśmy". Mam zniszczyć swoim charakterem życie kolejnemu maleństwu? Nie wiem czy kogokolwiek w tych oczekiwaniach jeszcze obchodzi czego ja chcę i na co mnie stać, czy już tylko całe życie mam zaciskać zęby i dawać radę, bo taki los kobiety na tym świecie. Poradźcie mi, co ja mam robić? Iść na terapię żeby sobie "poradzić z emocjami", jak czasami sugeruje mój mąż? Czy któraś z Pań (bądź Panów, jeżeli sprawowali opiekę nad dzieckiem) miała też takie problemy i poradziła sobie z tym dołem? Proszę o pomoc, bo już nie wiem do kogo się zwrócić, a nie chce niszczyć życia dziecku które miało pecha, że urodziła je egoistyczna furiatka.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Czy popełniłam błąd zostając matką?

A czemu Ty sobie sama nałożyłaś tyle oczekiwań? Podejdź do tego od innej strony. Nie musisz mieć codziennie super czysto. Nie musisz mieć codziennie dwudaniowego obiadu z deserem. Nikt nie jest idealny. Ja bym skupiła się na pozytywach.
Zapakuj dziecko do wózka i idźcie na koc na łąkę do parku. Weź sobie książkę, weź dziecku jedzenie i sobie posiedźcie razem. Pokaż mu ptaki, pokaż drzewa, poleżcie razem.

Poszukaj w okolicy zajęć dla matek z dziećmi. W niektórych miejscach jest fitness dla mam, możesz mieć wózek oboknw czasie ćwiczeń. Są spotkania przy kawie, są seanse filmowe z cichszym dźwiękiem. Odwiedźcie kogoś.

To, co Wy zrobicie z tym czasem zależy tylko i wyłącznie od Was. Możesz się zamęczać tym, jak jest źle, a możesz wyciągnąć z tego ile się da. Dziecko drugi raz małe nie będzie.

Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Konto zawieszone.

3

Odp: Czy popełniłam błąd zostając matką?

Dałaś się nabrać na cukierkową wizję macierzyństwa podczas gdy to tylko znój i gnój.

Ale nie musisz się na to godzić. Nic nie musisz.
Wróć do pracy, a dziecko daj do żłobka lub zatrudnijcie opiekunkę.
Jak mąż będzie marudził to zamieńcie się rolami i niech sam zajmie się dzieckiem, skoro taki mądry.


Zawsze możesz zostawić to wszystko i wyjechać w pizdu.

4

Odp: Czy popełniłam błąd zostając matką?

Chociaż ja jestem z tych, co to nie narzekały na macierzyńskim, to wcale Ci się nie dziwię i uważam że masz prawo czuć, co czujesz.
Myślę, podobnie jak Loka, że narzuciłaś sobie zbyt dużą presję. Uśmiech, talia osy, co jeszcze? To tak absorbujące zajęcie, tak czasem sprowadzające do roli " maszyny obsługującej", że nie ma tam zbyt dużo miejsca na dbanie o siebie, a co dopiero to wszystko o czym piszesz.  Pamiętam, w jakim tempie brałam prysznic, pomiędzy drzemkami córki.
Czułam się podporządkowana rytmowi niemowlaka. To nieuniknione, szczególnie przy braku partnera w ciągu dnia.
Niektóre babki mają fuksa, bo dzieciątko zasypia, po jedzeniu i jest spokojne. Ale bywa też inaczej. Bywa tak ,że ,choć to irracjonalne, to małe stworzenie (tak bezbronne), daje w kość, także psychicznie, a w Tobie się zaczyna rodzić złość. W Tobie tym bardziej, bo zawsze byłaś aktywna, i robiłaś mnóstwo ciekawych i przyjemnych rzeczy.
Wierz mi. Masz prawo nie czuć się z tym najlepiej, i zostaw gdzieś do cholery ten obrazek idealnej matkogopodyniożony , rodem z filmów o latach 50 w Ameryce.
I może myśl i tym, że to wszystko ma swój koniec!. Tak, to się zmieni. Tak jak człowiek leżący w szpitalu po operacji - w końcu kiedyś wyjdzie.
Nie sugeruje, że wrócisz w pełni do poprzedniego życia. To raczej nierealne,ale z biegiem czasu dziecko będzie mniej  i mniej absorbujące.
Niepokojąca jest też atmosfera w Twoim związku. Może pokaż Mu to, co tu napisałaś?
To częsta sytuacja, gdy pojawia się dziecko. Może poszukaj wsparcia właśnie na terapii, może na grupie u świeżo upieczonych mam? Nie zostawiaj jednak tego tylko dla siebie. partner nie siedzi w Twojej głowie, pamiętaj o tym.
Aha, no i drugie dziecko... musicie to przedyskutować, to chyba oczywiste.

