Witam,
postaram się być obiektywny - na tyle ile jest to możliwe. Jestem z moją dziewczyną od dwóch lat razem, oboje jesteśmy po sporych przejściach - ja po rozwodzie z kobietą, która leczyła się na dwubiegunowość, ona po nie udanym związku po którym ma 2 letnią córkę (która choruje na chorobę genetyczną). Oboje mamy po 27 lat, ja jestem żołnierzem - ona od niedawna pracuje jako kelnerka. Mieszkamy od siebie ok. godzinę jazdy samochodem, wiec staramy się widzieć ok. 3x w tygodniu.
Nasz związek już od początku różnił się od innych - wiadomo, dziecko - trzeba myśleć już w innych kategoriach, większość czasu spędzamy w trójkę, ale wiedziałem na co się pisze. W związku jak to w związku bywają sprzeczki, ale ogólnie układało się dobrze. W tym roku trochę bardziej się sprzeczamy, nawet nie bardzo pamiętam o co - bo są to zwykłe pierdoły. W trakcie tych kłótni nie wyzywamy się, nie używamy przemocy itd. - po prostu każdy się obraża i jest problem z tzw. odpuszczaniem - przez co gdy komuś coś nie spasuje np. o godz. 15:00 - to możemy nie rozmawiać aż do wieczora, przez co mamy zmarnowany dzień. I te kłótnie są bardzo często - przez co pomyśleliśmy, że warto wybrać się na terapie dla par.
Będą z nią w związku czuje się jako osoba "drugiej kategorii" - już tłumaczę. Wiedziałem, że zawsze będąc z kobietą z dzieckiem muszę liczyć się z faktem, że nie będę najważniejszy. Problem (wg mnie) jest w tym, że ja nie czuje się w ogóle ważny - jestem trochę jak "przynieś, pozamiataj". Jako, że jesteśmy już trochę czasu razem, planujemy w przyszłym roku zamieszkać razem - przenieść się do innej miejscowości. Wiadomo, jest rozmowa o ślubie i tego typu rzeczach. Często słyszałem od niej, że biologiczny ojciec jest tylko na papierze - a ja mam się czuć "tatą". Tylko, że to tak nie działa u nas. Ojciec biologiczny jej córki interesuje się dzieckiem raz na tydzień - dwa, tzn. napisze sms "co u niej słychać" i tyle, widuje ją może raz na miesiąc, płaci alimenty. Ogólnie miał gdzieś ciąże mojej dziewczyny, gdy się okazało że jego córka choruje poważnie - wyprowadził się "bo go to przerosło", nie potrafił zająć się dzieckiem, nie interesował się nim.
Ja staram się jej go zastępować, często gdzieś jeździmy (atrakcje dla dzieci), potrafiłem wyremontować jej część mieszkania w tym zrobić pokój dziecka, kupować łóżka itd. Staram się też o dziewczynę - kupując jej kwiaty, zabierać na obiady/kolacje - często pomagając finansowo. Co do mojej dziewczyny to w tej kwestii ciężko mi obiektywnie się wypowiedzieć, bywały dni - gdzie nawet nie potrafiła zapytać "jak po pracy, jak się czuje itd." przy tym przeżywając i opowiadając mi jak to koleżanka czy kolega z pracy ma źle. I tu się cała historia zaczyna, odkąd zaczęła pracować - wiele się zmieniło. Widujemy się rzadziej, zaczęły sie dogadywania z jej strony typu "ktoś mnie prosił o nr tel, ktoś podrywał itd", ostatnio w kłótni mi powiedziała że z kimś sobie pisze itd (potem za to przeprosiła). Kiedyś często gdy się nie widzieliśmy - dzwoniliśmy do siebie, teraz jest tak "nie dzwonię, bo jest późno i będziemy wisieć 2h na tel a chce się wyspać" - i taką ma wymówkę. W ciągu dwóch lat była u mnie (obecnie mieszkam w domu rodzinnym) może z 5 razy, twierdząc moi rodzice mnie jej nie lubią. I tu fakt, ja sam nie mam dobrych relacji z moimi rodzicami - ale jej również są przeciwko mnie. Ale staram się to ignorować.
Czuje się tak, że gdy trzeba rozmawiać o sprawach dot. finansów tzn. dziewczyna mów "musze córce kupić kurtkę, mam sporo wydatków etc." - to zawsze jest temat do rozmowy telefonicznej, pisania. Gdy np. trzeba było opowiedzieć o kwestiach np. co u córki w przedszkolu (np. jakieś wydarzenia), gdy jest chora etc. opowiedzieć jak jej minął dzień itd. - to nigdy sama z siebie nie napisze, a na moje pytania na ten temat - opowiada zdawkowo. Niejednokrotnie mówiłem dziewczynie, że czuje że rozmawiamy tylko o pieniądzach, ale o sprawach rodzinnych już nie. Potrafiłem zajmować się jej córką, gdy ona musiała być w pracy, jeździłem z nią 500km do szpitali, w nocy po lekarzach itd. - przyjeżdżałem do dziewczyny gdy miała wypadki drogowe, psuł sie jej samochód, potrafiłem załatwiać sporo spraw. Ostatnio usłyszałem, że nie opowiada mi o takich rzeczach bo nie można na mnie liczyć, bo są sprzeczki itd. Nawet dziś, gdy nie spała całą noc - jej córka jest chora i miałem do niej przyjechać - powiedziała, że nie. Gdy oznajmiłem, że ja się zajmę córką, ona się prześpi - bo na tym m.in związek polega - to zlała to. Ale gdy trzeba było już coś wydrukować, wysłać pocztą etc. to już mogę, wtedy można ze mną pisać i się do mnie odzywać.
Nie wiem czy robię coś źle, a nie mam za bardzo komu to powiedzieć.
Pozdrawiam.