" Pamietaj, że Rzecz,która przedstawia się dorzecznie w Twoim łebku, może wyglądać mniej dorzecznie poza nim"
K. Puchatek.

5 Ostatnio edytowany przez Ajko (2022-06-21 17:23:26)

Odp: Czy popełniłam błąd zostając matką?
Technoloszka napisał/a:

Witam,
Chciałabym poprosić o radę w problemie, którym przez presję społeczeństwa i oczekiwania wszystkich dookola, nie mam odwagi się z nikim podzielić.
Zanim 7 miesięcy temu urodziłam pierwsze dziecko, zawsze byłam bardzo aktywna. Skończyłam dwa kierunki, latałam po stażach, już na magisterce podjęłam pracę, a to wszystko utrzymując intensywne życie towarzysko-osobiste. Moi rodzice zawsze śmiali się ze mnie, że już każdego wszędzie znam bo z nim albo pracowałam albo imprezowałam. Uspokoiłam się trochę kiedy skończyłam studia i poznałam mojego męża, bo ograniczyłam się do jednej pracy, którą bardzo lubiłam, i przeciętnego życia towarzyskiego kobiety w związku (nielatającej po klubach dwa dni w tygodniu). Odpowiadało mi to, można powiedzieć że wyszalałam się jako dzieciak i byłam gotowa na stabilność (a przynajmniej tak mi się wydawało). Z tego też względu zdecydowaliśmy się w końcu na dziecko - ani wcześnie ani późno, urodziłam mając 28lat. Ciąża była długo wyczekana i wystarana, ale w ciąży czułam się już dobrze i do 7ego miesiąca pracowałam, tak długo jak mogłam, a później też jeszcze latałam - przygotowania, edukacja przedporodowa, "budowanie gniazda" wypełniały mi czas i nie dały odczuć nudy. Nie dało się jej również odczuć później, kiedy kiedy na świat przyszedł mój syn i wszystko wywróciło się do góry nogami. Zaczęło się od cesarki, którą w stosunku do innych przeszłam dość ciężko, kilka tygodni nie mogłam dojść do siebie, a później ze względu na anemię i porę roku co rusz łapałam jakąś infekcję i nie mogłam się doleczyć (wiadomo, przy karmieniu piersią nie można brać żadnych leków) przez co byłam w naprawdę kiepskiej formie. Pierwsze 3 miesiące życia małego to była walka o przetrwanie wśród ciągłych chorób, mocnych kolek małego i wszechobecnego burdelu. Nie było lekko, ale człowiek na to właśnie się nastawia spodziewając się narodzin dziecka, wspieraliśmy się więc z mężem (on widząc w jakim jestem stanie starał się mi wszystko jakoś ułatwiać) i jakoś przebrnęliśmy.
I w końcu przyszła wiosna, poprawiła się pogoda i stan mojego zdrowia, małemu przeszły kolki i zaczął lepiej sypiać, a mąż wrócił do pracy (wcześniej pracował zdalnie więc trochę mi pomagał w domu, a teraz wrócił do biura). Wszystko "wróciło na swoje miejsce" więc z każdej strony zaczęto ode mnie oczekiwać że wezmę się w garść, przyjmując rolę dbającej o dom, troskliwej żony i matki. I tu zaczął się mój problem, z którym nie wiem co robić - wygląda na to, że ja się do tego kompletnie nie nadaję.
Od tego ciągłego gnicia w domu sama z dzieckiem zaczynam już wariować z frustracji. Całe życie bardzo się rozwijałam i wykazywałam intelektualnie, a teraz całe dnie lulam, gugam i myje pupę, co doprowadza mnie na skraj obłędu. Nie mam praktycznie ani chwili żeby zrobić coś dla siebie, albo chociaż oderwać się od dziecka robiąc cokolwiek innego - w tygodniu całe dnie do opieki jestem tylko ja, mąż wraca wieczorem, więc zanim zje obiad i się ogarnie to już trzeba kłaść małego spać, co oczywiście też robię głównie ja, bo on np. zabierze psa na godzinę na spacer bo "przecież pies potrzebuje ruchu a nie tylko szybkie siku przy wózku". Generalnie znacznie bardziej chętny do pomocy jest przy innych obowiązkach domowych, (zwłaszcza tych mniej nieprzyjemnych) niż przy opiece nad dzieckiem, więc nawet jak jest w domu, także w weekendy, to mały i tak jest raczej na mojej głowie - a jednocześnie przecież nie mogę mu nic zarzucić bo coś tam pomaga, bezczynny nie jest. Od rodziców za dużo pomocy nie mam, bo wszyscy pracują i mają swoje życie, więc może 1-2 razy w miesiącu ktoś zajmie się małym parę godzin jak chcemy z kimś się umówić albo coś załatwić, a tak to jesteśmy raczej zdani na siebie. Znajomi i przyjaciele są w większości wciąż bezdzietni, więc średnio ich interesują nasze sprawy i problemy, a co dopiero jakbym miała prosić kogoś o pomoc przy dziecku. Także pomocy nie mam raczej żadnej, i wszyscy tylko stawiają oczekiwania - chcą grzecznego, pachnącego bobaska, wysprzątanego domu i parującego obiadu na stole, talii osy i perfekcyjnego stroju i fryzury, no i przede wszystkim ciepłego matczynego serduszka i szerokiego uśmiechu na ustach 24/7 bo to przecież "taki piękny czas w życiu kobiety". Tymczasem ja najwyraźniej nie nadaje się na te wspaniałą matkę której oczekują, jestem w takim stanie, że ciężko mi osiągnąć chociaż jeden z tych punktów, najgorzej oczywiście z uśmiechem na twarzy. Mam takie dni że jestem tak wściekła, zmęczona, sfrustrowana i zniechęcona, że nie mogę dosłownie patrzeć na swoje dziecko. Kiedy ma swoje humorki, i przez cały dzień praktycznie nie daje się odłożyć albo uśpić na dłużej niż 30min mam ochotę go wynieść do okna życia albo wyskoczyć z trzeciego piętra żeby wreszcie mieć chwilę świętego spokoju. Wściekam się o byle bzdurę, źle go traktuje. W większości przypadków kiedy mąż wraca z pracy widzi mnie na skraju załamania albo wybuchu złości, przez co atmosferę między nami daje się kroić nożem. Nie mówi mi tego, ale widzę że ma pretensje że cały czas chodzę wściekła. Uważa że sam robi co może i więcej już nie da rady, bo "przecież musi pracować", a ja swoje obowiązki muszę udźwignąć sama. Oficjalnie oczywiście bardzo mi współczuje że musiałam porzucić całe swoje życie dla dziecka, podczas kiedy on wrócił do swojego prawie niezmienionego (ba, jeszcze w pracy awansuje i go wychwalają jakim pozostał dobrym pracownikiem mimo bycia młodym ojcem), no ale "taki los matki". Rodzice i znajomi w zasadzie to samo, jak ośmiele się coś bąknąć o tym, że jestem rozczarowana macierzyństwem to każdy jest oburzony jak w ogóle mogę mówić takie rzeczy bo mam przecież żywy skarb w domu. Oczywiście gorąco współczują że mi ciężko, ale no "każdy nosi swój krzyż", muszę zacisnąć zęby i stanąć na wysokości zadania, nie mam przecież innych opcji. I jeszcze walą standardowe teksty typu "jak ty możesz na małego narzekać, przecież to taki aniołeczek" albo mój ulubiony "powinnaś się cieszyć że masz zdrowe dziecko i bezpieczny dom dla niego, nie wszyscy mają to szczęście". Nie wiem już co mam robić bo do końca daleko a widzę, że z dnia na dzień jest coraz gorzej. Coraz częściej myślę o tym że popełniłam błąd, że jestem egoistką która nie nadaje się na takie poświęcenie, że po prostu nie nadaje się na matkę - ale przecież jest już za późno, nie cofnę tego że dziecko jest na świecie. Boję się jak to wszystko się na nim odbija, bo on przecież czuje te moje emocje i doskonale wie że jestem rozczarowana i nieszczęśliwa. Nie chcę żeby moje dziecko miało jakąś traumę przez to, że nie potrafiłam być dobrą matką. Jak próbuję się komuś pożalić i poprosić o jakieś wsparcie dowiaduje się, że muszę wziąć się w garść. A najlepsze w tym wszystkim jest to że mój mąż liczy na to, że kiedy miną zalecane dwa lata od cesarki będziemy starać się o drugie dziecko bo przecież "tak planowaliśmy". Mam zniszczyć swoim charakterem życie kolejnemu maleństwu? Nie wiem czy kogokolwiek w tych oczekiwaniach jeszcze obchodzi czego ja chcę i na co mnie stać, czy już tylko całe życie mam zaciskać zęby i dawać radę, bo taki los kobiety na tym świecie. Poradźcie mi, co ja mam robić? Iść na terapię żeby sobie "poradzić z emocjami", jak czasami sugeruje mój mąż? Czy któraś z Pań (bądź Panów, jeżeli sprawowali opiekę nad dzieckiem) miała też takie problemy i poradziła sobie z tym dołem? Proszę o pomoc, bo już nie wiem do kogo się zwrócić, a nie chce niszczyć życia dziecku które miało pecha, że urodziła je egoistyczna furiatka.


Technoloszko wszystko co czujesz jest jak najbardziej normalne. Powiem ci na pocieszenie, że wielu rodziców tak czuje. Są w szoku, gdy pojawia się dziecko, a ich poukładany świat nagle wystawiono na próbę. Piszę rodziców, nie po to by umniejszyć twoje uczucia, ale też dlatego by nie pominąć zaskoczonych i zszokowanych zmianami mężczyzn.
Nie ignoruj swoich potrzeb, bo najgorsza mama to taka, która nie dba o siebie. Lepiej będzie byś chociaż na kilka godzin mogła pracować, realizować się w czymś co cię satysfakcjonuje, niż byś ciągle swoją frustracją odbierała sobie i innym radość tych chwil. Bardzo fajnie ci poradziła Miri. Wróć do pracy na krótszy wymiar godzin, wynajmiecie opiekunkę/ opiekuna. Żłobek też nie jest  złym miejscem. Nie słuchaj innych, co zawsze dużo mają do powiedzenia, ale wiadomo najlepiej się gada o innych. Kiedyś jak tego dla siebie i dla waszej 3 tego nie zrobisz, będziesz żałowała, że słuchałaś ludzi, którzy gadali tylko by gadać by potem w swoich domach nie mieć takich problemów jak ty. To jest twoje zadanie teraz zorganizować tak czas, byście wszyscy mogli się cieszyć rodzicielstwem. Jak wrócisz do pracy będzie was jeszcze bardziej stać na to by ktoś odpłatnie wam we wszystkim pomógł. Teraz próba dla ciebie, czy potrafisz sensownie to wszystko zaplanować, czy będziesz się bała "wszystkowiedzących".

A jeśli nie czujesz się jeszcze gotowa na powrót do pracy, wynajmijcie opiekunkę która kilka razy w tygodniu, nawet 1 raz w tygodniu da ci możliwość  stać się znowu sobą, a nie tylko matką. Na pocieszenie ci powiem, że już niedługo wasz synek będzie bardziej kontaktowy i jak tylko będziesz mogła to jak najszybciej wyślij go do przedszkola. Nie sugeruję tego tylko ze względu na czas dla ciebie, ale też na to, że takie instytucje, pozwalają dzieciom budować umiejętności społeczne. To jest w późniejszym życiu bardzo ważne. A żaden rodzic nie da tego dziecku, co daje mu kontakt z innymi dziećmi w przedszkolu i w żłobku.

Posty [ 5 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » WYCHOWANIE, ZDROWIE I EDUKACJA DZIECKA » Czy popełniłam błąd zostając matką?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2021